Karol Różycki


Uwagi nad wyprawą jenerała Dwernickiego na Ruś


Wstęp


Klęska korpusu Dwernickiego, tak szkodliwa w ostatniej naszej wojnie, jeśliby była źle pojęta, stałaby się jeszcze szkodliwszą na przyszłość. Dwernicki przeszedł granicę królestwa kongressowego, aby rozwinąć woynę rewolucyjną na Wołyniu, Podolu i Ukrainie, lecz niewspierany przez tamtejszych mięszkańców, skrył się do Austryi i tam broń złożył. Ktokolwiek przeto zapatrzy się na sam wypadek i z niego tylko sądzić będzie o Rusinach, ten może ich obwini o obojętność dla sprawy narodowej, może zwątpi, aby oni napotem jej służyli. Ale synowie ziemi ruskiej, cnotami obywatelstwa i gotowością poświęcenia się, są równi wszystkim dobrym synom wielkiej naszej Oyczyzny: są oni nieodrodnemi dziećmi Polski. Ostateczną przyczyną ich nieczynności, tak jak przyczyną straty korpusu, stał się sam Dwernicki.

Od dawna czułem potrzebę aby to obiaśnionem zostało, ale nie chciałem ludziom piśmienniejszym odemnie zabiegać pola; jednak, już sześć lat upływa, już obce pisma krzywy sąd o Rusi wydały, a nikt nie chciał mnie uprzedzić.

W takich wojnach, jaką nasza była, talent i błędy wodza należą do narodu; za pierwszy, dobrze użyty, w powszechnem szczęściu, wódz czerpie dla siebie najwyższą nagrodę, za drugie, kosztem narodu opłacone, narodowi winien on zdać sprawę. Czas zatem przerwać milczenie; nie będę dłużej zrażał się ważnością pracy , a zarazem, muszę zapomnieć, że, śledząc jenerała, mówić będę o Dwernickim, któremu od młodości nawykłem sprzyjać.

W czasie naszego tułactwa we Francyi, z 1832 na 1833, w Pamiętniku Emigracyi umieszczona artykuł pod tytułem: Działania korpusu jenerala Dwernickiego. Artykuł ten, pisany przez adjutanta jenerała i pod jego okiem, w niczem aż dotąd nie jest poprawiony. Z tego więc dokumentu, każdy poważniejszy ustęp , jak własne' słowa Dwernickiego, powoływać tu będę.


Peryod pierwszy

Dwernicki wysłany na Ruś, aby z pomocą powstań działał, w końcu kwietnia roku 1831 zszedł z linii bojowej głównego teatru wojny. Siły jego korpusu składały się z trzech batalionów piechoty mających 1,346 ludzi, z 22 szwadronów jazdy i 12 dział, co, w ogóle, wynosiło 4,226 ludzi.[1] Naturalną było rzeczą, iż jenerał wiedział, że wszedłszy na Ruś, sam jeden całości działań wojskowych miał przewodniczyć; powinien był zatem znać stan wojennego przygotowania tamtejszych mięszkańców, aby, stosownie do czasu i miejsca, wszystkiem ku ogólnemu celowi poruszyć.

Drugiego marca, pod Puławami, przeszedł on na prawy brzeg Wisły; 3go, pod Kurowem, nad tylną strażą Kreütza odniosł korzyści. Kreütz ustępuje za Wieprz, i jak sam Dwernicki przyznaje, otwiera drogę prowadzącą na Wolą. 4go nasz jenerał wchodzi do Lublina, 13go przybywa do Zamościa, czyli, inaczej mówiąc, w jedenastu dniach robi tylko szesnaście mil drogi. Zatrzymany, jak powiada, potrzebą wypoczynku i wiosenną odwilżą, stanąwszy pod Zamościem, zaczął rozmyślać nad siłami swojego korpusu, a nieodebrawszy żadnych od Skrzyneckiego posiłków, w ten sposób do siebie mówił: “Tak tedy upadły wszelkie nadzieje łatwych operacyi za Bugiem. Powstanie miało być sprzymierzeńcem korpusu; lecz Wołyń nie był jeszcze pod bronią tak jak Litwa.” Na wstępie zaś artykułu czytamy co następuje : “Roztropność doradzała (Rusinom) nic nie rozpoczynać bez zasiągnienia pierwej rady rządu polskiego; lecz nieustanne (ich) odezwy przez emissaryuszów, to dyktatorowi, to sejmującym przywożone, dostatecznie przekonywały, że niebyło zakątka na Wołyniu, Podolu i Ukrainie, gdzieby pierwsza wieść o rewolucyi listopadowej nie wznieciła najwyższego zapału i chęci wstępowania w ślady nadwislańskich braci. Odmowne atoli odpowiedzi dyktatora, który zwykle emissaryuszów z zabranych krajów odprawiał temi wyrazami: jednej skałki nie mam dla was, i groźne jego nakazy, aby się spokojnie zachowywano, zwątliły ducha nadziei, który i tak z tylą przeszkodami walczyć musiał.” Dalej, powiada jenerał, że “obywatel W W*** na granicy galicyjskiej mięszkający, ułatwiając przez długi czas wielu młodzieży przeprawę do Polski (kongressowej), sam naostatek przybył do obozu (pod Zamość) w towarzystwie kilkunastu Wołynianów. Świeżo opuściwszy Krzemieniec, byli oni w stanie dać dostateczne wyobrażenie o poczynionych już krokach w sprawie powstania tej prowincji. Krzemieniec był na Wołyniu, mówi jenerał, miejscem przedrewolucyjnych narad. Czysty zapał, i gotowość młodzieży do walczenia w sprawie kraju, dały widzieć przewodnikom, ze już nie podobna było uniknąć wstrząśnienia na Wołyniu. Należało więc jak najspieszniej korzystać z tego i pojednać różność mniemań, które rozdzielały samychże naczelników; co łatwoby nastąpiło, lecz daleko było trudniejsze ustanowienie władzy centralnej i zgodzenie się na pewne zasady wykonania dzieła. Wiara w rychły i wspólny bój ożywiała wszystkich, lecz cóż z najszlachetniejszych pojedyńczych usiłowań, kiedy były rozstrzelone i zebrać się nie mogły w pewną całość? Wiedziano, pisze jenerał z dołu, że jeszcze do tego nie przystąpiono u steru, zaręczano wszelakoż ogół, że naczelnicy weszli w ścisłe stosunki z rządem narodowym i że dadzą hasło skoro pora nadejdzie. Do czasu jednak wyjazdu z Krzemieńca nowo przybyłch, nic jeszcze nie wiedziano o obozującym korpusie pod Zamościem, z drugiej strony, siły nieprzyjacielskie ciągle wzrastały. Taki był, powiada jenerał, stan rzeczy na Wołyniu w drugiej połowie marca.” Z przytoczonych dotąd słów Dwernickiego, mamy pewność , że on za Wisłą, a nawet już w marszu swoim, dobrze wiedział, iż rząd warszawski nic dla niego nie przygotował na Rusi; dobrze wiedział, że wszystko zależało od powiązania usiłowań, to jest, od wydania hasła do wojny na którą ogól niecierpliwie czekał. Cel wyprawy, interes kraju, słabe siły korpusu, wszystko wymagało po jenerale, aby się postawił pomiędzy Rusią, a pacyfikacyjnym rządem warszawskim. Nie należałoby nawet wątpić że on tak postąpi, kiedy w artykule oświadcza, iż pierwszym jego było staraniem ustanowić kommunikacye z Wołyniem. Ale obaczemy w jaki sposób to dopełnił.

Wołyń, acz nielicznemi wojskami cara, był jednak przecinany. Przez tę prowincyą główna armjia rossyjska miała swoje kommunikacye z Kijowem. Przez nią, nie dawno, przechodziły ku Wiśle reszty wojsk nieprzyjacielskich, i koncentrowały swoje marsze w stronie zachodniej, do której właśnie nasz jenerał miał wkroczyć. Tam nakoniec, między Bugiem a Styrem, kupił się Rüdiger dla odparcia wyprawy. Przy granicy zatem królestwa kongressowego, na Wołyniu, najmniej można było przygotować się do powstania. Wewnątrz dopiero Wołynia były zmówione gotowe oddziały. Podole i Ukraina uzbrajały się spokojniej. To prawda, że oddziały wołyńskie były bez węzła pomiędzy sobą, ale niektórzy ich dowódzcy obrali sobie Wincentego Tyszkiewicza, organizatora tamtych dwóch prowincyi, za punkt, z którego mieli wziąść hasło. O tem wszystkiem powinien się był nasz jenerał wcześnie obiaśnić, zapewnić, powinien był dzień powstania oznaczyć. Nie można utrzymywać, aby w pierwszym naznaczonym dniu mogło stanąć pospolite ruszenie: rzecz materyalnie niepodobna. To jednak jest pewnem,jak się niżej przekonamy, że zmówione oddawna oddziały, na pierwszy znak, w czasie i miejscu zażądanem, byłyby się w znacznej massie postawiły. Wszystko zatem zależało od zniesienia się z Rusią, od rozporządzenia jenerała. Ale Dwernicki nie daje Rusi żadnego polecenia, nie daje nawet znać o sobie, i sam bez żadnej pewności, wchodzi na Wołyń. Tak jest, jenerał nie dal Rusinom ani rady, ani hasła, którzy, jak sam twierdzi, powinni byli na to czekać ; owszem on ich działanie wstrzymał, a tem samem, nietylko korpus swego dowództwa na oczewistą zgubę naraził, lecz co większa, całej sprawie narodowej ciężką wyrządził szkodę. Aby dowieść tej ważnej prawdy, aby ją lepiej wyjaśnić, wypiszę co do słowa, z artykułu jenerała, każde jego postanowienie, proklamacye, listy, ustne rozkazy, zgoła, to wszystko cokolwiek on przedsięwziął we względzie porozumienia się z Rusią i zawołania powstań. Poczem, całą tę czynność rozrzuconą datami, oznaczywszy porządkową liczbą, w jeden obraz zbiorę.

Zaledwie korpus stanął pod Źamościem, natychmiast obecny pod ów czas w twierdzy Kisiel, obywatel z Wołynia, oświadczył jenerałowi Dwernickiemu iż posiada zaufanie wielu obywateli za Bugiem, zaręczał, mówi artykuł, że gotowi są uzbroić się przeciw wspólnemu nieprzyjacielowi, niedostawało mu wszakże, powiada jenerał, statystycznych wiadomości, co do sil spodziewanego powstania i systemu na który naczelnicy jego zgodzićby się mogli. Artykuł ani słowa więcej nie mówi o Kisielu, i ze wszystkiego co potem zaszło, przekonamy się ii ten obywatel, dla dziwnych przyczyn, to jest, że nie miał statystyki i systemu powstania, nie był do skommunikowania się z Rusią użyty. Podobne warunki nie dla każdego officera sztabu, nie dla każdego jenerała są łatwe. Poczem, 16go marca , jak artykuł donosi “Obywatel z Wołynia Dob***, przybywszy do Zamościa z nad granicy, przywiozł wiele nowin, ale znowuż zachodzi niedogodność. Jenerał mówi, że przybyły nie miał na swoje nowiny dowodów. Podawał on siły moskiewskie na 9,000 i 4 baterye artyleryi, a że takich wieści, powiada artykuł, nie mało cisnęło się do Zamościa, napisał przeto Dwernicki do wielu znakomitych osób na Wołyniu, żądając od nich dokładniejszych wiadomości, tak pod względem sił nieprzyiacielskich, jako przysposobień do powstania.” Z tą expedycyą, Dobr***, z dodanym officerem Wereszczyńskim, został na Wołyń zwrócony. Chociaż widzieć będziemy że ci posłannicy potrzebnych obiasnień nie dostarczyli, chociaż ich missya była ważności podrzędnej, dajmy jej jednak N. 1.

W tym samym prawie czasie przyjechał, takie pod Zamość, Chrościechowski , i również uwiadomił że siły Rüdigera składaią się z 9,000 ludzi. Chrościechowski mieszkaniec królestwa kongressowego, od kilku tygodni dostał się był do Galicyi, i pod tytułem emissaryusza rządu warszawskiego, znosił się z niektóremi pogranicznemi obywatelmi ziemi ruskiej. Jenerał powiada, że Chrościechowski, na dowód, kim był i z jakiemi przybywał zleceniami, okazał list podpisany przez Szefa sztabu głównej armii. Wyznaje, że urzędowość missyi majora Chrościechowskiego wzbudziła w nim ufność; lecz zarazem oświadcza że jego wiadomości uważał za uzbierane nad Bugiem; domniemywał się nawet jenerał, iż emissaryusz w głębi kraju nie był. Zwraca go więc z rozkazem, aby się o wszystkiem szczegółowo i najdokładniej dowiedział; pisze przez niego, że “jak tylko podeschną drogi i ruszyć będzie można, niezawodnie wkroczy na Wołyń, żądał, aby wcale niewątpiąc o rychlej pomocy, bezwłocznie do boju się sposobili. Żądał wreszcie, aby nad samą granicą, na przybycie korpusu czekało kilkadziesiąt koni pod działa.” Jest to N. II rozporządzeń.

Po utarczce pod Kurowem, kiedy nie można już dłużej wątpić, że Dwernicki dążył na Wołyń, Diebicz zmuszony był z głównej armii wysłać za nim część woyska pod dowództwem jenerała Toll, o czem, 12go marca, swemu carowi rapportował. Artykuł pisze że Toll, od Siedlec do Lublina, po grzęzawicach prowadzi ciężkie działa, i w jednym punkcie koncentruje do 20,000 wojska, że, przeszedłszy za Wieprz, rozciągnął się od Krasnegostawu ku Turobinowi, że 17go marca jazdą i działami zajął Skierbiszow, położony o dwie mile od Zamościa, i usiłował obsaczyć korpus polski, i ścieśnić zakres który mu żywności dostarczał.

Już koniec marca dobiegał, a jeszcze jenerał nie miał żadnej kommunikacyi z powstaniami, gdyż sam mówi: “długa wzajemna niewiadomość wypadków, na obu stronach Bugu, przekonała iż urzędowni emissaryusze najczęściej postępują opieszałej od prywatnych wysłańców i tym sposobem urzędownie obie strony zwodzą.” Kiedy jenerał tak narzeka, kiedy sama konieczność przedstawia mu potrzebę wejść w stosunki z powstaniami, w tem Chrościechowski powraca i przywiezionym listem od M. C*** wszystko zaspakaja. Niedawno i słusznie, nie poprzestawał jenerał na pogranicznych wiadomościach, jednak , zaniedbawszy tak długo zasiągnąć pewniejszych objaśnień, tą razą, nie zważał, że M. C*** o dwie mile tylko mieszkał od granicy galicyjskiej. Nie zważał, że Rüdiger tę okolicę zajmuie. Artykuł pisze, że list przywieziony był własnoręczny M. C***, że ten obywatel zaręczał o gotowości do powstania i o przysposobieniu koni pod artyleryą. M.C*** sprawiedliwie mówił o gotowości, ale do jenerała należało chcieć i umieć jej użyć tam, gdzie ona mniej krępowaną była; to jest,w głębi kraju. Poczem, Dwernicki wyrachowawszy czas swojej przeprawy przez granicę, 31 marca, po drugi raz, zwraca Chrościechowskiego aby oświadczył Wołynianinom, iż “10 kwietnia korpus niezawodnie przejdzie Bug. Z tą nowiną, jak artykuł ją nazywa, Chrościechowski miał obiedz w przeciągu dni dziesięciu Wołyń i Podole.” Z kolei dajmy temu N. III. Chrościechowski jest dotąd nie rozwiązaną tajemnicą czasu naszej wojny: ogólna w artykule wzmianka o liście szefa sztabu, który ten podrożny składał, nie objaśnia nam zakresu jego missy i niekorzystnie zaćmionej tem, co zaszło. Lecz, jenerał nie zwrócił na to uwagi, że Chrościechowski nieznany był na Rusi, że nie miał potrzebnych stosunków, nie znał miejscowości; jeżeli rozumiał że ta nowina, z którą go posyłał, była dostateczną dla powstań i działań korpusu; jeżeli nakoniec polegał na jego gorliwości, której przedtem złorzeczył, to jakaż jeszcze była pewność, że on obiegnie dwie prowincye? mógł utonąć, być schwytanym. W własnym kraju, wśród powszechnego zapału, niejednego posłańca w nieokreśloną przestrzeń, ale raczej kilku, w jedno pewne miejsce, należało było wyprawić; trzeba było posłać tam stanowcze polecenie. i ztamtąd mieć odpowiedź. Chrościechowski chociażby był obiegł w dziesięciu dniach Wołyń i Podole, jakążby ztąd korzyść dwie strony otrzymały? Ruś, na prostej słownej nowinie z ust nieznajomego, po stu na niczem już spełzłych nowinach, nie mogłaby się gruntować, jenerał, jak przedtem, nie miałby do czego stosować swoich ruchów. Kiedy jednak Dwernicki nie kazał swojemu posłannikowi dotykać Ukrainy, gdzie był organizator; kiedy nie wiedział o środkowym punkcie, z którego mógł poruszyć powstania, co być nie powinno; to przynajmniej należało oznaczyć termin zbrojnego wystąpienia. Natenczas, nie dojście tak ważnej wiadomości. w części, ciężyłoby na emissaryuszu, reszta na jenarale, alboteż cała wina spadłaby na Ruś, gdyby odebranego zawołania nie wykonała. Ale Dwernicki, mając mało mówiący list M. C***, resztę porucza swojej nowinie, która, jak się wkrótce przekonamy, razem z posłańcem zaginęła w podróży. Jenerał tak dostatecznie, tak niedbale urządzony, gotuje korpus do dalszego leniwego pochodu i ostrzega że miał jeszcze instrukcyą ścieśniającą jego ruchy. Powiada, że Skrzynecki polecał mu, aby za Bugiem trzymał się granicy austryackiej i jak najspieszniej szedł do Kamieńca. Dwernicki w swoim artykule tak o tem sądzi: “podobne instrukcye dla korpusu manewrującego o sześćdziesiąt mil, nie mogły zbawić Wołynia, Podola i Ukrainy.” Sprawiedliwa uwaga! Instrukcya, czyli rozkaz dany jenerałowi manewrującemu łącznie z armiją, kiedy naczelny wódz na wszystko patrzy, i sam o wszystkiem sądzi, gdyby nawet mówiła: stój w tem miejscu i zgiń z twoimi, alboteż dostań się na ten punkt, chociażby z największą stratą, taka mówię instrukcyą dla żołnierza obywatela jest słowem uroczystem. Natenczas polecenie wodza jest rzeczą świętą, albowiem, od wykonania onego zależeć może ocalenie większości wojska, powszechne dobro. Ale instrukcyą dana korpusowi oddzielonemu na daleką wyprawę mało co więcej może powiedzieć : idź, szkódź twojemu nieprzyjacielowi najusilniej, nie naruszaj granicy państwa, zktórem twój naród nie chce mieć wojny. Tam nie można z pewnością przewidzieć, co zajdzie; tam, jenerał przewodniczący sam wszystko waży. Napoleon twierdzi, że oddzielny jenerał nie może się instrukcyą zasłaniać; że jeźliby była zła, a on ją przyjął, i przez to naraził woysko lub interes kraju, sam za to odpowiada. Dla tego mówi, że jenerałowi należy raczej uwolnić się od służby, jak brać zły plan do wykonania. To ostatnie zdanie nie było dla Dwernickiego, on służył własnej oyczyźnie, żaden wzgląd osobisty ani odstręczać, ani zachęcać go nie powinien. Ale będąc właściwym sędzią narzuconego planu, jeśli widział jego wady, powinien go był na pierwszym marszu rozedrzeć. Nie przywiązując zatem żadnej wagi do instnikcyi, jako do rzeczy niewłaściwej, jedynie patrzeć będę na działania Dwernickiego.

