Lucjan Rydel

Ferenike i Peisidoros

I

Jak zawsze tak i w tej 88 Olimpiadzie (r. 428 przed Chr.) igrzyska przypadły na miesiąc Hekatombajon, odpowiadający drugiej połowie czerwca i pierwszej lipca. Tej nocy była właśnie pełnia księżycowa po letnim przesileniu, nazajutrz tedy, wedle prastarego zwyczaju, rozpoczną się uroczystości olimpijskie. Toteż pusta i cicha kiedy indziej dolina krętego Alfejosa zaroiła się już od kilku dni tłumami ludzi.

Pierwsi zjechali ze wszech stron przekupnie i kramarze. Powbijali w piasku nadrzeczne setki wysokich kołów, powiązali jedne z drugimi za pomocą poprzecznych żerdzi, a nakładłszy na nie gałęzi uciętych świeżo, poczynili sobie cieniste letniki, gdzie na stołach i ławach rozłożyli najrozmaitsze towary. Stały tam rzędami piękne wyroby zdunów attyckich, korynckich i apulijskich: więc potężne kratery do mieszania wina z wodą, podobne dzwonom glinianym, wykwintne amfory dwuuche, o liniach giętkich i płynnych, smukłe lekythy i krągłe hydrie na wodę, wdzięczne ojnochoy, nalewki do wina, cudne kylixy, czyli płaskie czasze do picia i misy wyrabiane misternie, a wszystko na tle czarnym jak heban, pomalowane w czerwonawe postaci bogów i bohaterów, liście i palmety. Obok można się było napatrzeć wytwornym brązom z Koryntu i Sykionu, posążkom bóstw, bogato rzeźbionym trójnożkom ofiarnym i wysokim lampaterom, co w kształcie zdobnych kolumienek wystrzelały z prześlicznej podstawy. Złotnicy z Aten i Syrakuz wystawili cuda swojej sztuki: wisiory i kolczyki wzorzysto wite z drucików cienkich jak włos, naramienniki, naszyjniki, zapinki mistrzostwem niezrównanym cenniejsze stokroć bardziej niźli drogością kruszcu. Dalej wisiały na sznurach piękne chitony doryckie sięgające do kolan, tkane z cienkiej białej wełny, i jońskie, długie aż do ziemi, z przedniego lnu zdziałane; himationy * dla mężów i niewiast, mlecznobiałe i szafranem zabarwione; chlamidy* krótkie i fałdziste, przeznaczone do jazdy konnej dla młodzieńców. I dla ubogiego ludu nie brakło tańszej odzieży ni błyskotek ze srebra i pozłacanej miedzi, ni glinianych naczyń pospolitszych, ale zawsze o szlachetnym kształcie. Jest wszędzie czym pożądliwe oczy nasycić. Nie ucierpią też głodu mnogie rzesze z najdalszych krańców helleńskiego świata. Oto na ziemi stoją szeregami kobiałki pełne chleba i kołaczów; beczki z owocem oliwnym zaprawianym w occie, a drugie pełne ryby solonej; groch i bób, gotowany świeżo, dymi jeszcze w kotłach, gdzie indziej piętrzą się baryłki suszonych fig zeszłorocznych i rodzynków korynckich, a przy nich uśmiechają się w słońcu kosze wisien, jabłek i gruszek.

Półnadzy, ledwie skórami przysłonięci pasterze z Arkadii i Mesenii na grzbiecie mułów nawieźli gomółek białego sera i przygnali przed sobą całe trzody baranów i kóz gwoli ofiar dla bogów i pożywienia dla ludzi. Eleja dopędziła stada rogatego bydła. Na postój wszystkim onym zwierzętom wytyczono w dole rzeki obszerne zagrody, kędy i skotarze legli przy swoim dobytku.

Ostatniego dnia od rana do wieczora nadchodziły nieprzerwanie gromadne theorie, orszaki pątników, świetne i strojne, co z pieśnią na ustach i bezcennymi darami dla piorunnego rodzica bogów i ludzi spieszyły zewsząd, gdzie jeno podzwania melodyjna grecka mowa. Jedni lądem ciągnęli z Peloponezu, Attyki, Bojotii, Tesalii, drudzy, wydrążonymi statkami przepłynąwszy słone morze, zawijali na zachód do Olimpii, do elijskiego portu, Phel: tych z dalsza jeszcze wiodło plemienne poczucie helleńskie, z kresów odległych wschodu i zachodu, z Wysp Egejskich i małoazjatyckich wybrzeży lub z Wielkiej Grecji i Sycylii. Pozłociste rydwany, zaprzężone czwórką rumaków w jeden rząd, wiozły możnych młodzieńców, którzy jechali stanąć do wyścigu w hipodromie. Tłumnie było i gwarno nad Alfejosem. Wpośród nieprzeliczonego pogłowia ludzkiego nie brakło żadnego stanu ni zawodu: wolni obywatele i niewolnicy, sławni dostojnicy demokratycznego rządu miast i rzeczypospolitych całej Grecji, samowładni tyranowie jońskich osad w Azji Mniejszej, otoczeni służbą i dworakami; poeci, artyści, mędrcy, których imiona brzmiały na ustach wszech ludów helleńskich, a w ciżbie ocierali się o nich śpiewacy wędrowni z kitharą przewieszoną na pasie, fletniści najemni, tancerze, kuglarze, skoczkowie. Nie widno było jedynie bohaterów dnia jutrzejszego, bo siłacze i szybkobiegacze, zapaśnicy i szermierze, według przepisów olimpijskich, już od wielu tygodni przysposabiali się do uroczystego wystąpienia, odbywając nieustannie próby i ćwiczenia w obrębie Altis, Gaju Świętego, w gimnazjonie na ten cel umyślnie zbudowanym. Niewiele też było kobiet, odwieczny bowiem surowy zakaz bronił im wnijścia do Gaju Świętego, w czasie trwania igrzysk, pod okropną karą: która by się ważyła nogą stąpić do Altis, bez miłosierdzia strącona będzie ze Skały Typajońskiej, co dziko sterczy po tamtej stronie rzeki.

We dnie pod skwarnymi promieniami słońca wrzało i huczało nad Alfejem stutysięczne owo mrowisko ludzkie, lecz kiedy noc ambrozyjska pościerała z nieba i z gór ostatnie promienie zorzy wieczornej i świat przesłoniła ciemnością, jęły powoli gasnąć ognie, a gwar w dolinie cichnął i ustawał. Niebawem spoza Gór Saurosu wytoczył się na wschodzie wielki, pełny krąg miesiąca, rozpostarł mleczną swoją poświatę po lesistych wzgórzach, deszczem srebrnych skier jął dygotać po rzece, ubielił kolumnady świątyń, majaczące między drzewami Gaju Świętego.

Z dala od obozowiska, na piaszczystym brzegu Alfeja siedziało dwoje ludzi. Rozmawiali szeptem, ale z piersi wezbranej wyrywało się im czasem głośniejsze jakie słowo. Milkli wtedy nagle i trwożnie oglądali się dokoła.

— Bądź o mnie próżen obawy — mówiła kobieta. — Ślubiłam Zeusowi trójnóg pozłacany, Herze zasię trzykroć po dziewięć jałowic na ofiarę. Wysłuchają mnie i osłonią. Ty jeno bądź roztropny w słowach i postępkach.

— Nie czyń tego! Nie czyń tego! — szepnął chwytając ją za rękę. — Sama nad sobą litość miej... i nade mną!

— Mówisz jak dziecię małe, które nie wie, czego się lęka...

— Wiem... i ty wiesz dobrze.

— Ale ja nie umiem się bać i co postanowiłam, uczynię — odrzekła z mocą.

— I ja się nie bałem. Z daleka wydawało mi się to łatwe... Ale teraz, tutaj — urwał nagle, podźwignął się na kolana i ręce złożył przed nią błagalnie:

— Nie czyń tego! — wołał. — Na głowę moją, na cień ojca proszę cię, matko, nie czyń tego!!!

Księżyc padał mu na młodą, piękną twarz i lśnił w oczach jego wilgotnych.

— Ciszej, ciszej... Tu może kto być — szeptała gładząc mu policzki. — Siądź przy mnie, słuchaj, mówmy spokojnie.

Usiadł, ale źrenic nie odejmował od niej; obie jej ręce ujął w swoje i rzekł niedosłyszalnym prawie szeptem:

— Widziszli, matko, tę skałę? Pożryj! Wiesz?... — i wskazał ku Typajonowi.