O dwa marsze od Zamościa, ku wschodowi, stykają się trzy granice, które, w rozszarpanej Polsce, oddzielają królestwo kongressowe od Austryi i Rossyi, a oraz Rossyą od Austryi. Nasz jenerał, 3 kwietnia, opuszcza twierdzę, i małemi oddziałami jazdy zwiodłszy Tolla co do kierunku, bierze swoją drogę. 9go przybył on do Kryłowa położonego nad lewym brzegiem Bugu blizko zetknięcia się granicznych linii, z których jednę liniją stanowi ta rzeka. Setnia kozaków stojąca w Kryłowie została rozproszona przez polskich ochotników: Dwernicki, w tym marszu, innej przeszkody nie znalazł. Wkrótce potem, na prawym brzegu Bugu, pokazały się zwiady kozackie, a później para szwadronów huzarów achtyrskich. Dziesiątego rano most był ukończony.

Widzimy zatem, że jenerał między Wisłą a Bugiem 40 dni stracił i tylko 24 mile uszedł. Ponieważ zaś artykuł, chcąc tę oczywistą opieszałość zasłonić, mówi, że Dwernicki spiesznemi marszami nie zdołał uprzedzić wiosennej odwilży, która zaskoczyła go w Krasnymstawie, trzeba zatem szukać sposobu, aby przekonać naszego jenerała że ta przeszkoda mogła być pokonaną. Wszakże sam nas uwiadomił, że Toll po grzęzawicach prowadził ciężkie działa, że w jednym punkcie zkoncentrował do dwudziestu tysięcy wojska, i że 17 marca już zaczął korpus polski pod Zamościem osaczać. Data rapportu Diebicza (12 marca), i zebrane przezemnie wiadomości upoważniałyby mię oznaczyć czas, w którym Toll opuścił główną armiją rossyjską , ale postanowiłem nie wprowadzać innego świadectwa moim twierdzeniom nad sam artykuł Dwernickiego. Diebicz, podług pisma naszego jenerała, wysłał Tolla po utarczce kurowskiej. Lecz Diebicz oddalony od Kurowa, nie mogąc ztamtąd w chwili odbierać objaśnień, potrzebując czasu do zapewnienia się dokąd Dwernicki idzie, nie mógł natychmiast brać stanowczych środków, a więc nie zaraz wysłał szefa sztabu swojego dla ścigania wyprawy. Artykuł nawet wyznaje, że Dwernickiego w Krasnymstawie, a Tolla w Siedlcach, bezdróż zaskoczyła, albowiem, czytaliśmy już, że ten ostatni, zaraz z Siedlec po grzezawicach ciągnął. Iednakże, dla łatwiejszego przeświadczenia samego Dwernickiego, dajmy że Toll, choć tak oddalony od Kurowa, natychmiast, po pierwszym strzale, to jest 3 marca, Siedlce opuścił. Niedogodności pory roku były też same dla stron obudwóch. Toll pięć razy liczniejsze woysko prowadził, liczniejszą i cięższą miał artyleryą. Przecież, podług naykorzystniejszego przypuszczenia, które zrobiłem dla polskiego jenerała, rossyjski, po opuszczeniu Siedlec, czternastego dnia miał już swoje wojsko w Turobinie, czyli, co jedno, uszedł 24 mile, kiedy przeciwnie Dwernicki, wyszedłszy z Puław za pogody, jednaście dni stracił, nim uszedł 16 mil do Zamościa. Potem znowuż 29 dni zmarnował pod wałami twierdzy na dwa małe marsze do Kryłowa. Rüdiger, w połowie marca, koncentrował swój korpus nad Styrem. Skrzynecki nawet, któremu nikt jeszcze pospiechu nie zarzucił, wszelakoż, w końcu marca, odbywał ruchy; rozbił Rozena, był w Kałuszynie, i t. d., a zapewnie nie wszystko to na kamiennej drodze wykonał. Czyi tylko dla samego Dwernickiego, mającego cztery tysiące woyska i małe działa, odwilż położyła nieprzebyte zawady? J możeż on najleniwsze swoje poruszenia nazywać spiesznemi marszami? Nie będę wyliczał sposobów jakiemi nasz jenerał mógł prowadzić swoją artyleryą, gdyż nie potrzebnie utrudzałbym czytelnika.


Peryod drugi


Dnia 11 kwietnia rano, korpus polski, bez najmniejszej przeszkody, dokonał swoiej przeprawy na Bugu. Artykuł nas uwiadamia, że przednie straże rossyjskie jeszcze 10go wieczorem cofnęły się do Włodzimierza; że 11go główna kwatera Rüdigera była w Chobółtowej. Aż nadto Dwernicki wiedział, dla czego nieprzyjaciel dopuścił mu tak spokojnie przebyć granicę, albowiem pisze że “Kreütz, i Diebicz nawet, mieli korpus polski za kilkonasto-tysięczny, że ostatni do tej mylnej opinii stosował poruszenia głównej armii, że Rüdiger był w tym samym błędzie, gdyż nie śmiał bronić przeprawy i potwierdzał tę opiniją cofaniem się na Chobółtowę i trzymaniem się pozycyi leśnych.” Nasz jenerał, zastanawiając się nad tem, co mu wypadało przedsięwziąść, takie sobie porobił uwagi: “Rzucić się na mocniejszego przed sobą Rüdigera po przeprawie Bugu, byłoby to stawić na kartę całą wyprawę. Po przegranej bitwie w cóżby, powiada, obróciła się była insurrekcya, którą protegować przybyliśmy, i której wspóldziałanie z korpusem było zasadą jego postępów. Trzeba więc było unikać bitwy, a że wielkie składy moskiewskie i zamożniejsze przysposobienia znajdowały się za Styrem, najważniejszą przeto było rzeczą ubiedz, mówi, Rüdigera u przeprawy Styru.” Naostatek dodaje: “Podług instrukcyi korpus miał opuścić bliższe i dogodne dla siebie okolice Dubna, Zasławia, Konstantynowa i Żytomierza, a przemykając się tylko pod Kamieniec, wywołanych po drodze obywateli zostawić na pastwę kozactwa bez żadnego użytku dla sprawy publicznej. Bez piechoty zaś, z sześcio-funtowemi działami, wzięcie Kamieńca było, powiada, przytrudne; jeszcze więc raz oświadcza, że instrukcya naczelnego wodza nie była zastosowana do możności korpusu ani do interesu wyprawy.

Kto tak rozumował jak Dwernicki, kto jak on mniej więcej, widział dogodności i złe oczewiste, ten robił nadzieję, że to obierze, co było lepszem. Gdyby jenerał był jeszcze wyrzekł, że Kamieniec, w żaden sposób, nie mógł być dla niego punktem dążenia, gdyby był inny główny punkt wykazał, na ten czas zbliżyłby się do tego, na czem miał się gruntować dobry plan jego wyprawy. Jednak, z tego co dotąd powiedział, nie możnaby wątpić, że po przejściu Bugu całą myśl swoją zwróci ku przeprawie Styru, ku środkowi kraju; że szybkiemi ruchami będzie usiłował nagrodzić czas stracony, że o instrukcyi zapomni. Ale Dwernicki, obok tych słabych uwag, takie położył sobie trudności: ubiedz Rüdgera u przeprawy Styru było, mówi, rzeczą niepodobną, gdyż Rüdiger zawsze był o dwa marsze naprzód i miał żołnierza niepotrzebującego wypoczynku. Dążyć ku środkowi Rusi, również, powiada, niepodobnem było, gdyż Rüdiger z całym swojm korpusem był w Włodzimierzu o dwie mile od przeprawy i na swojej prawej stronie miał: pays des chicanes. A więc w jednej i tejże samej chwili Rüdiger znajdował się o dwa marsze i o dwie mile. Ta ważna sprzeczność obejmuje jeszcze jedną: od Kryłowa, czyli od punktu przeprawy Dwernickiego, do Włodzimirza, jest istotnie mil cztery nie zaś dwie, jak artykuł utrzymuje, nie sądźmy jednak, że w tym rachunku zaszła omyłka drukarska: liczba literami wyciśnięta. Dwernicki, schodząc z mostu, natychmiast zwrócił czoło kolumny na prawo i granicą austryacką ciągnął na południe. Dla tego więc artykuł, we wstępie, chcąc wykazać, że trudno było dostać się do Styru, mówi, iż, Rüdiger był zawsze o dwa marsze naprzód; ponieważ zaś, jak się wyraża, starał się dowieść także, że Dwernicki został zmuszony iść granicą, a zatem, w zakończeniu swojem, cofnął napowrót nieprzyjaciela i korpus jego, razem z miastem Włodzimierzem, o dwie mile ku Kryłowu przybliżył. Wnoszę, że nasz jenerał nie zwrócił ścisłej uwagi na ogól artykułu swego adjutanta, gdyż podobnych manewrów każda stronnica tego pisma dostarcza.

Wartość powyższych kwestyi nieco niżej da się dostateczniej ocenić, tu zaś należałoby mówić o tej korzyści, którą polski jenerał nad sobą Rüdigerowi przyznawał, to jest, że ten ostatni miał żołnierza niepotrzebującego odpoczynku, lecz rozumiem, że za całą odpowiedź dość będzie Dwernickiemu przypomnieć jego trudy między Puławami a Kryłowem poniesione.

Czuje jednak Dwernicki, że jego kierunek nie może być usprawiedliwiony powodami, jakie dotąd z artykułu wypisałem, i powiada, że zbliżenie się ku granicy austryackiej było dopełnieniem instrukcyi. Zapomina więc wstrętu, który po dwa kroć do niej oświadczył. Zapomina co sam sprawiedliwie przedtem powiedział, że ona nie mogła zbawić Wołynia, Podola i Ukrainy, że nie była zastosowana do sił korpusu, ani do interessu wyprawy; a zamiast wyrzucić hamulec, którym go nieroztropnie czy złośliwie kiełznano, naucza nas w swojem piśmie, iż należy rozkazu dopełniać, nie wchodząc w rozbiór co polem nastąpi. Psie dość, jenerał, sprzeczny z sobą samym, pochwala nawet plan Skrzyneckiego, mówi; że naczelny wódz przewidywał, że korpus będzie powinien trzymać się granicy, i twierdzi: że Kamieniec nieodzownie był potrzebny.

Nim przeto Rüdiger zbierze się błędny ruch ukarać, temczasem Dwernicki, po przeprawie, idzie i tego samego dnia pod Poryckiem, niespodzianie zchodzi pułk kawaleryi rossyjskiej, który zaledwie zdążył wsiąść na koń, rozprasza go dwoma swojemi szwadronami, zabiera ciągnione za nim bagaże i w Porycku nocuje. Artykuł pisze, że ten pułk wysłany był przez Rüdigera z rozkazem zbliżenia się oś do przeprawy polskiego korpusu. Lecz jeśliby tak być miało, dla czegożby ón szedł z Włodzimierza do Porycka o cztery mile w lewo Kryłowa ku austryackiej, nie zaś ku polskiej granicy? dla czegoby ciągnął za sobą bagaże i dal się podejść? Rüdiger wiedział, że tego dnia wojsko polskie było już na prawym brzegu Bugu, ustępując więc całym korpusem nie chciałby był narażać jednego odzielnie pułku, a przynajmniej nie posyłałby go był w stronę zupełnie przeciwną od punktu przeprawy. Jenerał rossyjski stojąc nad Bugiem nie zapomniał, że miał dwa obowiązki do spełnienia: zajmować jak można najwięcej kraju, aby wstrzymać powstanie, i zarazem opierać się postępowi wyprawy. Do ostatniej zatem chwili, o ile można było, miał niektóre części wojska w oddaleniu. Pułk więc kargopolski. o którym tu jest mowa, nie ku przeprawie był wysłany, ale szedł połączyć się ze swoim korpusem.

Dnia 12 rano, zwiady polskie, jak artykuł pisze, wysłane ku linii nieprzyjacielskiej, widziały ciągnące kolumny od Markostaw ku Skurczom i pretenduje że do tej wioski miała się przenieść główna kwatera Rüdigera. Dwernicki opuszcza Poryck, uchodzi dwie mile do Lachowca, i tam stanąwszy na noc, taką, powiada, napisał proklamacyą : “Już za Bozką pomocą, na ziemi waszej, udało się nam pobić nieprzyjaciela. Pułk kargopolski dragonów, dwoma szwadronami naszej jazdy rozbity, w połowie jest w naszych ręku. Ufni w świętość sprawy powstawajcie wszyscy i razem! Korona i Litwa walczą i zwyciężają. Przynoszę wam narodowość i dawne swobody. N IV.”

Trzynastego po dostatecznem, jak mówi artykuł, rozpoznaniu pozycyi nieprzyjacielskiej, korpus polski, uszedłszy znowuż dwie mile, stanął w Drużkopolu, gdzie przeszło 36 godzin odpoczywał. Drużkopol równie jak Lachowce, leży od Skurczów o półtrzeci mile: między Drużkopolem a Skórczami na punkcie środkowym, w Horochowie, cały ten czas stał podpułkownik Wierzchlejski z oddziałem wynoszącym czwartą część sił Dwernickiego. O tem położeniu dwóch wojsk przeciwnych mówić będę w swojem miejscu, nateraz zaś zanotujmy tylko sobie tak blizkie ich sąsiedztwo. Powiada nasz jenerał, że w Drużkopolu zastawszy zgromadzonych obywateli miał się z nieci mi porozumieć względem insurrekcyi, utworzenia najdogodniejszej dla kraju organizacyi, słowem, względem energicznego rozwinięcia zasad rewolucyinych i zapytał ich w jakim stanie jest insurrekcya; dla czego nie zastał koni pod artyleryą. Na co odebrał odpowiedź, że bynajmniej nie wiedziano o jego wkroczeniu; odpowiedź nie małego znaczenia. Jednak Dwernicki na tem zakończył swoją rozmowę i tylko zawołał gdzież jest Chrościechowski? Wszelakoż, jenerał miał jeszcze list od M. C*** odebrany pod Zamościem, który po Chrościechowskim, całą resztę jego zniesienia się z Rusią stanowił; jeżeli przeto Dwernicki na tym liście opierał swoje kombinacye, czemuż więc nie obwinił M. C*** za nieuwiadomienie tak blizkich sąsiadów, za niedostarczenie koni pod artyleryą? Lecz, aby się obiaśnić w tym względzie czytajmy następujący wyjątek z artykułu:

Czternastego “ustanowił Dwernicki, w imieniu rządu narodowego, władzę krajową wołyńską. Obywatela M. C*** mianował Regimentarzom województwa wołyńskiego, inni odebrali rozkaz udania się do przeznaczonych sobie okręgów dla sprawowania władzy administracyjnej, organizowania na wszystkich punktach powstań, z prawem nakazywania obywatelom dostawy koni, żywności i t d. Te rozporządzenia, pisze jenerał, miały być uzupełnione po stoczonej bitwie.” Nr V. Widzimy zatem, że nasz jenerał nie tylko nie zakładał żadnej pretensyi do M. C***, ale owszem obdarzył go zaszczytnym urzędem. Jeżeliby zaś Dwernicki głównie gruntował działania swoje na skutku nowiny posłanej przez Chrościechowskiego, dla czegóż, przekonawszy się, że emissaryusza korpusem wyprzedził, że o kilka mil od Kryłowa nikt o wyprawie nie wiedział, dla czegoż mówię, kogo innego natychmiast wgłąb kraju nie wysłał, aby zastąpić Chrościechowskiego, uwiadomić o wkroczeniu wyprawy i dać polecenia? Lecz napróżnobym chciał przywiązywać ważność do zatraconej nowiny; Dwernicki nie dbał o nią, kiedy nowym emissaryuszem nie chciał dawniejszego zastąpić: nie obwiniał M. C***i tem dowiódł, że na wysłannictwie pierwszego tak, jak na liście drugiego, nie polegał.

Zgoła, żaden jenerał, któryby chciał najechać kraj cudzy, nie mógłby lepiej od naszego jenerała ukryć przed mięszkańcami swojego wtargnienia. Kiedy jednak inne było przeznaczenie Dwernickiego, z którem przybywał do Rusi, zapytajmy dla czego on, przywdziawszy tak ważnym obowiązkiem M. C***, zatrzymał go w swojej głównej kwaterze? dla czego nie kazał powstawać aż sam stoczy bitwę? Nie byłożto nieograniczone odroczenie wojny insurekcyjnej, w cóż obrócił swoją przedwczorajszą proklamacyą mówiącą powstawajcie wszyscy i razem? co miało być z powstaniem kowelskiem wywołanem, jak artykuł twierdzi, przez tę proklamacyą? Naostatek, co się miało stać z korpusem po przegranej? Lecz sama sprawiedliwość nakazuje uniewinnić Dwernickiego z zarzutu, który tu sobie zrobił. Mówi on, że rozesłał urzędników w różne okręgi dla organizowania insurrekcyi, nakazywania potrzebnych dostaw i że im kazał to uzupełniać aż dopiero po stoczonej bitwie. Byłoby to zatem rozsyłać wyraźny zakaz powstawania: gdyż widzieć będziemy, że nie pomyślny wypadek walki, która w pięć dni potem zaszła, wszystko przeciął. Nasz jenerał, ze swojej linii, nie dotknął ani jednego powiatowego miasta, nie rozburzył żadnej władzy administracyjnej rossyjskiej, nie mógł przeto rozsyłać swojch urzędników, a tem samem nie popełnił winy, którą sobie przypisał. Wszelakoż, szkodliwe drużkopolskie postanowienie bynajmniej nie traci na swojej głównej treści i dowodzi, że Dwernicki nie chciał, aby mieszkańcy powstawali przed bitwa, której się on spodziewał.

Piętnastego nasz jenerał wychodzi z Drużkopola i pisze, że ztamtąd ruszy już przeciw nieprzyjacielowi. Trzebaby zatem wnosić, że pojdzie wlewo ku Skurczom. Nie, Dwernicki wprost popod słupy idzie i w Łobaczówce nocuje. Ta ostatnia wioska leży o półtory mile od Beresteczka, gdzie wbród można Styr przebywać, gdzie, jak artykuł mówi, stał pułk piechoty rossyjskiej, pułk kawaleryi i baterya artyleryi.

Szesnastego dodnia, Dwernicki z Łabaczowki bierze się w lewo dla obserwacji oddziału nieprzyjacielskiego, zajmującego Beresteczko, zostawia Wierzchlejskiego z 5 szwadronami, jednym batalionem i dwoma działami w Rudce a sam, z korpusem, posuwa się do Boremla i dostaje się tam przededniem. Boremel leży nad samym brzegiem Styru. Na przeciwnym brzegu rzeki ciągnie się grobla do trzechset sążni długa: most na rzece był zebrany. Rüdiger, jak artykuł donosi, zajmował Łęcznę położoną na prawym brzegu Styru o półtory mili od Boremla, na przecięciu dróg prowadzących do Dubna, Łucka i Krzemieńca. O godzinie 4 po południu dwie kompanije piechoty polskiej przeszły na prawy brzeg rzeki, po kładkach ustawionych na palach mostowych, i zajęły lasek za groblą wypędziwszy z niego kozaków: na noc posiano tam trzecią kompaniją.

Siedmnastego rano, jak pisze artykuł “nadbiegło do głównej kwatery dwóch obywateli godnych wiary, którzy się z obozu nieprzyjacielskiego przede dniem wyrwali. Oznajmili oni Dwernickiemu, że Rüdiger z siłą do trzynastu tysięcy wynoszącą zaczął w nocy zajmować pozycye równoległe od rzeki, a oddalone od niej blizko o trzy mile.” Tym sposobem, siły nieprzyjacielskie musiałyby wynosić najmniej 15,000 ludzi, albowiem, oprócz tej liczby, którą przybylcy podali, w Beresteczku ciągle obserwowanem, artykuł rachował pułk kawaleryi, pułk piechoty i bateryą artyleryi. Nie możnaby zaprzeczać dobrej wiary tym dwom nieznajomym co do wiadomości, jaką o Rüdigerze przywieźli. Ale artykuł 13go dostatecznie rozpoznał pozycye Rüdigera w Skurczu na lewym brzegu Styru; 16go widział go w Łęcznej o półtory mili od Boremla, na prawym brzegu, a oni 17go przede dniem wydobyli się od niego o trzy blizko mile. Chcąc im jednak wierzyć, trzebaby także nie wątpić, że rossyjski jenerał stanął na pretendowanej pozycyi najmniej 16go wieczorem, kiedy miał czas przedstawić się tym panom równolegle do rzeki. Bo jakże wnosić, aby obywatele rozpoczętą tylko formacyą, w nocy, nie wprawnem okiem, ocenili, aby tak dobrze obrachowali jego siły? rzecz, o tej porze, dla przytrzymanych, jak oni byli, niełatwa. Nie do pojęcia jest także, dla czegoby Rüdiger, będąc raz o półtory mile od mostu na ważnem rozdrożu, odsuwał się na drugą taką odległość; byłobyto równie sprzeczne z jego interesem jak ze wszelkiem wyobrażeniem o wojnie. Trzeba tylko żałować, że artykuł nie oznaczył tego nowego stanowiska nieprzyjacielskiego, a nawet nie wskazał strony, w której się to działo. Łęczna i ten punkt niewyjaśniony jest to zadanie do którego znajdziemy klucz w samymże artykule, idźmy tylko dalej.

Tego samego dnia, to jest 17 kwietnia przed południem, ukończono most i natychmiast polskie zwiady wyszły za rzekę w rozmaitych kierunkach. Piechota polska stojąca na przeciwnym brzegu została wzmocniona. O pierwszej po południu Dwernicki wysłał dywizyon kawaleryi, kompaniją piechoty i dwa działa na rozpoznanie ku Jarosławicom, wiosce leżącej na wielkim trakcie między Dubnem a Łuckiem. Około dziesiątej w wieczór, po dziesięciogodzinnym ruchu, oddział rozpoznawczy powrócił i ani on ani zwiady, tak długo biegające w rozmaitych kierunkach, nie mogły wynaleść Rüdigera. Nic przywieziono nawet żadnej o nim wiadomości. To systemu zaczajenia pisze nasz jenerał, komplikowało nader położenie korpusu polskiego. Nie można więc nie wnosić, że artykuł przez omyłkę postawił był Rüdigera w Łącznej. Gdyby bowiem rossyjski jenerał tę wioskę zajmował dla czegożby oddział rozpoznawczy, w marszu swoim ku Jarosławicóm, nie dowiedział się był dokąd on ztamtąd poszedł? Rozumiem, że nowej pozycyi Rüdigera nie zakrywanoby przed officerem wysłanym na rozpoznanie, tak jak ją przed nami zakryto: rozpoznający miał dość czasu, nie było żadnej przeszkody, niezawodnie więc byłby tam doszedł. A jeśliby i na tem nowem miejscu nie zastał nieprzyjaciela, to przynajmniej potrafiłby i nie zaniedbałby zebrać potrzebne w tym względzie szczegóły. Wreszcie, zwiady tak zwinne jak nasze, w przeciągu dziesięciu godzin, byłyby jakkolwiek nieprzyjaciela dotropiły. Słowem, nie na temby się skończyło, że Rüdiger gdzieś był zaczajony. Rozpoznający, czy zwiady, w własnym kraju nabyliby waźniejszego objaśnienia, ze swego wysłannictwa lepsząby zdali sprawę. Przed oczami ruskich dzieci, podczas narodowej wojny, nie tylko korpus, ale jeden Doniec się nie skryje: oniby byli wszystko swoim braciom powiedzieli. Wolę przeto oprzeć się na rapporcie zwiad, na doniesieniu rozpoznającego officera, jak na zeznaniu dwóch przybylców, jaka bądź była ich wiara. Rüdiger nie był tam, gdzie go oni równoległe do Styru rozwijali, tak jak w Łęcznej nie był. Podług artykułu jenerała, 12go widziano kolumny nieprzyjacielskie ciągnące od Markostaw czyli Łokaczów ku Skurczom; 13go pod tą ostatnią wsią nieprzyjacielską pozycyą rozpoznano. Wiemy zaś już, że Dwernicki, opuściwszy Poryck, przez 12 i 13 uszedł tylko mil 4, że 14go w Drużkopolu odpoczywał, i że przez czas odpoczynku o pięć ćwierci mili od Skurczów, w Horochowie, miał oddział swojego korpusu. Przyczem karta nam pokazuje, że drogi, z Porycka do Drużkopla i z Łokaczów do Skurczów prowadzące, są względem siebie równoległe i tylko o półtrzeci mili jedna od drugiej oddalone. Gdyby więc, jak artykuł pretenduje, Rüdiger wziął ten kierunek, byłby albo nad Styrem korpus polski z największą łatwością uprzedził, albo go frontem ku granicy atakował, albo nakoniec, starałby się Dwernickiego podpędzić i wrzucić w matnią między rzekę i granicę. Wreszcie, jeślibyśmy przypuścili, że rossyjski jenerał, zbliżywszy się tak znacznie do korpusu polskiego jeszcze się nie przekonał o małej i jego sile, i nie mogąc się zdecydować co ma począć, stal pod Skurczami nieruchomie, to nie można wątpić, iż przynajmniej byłby się odważył spędzić mały oddział Dwernickiego przed jego frontem w Horochowie postawiony. Temczasem, ani czaty , ani zwiady obudwóch woysk od 11 aż do 17 jednego nawet naboju niezużyły. Nakoniec, gdyby Rüdiger stał pod Skurczami, dla czegoż Dwernicki, oświadczywszy że idzie przeciw nieprzyjacielowi, nie poszedł 15 z Drużkopola ku Skurczom ale do Łobaczówki? Te powolne i spokojne marsze w tak małym promieniu Skurczów, ten nie zakłócony odpoczynek i dyrekcya do Łobaczówki, dość silnie nas zapewniają, że pod Skurczami korpus Rüdigera nie był. Jeżeli 12go widziano wojsko rossyjskie od Łokacz w stronę Skurczów ciągnące, był to zapewnie oddział maskujący odwrót Rüdigera. Nieśmiały przeciwnik Dwernickiego dawno poszedł krążyć prawym brzegiem Styru, i dla tego nie było go tak długo. Nie chciał nasz jenerał wierzyć że jego przeciwnik słyszał o Stoczku. Taka awangarda w wojnie bardzo jest usłużna: ona korpus polski przeprowadziła przez Bug, ona mu ważną jego ścieszkę na Wołyniu długo oczyszczała. Wszak artykuł, wsród tylu swoich sprzeczności, najpodobniejszą doniósł prawdę mówiąc: że Rüdiger, zaraz po przeprawie Dwernickiego, naprzód znacznie się odsunął. Robił on zatem łuk od Włodzimierza po za Styrem, którego cięciwą była droga Dwernickiego. Niespodziana była to chwila odkuć się od granicy i bez kosztu drugą rzekę przebyć. Ale polski jenerał bynajmniej nie spieszył na prawy brzeg Styru. Dwernicki nawet pisze, że do Boremla po to tylko przyszedł, aby zwrócił całą uwagę Rüdigera na ten punkt, którym nigdy przemknąć się na drugą stronę rzeki nie zamierzał. Tak przeto, nasz jenerał zgubiwszy się z oczu Rüdigera, uznał za potrzebę robić najniepotrzebniejszą demonstracyjną ceremoniją. Ta chytrość wojskowa, często w przeprawach rzek konieczna, jeśliby miała przydać się na co Dwernickiemu, to lepiej było jej użyć częścią sił ze średniego punktu, z Łobaczówki; gdyż ztamtąd, w równym czasie, można się dostać do Beresteczka lub Boremla, i to przynajmniej byłoby podobniejszem do demonstracyi. Ale na jego zgubnej dyrekcyi, raz zbliżywszy się do brodu, opuszczać go , opuszczać sposobność uderzenia na małą garść tam stojącą, kazać ją obserwować a główną siłą iść zwodzić nieprzyjaciela którego nie było, iść ze spadem Styru do Boremla, gdzie ta rzeka rozszerzona dwoma innemi rzekami, gdzie, na przeciwnym brzegu ciągnie się długa grobla, i tam stać bez końca tak jak robił nasz jenerał, nie wiem do czego to było potrzebne i do czego jest podobne.

Zamiast dokładnie rozpoznawać pozycyą Rüdigera w Skurczu, zamiast stawiać go 16go w Łęcznej, a potem przenosić na pozycyą równoległą dotąd nikomu nieznaną, zamiast pomnażać jego numeryczną siłę, wolałby był artykuł nam powiedzieć, gdzie się podział rossyjski jenerał z lewego brzegu Styru, to jest, gdzie się przeprawił przez tę rzekę, kiedy w pięć dni dopiero, pokaże się z zaczajenia na prawym jej brzegu, i musi znowu na lewy brzeg powracać do nieruchomego Dwernickiego? Lecz artykuł miał ostrożność choćby najmniej nadmienić kiedy i w którem miejscu nieprzyjaciel na prawy brzeg Styru przeszedł. A jednak, jest to rzecz bez porównania ważniejsza od ilości krzyżów, o które on ze Skrzyneckim spór prowadzi, od imiennej wiadomości o jeńcach, o lekko rannych i wielu podobnych drobnostkach o jakich nie lenił się artykuł pisać. Zresztą, dośćby był pan adjutant zrobił, gdyby był powiedział: nasz przeciwnik nie potrzebnie przeszedł na prawy brzeg Styru, my, w Boremlu, na rzece nie mającej trzydziestu sążni szerokości, na gotowych palach, budowaliśmy most pomału, nie chcieliśmy za Styr przechodzić, robiliśmy demonstracyą. Tak mówiąc dałby świadectwo prawdzie, której sam jenerał nie mógłby z artykułu wykreślić. Ze wszystkiego zaś najlepiejby było, gdyby całkowicie zamilczał. Nie wystawiłby był dokumentu, z którego obcy pisarze źle o Rusi sądzą, i mnieby był uwolnił od najnieznośniejszej w życiu mojem pracy. Nakoniec, milcząc nie miałby potrzeby przywoływać zdanie woyskowe o przeprawach znacznych korpusów przez wielkie rzeki. Nie skrzywiłby był tego zdania i nie stosowałby go do garstki wojska. Nie zmieszałby w jedno znaczenie, dwóch różnych wojskowych nazwań: bok i skrzydło. Nie naruszałby znaczenia linii matematycznych, i z tego wszystkiego nie ułożyłby był dla jenerała nieprzyjacielskiego niepojętej nauki[1]. Zgoła nasz jenerał, nie mając za mostem nieprzyjaciela, uznał swoje położenie za nader skomplikowane, i nowe wysłał zwiady aby koniecznie wyszukały Rüdigera. Wśród tego kłopotu, na jaki żaden jeszcze jenerał nie narzekał, Dwernicki prawdziwie zastraszającą odbiera wiadomość. Artykuł pisze że l7go “o drugiej po południu przybył niespodziewanie dymissyonowany pułkownik M***, obywatel z Polesia, stary żołnierz, ozdobiony krzyżami, dobrze znany jenerałowi i rzekł: zebrałem pewną liczbę strzelców; przychodzę zapytać jenerała czyli mam z nimi do korpusu przymaszerować; bo co się tyczy ogólnego powstania, to zupełnie sparaliżowane zostało. Pułkownik P*** (Prażmowski) odebrał wczoraj własnoręczne pismo od wodza naczelnego aby obywatele Wołynia nie powstawali. W tej chwili rozstałem się z pułkownikiem P*** który mi to oświaczył i już zupełnie rzecz opuścił: pismo to przywiozł gońcem z Warszawy Michał W***. Dla prawych obywateli, odpowiedział Dwernicki , kiedy idzie o ojczyznę, zakazy wodza naczelnego są niczem. Masz przed sobą cztery tysiące Polaków, których już znają Moskale, i którzy tu za was, na waszej ziemi, umrzeć przyszli. Wróć pan i powiedz to tym którzy usłuchają tego zakazu, ale wątpię, żebyś takich znalazł.” Dalej w artykule czytamy że władza miejscowa została wezwana, aby natychmiast dostawiła do głównej kwatery Michała W***, że tę okoliczność starannie w głównej kwaterze ukryto, że ją objaśnią wspomniane osoby, pisarz zaś artykułu oświadcza, iż winien zdać sprawę, i zdaje ją z tego tylko, czego sam był świadkiem. Nie widzimy więcej w artykule żadnej wzmianki o tym ważnym wypadku. Jako mieszkaniec ziemi ruskiej, wiem, iż Prażmowski, w okolicach Włodzimierza i Łucka, był przez niektórych tamtejszych obywateli wezwany na oddziałowego dowódzcę powstania. Mówiłem już, że w tej części Wołynia, z przyczyny obecności sił nieprzyjacielskich, nie mógł Dwernicki żądać po mięszkańcach zbrojnego wystąpienia. Lecz kiedy naczelny wódz, w Warszawie mógł wiedzieć o wziętości Prażmowskiego i trafił do niego ze swojem kontr-rewolucyjnem pismem, dla czegoż Dwernicki stojąc pod Zamościem, wreszcie, w kroczywszy już na Wołyń, nie zniosł się z nim, nie dal mu żadnego polecenia. Prażmowski, raz wszedłszy w stosunki z jenerałem wyprawy, chociaż natychmiast nie mógł być czynnym, chociażby czynnym być nie chciał, to przynajmniej byłby się widział obowiązanym zakommunikować Dwernickiemu pismo naczelnego wodza, byłby się nie poważył rozgłaszać go przed innemi. Daleki jestem myśli, abym miał usprawiedliwiać występny krok tego obywatela, ale pytam się, czyli czynny jenerał wyprawy, pod bokiem swego korpusu, byłby go zostawił samemu sobie? Trzebaby jednak wnosić, że rapport pułkownika M*** o piśmie Skrzyneckiego, stanie się dotkliwszym dla naszego jenerała, jak dla wodza francuzkiego rapport odebrany nad Nilem o spaleniu jego floty. Albowiem jenerał polski powinien był widzieć, iż interes jego Ojczyzny w samym gruncie podkopywano, francuzki zaś, odcięty wprawdzie za morzem, ale miał tylko myśleć o losie trzydziestu tysięcy wojska. Jednak, ten ostatni, spieszył zmierzyć całe swoje położenie, przybierał środki stosowne, a pierwszy poprzestał na słabej tylko odezwie, której treść ogólną artykuł nam zachował w następnych słowach: “Dwernicki tego dnia rozesłał, mówi, w rozmaite strony kraju proklamacye zapewniające każdemu mięszkańcowi równy udział w swobodach i wzywał do posług dla odradzającej się Ojczyzny” Nr. VI. Widać do jakiego stopnia jenerał wyprawy zaniedbał zbadać ducha panującego wówczas na Rusi. Nie wiedział, że znaczniejsza ilość posiadaczów ziemi zrobiła była postanowienie uwolnić nieszczęśliwych mięszkańców od poddaństwa. Nie wiedział i w swoich odezwach do tego nawet małego stopnia nie śmiał podnieść nadziei ludu. W pierwszej proklamacyi obiecywał dawne swobody, a w drugiej nie mówił nawet co przynosił i czego żądał[2]. Bonaparte, nad Nilem, mógł rachować na negocyacye stambulskie, gdyż mu Dyrektoryat przyrzekł był je rozpocząć i on nie wiedział, że ambassador nie ruszył z Paryża, a przecież, przedewszystkiem, rachował na bagnety, resztki majtków w batalijony szykował; w pustyni nowego rodzaju utworzył jazdę. Dwernicki zaś, zaczynając od negocyacyi, w krainie jezdzców i koni, we własnej Ojczyźnie, ani jednego szwadronu nieuformował. Mara dyplomatyczna opanowała była wszystkie prawie umysły, tych, co w czasie naszej wojny, wyżej byli postawieni. Nasz jenerał, zamiast wysyłać z Zamościa do rozkwaterowanej, że tak powiem, kawaleryi, zamiast kazać jej stanąć w pułki, w dywizye, posyła ambassadorów do Stambułu, i cieszy się, że tym pomysłem uprzedził dyplomatycznie znarowiony rząd warszawski[3]. Tak więc jenerał, zamieniwszy burkę na togę, zapomniał o powstaniach i z pól tylko dobytą szablą, pól krokiem postępował. Jakkolwiek przeto szkodliwy był rozkaz naszego wodza, napróżno jednak mówiłbym tu o nim dłużej, wszak on bynajmniej jak się w krótce przekonamy, nie był sprzeczny ze skutkiem dekretu drużkopolskiego: Skrzynecki zakazał Rusinom powstawać, Dwernicki kazał im wstrzymać się z powstaniem. Wróćmy zatem raczej do obozu wyprawy.