Drgnęła, lecz nie odrzekła nic. Przez chwilę milczeli oboje. Alfejos u nóg im pluskał, tocząc nurty wysrebrzane miesiącem. W ciszy nocnej dolatywały niewyraźne szmery obozowiska, co snem znużone dyszało. Nie opodal przy wtórze lutni głos jakiś młodzieńczy śpiewał odwieczną dorycką piosenkę Alkmana:

To nie Kyprida to Eros szalony
Igra, swawoli.
Buja po kwieciu; więc kwiatów korony
Nie tykaj... boli!
Po chwili matka zaczęła półgłosem:

— Posłuchaj mnie, Pejsidorze. Dziad mój po dwakroć w Olimpu zwyciężał. Dzieckiem pomnę, jak umierając kazał sobie zeschłe szczątki wieńca dać do grobu. Trzynaście lat mi było, gdy po raz pierwszy z matką tu przyjechałam. Rodzic miał się w podwójnym biegu ścigać, a my zostałyśmy nad Alfejem. Cały dzień czekałyśmy z bijącym sercem. Otrzymał wieniec, a posąg jego, zdziałany ręką Kalliklesa Megaryjczyka, w Gaju Świętym stoi. Po dwakroć byłam tu później, gdy ojciec twój potykał się w zapasach i w walce na pięści. Ale oczy moje nie patrzyły na te dwa dni chwały, w życiu jego najpiękniejsze. Na piaskach nabrzeżnych od rana do wieczora przesiedziałam w udręczeniu między obawą a nadzieją. Czasami dolatywały mnie od stadionu okrzyki, myślałam, że krew tętniąca rozsadzi mi skronie; płakałam i modliłam się bogom. Odniósł wieńce obakroć; Myron *, uczeń Ageladasa, jego posąg uczynił rzucającego dyskiem. I postawion jest wedle świątyni Zeusa. Dwaj bracia moi także wieńce tutaj brali. A twój starszy brat, co mi go tak młodo pożarła wnet ona wojna nieszczęsna — pamiętasz jeszcze, jak powracał do domu zwycięzcą z Olimpii, witany radością całego miasta? Nie byłam tu, kiedy biegał w stadionie, od śmierci ojca twojego w domu zagrzebana. I na cóż mi było przyjeżdżać? Na to chyba, iżbym znowu pod bramą jako pies wyczekiwała, niepokojem nękana? Żywiąca ziemia wszystkich mi zabrała, tyś mi sam jeden pozostał. Wnuka, córka, siostra, żona, matka zwycięzców, zawczasu dałam cię uczyć sztuki wszelakich mocowań i biegów. Pomnisz, jak z domu wyjeżdżając prosiłeś mnie: „Jedź ze mną, matko!”

— A ty mi rzekłaś wtedy: „Cóż po tym? Zwycięstwa, choćbyś je wziął, i tak nie obaczę...” Jakiś mi dajmon złowrogi podszepnął myśl tę szaloną, iżbyś w przebraniu mistrza gimnasty weszła do Altis.

— Synowskie serce myśl ową ci podpowiedziało, ja zasię macierzyńskim do niej przyrosłam.

— Kara jest okropna, śmierć nieodwrócona, gdyby cię poznali.

— Wiedziałam o tym pierwej, nimem cię porodziła.

— Od niepamiętnych czasów nie ważyła się na to żadna białogłowa.

— Nikt podejrzeń tym-ci pewniej mieć nie będzie...

— Ja truchleję, matko. Pomyśl o tym, co cię czeka!

— Obcięłam włosy; łzy słone zmyły — lata mi starły z twarzy krasę niewieścią.

— A jeśli cię wyda ruch albo głos kobiecy?

— Zdaj to na bogów i Doli ostaw nieubłaganej.

— Co będzie, co będzie z tego?! Łamał ręce i chwiał smutnie głową.

Położyła mu rękę na czole, a potem nagłym ruchem objęła go za szyję i przycisnęła do piersi, jak za dawnych lat, kiedy był małym pacholęciem.