Nowe zwiady, z 17 na 18 w nocy, na prawym brzegu Styru zetknęły się z kozakami. Rano 18 piechota rossyjska atakuje batalion Dwernickiego stojący za Styrem. Dowódzca tego batalionu miał rozkaz, aby się cofnął za nadejściem nieprzyjaciela, ale przeciwnie było: jeszcze dwie kompanije piechoty samowolnie rzuciły się na tamtą stronę za długę groblą; miało to być, jak artykuł mówi, w chęci osłonienia odwrótu. Bagnety polskie, po kilka razy, odpierały w trop idące za sobą bataliony nieprzyjacielskie, i ostatecznie odparły je dopiero działa na przeciwnym brzegu ustawione. Poczem Dwernicki kazał most rozebrać. Jednak, mały korpus polski 170 ludzi ugracie. Pózniej, trwał tylko ogień artyleryi, ale w porównaniu koniecznej oszczędności pocisków, ze strony naszego jenerała, trwał zbyt długo; do pół do trzeciej po południu strzelano. W opisie tej działowej batalii, która się zakończyła, jak artykuł maluje, piękną ruiną pałacu boremelskiego, te słowa czytamy: “Moskale zataczają nową bateryą dwudziesto-cztero-funtową i silny ogień miotają na pałac. Pęknięty granat w sali gdzie się znajdował sztab korpusu, ranił lekko majora Szymanowskiego.” Nie od rzeczy może będzie uwiadomić czytelnika, że Szymanowski był szefem naszego jenerała. Rüdiger, zabawiając Dwernickiego ogniem artyleryi, niewiele miał trudności, aby go oszukać co do prawdziwego swego zamiaru. O południu przypadł do polskiego jenerała mieszkaniec i doniosł, że kozacy wpadli do Chrynik o małą pół-milę niżej Boremla i spędzają ludzi do stawiania mostu ; na co on rzekł do otaczających go officerów: po jutrze przejdziemy Styr. Wysłane zwiady, nietylko potwierdziły tę wiadomość, ale nadto doniosły, iż nieprzyjaciel w części wykonał przeprawę.

Dnia 19 o szóstej rano Rüdiger był już gotów na lewym brzegu Styrii. Widzimy przeto, że rossyjski jenerał, chociaż z większym korpusem, chociaż także opieszały, a przecież nie potrzebował długiego czasu do przejścia tej niewielkiej rzeki. Dwernicki, który się nieco był odsunął od Boremla, cofa się napowrót i zwabia nieprzyjaciela na dogodniejsze dla siebie pole. Piechota polska jedną połową swej siły, pilnowała zebranego mostu, a drugą osadziła smętarz i rogatki miasteczka; jazda w dwóch linijach, z artyleryą została zatrzymana na odkrytej równinie. Rüdiger ośmielony idzie; wieś Nowosiołkę leżącą na swojej lewej stronie dywizyą piechoty zajmuje; na prawo wyciąga dwie linije kawaleryi, artyleryą zaś po froncie rozrzuca. Rezerwa jego złożona z dwóch pułków huzarów, z dwóch pułków kozaków i jednej bateryi uszykowała się z tyłu pod lasem[4]. Dwernicki do nadchodzącej kawaleryi otwiera działowy ogień, narusza jej porządek i swoją pierwszą liniją uderza. Kawalerya rossyjka złamana, ale polska, w pogoni, dostaje się pod kartacze rezerwy nieprzyjacielskiej. Wtem dwa pułki rezerwowe i niektóre części pułków rozbitych, prędko sformowane uderzają ze wszystkich stron na rozerwane polskie szwadrony. Widząc to Dwernicki porusza drugą swoje liniją przyjmuje pierwszą, rzuca się na nieprzyjaciela, uścieła pole trupami i ośm dział zdobywa. Lecz koń pada pod dowodzcą, jego szwadrony zostawiają uciekającego nieprzyjaciela, i stają w porządku na swojej pozycyi. Od początku bitwy, baterya nieprzyjacielska ukryta za browarem na przeciwnym brzegu rzeki, na nowo do nieszczęśliwego pałacu posyłała pociski i niekiedy prawemu skrzydłu polskiemu szkodziła. Po drugim zaś ataku kawaleryi z tego samego ukrycia wyszła, jak mówi artykuł, brygada strzelców pieszych i zaczęła się zbliżać ku palom zebranego mostu; ale ogień polskiego batalionu i dwóch dział tam wysłanych zmusił ją usunąć się z nad brzegu. Wtenczas dopiero Dwernickiemu dała się uczuć potrzeba skupienia małych sił swoich; posłał więc rozkaz, aby Wierzchlejski , który oddawna obserwował Beresteczko jak najspieszniej przybywał. Nowosiołka służyła kawaleryi nieprzyjacielskiej za punkt skupienia : trzeci raz ona na wysokość tej wioski powraca, trzeci raz idzie do ataku i jak przedtem, złamana ucieka. Ostatnią tę czynność wykonywały już obie razem linije polskie, i nanowo, zapędziwszy kawaleryą rossyjska pod las, powróciły sformować się na plac boju. Rüdiger w całej tej rozprawie zapomniał o swojej piechocie; aż w ostatnim ataku wyciągnął ją ku Boremlowi. Ale zaledwie jeden batalion wyszedł z Nowosiołki, Dwernicki uderza dwoma diwizyonami jazdy i wpędza go na powrót. Dzień już był na schyłku, kiedy Wierzchlejski nadciągnął. Rüdiger spostrzegłszy tę część świeżego wojska stracił chęć zaczepną i uszykowawszy się pod lasem nie ruszył już naprzód. Nasza piechota, oprócz krótkiego zatrudnienia przy moście, równie jak nieprzyjacielska była nieczynną. Na tem zakończył dzień 19 kwietnia, piękny dla polskiej broni, ale w Boremlu, ze swoją wiliją, nieużyteczny dla sprawy naszej Ojczyzny : nie tam powinny były być groby tylu naszych walecznych!![5].

Po bitwie, dwa wojska rozkładają się wobec siebie i spokojnie, jak w czasie rozejmu, albo jak z obustronnem postanowieniem stoczenia nowej bitwy, nocują. Korpus polski, po przejściu Rüdigera na lewy brzeg Styru, był zamknięty między granicą, a rzeką w trójkącie mającym za trzeci bok przestrzeli dwu-milową na której stał nieprzyjaciel. Stać nie ruchomie i dać się scisnąć na tak małem polu było to zbyt niebezpiecznem. Przechodzi zaś wszelkie pojęcie dla czego nasz jenerał, po bitwie przynajmniej, w nocy, nie usiłował wydobyć się ztamtąd. Czekać w tem miejscu nowego ataku, byłoto narażać resztę tak, aby ani jednego niepozostało żołnierza, któryby nam czyny korpusu opowiedział. Artykuł pisze, “przebywając noc z 19 na 20, w oczekiwaniu ataku ze strony moskiewskiej każdy był tylko gotów umrzeć z chwałą. Całym więc, mówi, tryumfem Dwernickiego było jak sam przepowiedział przejście Styru nazajutrz i uprowadzenie szczątków korpusu na drogę do Kamieńca. Sam nawet Dwernicki zadziwia się że go Rüdiger z pod Boremla wypuścił, gdyż pisze, że 20 rano kawaleryja rossyjska ruszyła już była ku niemu na plac boju, ale on dał rozkaz, aby tył obozu ruszył do Beresteczka drogą, którą górzyste położenie zakrywało marsz przeto nie mógł być spostrzeżony od nieprzyjaciela. Dywizyony 1 i 2 ułanów zasłaniały powiada ruch korpusu, a diwizyon 3 ułanów dobrze widziany z Boremla postępował ukośnie ku drodze do Włodzimierza. Ztąd więc wnosi, że nieprzyjaciel zwiedziony co do kierunku nie wiedział gdzie miał uderzyć, gdyż inaczej nie da się, mówi, pojąć i wytłumaczyć niedołężna nieczynność Rüdigera.” Niech nie wierzy nasz jenerał, że nieprzyjaciel był zwiedziony. Korpus i górzyste położenie, na obszernej przestrzeni, mogą ukryć ruch armii; brygada i miejscowość podobnąż usługę mogą oddać korpusowi, mogą dać odejść głównemu wojsku. Ale w obecności przemożniejszgo korpusu nieprzyjacielskiego, na brzegu rzeki na tak ściśniętem polu, jak było pod Boremlem, trzy słabe diwizyony, przy najbieglejszych manewrach, przy wszelkiej dogodności gruntowej, której właśnie tam brakuje, nie zakryją ruchu, nie zwiodą nieprzyjaciela. Nie ta błaha przyczyna wyprowadziła ztamtąd naszego jenerała. W nocy, wśród bezsenności, człowiek słabego serca może samotnie rozprawiać nad tem co go rumieni, może skupiać przychylne dla siebie pozory, ale w dzień musi się na nowo biedzić i lękać. Tak właśnie było z przeciwnikiem Dwernickiego. Nazajutrz po bitwie, wstyd popychał go na opuszczony plac boju ale słońce 19 kwietnia jeszcze raz odbiło się o groty resztek polskich szwadronów. Rüdiger więc ze swoją numeryczną siłą jak spętany stanął, a garstka walecznych odeszła. Lecz tak wiele polegać na tej chlubnej przewadze, tak nizko kłaść przeciwnika, kiedy wiemy, że sami jesteśmy w krytycznem położeniu, nie wolno jest żadnemu jenerałowi. Nadewszystko zaś nie wolno mu jest w tenczas nie myśleć o przyzwoitych środkach uratowania powierzonego sobie wojska, aby potem sam nie wiedział, nie pojmował, jakim sposobem z fałszywego kroku zresztą woja wyszedł; a właśnie tak się stało pod Boremlem.

Dnia 20 Kwietnia, samo tylko szczęście uwolniło naszego jenerała z placu, na którym ostateczna czekała go zguba. Dwernicki powraca na opuszczoną dyrekcyą i bez przeszkody, w Beresteczku, w bród przebywa rzekę. Gdyby jednak Rüdiger rozpatrzył się był 20 rano, i tyle tylko nabrał odwagi, aby piechotę i działa, które miał pod Boremlem na prawym brzegu, posuwał równolegle z Dwernickim ku Beresteczkowi, a sam, choćby na dwa strzały za nim postępował, czy natenczas jenerał polski spełniłby był swoją niepotrzebną wyrocznią, przeszedłżeby był rzekę? Musimy sobie tu przypomnieć, że nasz jenerał mając jeszcze cały swój korpus, uznał, iż opanowanie Kamieńca było dla niego przytrudne. Po bitwie zaś boremelskiej, kiedy sam nietai, że straty bardzo wielkie poniosł, że kul i granatów bardzo mało zostało, powiada nam, że szedł do Kamieńca. Jakoż, z Beresteczka, opuścił on drogę lewą prowadzącą ku środkowi kraju, a zwrócił się w prawo ku granicy. W artykule jenerała czytamy, że 20go korpus uszedł werst 48 czyli mil 6 i 6/7, istotnie zaś tego dnia z Boremla Dwernicki uszedł tylko trzy mile, gdyż nocował w Chocimiu i tam krzyże rozdawał. Artykuł mówi że Dwernicki wyszedłszy z krytycznego położenia przejściem Styru prawe skrzydło korpusu zabezpieczył, to jest, oparł się o granice, że dla niego, za Styrem, Kamieniec był głównym przedmiotem; przyczem dodaje, iż może komu zdawać się będzie że na Wołyniu Krzemieniec koncentrując siły powstania powinien był pociągnąć ku sobie Dwernickiego Lecz podług zdania artykułu Dwernicki nie mogł z Beresteczka zwracać się na Krzemieniec, albowiem powiada, że Rüdiger będący w Boremlu na prostej i o połowę bliższej drodze do Krzemieńca byłby ubiegł u punktu korpus polski, lub w flankowym jego marszu, najkorzystniej uderzył. Nadto jeszcze powiada, że utrzymanie Krzemieńca leżącego jak gniazdo między górami, przeciw nierównie liczniejszej artyleryi, było niepodobieństwem, gdyż Rüdiger postępując tu i za nami w dwóch kolumnach, od Podbereżec i Wiszniowca, zostawiłby najtrudniejszą przeprawę dla kawaleryi. Czcze pytania, które tu Dwernicki sobie porobił, są rozwiązane najbezzasadniejszą odpowiedzią.