— Nie trap się, dziecko moje — mówiła cicho i łagodnie — wiem ja, czego chcę. Lepiej mówmy o tym, jak wziąć przed się wykonanie tego, co być ma! Lecz pierwej przypatrz mi się jeszcze.

Obejrzała się szybko dokoła, jakby się chciała zapewnić, iż nikt nie podgląda, po czym jednym ruchem zrzuciła z głowy himation, którym cała niemal do stóp owinięta była. Spojrzał i sam ledwie mógł oczom uwierzyć. W bladym świetle księżyca widział głowę jakoby nie matczyną, jeno jakąś obcą; porastały ją kędziory niedługie i odgarnięte z czoła jak u mężów. I twarz wydawała się niekobieca: przywiędłe, lecz jeszcze piękne i proste jej rysy nabrały męskiej prawie siły; zaciśnięte usta miały wyraz niezłomnej woli. Spostrzegłszy nieme zdumienie syna, uśmiechnęła się doń i prędko na głowę naciągnęła himation. Znowu miał przed sobą matkę.

— A co! Wierzyszli teraz, iż mię nikt nie pozna? — pytała.

Rozpogodził się nieco.

— Jutro ze wschodem uroczysty pochód po Gaju, potem do południa bogom ofiary całopalne czynią. Jutro nie pójdę. Chcę dnia twojego czekać. Wonczas wmieszam się o świcie między gimnasty i z tobą razem jako mistrz twój do stadionu wnijdę.

— To można by uczynić najsnadniej.


— Mistrze gimnaści, czyli mają tam osobne miejsce?...

— U mety; obok dziewięciu hellanodików...

Długo tak jeszcze oboje między sobą szeptem radzili. Tarcza miesiąca wysoko płynęła po niebie, kiedy się żegnali uściskiem. Patrzyła za nim chwilę rozmiłowanymi oczyma: widać go było, jak biegł między zachodnim murem Altis a lewym brzegiem Kladeosa, co z szumem wody swoje do Alfeju toczy. Tam palajstra zbudowana była i gimnazjon rozległe dla siłaczy.

Kiedy jej zniknął za węgłem palajstry, matka nawróciła ku namiotkowi, który dla niej rozbili byli słudzy. Wtem zimny dreszcz nią wstrząsnął: przed nią daleko, po tamtej stronie rzeki, rysowały się wyraźnie w blasku miesięcznym urwiska typajońskie...


II


Przed pierwszym brzaskiem jęło się już budzić życie w obozowisku. Niebo szarzało i bladło na wschodzie, a księżyc przez noc nazbyt krótką nie zdążył jeszcze przepłynąć do końca drogi swojej: więc jakby w obawie, że mu przyjdzie stanąć oko w oko ze słońcem, któremu kradł promienie, omdlewał po zachodniej stronie i czym prędzej przyniżał swą tarczę o tępiejących krawędziach.

Tymczasem na brzegach Alfeja, w górę rzeki, w siwej pomroce niewyraźnie zaczęły majaczyć mnogie, a coraz liczniejsze nagie postacie. Kąpał się kto żyw. Ciemne wody kotłowały się i roiły białymi ciałami ludzkimi, powietrze rozlegało się od krzyków, śmiechów, nawoływań. W dole rzeki pasterze gnali do pojenia stada rogatego bydła, swawolnych kóz i beczących owiec.

Dniało, kiedy nad ujściem Kladeosa po trzykroć rozegrzmiały dźwięczne salpingi miedziane, głosząc pobudkę do uroczystego pochodu. Jakoż w jednej chwili cała dolina zawrzała gorączkowym ruchem. Z tej i z tamtej strony wody ciągnęły tłumy nieprzeliczone z darami i obiatami. Wczorajsze theorie ustawiały się w jeden olbrzymi orszak; równocześnie wszystkimi wejściami napływały do Gaju Świętego tysiące ludu, który, nie mogąc pomieścić się w pochodzie, pragnął przynajmniej świetnym uroczystościom napatrzeć się do woli, spieszył więc, by zawczasu najdogodniejsze zdobyć miejsce. Lecz taki był napływ, że słudzy świątyni na polecenie kapłanów niebawem zamknąć musieli wszystkie bramy, krom głównej, południowej, przy której straż ustawiono. Przed tą bramą, już poza obrębem Altis, w Buleuterionie, czyli Radnicy, było mieszkanie dziewięciu hellanodików; wybierani spośród najzacniejszych obywateli elijskich, sprawowali oni rządy podczas igrzysk i rozdawali nagrody. Obecnie zajęci byli wprawieniem w ład ogromnego pochodu.

I znowu trzechkrotnie uderzyli trębacze w salpingi. Na ten znak od gimnazjonu i palajstry nadciągnęli miarowym krokiem współzawodnicy do wieńców olimpijskich, a towarzyszyli swym uczniom gimnaści.

Niebo zapłonęło pożogą, wierzchołki lesiste pagórków okolicznych zapalały się kolejno różowym blaskiem, choć w dolinie leżały jeszcze ostatki błękitnawych cieniów. Nagle na wschodzie trysnął pęk świetlanych promieni, ozłocił całe niebiosa i, odbity, zagrał rubinową łuną w zmarszczkach alfejskich nurtów.

Trąby zagrzmiały w tej chwili po raz trzeci — pochód ruszył.

Przodem szło dwunastu muzyków dmących w proste, długie salpingi i w podwójne fletnie. W ślad za nimi postępowali obleczeni purpurą hellanodikowie, pełni dostojnej powagi; podpierali się wysokimi berłami, na których siedziały pozłociste orły, ptaki Zeusowe. Dalej, sprawieni w szeregi jakby do boju, kroczyli atleci, jeden w drugiego rosły i barczysty niby dęby; to najświetniejsza strojna i dorodna młódź Hellady całej. Niejeden z nich miał zdobyty już wieniec w poprzednich Olimpiadach i słynął po świecie zręcznością i siłą. Toteż wpośród tłumu, co murem stał po obu stronach drogi, po imieniu wskazywano ich sobie.

— Patrzcie, to Dikon, syn Kallibrotosa, Syrakuzanin.

— Ten ci jest Sostratos, rodem Sykiończyk, zwycięzca w zapasach...

— Który? Gdzie?

— Ów mocarny, brodaty...

— Widzicie Alkajnetosa Teantowego z Lamprei.

— To ten, co na ostatnich igrzyskach wziął wieniec w biegu prostym.

— Tamten jest Labax, Eufrona syn, pankratysta przesławny...

Oni zasię, słysząc to, nieśli się dumnie i pozierali wesoło.

Za nimi w długich, fałdzistych szatach postępowali kitharodowie , narzędzie swe srebrnostrune niosąc w pogotowiu do wtóru chóralnej pieśni, co zabrzmi przed świątynią Zeusa.

Potem w szatach błyszczących bielą, szkarłatem, szafranem, posuwały się mnogie poselstwa bliskich i dalekich ludów greckich, a każde jakiś dar znamienity prowadziło ze sobą gromowładnemu Kronidzie. Po kilka par wołów z rogami złoconymi ciągnęło płaskie wozy kwieciem uwieńczone. Stały na wozach posągi bogów, bohaterów albo zwycięzców olimpijskich, rzeźbione w marmurze lub ze spiżu lane; pacholęta z pękami kwiatów i oliwnymi gałązkami w ręku biegły przy wozach, szli też obok dzieł swoich i mistrze otoczeni rzeźbiarską czeladzią, by w Altis dopilnować ustawienia posągów. Za innymi poselstwami na drewnianych noszach dźwigano przecudne skrzynie, z hebanu, kości słoniowej i złota, rzezane misternie, pełne klejnotów i drogocennych naczyń przeznaczonych do świątnicy; niesiono też trójnogi wspaniałe z najprzedniejszego brązu zdziałane przez wybornych artystów i na wysokich drzewcach osadzone hełmy, tarcze i zbroje pozłociste, aby z nich pod kolumnadami świątyń ustawić wojenne panoplia na ozdobę i podziękę bogom. Lecz najokazalej ze wszystkich miast helleńskich wystąpiła tym razem Apollonia, osada Korkyrejczyków nad Morzem Jońskim. Jej mieszkańcy sami jedni składali Zeusowi darem trzynaście spiżowych posągów, które wieziono na trzynastu pięknie ukwieconych wozach. Na twórcę tylu pysznych dzieł zwracały się też oczy tłumów z niemałym podziwem: był to mąż wieku średniego, drobny i śniady, rodem Argejczyk, Lykios, Myronów syn, który widno po rodzicu wziął sztukę dziedzictwem. Bogactwami, które płynęły do Gaju w tym jednym pochodzie, można by ozdobić i wyposażyć obficie całe dziesiątki świątyń i zdawało się, że miejsca tam już nie stanie na ów tłum posągów i na ludzkie tłumy nieprzejrzane, co bez końca nadciągały w ślad za olbrzymią theorią. Zamykały ją stada bydląt prowadzonych pod nóż ofiarniczy.