Krzemieniec nie z gruntowego, ale ze względnego położenia, dla powstań, ani nawet dla wojsk najregularniejszych, nie mógł być w tamtym czasie punktem koncentrycznym. To miasto leży o trzy mile od granicy austryackiej, o dobry marsz od niego, w Boremlu, był nieprzyiaciel; żaden więc jenerał, chcąc skupić swoje siły i nie narazić ich na cząstkową zgubę, nie przeznaczałby go za miejsce zbioru. Inna jest przyczyna tej rozprawy. Z Boremla, gdzie był Rüdiger, naybliższą drogą jest mil 6 3/4 do Krzemieńca; z Beresteczka, przez który przechodził Dwernicki, najdalszą drogą do Krzemieńca, jest mil 6 niespełna. Rüdiger miał nad Styrem wszystkie swoje siły skupione. Obadwaj przeciwnicy zbliżali się od północy do Krzemieńca za którym o pół trzeci mile, ku południowi, na prostej linii leżał Wiszniowiec: jakimże sposobem Rüdiger miał następować tuż za Dwernickim jedną kolumną od Wiszniowca? Mógł przeto nasz jenerał aż nadto uprzedzić swego przeciwnika w Krzemieńcu i nie broniąc go bynajmniej iść w środek kraju. Ale idąc drogą krzemieniecką trzeba było rozstać się z granicą. Dla tego to artykuł chcąc okazać niemożność wzięcia tej dyrekcyi nie wahał się nanowo zarzucić fałsz jeografom, nanowo poprzybliżał lub pooddalał punkta stałe, i jenerałowi nieprzyjacielskiemu nadał moc magiczną przerzucania kolumnami. Nasz jenerał sam powiada, że idąc na Krzemieniec miałby najtrudniejszą przeprawę, gdyby mu Rüdiger zastąpił od Podbereżec i Wiszniowca. A więc Dwernicki o przeprawie w tył, to jest o granicy, nie zaś o pochodzie naprzód, nie o Rusi, myślił. Silne wrażenia, nad któremi nie umiemy panować, nieprędko się zacierają: artykuł naszego jenerała wparę lat po wyprawie pisany, a jednak wszystkie jego litery ku austryackiej granicy są pochylone chociaż je w inną stronę prostowano. Nie tu przecież koniec wyszukanych trudności. Pisarz artykułu, jakeśmy widzieli, chciał jeszcze zastraszyć czytelnika marszem flankowym który groził, powiada , na drodze krzemienieckiej. Postanowiłem, ile możności, omijać widoczne tego pisma mielizny, i nie mało ich ominę; ale nad chęć, nad zakres mojej pracy, nie mogę nie dotknąć tego co w prostej sprzeczności postawiono z rzeczą, o której mówię. Techniczne nazwania sztuki militarnej są najpowabniejszą bronią, którą rad walczy artykuł. Marsz flankowy czyli boczny staje się istotnie niebezpiecznym, jeśli go wykonywamy przed frontem nieprzyjaciela stojącego na pozycyi. Albowiem, odkrywa boki oddziałów w jakie złamiemy nasze linije, powiększa głębokość dla pocisków działowych, daje przeciwnikowi korzyść uderzenia, może nas sprowadzić z linii operacyjnej którą powinniśmy starannie zasłaniać. Wszelakoż, niezawsze można manewrować przez rozwijanie; zrzekać się zaś ruchów bocznych kiedy nieprzyjaciel nas nie widzi, kiedy innych warunków sztuki nie naruszamy, byłoby to zniewładniać się w woynie, pozbawiać się nie jednej korzyści. Przytem nasz jenerał zapomniał, że nie armiją dowodził, i pozwolił wszystko to zastosować do nielicznego swego korpusu, lam, gdzie nic podobnego do zastosowania nie było. Dwernicki, który się odważył wykonywać prawdziwie szkodliwy marsz boczny z Kryłowa, za Styrem wymawia się pozorem, gdyż mu istotnej przyczyny nie stało. Kto idąc z Beresteczka do Kamieńca, ma nieprzyjaciela w Boremlu, i zwróci się ku Krzemieńcowi ten nie zmienia natury swojego marszu, gdyż zaledwie przybiera kierunek w lewo. Dwernicki ze swego nawet noclegu, z Chocimia, miał tylko pięć mil do Krzemieńca; gdyby więc chciał, miał dość czasu przejść to miasto. Ale zaraz obaczemy że on wolał, z Krupca, zwrócić się w prawo do celnej komory. Marsz przeto flankowy, równie jak rachunek odległości punktów nieruchomych stały się w artykule grą nieprzebaczonej lekkości. Jednak dla własnej mojej nauki, chciałbym wiedzieć jakie znaczenie, względem ruchów Rüdigera, nadal nasz jenerał ogółowi swego marszu; gdyż przyznaje się, że dotąd wierzę, ii zacząwszy od Kryłowa, aż do upadku korpusu, marsz jego uważam za boczny. Gdyby nam własna miłość nie stawała na przeszkodzie w sprawach naszego życia prywatnych czy publicznych, po Bogu, bylibyśmy najsprawiedliwszymi naszymi sędziami. Jeszcze raz mówię, że Dwernicki czuje, że błędną wziął drogę, lecz nie chce się do tego przyznać. Owszem, do nagromadzonych powyższych przyczyn wyszukał on nowe, i mówi, że kierunek po nad granicą austryacką był koniecznym wypadkiem bitwy boremelskiej, że nic mógł paraliżować powstania, które wprzód stłumionem już było. A nie poprzestając na tem usprawiedliwieniu, chce nawet wykazać zalety swojego kierunku i powiada, że gdyby był dopadł Kamieńca, marsz po nad granicą stałby się pamiętny w dziejach militarnych. Na później zostawiam sobie wolność mówienia o Kamieńcu. Tu tylko zapytam jenerała, dlaczego wziął ten kierunek zaraz po przejściu Bugu, kiedy utrzymuje, że dopiero bitwa boremelska zmusiła go do tej konieczności? Powtóre dla czego dobrowolnie, tak długo, czekał w Boremlu na tę bitwę? Nakoniec kto za jego bytności stłumił powstanie? Goniec warszawski, postępowanie Dwernickiego i jego spuścizna, którą nas obdarzył, której swoją powagą nadal był jakąś wartość, ten nieznajomy u nas Chrościechowski wszystko to mówię wtrąciło było powstania w otrętwienie, w zamęt, lecz go nie stłumiło; wszakże nie prędko po bitwie boremelskiej, po skonaniu wyprawy, część mieszkańców Rusi zbrojnie wystąpiła.

Dwudziestego pierwszego Dwernicki uchodzi mil 2 i 1/2, a z wróciwszy się w tym marszu przykro na prawo, nocuje w komorze celnej, to jest w Radziwiłowie. Dwudziestego drugiego. Jenerał przeniósł się do Podlesiec o 3 1/2 mile dalej w zdłuż granicy, i tam dopiero odebrał wiadomość że awangarda Rüdigera zajęła Wiszniowiec. W Podlescach dopiero objaśnia jenerał kwestyą o Chrościechowskim, którą jeszcze w Drużkopolu był sobie zrobił. W trzynaście dni od wkroczenia korpusu na Wołyń dowiedział się Dwernicki, że jego wysłannik, już po bitwie boremelskiej, ukazał się w pewnem miejscu nad granicą galicyjską i stamtąd ruszył na Podole. Aż w Podlescach, jak kiedyś pod Zamościem, zaczyna jenerał narzekać, że nie wie gdzie jest Chrościechowski, co zrobił jakie są siły nieprzyjaciela na Podolu, jakie na Ukrainie, gdzie mocniejsze oddziały powstania? Smutny jest stan tego dowodzcy wojska, który w wojnie nie wie, co się dzieje za czatami jego obozu. I szanować trzeba jego nieszczęście jeśli niewyszedł na podboje, jeśli go doznawał w cudzej krainie. Dwernicki, dopiero w Podlescach rozmyśla nieco nad tem co robił i mówił: wybór Chrościechowskiego musiał paść pod najfatalniejszą gwiazdą dla Polski!! Nakoniec zmordowany, jak pisze, temi zawodami, wysyła z Podlesiec Stefna Zapolskiego na Ukrainę z odezwą, obowiązując go nadewszystko do ciągłych z korpusem korrespondencyi. Tą razą wybór posłańca był dobry, gdyż Zapolski mięszkaniec Ukrainy, znal miejsce i ludzi i sam był znany; od kilku dopiero tygodni wszedł on był do wojska. Lecz to już było za późno dla działań naszego jenerała, albowiem przybycie swojego emissaryusza na Ukrainę uprzedził złożeniem broni. Artykuł o odezwie posłanej przez Zapolskiego ogólnie tylko wspomniał; my się zaś dowiemy niżej, że ona była dwuznaczna. Artykuł nieumieścił takie instrukcyi, którą Dwernicki dał Zapolskiemu; posiadani ją jednak w niewątpliwej kopii, i tem śmielej tu kładę, że jej brzmienie zgadza się z dwuznacznością odezwy; treść tej instrukcyi była następująca: “Pan Zapolski officer mego sztabu uda się na Ukrainę, aby z dobrze myslącemi obywatelmi porozumieć się, i wskaże mi powiaty, w których powstanie najpierwej wybuchnie, ażebym powstającym jak najrychlej mógł przynieść pomoc. Zaleci przygotowanie koni pod kawaleryą, niemniej przysposobienie lanc przy największej ostrożności jednak.” Przyczem jenerał robił przestrogę, aby skompromitowani ukrywali się przed okiem władz rządowych, N. VII.

Dnia 23 Dwernicki uchodzi półczwartej mili i dostaje się do Kołodna. Artykuł powiada, że jak tylko jenerał tam przybył, natychmiast mu doniesiono, że nowe nieprzyjacielskie siły ku niemu idą, to jest: od Kamieńca zbliża się część korpusu Rotha, a od Staregokonstantynowa Kajzarów, z sześcią pułkami piechoty i z pułkiem Kiryssyerów, dąży. Kajzarów, jak pretenduje artykuł, był już tylko o trzy mile od Kołodna i dla pośpiechu miał piechotę na wozach. Tak przeto, z trzech stron byłby nieprzyjaciel, a z czwartej jak zawsze, tuż leżała granica. Mówi nasz jenerał, że w ten czas chciał usunąć przeszkodę do spiesznych marszów i dał rozkaz, ażeby w nocy przewieziono rannych za granicę: co zdawało się zapowiadać że Dwernicki przybierze jakiś skuteczniejszy zamiar. Nie. Ranni stali się smutną jego awangardą. Jenerał nocuje na miejscu, a dowiedziawszy się, że władze austryackie chętnie jego lazaret przyjęły, postanawia dłużej sobie odpocząć.

Dnia 24 rano, pierwszy raz od czasu boremelskiej bitwy, pokazał się nieprzyjaciel: kawalerya Rüdigera nadciągnęła z tylu za korpusem polskim i wobec niego w kolumnach stanęła, położenie coraz się bardziej pogorsza. Jednak, wśród tego wszystkiego, nasz jenerał uznał za potrzebę wezwać obywateli obecnych w Kołodnem, aby podpisali akt narodowego powstania, lecz jak mówi, to myśl zadziwiła upadłych na duchu, gdyż porównywając siły numeryczne dwóch wojsk, policzono prawie na godziny byt korpusu polskiego. Było to w ten czas właśnie, pisze jenerał, kiedy on zamierzywszy dostać się na Podole, w opuszczonym Wołyniu, chciał przez ten sposób, zostawić rewolucyą i wojnę. Nie wymienia artykuł żadnego z obecnych na ów czas obywateli. My Polacy wiemy dobrze do kogo wyłącznie w tej epoce tytuł obywatelstwa należał: czas Kościuszki dawno już przeminął, aby wieśniak, mieszczanin, albo nawet szlachcic nie osiadły podobnie był nazywany. Wolno jest przeto wnosić, że w Kołodnem zbyt nie liczne miał jenerał zgromadzenie. Ta wioska leży na samej granicy: okoliczności były nie zachęcające; jeżeli więc który obywatel wyjrzał z za słupów austryackich ku kwaterze Dwernickiego, to zapewne nie w celu spisywania aktu wojny, gdyż on właśnie wyjechał był do Galicyi, aby tam razem z Prażmowskim przeżył czas burzliwy. Nie należy zatem z ducha kilku zbiegów sprawy narodowej brać miarę o duchu mieszkańców Rusi. Nadto, akt najmocniej napisany nie poprawiłby był zaniedbanego stanu rzeczy: była to raczej przedostatnia chwila, w której można jeszcze było i należało myśleć o ocaleniu reszty korpusu. Ale nasz jenerał przeszło 24 godzin w Kołodnem traci i dopiero wieczorem, zostawiwszy w miejscu spokojnego przeciwnika, wyrusza. Dwernicki szedł noc całą lecz zapewnie niepotrzebował przewodnika, gdyż słupy, jak wytycznie, były rozstawione na jego dyrekcyi. Pierwszy to i ostatni był wielki marsz korpusu za cały czas wyprawy. Jenerał nie ścigany, bez strzału, gubi po drodze swoję piechotę.

Rano 25go, o pół-siodmy mile od Kołodna, przeszedłszy wioskę Koślaki, zatrzymuje się przy Lulinieckich karczmach, dokąd niespełna 600 ludzi ze swoich 3 batalionów doprowadził. Artykuł mówi: “zaledwie stanęliśmy, pułk kozaków zjawił się na drodze naszej od Koślak i atakował tylną straż; w tymże samym czasie na naszem lewem skrzydle, pokazały się liczne kolumny nieprzyjaciela spiesznie postępujące do małej wioski o werstę od nas odległej. Jenerał Dwernicki dal rozkaz do marszu, sam zaś szybko przebiegłszy dębinę postrzegł dogodną pozycją i sformował się na niej do przyjęcia bitwy. Uważać należy, pisze artykuł, iż o parę werst od tego miejsca rzeka Zbrucz bierze początek i obszernemi błotami oddziela Galicyą od Podola, pół godziny przeto marszu naprzód skompromitowałoby prawe skrzydło korpusu i odwrót. Wybór tej pozycyi, jakto pismo utrzymuje, był szczęśliwy i trafny. Lasek dębowy będący jej kluczem zajęła piechota, lewe skrzydło kawaleryi dotykało dębiny, prawe otaczały małe wzgórza. Równo z naszemi rozwijały się kolumny moskiewskie, lecz odcięte od nas parowem zaginającym się w łuk blizko na pół wersty, niemogły na prost poił stępować. Jedna tylko droga wychodząca z dębiny dawała nam przystęp do nieprzyjaciela, który, kawaleryą znajdującą się na swojem lewem skrzydle, pod dębinę przysunął. O szczęście pozycyi nie pytajmy, skutek nam je okaże. Ale przypatrzmy się na karcie trafności wyboru, którą artykuł zaleca. Widzimy, że Dwernicki przeszedłszy Koślaki, miał na swojej lewej stronie podwójny łańcuch jezior, które, powiązane w sobie z osobna, zlewają się potem w jedno jezioro i zasilają rzekę (Podhorce czyli) Zbrucz, stanowiącą odtąd liniją graniczną. Widzimy, że nasz jenerał wolał naostate porzucić drogę kamieniecką,i wtłoczyć się pomiędzy koniec suchej granicy i bagna, niż być oddzielonym rzeką od Austryi. Tym sposobem w prowadził on korpus, że tak powiem, na półwysep krótki i wązki, którego powierzchnia poprzecinana jest parowami i laskami, Gdyby więc kiedy być mogło, iżby najbieglejszy wódz zabłądził tam z kawaleryą to jeszcze nie wierzmy, aby mógł nadać wartość wojskową tej przestrzeni. W potrzebie, to miejsce mogłoby być obronne dla piechoty przeciw kawaleryi, ale nigdy w żadnym przypadku nie może służyć za pole dla jazdy. Nadto nasz jenerał, na ogólnie odpornym gruncie, szukał jeszcze odpornego frontu i do reszty znieczynnił lancowe szeregi. Nie lasek tej pozycyii był kluczem, jak nas artykuł uczy: kilkadziesiąt granatów dobrze rzuconych, aż nadto wystarczyłyby oczyścić ją dla kozaków; Rüdiger z resztą wojska mógł pozostać prostym widzem, mógłby nawet nie psuć prochu i poprzestać na blokadzie. Jakoż, jenerał rossyjski, postawiwszy się w Koślakach, zajął jedyny otwór za korpusem polskim pozostały, a pewny swojej ofiary, którą jeszcze szanował, nie spieszył rzucić się na nią; miał czas: Dwernicki stał nieruchomie, a on kupił siły i lepiej go zamykał. Było wprawdzie jeszcze ciasne przejście, przez Orzechówce, w stronę południową prowadzące, ale wyszedłszy tamtędy trzeba było oddzielić się od Austryi rzeką, czego właśnie nasz jenerał sobie nic życzył. Artykuł, opisawszy niepojęte manewra które nieprzyjaciel przez dzień 25 wykonał, cofnął go nareszcie z przed siebie i przystąpił do obrachowania sił jego. “Nie z jednym, powiada, Rüdigerem mieliśmy do czynienia w tej chwili; Kajzarów i Roth już się z nim połączyli.” Wszystkie te siły, podług artykułu, wynosiły 24 bataliony, 72 szwadronów jazdy i do 80 sztuk armat; co wszystko uszykowane było do boju. Dalej pismo naszego jenerała tak mówi: “O położeniu nieprzyjaciela na obu naszych skrzydłach patrole nocne z 25go przekonały się; droga zaś do Moskalówki była zupełnie wolna. Korpus środkowy odchodząc zatarł prawie ślady po sobie. Cofnienie się te nieprzyjaciela i manewra jego ukryte na linii od Koślak do Moskalówki przez cały 26, miały na celu wywabienie Dwernickiego z pozycyi i odsunięcia go od Podstawy. Marzył się, mówi, tryumf nadzwyczajny jenerałom moskiewskim; myśl złowienia Dwernickiego widocznie exaltowała radę w Moskalówce.”

Dwernicki 26go zwołuje radę wojenną. Dowódzcy oddziałów nietają niedostatku i nędzy, której korpus na tym półwyspie doznawał; ale wszystkie projekta, robią oświadczenie godne polskich wojowników: mówią ii są golowi do pełnienia wszelkich rozkazów: to jest, że chcą na nieprzyjaciela uderzyć. Jedyny to był sposób, gdyż w podobnych wypadkach nieczynność zawsze kończy się zgubą. “Jenerał ze swej strony oświadczył im wdzięczność za gotowość do bitwy której się na dzień jutrzejszy spodziewał.” Widzimy przeto, że Dwernicki miał uległych podwładnych. Widzimy z tego co nam artykuł mówi, iż dowódzcy oddziałowi byli gotowi do bitwy. Lecz sam jenerał obrał stan bierny, gdyż spodziewał się tylko bitwy, to jest: czekał aż go nieprzyjaciel zaatakuje, nie zaś przejścia szukał. Nie można nawet inaczej wnosić, albowiem, jeszcze przed złożeniem rady, uznał jenerał za rzecz niebezpieczną dać się wywabić z pozycyi odsunąć się od granicy którą on podstawą nazywa, i narazić się na złowienie. Postanowił więc bądź co bądź stać pod ostatnim słupem suchej granicy. Wiem z kąd innąd, i to jest rzecz niewątpliwa, że mężny Lewiński należał do tej liczby członków rady wojennej którzy najuporczywiej wołali aby iść na przebój. Artykuł, chcąc tę trudną materyą rozwiązać tak ją powikłał. Powiada że » Podpułkownik Lewiński odebrał zaraz (tojest po radzie) rozkaz udania się pod Moskalówkę dla dokładnego rozpoznania pozycyi nieprzyjacielskiej. Jakiż w tej chwili mógł mieć zamiar dowódzca korpusu? Opuścić pozycyą i rzucić się to głąb kraju, byłoto, mówi pójść tam właśnie gdzie go wabił nieprzyjaciel. Marsz po nad Zbruczą był już niepodobnym. Jedna więc tylko pozostała droga do Kołodna na Koślaki zajęte już przez dywizyą kawaleryi i brygadę piechoty moskiewskiej. Ten ruch, podług zdania artykułu, mógłby się udać o tyle o ile był oddalony środek, aby na czas bitwy nadbiedz nie mógł. W tym właśnie celu wysłany był pod Moskalówkę Lewiński, który przed północą wróciwszy, już, cofał się przed awangardą moskiewską spiesznie następującą, cały więc, mówi, środek zmierzał nazad ku Lulińcom!!! Ten ruch nieprzyjaciela zdecydował położenie nasze; pozostał więc jenerał Dwernicki na pozycyi i na niej, jak artykuł donosi, nieprzyjaciela przyjąć postanowił. Na zapytanie artykułu: jaki miał zamiar dowódzca korpusu wysyłając Lewińskiego, odpowiadam: stać na miejscu i nie dać się odciągnąć od granicy. Wierzę, że byłby się wrócił do Kołodna, to jest, chciałby jeszcze przejść się po pod słupy, ale iść na przebój, dla tego tylko aby zmienić punkt wejścia do Austryi, niewarto było jednego nawet drzewca polskiej lancy. Sam artykuł przyznaje że w tej chwili jenerał zrzekł się już był myśli o środku kraju, chociaż istotnie nigdy jej nie miał. Powtarzam przeto że Lewiński wysłany był bez żadnego nowego zamiaru: wysłany został, gdyż koniecznie chciał być czynnym. Tak więc, świetny korpus polski, zamknięty nad topielą polityczną, której brzegi usuwały się pod jego nogami, w opłakanym był stanie. Zaraz 25go doświadczał on głodu. Artykuł pisze: Nie było gdzie furażować. Korpus był w oblężeniu; głód, i cholera uderzyły na nas pod Lulińcami; konie we froncie padały; wysłany do Zamościa po amunicyą jeszcze był nie wrócił.

Dwudziestego siódmego rano, w czas mglisty, dawniejsze widmo dyplomatyczne w łachmany wojskowe przywdziane, jeszcze raz, przed samym zgonem wyprawy, pokazało się dowódzcy. Po powrocie Lewińskiego ledwie upłynęło kilka godzin a zaszła nowa okoliczność zmieniająca, jak artykuł pisze, zupełnie postać rzeczy. Strażnicy nadgraniczni i posłaniec od R***, obywatela z Galicyi, przybiegli z oznajmieniem , iż znaczne oddziały kawaleryi moskiewskiej przeszły granicę austryacką po obu skrzydłach korpusu i kilkunastu kossynierów (austryackich) broniących im przejścia, ubito. Stwierdzili to równie, artykuł powiada, tuż za niemi przybyli major od piechoty austryackiej i kapitan od huzarów z wyrzutami, iż oparcie się o granicę korpusu polskiego, zniewoliwszy już Moskali, do przejścia granicy, stać się jeszcze może powodem do wojny Austryi z Rossyą. Artykuł uwiadamia, że jenerał Dwernicki niczego więcej nie życząc, jak aby owe przepowiedzenia majora sprawdzić się mogły, oświadczył, że z miejsca nie ruszy jakiebykolwiek stąd nieporozumienia między dwoma dworami mogły nastąpić. Dalej znowuż pismo jenerała donosi, że to była godzina 6 rano, że zaledwie mgła opadła, już cała okolica za parowem zajęta była przez nieprzyjaciela, że piechota moskiewska na pół strzału działowego znajdowała się przed dębiną, którą nie dawno kluczem nazywał, że skrzydła korpusu były mocno zagrożone, nakoniec że dębina przedstawiała punkt oporu ledwie na kilka minut; a dywizya strzelców moskiewskich ruszyła do ataku na dębinę. Wszystko cokolwiek nieprzyjaciel robił dość długo i szczegółowie zostało wystawione w artykule z którego wziąłem skrócony wyciąg. Lecz żałujmy że środki, ze strony naszego jenerała przedsięwzięte, tak mało w tem piśmie miejsca potrzebowały : miłoby nam było czytać o nich choćby najobszerniejszy opis. Tymczasem, piszący , zapomniawszy że stał na pozycji szczęśliwie i trafnie wybranej, obok słów: dywizya strzelców moskiewskich ruszyła do ataku na dębinę, to tylko mówi: “odwrót był zagrożony, Dwernicki rozkazał odwrót i przejście granicy galicyjskiej, Cofnienie odbyło się w porządku i bez żadnej Straty, tylko tylną straż naszą dopadłszy dywizya huzarów moskiewskich, już na ziemi galicyjskiej, kilkudziesięciu ludzi zrąbała. Natychmiast więc jenerał Dwernicki sformował kawaleryą na wzgórzach i lancami kazał odeprzeć nieprzyjaciela. Nareszcie nadbiegł, powiada, pułkownik austryacki Fakh z szwadronem jazdy węgierskiej i wstrzymał kolumny moskiewskie.” Tak przeminął korpus polski; lecz nie na tem jest koniec złych skutków z postępowania dowódzcy wyprawy wynikłych. Nim zrobię krótkie uwagi nad ogółem działań wojskowych Dwernickiego, rozumiem, że tu jest miejsce skupić wszystkie jego rozporządzenia we względzie powstań przedsięwzięte. Poczem, choć na chwilę zwrócimy się ku samej Rusi.

I. Z pod Zamościa pisał jenerał do wielu obywateli znakomitych na Wołyniu żądając aby mu doniesiono o siłach nieprzyjaciela, i o przygotowaniu do powstań. Te listy posłane przez Dob... i officera Wereszczyńskiego, lecz artykuł nie wspomina czyli jenerał miał odpowiedź.

II. Takie z pod Zamościa pisał przez Chrościechowskiego że wejdzie na Wołyń jak drogi podeschną i żądał aby się tymczasem sposobiono do boju; żądał raz aby kilkadziesiąt koni przygotowano pod działa na granicy. Na to odebrał wiadomą nam odpowiedź od M. C***; i wiemy takie jaki był tego koniec.

III. Również z pod Zamościa Chrościechowski wysłany był; nowiną że korpus 10go kwietnia przejdzie granicę; ale wiemy że nowina zaginęła; wiemy wreszcie że jenerał nie dbał o nią kiedy jej nie chciał z Drużkopola powtórzyć.

IV. Dnia dwunastego kwietnia w Lachówcach napisał proklamacyą, aby wszyscy i razem powstawali. Pierwszy raz wymówił słowo powstawać.

V. Dnia czternastego kwietnia w Drużkopolu, stanowi Regimentarza, którego, jak wszystkim wiadomo, zatrzymał w swojej głównej kwaterze w Boremlu. Stanowi tegoż dnia organizatorów powstania, lecz zakazuje uzupełniać tę czynność przed stoczeniem bitwy którą zamierzył. Odwołał zatem powyższą proklamacyą i bez ograniczenia wojnę insurekcyjną zawieszał.

VI. Dnia siedmnastego kwietnia, po odebranej wiadomości o gońcu warszawskim zakazującym powstawać, Dwernicki powiada, że przez drugą proklamacją wzywał obywateli do posług dla odradzającej się ojczyzny. Nie znosił jednak postanowienia w dniu 14m zrobionego; nie puścił z kwatery swojej Regimentarza, nie stoczył był jeszcze bitwy a zatem nie kazał powstawać.

VII. Dnia dwudziestego drugiego kwietnia z Podlesiec wysyła Zapolskiego na Ukrainę aby się porozumiał z obywatelami. Zaleca mieszkańcom tamtejszym największą ostrożność. Radzi nawet aby się skompromitowani ukrywali. W Podlescach dopiero spostrzegł że nie wiedział co się w kraju dzieje, jakie są siły nieprzyjacielskie na Podolu jakie na Ukrainie. Po to wyjechał Zapolski, lecz dopiero dwudziestego dziewiątego kwietnia, tojest we dwa dni po w kroczeniu korpusu do Galicyi, stanął na miejscu.

Oto jest wszystko co tylko Dwernicki, pod względem skommunikowania się z Rusią i pod względem zawołania powstań, przedsięwziął. Wiemy z jaką trudnością przebiegają pisma w czasie wojny, pod bokiem nieprzyjaciela wydawane, szczególnie, jeśli do tego nie są starannie przybrane środki. I w samej rzeczy, któż w głębi Wołynia czytał którą proklamacyą Dwernickiego? Lecz przypuśćmy nawet, że to wszystko, oprócz nowiny przez Chrościechowskiego posłanej, doszło do wiadomości każdego mięszkańca, czy możnaby było odgadnąć czego chciał nasz jenerał? Przypuśćmy więcej, naprzykład: że na naszem miejscu stał korpus organizowanego wojska i, skutkiem nieokreślonego rozejmu, był rozrzucony na takiej przestrzeni i tak względem wojsk nieprzyjacielskich jak my byli. Dajmy, że dowódzca tego korpusu, odebrał od swego naczelnika rozkazy tej samej osnowy jak te co Dwernicki pisał i stanowił, czy wiedziałby co robić? Nie, bez wątpienia nie. Wojska wśród pokoju rozsypane, otrzymawszy podobne polecenia musiałyby stać gdyż idąc nie wiedziałyby dokąd idą.

Dwernicki, dobry Polak, odważny żołnierz, gdyby był szedł za własnem natchnieniem, gdyby był nakazał milczenie natrętnym barakowym doradzcom, niezawodnie byłby wytrwał w tem zaufaniu w powstania, które w początkach swojej wyprawy żywił. Byłby nie zaniedbał najłatwiejszych sposobów do zawołania powstań. Ruś jest także jego rodzinną krainą; z nad brzegów Wisły patrzył on jeszcze na nią własnemi oczami, miarą własnego uczucia ją cenił: widział w niej kość kości polskiej, "z jednym żołnierzem pójdę" odpowiedział on szatanowi, który mu nad Wisłą przedstawiał, że insurekcya może się nie udać na Rusi. Lecz wkrótce potem artykuł dodaje że z pod Zamościa Wołyń zwracał już na siebie uwagę wszystkich, że przysposobienia do insurekcyi w tej prowincyi były przedmiotem rozmów całego korpusu; że po przejściu Bugu przewidywany stan rzeczy nastąpił, czyli, co jedno, że trafnie zły duch przepowiedział, ii się insurekcya nie uda. Tak jest nie mogła się udać, kiedy nieszczęściem, poruczywszy się jenerałowi, była przedmiotem uwag żołnierzy, a jenerał o niej zapomniał. Nadto jeszcze, w artykule czytamy fatalne zdanie, mówi on, że życie insurekcyi było chwilowe. Tu jest początek złego: Dwernicki wcześnie dał wyziębić swoją wiarę w powstanie. Nie miał serca kompromitować mięszkańców: niechciał kompromitować siebie; wynalazł sobie agenta z cudzym patentem; sam nie zawołał do broni; nie śmiał też ani na chwilę zwrócić swoich usiłowań ku środkowi Rusi. Na swojej zaś dyrekcyi sam on widział niepodobieństwo rozwinięcia wojny narodowej. Za cala kommunikacyą z krajem, za hasło i cały system powstania, mówią, że z nad brzegu Bugu jednastego kwietnia kazał rzucić trzy strzały działowe, ale te strzały nie mogły przedrzeć powietrza szerokiej i długiej Rusi; i jak myśl jenerała, rozwiały się przy granicy.



Ruś


Rząd warszawski po 29 Listopada, nie chcąc przypuścić do udziału rewolucyjnego mięszkańców ziemi ruskiej, i nie śmiejąc wyraźnie zakazać im powstania, szukał sposobów wstrzymywać ich zapał, chęci i gotowość. Wysłannicy Wołynia, Podola i Ukrainy, nie mogąc się doczekać w Warszawie przychylnej odpowiedzi, woleli raczej tam zaciągać się do walczących szeregów, jak bez niczego powracać. Były w pośród nas zdania, aby nie czekając na oznaczenie terminu z Warszawy, powstawać. Lecz wieść ztamtąd rzucona że przyjdą wojska regularne, narodowe; kazała wierzyć, że o nas myślą, że czas działania wskażą.

W politycznem życiu narodu, najbłędniejsze zdanie, chytrze, albo nierozważnie w system zamienione, niełatwe jest do poprawienia. Oddawna zarzucano Polakom niezgodę wewnętrzną; Katarzyna i Fryderyk chętnie temu przyświadczyli. Ich manifesta, dzieła najemnych pisarzów, obwołały Polskę za przybytek niezgody. Po ostatnim rozbiorze, obszernej Rzeczypospolitej naszej, słychać tylko było brzęk kajdan i przerażające słowa: niezgoda przyczyną upadku. Opisy naszych dziejów, skarb pamięci narodowej, wichry roznosiły po długim petersburgskim szlaku. Nasi Kołontaje w zaspy śniegu uwięzieni. Mało zastało takich ludzi i sposobów, coby objaśniali młodym pokoleniom źródło nieszczęść naszych. Druki w niewoli, służą samym ukazom, a słowa prawdy i oświaty cierniową mają drogę: Czackich, Lelewelów oto pytajmy. Dzień 29go zastał Polaków usposobionych ulegać każdemu skinieniu rządu narodowego. Ktokolwiek miał wziąść udział w sprawie Ojczyzny, przedewszystkiem, z religijną pobożnością, zrzekał się niezgody. Błogosławione takie postanowienie dla obozu; konieczne dla wojska walczącego o swobody. Zgoda nieodzownie jest potrzebna pomiędzy temi wszystkiemi co stoją na drodze prawej, co dla powszechnego dobra pracują; jest ona wszędzie święta gdziekolwiek do cnoty prowadzi. Ale Polacy nie zważyli, że w rzeczach publicznych zgoda bezwarunkowa może się stać występkiem, zbrodnią nawet. W samej Izbie, pod czas rewolucyi, opozycya zaledwie się odcieniała. Tam może nie w jednych piersiach gotowych dla Ojczyzny odsłonić się przed kulami, w piersiach żywionyh przez serca zdolne bić dla ludzkości, chęć zgody uwięziła zbawienne słowa. Izba i Rząd stały się istonie wielkim ołtarzem całopalenia, jakiego jeszcze nie było. Kilku kapłanów zręcznie układało stosy, reszta w milczeniu im służyła i z dymem po obódwu półkulach rozleciały się ofiary, aby ustąpić miejsca nowym ofiarom. Nad Wisłą mężne wojsko narodowe raczej nieczynnością jak walką trudzone było, ludność Królestwa kongressowego nie wołana, weterani, Inwalidzi wojskowi, z trudnością wypraszali sobie pozwolenie stawania na linii bojowej[1], mięszkańcy stolicy odpychani od wałów[2], młodzież z prowincyi zagrabionych przybywająca do Warszawy, straszona, odtrącana z żalem musiała powracać[3], a nikt się przeciw temu głośno nie odezwał. Synowie Litwy i Żmudzi już walczący, już usłużni wspólnej naszej Ojczyznie[4], zaklęci słowem jenerała z pod Ostrołęki przybyłego, nie śmieli potem wydrzeć się z nieczynności, w którą on ich wprowadził. Na Wołyniu, Podolu i Ukrainie w duchu poddaństwa czekano woli rządu, wszyscyśmy milczeli, aby zgody nie naruszyć.

Czas upływał! Już czwarty miesiąc od 29 listopada dochodził a Ruś jeszcze na warszawskie rozkazy wyglądała. I kiedy blada nowina Dwernickiego tułała się po niewiadomych miejscach, inna zwinniejsza i wyrazistsza niezmordowanie biegała: rozwozili ją ludzie znakomici na Rusi; nie dwóznacznie ona mówiła: nie powstawajmy, gdyż powstaniem plany wojskowe zrujnujemy. Że tak głoszono, wątpliwości nie podpada; dziś wiemy już źródło tej przestrogi[5]. W głębi kraju nie wiedzieliśmy co się dzieje z korpusem gdzie on jest, i czego żąda Dwernicki, kiedy nie chce naszej pomocy, kiedy nam mówią, że powstaniem popsujemy jego plany. Wśród tej niepewności, w jakiej nas trzymano, opętani chęcią ślepej zgody, zbyt niewiele mieliśmy takich ludzi, którzyby się ośmielili zbuntować przeciw milczącej woli sternika wyprawy, coby nieczekając dłużej na jego rozkazy sami do powstania zawołali. Ku końcowi dopiero kwietnia po pierwszy raz, odezwał się do nas Dwernicki przez swego emissaryusza. Pismo Chrościechowskiego datowane dnia 23go, zalecające powstawać w dniu 27m, przebiegało z nad granicy na Ukrainę do Tyszkiewicza, i w tej podróży kommunikowane było naczelnikom oddziałowym. Krótka chwila od dojścia rozkazu do wystąpienia, usunęła wszelki wzgląd ostrożności: nikt dłużej nie myślił zakrywać przed władzami cara i zamiarów i sposobów: ruch zaczął być widoczny. Lecz wtenczas, kiedy znaczna część powstańców w rozmaitych miejscach była już na koniach, kiedy niektóre oddziały były już w drodze do umowionych punktów skupienia, Chrościechowski przysyła odwołanie, zakazuje powstawać, każe na nowo w gotowości czekać, gdyż właśnie 27go Dwernicki schronił się do Austryi.

Tym sposobem zniszczono u nas insurrekcyą. Rząd rossyjski zwiedzionemi powstańcami przepełniał więzienia. Zapolski z instrukcyą Dwernickiego przybył do organizatora 29go kwietnia, i już nadto takich zastał, którzy podług rady jenerała powinniby się byli ukrywać. Wtenczas dopiero zaczęliśmy spostrzegać, co to jest ślepo cudzej, nie wybadanej woli, ulegać.