Rozwijała się ta procesja niezmierna ku wschodowi, łąkami wzdłuż krętego brzegu Alfejosa. Słońce złotowłose w koronie blasków i świateł właśnie wstąpiło na tron purpurowych obłoków i strzelistymi promieniami drasnęło wschodni szczyt wielkiej świątyni, gdy stubarwny orszak, zawróciwszy ku północy, przechodził poprzed Radnicą, tuż obok spiżowego Zeusa z wieńcem pozłocistych kwiatów na skroniach i piorunem w podniesionej prawicy. Czoło pochodu wkraczało już w tryumfalną bramę od południowej strony Gaju Świętego i zmierzało w aleję, co szła ku głównej świątnicy wpośród istnego lasu posągów.

Pejsidoros, który postępował w gronie atletów, na progu bramy spostrzegł w ciżbie matkę. Odziana męskim chitonem, co sięgał jej poniżej kolan, owinięta chlamidą, z gołą głową siwiejącą na skroniach, wcale nie wyglądała na niewiastę i niczym nie wyróżniała się w otaczającym tłumie; pomimo to serce ścisnęło mu się obawą. Nieznacznie uśmiechnęła się do przechodzącego syna. Odpowiedział jej przeciągłym spojrzeniem, nie odwracając się i nie przystępując, by nie zwrócić na nią niczyjej uwagi.

Tymczasem hellanodikowie przed świątynią podnieśli orle swe berła; na ten znak zagrały wraz fletnie i salpingi, kithary i piszczałki, a pieśń ich podjęły nagle tysiące i tysiące ludzkich piersi. Olbrzymi, prastary hymn przypisywany ślepemu piewcy Iliady i Odysei wstrząsnął powietrzem i popłynął w poranne, różowe niebiosa:

Zeusa Opowiem, co większy, możniejszy nad wszystkie niebiany

W dal rozgrzmiewa piorunem, w potęgę, w moc twórczą odziany,

I rozmawia gromami z siedzącą wzdy przy nim Themidą —

Bądź miłościw, piorunny, przesławny, wszechwładny Kronido!...

Kapłani w białych szatach czekali pod kolumnadą świątyni. Teraz jęli powoli schodzić ze stopni; jedni błyszczące topory nieśli na ramieniu, drudzy dzierżyli w garści długie noże ofiarnicze, inni szli z gorejącymi pochodniami, które zażegli byli od płomienia lamp jarzących się w świątnicy. Wszyscy stanęli na czele pochodu, który krok za krokiem posuwał się do wnętrza Gaju, kędy na wysokość czterech mężów dźwigał się ogromny ołtarz Zeusa. Był to podługowaty pagórek uczyniony z kości zwęglonych i popiołów nagromadzonych wiekami. Założył go był niegdyś pono jeszcze Herakies Idajski. Z dwóch części składał się ołtarz: na dolne, płaskie, obszerne wzniesienie wiodły od wschodu i zachodu pochyłe, szerokie wnijścia, w środku stał wysoki kopiec, na którego ścięty szczyt prowadziły z dwóch stron ścieżki wijące się w ślimacznicę. Tam, na samym wierzchu, słudzy świątyni w potężny stos ułożyli bierwiona białodrzewia. W Olimpii używano bowiem do ofiar wyłącznie tego drzewa na pamiątkę, iż pierwszy tutaj miał je zasadzić Herakles, przyniósłszy różdżkę białej topoli z krainy kimeryjskiej nad brzegiem Acherontu.