Po klęsce korpusu Dwernickiego, po dyzorganizacyjnem odwołaniu, kiedy już wszystko było rozprzężone i ścigane, kiedy nie było żadnej nadziei otrzymania zkądkolwiek zaleceń, wśród postrachu i nieładu w jaki nas wtrącono, jeszcze myśl powstania żyła. Najgłówniejsza przynajmniej obawa ustala: wszyscy już wiedzieli, że swojemi piersiami i bronią planów jenerała wyprawy nie zrujnują. Wtenczas jeszcze, na Ukrainie i Podolu,wystąpiło przeszło 17 szwadronów; powstała część powiatów Owruckiego i Radomyślskiego; w Żytomierskiem wystąpiło trzy szwadrony. Były to szczątki nieskończonej mniejszości tego, co na pierwszy znak jenerała wyprawy mogło było wystąpić[6].Wiedzieli ci powstańcy że już nie będą wspierani od wojsk regularnych, że całe siły nieprzyjacielskie, będące na Rusi, zostaną przeciw nim zwrócone, a przecież nie bali się zbrojnie stanąć, i choć krótko, choć nie skutecznie, mieli jednak rozkosz służyć świętej sprawie. Nie tu miejsce mówić o losie tych powstań, lecz tojest prawda, że były i sam Dwernicki temu nie zaprzeczy. Jeśli zatem po tylu zwłokach ze strony rządu warszawskiego i ze strony Dwernickiego zaszłych, po upadku wyprawy, po nieszczęsnem odwołaniu, były powstania to któż nie będzie wierzyć, że zawołane pod czas, istnienia wyprawy, nie byłyby chętnie i bez porównania liczniej wystąpiły? Nikt przeto sprawiedliwie nie obwini Ruśinów o obojętność dla sprawy narodowej, o brak gotowości, tak jak oni nie mogą i nie będą się wymawiać niedostatkiem materyalnych środków.

Dwernicki w swoim artykule twierdzi, że “ściągając na siebie wszystkie siły, jakie Moskwa miała nietylko w prowincyach południowych, ale i w północnych tureckich, oddal usługę sprawie Wołynia, Podola i Ukrainy, że to była jedna chwila wzięcia się do broni, że przyczyn niepowodzenia insurekcyi w tych prowincyach szukać będzie historya w obojętności z jaką wódz naczelny uważał korpus (jego) i w niesczęśliwym wyborze ajenta umocowanego od rządu.” Próżne słowa. Dwernicki nie dla tego szedł do Rusi, aby na korzyść powstań robił dywersyą wojskową. On powinien był zawołać powstanie i z jego pomocą walczyć: powstaniem rządzić. Gdyby naprzykład jenerał wyprawy swoją nieczynnością i odkładaniem wojny insurekcyjnej dał czas carowi sprowadzić na siebie garnizon z Ochotska, czyliż i to nazwałby usługą krajowi oddaną? Nad Wisłą wolno było Dwernickiemu sądzić o obojętności naczelnego wodza, lecz podjąwszy się prowadzić wyprawę, stracił prawo zasłaniać się Skrzyneckim na Rusi. Słuszniej i sprawiedliwiej mógłby on obwiniać Skrzyneckiego za przysłany zakaz powstania, ale jenerał bynajmniej na to nie narzeka , gdyż wie że gońca warszawskiego o trzy dni własnym swoim zakazem uprzedził. Nie może on również wymawiać się Chrościechowskim, albowiem, będąc wodzem odległej wyprawy, miał wszelką wolność w wyborze ajentów. Z Chrościechowskim sam przypadek jenerała zetknął: nikt mu go nie narzucał; znikąd nie było nim uprzedzony, gdyż artykuł mówi, że ten podróżny w połowie marca pod Zamościem zjawił się w głównej kwaterze wyprawy, i na dowód kim jest ukazał list podpisany przez szefa sztabu głównej armii, że dopiero ta urzędowość wzbudzała w jenerale zaufanie. O rodzaju jego missyi artykuł bynajmniej nie wspomina. List szefa sztabu mógł mu służyć za prosty tylko pasport; jego missya mogła się ograniczać na zebraniu wiadomości o siłach nieprzyjacielskich, o ich kierunku i t. d. Przypuśćmy jednak, że Chrościechowski posiadał najobszerniejsze polecenia , czyż w takiem nawet zdarzeniu jenerał wyprawy nie miał obowiązku patrzeć na jego postępowanie? Dwernicki w połowie marca, wysławszy Chrościechowskiego z listem, wkrótce na jego opieszałość narzekał, wszelakoż potem drugi raz go użył. W Drużkopolu, poważnym zawodzie, mówi, że go uznał niezdolnym, porywczym, człowiekiem niestałych opinii. Dla czegoż natychmiast go nie odwołał, nie obwieścił, aby był przez mieszkańców odepchnięty; czemu innego wysłannika na jego miejsce nie przeznaczył? Nieznany, niezaszczycony powagą jenerała, nie stałby się on był narzędziem, które Ruś tak drogo opłaciła. Chrościechowski przyszedł za nami na wygnanie, słyszy ciężkie zarzuty z różnych stron publicznie robione i wśród kału milczy. Możeż zaręczyć jenerał, że on nie należy do rzędu tych owadów, które pod nieprzychylnem, lub niebacznem okiem przewódców naszej rewolucyi wylęgły się były w jej wnętrznościach i ssały ją aż do końca? Wiem z pewnością że Chrościechowski nie miał upoważnienia od rządu do Rusi. Kiedy jednak artykuł nazwał go ajentem rządowym, Dwernicki więc ma obowiązek wyjaśnić Polsce od kogo i jakie ten agent miał polecenia. Historya może oskarżyć Rusinów o niedostatek samodzielnej woli, o zastarzałe złudzenie, z którego nie umieli wybrnąć, lecz jeśli będzie bezstronną, nie zaprzeczy im obywatelskiego poświęcenia[7]. Wykryje ona tych co rozmyślnie rzeczy publicznej szkodzili, i tych co podjąwszy się jej służyć, nie umieli, co ją zawiedli.

Przedstawić sobie przyczyny naszych nieszczęść i po nich jak po szczeblach zstępować w tę chwilę w której naród Polski mógł zapewnić swoją i swoich pokoleń pomyślność, jestto najskuteczniejszy sposób samomęczeństwa. Ale ktokolwiek pragnie na przyszłość iść pewniejszą drogą, ten powinien dobrze rozpatrzeć się w swojej przeszłości. Przedewszystkiem więc, spieszmy wyrzec się zdania, które nasz jenerał w swojem piśmie położył, iż życie insurekcyi było chwilowe. Jnsurekcye narodów tam mają swój początek, gdzie sprawiedliwość zdeptano, a skończą się tam, gdzie niewola skona. Jestto wyraz cierpiącej ludzkości, jego prawem jest sam Bóg; takie przeto życie nie może być chwilowem. Przyjdzie czas w którym naród polski upomni się o to, co mu należy, i dowiedzie, że umie wystarczyć swoim sprawiedliwym potrzebom: Wytrwa!


Ogólne spostrzeżenia
Karol Różycki	

I

Działania wojskowe oddzielne, chociażby garścią tylko wojska prowadzone, wymagają po dowódzcy znacznie większych zdolności, jak mała wojna licznym nawet korpusem wykonywana. Ta różnica najwyraźniej się odznaczyła w 1831 na jenerale Dwernickim. Ruchy jego z głównej linii bojowej były śmiałe, sprężyste: wysuwał się od armii: odnosił korzyści, powracał, gdyż miał gotowe oparcie; zgoła, w małej wojnie był najużyteczniejszym, w tej kampanii, z jenerałów naszej jazdy. Lecz wyszedłszy na oddzielną wyprawę gdzie samemu na wszystko trzeba baczyć i o wszystkiem pamiętać, operacye jego zupełnie przeciwną mają cechę.

Ogół jego działań w tej wyprawie daje się podzielić na dwa peryody: na czas stracony między Wisłą a Bugiem i znowuż na powolne i mylne ruchy od przejścia Bugu do złożenia broni. Był on na wyprawie dni 56 a uszedł tylko 53 mile. Jakkolwiek były złe drogi w ciągu marca, jakakolwiek byłaby potrzeba spoczynku, nigdy jednak nie da się usprawiedliwić leniwy jego marsz od Wisły do Bugu i długi pobyt pod Zamościem.


II

Cudza granica dla wojsk takiej liczby jak był korpus Dwernickiego, a mianowicie granica Austryi, pod czas ostatniej naszej wojny, była tem samem prawie co ocean; zapomnialże nasz jenerał, że niebezpiecznie, nie wolno jest mniejszemi siłami działać na bok nieprzyjacielski blizki jeziora, rzeki i t.d.? zapomniałże co to są wielkie zawady? Lepiej było iść naprzód za ustępującym Rüdigerem, lepiej było nawet gdyby się był zatrzymał, uderzyć na niego w okolicach Włodzimierza, Torczyna, jak czepiać się cudzej granicy, jak zmieniać swój marsz zaczepny na odporne wahanie i naostatek, w najniebezpieczniejszem miejscu, czekać na bitwę bez celu. Tak idąc, nasz jenerał rozszerzyłby był swoją szachownicę : w przypadku nawet niepowodzenia, zostawiłby był sobie jakkolwiek trudny, jednak podobny odwrót pod wały Zamościa. Ale artykuł Dwernickiego, jakby pamiętnik Marlborougha o wojnie w Niderlandach, ostrzega, ii na Wołyniu, na prawym boku Rüdigera, był pays des chicanes : ten argument w cudzym stroju, tak się stał ważny, że 11go kwietnia zakazał spojrzeć nawet przed siebie, i Dwernicki wziął się w prawo.

Postanowienia naszego jenerała jedne po drugich na wyścigi się zmieniały. Miał spieszyć z przeprawą Styru, tymczasem uchodził po dwie mile na dzień i odpoczywał. Miał unikać bitwy a wkrótce potem kazał się wstrzymać z powstaniem, aż bitwę stoczy. Z Drużkopola poszedł szukać przeciwnika, a w kilka godzin ominął w Beresteczku mały oddział, na który mógł korzystnie przeważną siłą uderzyć, i bez mostu przejść rzekę. Poszedł do Boremla robić demonstracyą przeprawy, a nie widząc przeciwnika, czekał na niego nad mostem, aż przyjdzie z całemi siłami. Nakoniec dał się zwieść; Rüdiger pod jego bokiem powraca na lewy brzeg Styru, zadaje wielkie szkody; wypuszcza go w prawdzie z tej matni, ale jenerał polski samochcąc w drugą gorszą się zapędza.


Bitwa pod Borelmem

W wiliją tej krwawej rozprawy widzieliśmy obraz nieładu. Batalion stojący na przeciwym brzegu rzeki nie dopełnił rozkazu, nie cofnął się wcześnie do korpusu. Owszem, część innej piechoty samowolnie widać przebiegła Styr i długą groblę: jest to najskuteczniejszy sposób sprowadzenia za sobą przez własny most natarczywego przeciwnika. Ta niebaczność kosztowała 170 ludzi; poczem bez potrzeby zużyto działowe pociski. Jenerał przy wkroczeniu na Wołyń miał 1,346 głów piechoty, która nie była prawie czynną, a przecież pod Koślaki doprowadził z niej niespełna 600 tylko ludzi; reszta w nagłym ostatnim marszu zgubiła się za jazdą. Bitwa 19go z oczywistem niebezpieczeństwem bez żadnego widoku została przyjęta. Walecznie lecz nieprzezornie była ona prowadzona. Przeszło czwarta część korpusu stała daleko od pola walki, co jest przeciwne pierwszej zasadzie sztuki. Rozrywać swoje siły przed bitwą, którąśmy przewidzieli, jest błędem nieprzebaczonym, a tera bardziej, rozrywać je wtenczas, kiedy w ogóle nie wyrównywamy siłom przeciwnika. Obserwacya Beresteczka niepotrzebna, nigdy nie powinna była zabierać tyle woyska z małego korpusu, chociaż jenerał za konieczną ją uznał. Nadto, nasz jenerał przekonał się nazajutrz, że w tem miasteczku nie było nieprzyjaciela. Nie jestże podobnem, iż część wojska rossyjskiego, która podczas bitwy dała się widzieć na prawym brzegu Styru, była ta sama co przedtem stała w Beresteczku? W pierwszym zaraz ataku, kiedy druga linija ratowała pierwsza, nasz jenerał nie miał już żadnej rezerwy, piechota bowiem stojąca nad mostem i w zagrodzie nie była rezerwą dla jazdy czynnej na polu i oddalonej od bagnetów. Trzy razy polskie szwadrony łamały nieprzyjacielską jazdę, i za każdą razą odrywały ją od nieczynnej rossyjskiej piechoty stojącej w Nowosiołce, lecz samem atakiem rozerwane, niewsparte rezerwą, musiały dla wzięcia frontu powracać i zawsze zostawiały czas kawaleryi przeciwnej uformować się nanowo. Z tej to przyczyny bitwa przeciągała się tak długo i tak dysproporcyonalne szkody polskiemu korpusowi zadała. Nasz jenerał mówi, że los powstania zależał od utopienia Rüdigera w Styrze, że do tego brakowało mu tylko jednego pułku piechoty regularnej. Słaba rękojmia. Istnienie powstania zależało od przezornych rozporządzeń, los jego zależał od kierunku ducha mieszkańców, który najpomyślniejsze skutki zapowiadał. Lecz jeśli Dwernicki sam nie przeczy, że całą rzecz jednej swojej walce powierzał, to tem cięższą popełnił winę, iż się dobrowolnie osłabił, w tej właśnie chwili, kiedy miał utopić Rüdigera. To pewna, że jeden nawet batalion, w porę rzucony, może przeważyć szalę wielkiej batalii, tak wierzą doświadczeni wojskowi. Pięćset ludzi konnych, z trzema działami, podług biegłego rachmistrza, zastąpić mogą w Polsce dwa bataliony piechoty[1] Dwernicki w czasie tej bitwy miał nieczynnie stojących w Rudce pięć szwadronów jazdy niezrównanej dobroci; co wynosiło przeszło 500 ludzi konnych; miał tam takie jeden batalion i dwa działa, a więc nie użył najregularniejszego pułku piechoty, którego potrzebował. Nie z samego kawałka utrzymanego gruntu, na którym wojska walczą, decyduje się o zwycięztwie, skutki bitwy boremelskiej pod każdym względem były nieprzychylne. Była ona dopełnieniem dekretu drużkopolskiego, do reszty wyrzekła o powstaniach: jenerał do Galicyi wprowadził nominowanego przez siebie regimentarza; korpus byt utracił.


III

Sprawiedliwie powiedziano że tylko dwojakie są plany wojskowe dobre i złe. Dobre, nie przynoszą korzystnych skutków jeśli błędnie wykonane; złe, stają się tem szkodliwsze, jeżeli przydamy do nich wady wykonania. Plan naszego jenerała ze wszech miar do tego drugiego gatunku należy. Nie każda zasada służąca znacznej armii, jest zasadą czterotysiącznego wojska. Mały korpus wprzężony w formy licznej armii, wśród prawideł znajdzie zgubę, gdyż jak mówią: szata olbrzyma nie jest szalą dla karła. Przez podstawę operacyi rozumiemy łańcuch przyległych punktów; naprzykład: twierdzę nad wielką rzeką, szańce przedmostowe, stanowią dobrą podstawę. Z niej wojsko czerpie zapasy, posiłki; z niej wychodzi zaczepnie, albo opiera się o nią jeśli odpornie działa. Przez liniją operacyi zaczepnych pojmujemy przestrzeń ziemi leżącą na froncie podstawy; przez liniją operacyi odpornych, przestrzeń położoną za podstawą. Główniejszemi warunkami pierwszej z tych linii są drogi, któreby nas od podstawy prostopadle prowadziły do pozycyi nieprzyjacielskiej, do przedmiotu naszych działań; drogi, któremi w przypadku, do podstawy powracamy: warunkami drugiej, są także komunikacye również prostopadle do następnej podstawy prowadzące. Dwernicki z swemi siłami nie mógł mieć innego przedmiotu dążenia nad miejsce skupienia insurekcyi, którą sam powinien był zawołać. Przeszedłszy za Bug, przed połączeniem się z powstaniami, nie mógł mieć innej podstawy, nad ziemię, którą zajmował stopami swego korpusu; innej linii operacyjnej jak te drogi które go zbliżały do powstań. Jednakie on pisze że granica austryacka była podstawa jego korpusu i zabezpieczeniem skrzydła. Ta maskarada nazwań wojskowych, jakkolwiek osobliwsza, nie jest przecież w tem zdarzeniu bez swojej wartości, ona wykazuje główną myśl jenerała, posadę jego planu: obca granica miała być źródłem życia polskiego korpusu, schronieniem, a jej przedłużenie liniją operacji czyli teatrem wojny. Każdy jenerał w wyborze podstawy i linii działań stosuje się do przedmiotu swego dążenia, do położenia sił nieprzyjacielskich; nasz przeciwnie zrobił: on naprzód zamierzył drogę, powiedział sobie, że trzeba trzymać się granicy, i nadawszy tej drodze dwie różnorodne własności, bez względu na resztę, dobrał do niej punkt dążenia, a tym punktem był Kamieniec. W wojnie, jak w dodawaniu liczb, błąd popełniony w pierwszem zniesieniu, da nam mylną całą summę. Nieszczęściem nasz jenerał omyłkę na omyłkę pisał, i nie myślił o poprawie; a nawet każe wierzyć, że gdyby był dopadł Kamieńca, marsz jego po nad granicą stałby się był pamiętny w dziejach militarnych. Dwernicki, chociażby był miał dwa razy tyle sil, ile prowadził, nie mógłby bezkarnie, w obecnym na ten czas stanie rzeczy, przybrać tego kierunku, który przybrał. Mając z innym jenerałem do czynienia, na drugim najdalej marszu, musiałby byt drogo zapłacić ten dług, jaki zaciągnął pod Kryłowem, i z którego uiścił się aż pod Koślakami. Kamieniec nie mógł mu posłużyć do uorganizowania powstań; marsz do niego chyba tylko szkodą Polski mógł się stać pamiętnym. Kamieniecka warownia jako miejsce składu, przydałaby się rozwiniętym działaniom powstań; mogłaby być użyteczną, jako punkt podrzędny, dla wojska ciągnącego do Rusi od Karpat albo z Mołdawii. Ale iść po nią z nad Wisły przez Lublin, Krylów, obierać ją za głowy przedmiot dla jazdy, bez względu na położenie wojsk nieprzyjacielskich, na możność opanowania i osadzenia onej; na jej gruntowe górzyste położenie, nie byłoż to marzeniem?.. Kiedy jednak nasz jenerał swój pochód po nad granicą zaleca, pozwolę więc sobie wspomnieć tu o jednym z dawnych wypadków. Jest on w prawdzie wyższy i siłą i dowództwem od wypadku Dwernickiego, lecz go przytoczę tem śmielej, że miał miejsce na ojczystej naszej ziemi albo w blizkiem jej sąsiedztwie. Karol XII, powracając z pod Lipska, zostawił w Warszawie część swojego wojska, a główny korpus sprowadził na zimę do Grodna. Poczem, przebył lasy mińskie i po zwycięztwach nad Rossyanami dostał się pod Smoleńsk. Car widząc zagrożoną stolicę żądał pokoju. Lecz Karol chcąc się połączyć z Mazepą zwrócił ku Ukrainie, zszedł z własnej linii, stracił komunikacye, i zbity, 1709 pod Pułtawą, z garścią zaledwie do Turcyi uszedł. Smoleńsk, na którym Szwed kierunek swój przykro złamał, podobieństwem da się przybliżyć do Kryłowa, tak jak Pułtawa do Koślak. Ruch od Smoleńska zapisały dzieje militarne jako przykład błędu, który w przypadku nawet szczęśliwego końca, nie zasłużyłby był na inne imię. Dwernicki, pod względem czysto wojskowym, błędami przewyższył króla: na niego w Kamieńcu czekały działa zmierzone, a ten drugi szedł przynajmniej do przychylnego Kozaka. Wszystko mówię zresztą, w starem zdarzeniu było większe, prócz męztwa polskich żołnierzy i skutków z wyprawy.


IV

Dwernicki nie wykonywał nawet instrukcyi Skrzyneckiego do której się odwołuje: on wybrał z niej to tylko co najdogodniejszem dla siebie upatrzył. Domyślny artykuł powiada, że naczelny wódz, pisząc instrukcyą, przewidywał, iż korpus będzie powinien trzymać się grannicy, ażeby uszedł zupełnej zagłady. Lecz instrukcyą kazała iść jak najspieszniej, a jenerał uchodził po dwie mile na dzień, albo często i długo odpoczywał. Gdyby istotnie Dwernicki, jak nam mówi, całą rzecz zakładał na dojściu do Kamieńca, i wierzył, że od tego pomyślność jego wyprawy zależy, gdyby spieszył, mógłby był niezawodnie dojść pod wały tej warowni, Rüdiger długo nie śmiał go atakować: nad Styrem widział się zmuszonym do zaczepnego kroku. Jakież bowiem pozostałoby mu tłómaczenie przed carem, jaka przyczyna w oczach podkomendnych jeśliby był Dwernickiemu pozwolił dłużej i tak spokojnie w Boremlu mieszkać? I widzieliśmy ten niedołężny atak, sam Dwernicki tak go nazywa gdyż mówi: przeważny front nieprzyjacielski powinien byt szturmem zdobyć i Nowosiółkę i Boremeł. Widzieliśmy jak leniwo Rüdiger szedł po bitwie za Dwernickim: osłabionemu, idącemu z częścią lazaretu, bynajmniej nie przeszkadzał przeprawy na Styrze. Czwartego dopiero dnia kawalerya rossyjska pokazała się pod Kołodnem i zostawiła naszemu jenerałowi 24 godzin czasu spokojnie akt układać. Jakoż, Dwernicki, doszedłszy do Koślak, był już tylko od Kamieńca mil 14. Gdyby więc był szedł jak zwykle w czasie wojny idą małe wojska, gdyby nie robił parad demonstracyjnych; nie odpoczywał tak często i długo, nie chwiał się, nie czekał na bitwę, nie zniewalał Rüdigera aby dwudziesto-cztero-funtowemi działami wypędzał jego sztab z salonu; powtarzam, że mógłby był nienapastowany zdążyć do tej pożądanej mety. Byłby tam najmniej o cztery dni uprzedził Rotha, który dopiero 25 kwietnia przybył do Kamieńca. Lecz przypuśćmy nawet że Dwernicki bez oporu wszedł był do tej warowni, zapytajmy go jakiej się z tąd spodziewał korzyści? Wszakże Rüdiger, jakkolwiek bojaźliwy, dośćby jednak zrobił, gdyby idąc obok niego na Jampól, Tofipol, Płoskitów i stanął w Makowie tego samego dnia w którymby on zajął warownią. Dośćby był zrobił gdyby go tam przytrzymał, aż Roth z Mołdawii nadciągnie i postawi się w Kitajgrodzie, lub Kainem. Czy natenczas nasz jenerał, zamknięty w półkolu między Zbruczem a Dniestrem, miałby styczność z powstaniami? byłżeby lepszym ich organizatorem jak z pod Zamościa? W takiem zdarzeniu to jedno dobre nastąpiłoby niewątpliwie, że Ruś poznałaby swoje złudzenie, nie obawiałaby się popsuć jego planów, nie czekałaby dłużej na jego zawołanie; pawstałaby była.

Ale czytając artykuł jenerała mógłby może kto wnosić, iż nie sam tylko Kamieniec był punktem jego dążenia: są tam następujące słowa: wybór Boremla do przejścia Styru dowodzi że jenerał Dwernicki myślił o środkowych powiatach Wołynia. Myśl wojskowa każdego jenerała oddzielnie dowodzącego oznacza się jego działaniem; wszystkie zaś choćby najpiękniejsze projekta, o których nam po wojnie mówić może, nienacechowane tem pewnem znamieniem, nie powinny zajmować uwagi zwróconej do tego, co już zaszło. To prawda, że nasz jenerał zwróciwszy się do Boremla, zszedł był w lewo o półtory mile ze swojej kamienieckiej drogi; nie jest to jednak dowód, że miał zamiar iść do środka Wołynia: owszem wszystko nas inaczej przekonywa. Druga wielka prawda, iż po najgrubszem nadużyciu wszelkich zasad wojskowych, dostawszy się do Boremla, mógł się z tamtąd dostać wgłąb Rusi. Lecz on przebrał miarę: nad gotowym mostem stał i narzekał że nie widział przeciwnika. Nie waham się przeto powiedzieć, że Dwernicki nie myślił o środku kraju. A gdyby jeszcze czyn potrzebował słownego świadectwa, znajdę go w samymże artykule jenerała. Dwernicki mówiąc w swojem piśmie, że myślił o środkowych powiatach Wołynia, zapomniał co o kilka stronic wyżej powiedział, a to zupełnie zgodne jest z czynem. Idąc do Boremla zwrócił, jak pisze, całą uwagę Rüdigera na punkt którym nigdy przemknąć się na drugą stronę rzeki nic zamierzał; mówi nawet że dla tego most stawiał w oczach kozaków. Iakże więc ten sam punkt, w którym nie zamierzał wykonać przeprawy, i aż nadto nas o tem przekonał, że nie zamierzał, brać znowuż za dowód, że z niego miał iść w środek kraju? Jeżeliby zaś po przejściu Styru chciał był myśleć o głębi Rusi, nie czytalibyśmy byli w jego artykule niepojętej rozprawy o Krzemieńcu, o flankowym marszu; i tam nie było przyczyny przekładać cudzą granicę nad środek własnych prowincji. W Kołodnem, chociaż wiadomości o Kajzarowie były mylne, kiedy jednak jenerał im wierzył, powinien był raczej zaradzić się swojej szabli jak dwadzieścia cztery godzin tracić na miejscu. Z Kołodna, korzystniej było rzucić się w lewo na drogę lubarską, jak iść w oczy nowemu nieprzyjacielowi, prowadzić za sobą dawnego i spodziewać się że trzeci z boku nadejdzie. Skutkiem tego ostatniego ruchu wszedł nasz jenerał w bezdroże, usidlił własne i korpusu męztwo; i nieruchomy, bez żadnej decyzyi, w politycznej odchłani całą nadzieję ratunku widział, i nakoniec w niej utonął. Najzupełniejsza rozsypka wśród Rusi nie pociągnęłaby była za sobą tak okropnych skutków. Kierunek zatem i przedmiot działań, ze wszystkich miar, najmylniej były zamierzone, wszytkie ruchy niedbałe, całe działanie błędne. Słowem, w wojskowych działaniach Dwernickiego, tak jak w rozporządzeniu jego względem powstań,wszystko było zostawione ślepemu trafowi, w niczem nie widać najmniejszej pewności. Dwa końcowe słupy suchej granicy, pod Poryckiem i za Koślakami, były dla niego, jak dla warty, dwa bieguny szerokiej twierdzowej bramy: z za Koślak, jak pisze, chciał powrócić do Kołodna. Lecz najlepiej nam to tłómaczy jego artykuł; oddalić się od granicy było to mówi utracić podstawę narazić siebie na złowienie, iść na przód półgodziny więcej za Koślaki ku Kamieńcowi, było to powiada skompromitować prawe skrzydło i odwrót, gdyż o parę weret za Lulińcami rzeka Zbrucz bierze początek i obszcrnemi błotami oddziela Galicyą od Podola. Gdyby przeto Austrya nie słupami, ale rzeką była oddzielona od Rusi, nasz jenerał nie nadałby takiej granicy: podwójnie mylnego znaczenia podstawy i linii operacyjnej, nie byłaby ona jego odwrotem: nie dążyłby był do Kamieńca. Byłby nie mógł tak spokojnie powierzać się swej fortunie: byłby nie przechodził Bugu, ażby się głębiej zastanowił ażby wiedział po co i dokąd idzie. Błędy jego zbyt szkodliwie wpłynęły na dalszy bieg naszej wojny, ostateczną przyczynę nieczynności powstań na Rusi, ich rozproszenie, stratę korpusu, i zgubny przykład chronienia się za cudze granice jemu przypisać należy.


V

Dwernicki, wybierając się na wyprawę, powinien był zaraz na Ruś zaufanego wysłać emissaryusza, w drodze ku granicy, powinien był zebrać główniejsze wiadomości. Kiedy jednak w długim marszu do Zamościa nie pomyślił o zniesieniu się z Rusią, dla czegóż, stojąc tyle czasu pod tą twierdzą, również o tem zapomniał, dla czego się tam zatrzymał bez końca? Mówiłem już, że wybór emissaryuszów do niego tylko samego należał. Zamiast odrzucać podobnych posłanników jak Kisiel dla tego, że nie posiadali statystycznych wykazów i systemu powstań ; zamiast wysyłać nieznajomego sobie, ani Rusi Chrościechowskiego i kazać mu rozwozić nowinę po wielkiej przestrzeni, której on dotąd nie zna, trzeba było swój system ułożyć, przesłać go organizatorowi powstań, od niego zażądać wykazu i termin wystąpienia stanowczo oznaczyć. Zgoła, zamiast do Stambułu do Sułtana, trzeba było posłać na Ukrainę do Wincentego Tyszkiewicza. Zaleceń jenerała nikt na Rusi nie miał prawa odwoływać, i nikt tam podobny nie znalazł posłusznych. Rząd warszawski, Skrzynecki ze swoim Prażmowskim, nie wstrzymaliby naszej gotowości, gdyby się był Dwernicki odezwał, gdyby swojem postępowaniem i grobowem milczeniem nie potwierdzał piekielnej wieści, iż powstaniem przekodzimy jego działaniom.

Gdyby był Dwernicki szedł spieszniej, byłby uprzedził koncentracya Rüdigera w Łucku. Gdyby spieszył i wcześnie zawołał powstania, nie dostarczonoby z Rusi do armii nieprzyjacielskiej żywności, koni; nie przywiezionoby Diebiczowi przez tę prowincyą znacznych zasobów wojennych. Nasz jenerał najdalej 11 marca mógł przebyć granicę. Wreszcie 31 marca wyrachowawszy przeprawę Bugu, gdyby był wysłał do organizatora i za normalny termin powstania dzień 9 kwietnia przeznaczył, gdyby gotowym , zmówionym powstaniom Ukrainy i Podola, tudzież gotowym powstaniom wschodniej części Wołynia rzekę Słucz za front skupienia wskazał, mógłby był jeszcze swoje spóźnienie poprawić. Siły jego korpusu, jakkolwiek małe , innejby ważności nabrały. Rüdiger stojący między Bugiem i Styrem, musiałby część wojska odwrócić za siebie. Jnsurekcya na Rusi, pod wielu względami, straszniejszą była dla cara jak postęp samej wyprawy. Nie mógłby Rüdiger obojętnie patrzeć na wznoszącą się prawdziwą siłę wśród zamożnego kraju, z którego wojska główne zasilały się i żyły, przez które amunicye i działa dostarczano. Wszak widzieliśmy, że sam Diebicz nieobojetnie na powstania litewskie spozierał. Oddział odwrócony przeciw powstaniom, musiałby robić do proponowanego frontu sześć marszów. Musiałby iść, albowiem, zbyt małe garstki nieprzyjacielskie wewnątrz kraju będące, w drugim dniu powstania zostałyby rozmiecione; kommunikacye z Kijowem byłyby przecięte. Tym sposobem Dwernicki, po przejściu Bugu 11go kwietnia, znalazłby był przed sobą mniej licznego Rüdigera, mógłby go znieść, a przynajmniej mógłby śmiało wybierać punkt przeprawy na Styrze i dostać się w jednym prawie czasie z częścią wojska przeciw powstaniom wysłaną. Bez zniesienia się zaś z powstaniami, bez żadnego rozporządzenia onemi, po co i dokąd szedł polski jenerał?

Trzeba było wcześnie wysłać na Ruś najzdolniejszego z korpusu officera, któryby tam temczasowie naczelnie dowodził. Sam Dwernicki, zaszczytnie skończywszy małą swoją wojnę nad Wisłą, powinien się był podnieść do całego znaczenia silnego partyzanta. Schodząc z mostu na Bugu, powinien był zwrócić całe swoje usiłowanie ku przeprawie Styru. Pod urokiem sprawiedliwie nabytej sławy korpusu i własnej, pod urokiem w oczach Rüdigera sił swoich, trzeba było z Kryłowa iść naprost ale nie w prawo, iść szybko za uciekającym. Aby zaś nieprędko rozczarować przeciwnika z błędu o numerycznej swojej mocy, odparłszy go ku rzece, nie spierać się z nim o most w Łucku: spiesznie rzucić się w prawo i w okolicy Radomyśla Styr przebyć. Przeprawa takiej rzeki, w cztery tysiące ludzi, nie jest dziełem długiego czasu ani zachodu. Raz uprzedziwszy Rüdigera, mając korzyść ruchu małemi siłami, nieobciążonemi ilością ani wagomiarem dział, a zatem mając wolny wybór dróg, przez Dubno, Mizocz, można się łatwo było dostać na prawy brzeg Horynia. Niszcząc mosty na tej rzece jeszcze bardziej opóźniłby marsz Rüdigera i byłby się połączył z powstaniami. Nie przeczę, że to co tu powiedziałem, w części oparte jest na przypuszczeniu, ale na przypuszczeniu podobnem do ziszczenia. Przytem, jakiekolwiek mogłyby zajść trudno ci w wykonaniu tej myśli, jakakolwiek na jej gruncie zmiana, wszystko jednak byłoby pewniejsze i lepsze od tego co nasz jenerał począł i zrobił. Głównym przedmiotowym punktem Dwernickiego powinny były być powstania: punkt zatem na zawołanie ruchomy. Przybrawszy dobre środki do wzajemnego porozumienia się, taki punkt można było przybliżać ku sobie, liniją swoją nachylać, łamać. Na Rusi dla czterech tysięcy wojska, każda wioska magazynem, ledwie niekażdy folwark małym zakładem remonty. Za Horyniem zaczynały się kwatery naszej jazdy, to jest, zaczynały się zmówne powstania. Dwernicki za Horyniem czy za Słuczą, byłby odwrócił front potężny i tamby był złożył swój charakter latawczy. Teatr jego wojny byłby przeciął wszystkie węzły kommunikacyi wojsk rossyjskich na Rusi. Wołyń zachodni, zajęty nieprzyjacielskiem wojskiem i Polesie uzyskałyby były czas swego uzbrojenia, szkodziłyby kommunikacyom Rüdigera z główną armiją, rwałyby jego zmieniony bok lewy. I on, i Roth gdyby wyjrzał z Mołdawii, pojedynczo nie uszliby zagłady. Kajzarów musiałby był pozostać za Dnieprem, albo przeszedłszy na prawy brzeg tej rzeki, na równinach ruskich nie dalekoby posunął mały swóy korpus. Takim działaniem ogłodzony Diebicz za Bugiem, przez Wołyń czy przez Litwę musiałby szukać drogi: wyciągałby za sobą z nad Wisły dyplomatycznie śpiącego polskiego Fabiusza, i musiałby zmarnieć. W czasie naszej wojny wiele można było przeciw carskim jenerałom przedsiębrać. Część wojska narodowego uratowana z Litwy, marsz części powstania z Wołynia na Podole pod Lityń, ztamtąd na Dąbrowicę, Kowel, do Zamościa, nie są to dowody talentu przewodników tych dwóch wojskowych zdarzeń, ale raczej jest to niewątpliwa próba niezdolności starszych sług naszego wroga. Najwymowniejszem zaś świadectwem tej prawdy mamy podróż Dwernickiego od Kryłowa do Koślak.

Nasz jenerał na wielką szedł wyprawę; jej ważność nie siłami korpusu ale celem powinien był mierzyć. On nie odpowiadał za najgorsze nawet następstwa powstania Rusinów: wiedział, że ci Polacy pałają chęcią walki o wolność i dość mu było. W jego ręce dostała się możność zapalenia wojny na Rusi, powinien więc był ją zapalić chociażby sam na brzegu tej ziemi zgorzał. Lecz nasz jenerał narzeka że powstanie miał za sprzymierzeńca; młody zwycięzca nad Adgo, gdyby był szedł drogą powstań, byłby skrzydłami zwycięzkiej armii otarł o wszystkie krańce usamowolnionej Europy, ale nie chciał; Dwernicki, gdyby był szedł drogą powstań, byłby wypoczął nad Dnieprem, ale nie umiał.

Koniec uwag.