Procesja obeszła ołtarz wokoło i u stóp jego kręgiem się ustawiła. Nieprzeliczone rzesze, głowa przy głowie, zapełniały całą Altis; ludzie stali gęsto na wysokich podmurowaniach świątyń pobliskich, pod kolumnadami; cisnęli się na terasie pod stokiem Kronosowej góry, powspinali się na dachy skarbców, na podnóża posągów, na drzewa, na mury otaczające Gaj Święty.

Pierwsi na dolne podwyższenie wstąpili kapłani, za nimi szli fletniści, którzy wedle odwiecznego zwyczaju przygrywać mieli przy ofiarnym obrzędzie. Ich śladem czterech młodzieńców niosło wielki, pozłocisty kocioł, pełen świeżej wody, a czterech innych dźwigało wspaniały trójnóg spiżowy do ustawienia kotła. Wpędzono w końcu na dolne podwyższenie dziesiątki całe byków o jasnej maści, gdyż ciemne wolno było składać w ofierze tylko podziemnym bogom. Zwierzęta miały rogi pozłacane i szły obwieszone girlandami kwiecia.

Hymn do Zeusa przebrzmiał, uroczysta cisza zaległa Gaj. Tłumy patrzały w milczącym skupieniu. Jeden z kapłanów zanurzył płonącą pochodnię w kotle. Z trzaskiem i sykiem zgasła, poświęcając w ten sposób wodę. Młodzieńcy wysmukłymi lekythami czerpali ją z kotła i polewali kapłanom i sobie ręce, po czym kapłani kropili rzesze w cztery strony świata.

Po tym oczyszczalnym obrzędzie młodzi pomocnicy przytrzymali rogi buhajom, a kapłani obwiązali bydlętom głowy białymi opaskami, których długie końce zwisały ku ziemi. Niektóre byki jęły się przy tym rzucać gniewnie, a jeden, jak gdyby wiedział, co go czeka, jął miotać się i wspinać z taką gwałtownością, że go przemocą ledwie przytrzymano.

Tymczasem kłęby dymu wionęły ze stosu na płaskim szczycie ołtarza; płomienie zaczęły lizać spodnią warstwę topolowych tramów. Krzątali się tam w górze słudzy świątyni, którzy miechami podsycali buchające zarzewie. Na dolnej płaszczyźnie, przy dźwięku przenikliwych fletni, kapłani równocześnie sypali bykom na czoła jęczmień przypalany ze solą i nożami ofiarnymi zrzynali każdemu kępkę sierści spomiędzy rogów. Jeden zebrał wszystkie te włosy obcięte i wyszedłszy na górę, cisnął je w płomień.

Fietniści grali ciągle. Wtem nad głowami ofiar na kształt błyskawic mignęły topory, krew trysnęła, ostrza ugrzęzły głęboko w grubych karkach, a ryk przeraźliwy rozdarł powietrze i ucichł. Broczące, olbrzymie cielska przysiadły na zadnich nogach jakby rażone piorunem. Gdzieniegdzie jeno zwierz potężniejszy, czy mniej trafnym ciosem uderzony, zdołał się jeszcze porwać i wspiąć w górę na jedno mgnienie oka i runął całym ciężarem na dół. Do bydląt, wstrząsanych śmiertelnymi drgawkami, przyskoczyli młodzieńcy, ze wszech sił za rogi je cisnąc, łby im ku tyłowi zadarli, a w tejże chwili jedni z kapłanów gardła podrzynali buhajom nożami, drudzy, podstawiwszy głębokie misy gliniane, czarną posokę zbierali w nie na obiatę Rodzicowi bogów i ludzi.

Wszystko to krócej trwało, niż da się opowiedzieć słowami. Zaczęto niebawem ofiary odzierać ze skóry i ćwiartować. Porozkrawane kawały na szczyt ołtarza niesiono i na stos rzucano. Kapłani polewali je krwią i skrapiali winem nie mieszanym z wodą, a młodzieńcy obracali je długimi trójzębami i przypiekali na ogniu. Bury dym niebotycznym słupem wzbijał się w słoneczne błękity.

Część mięsiwa zabierali dla siebie kapłani i ofiarnicy, inne części rozdzielali między tłumy, roznosząc je wetknięte na trójzęby, z których ociekała przyskwierzona tłustość; reszta płonęła na popiół.

Ale na dolnym podwyższeniu rzeź nie ustawała; wganiano tam coraz to nowe stada, które tak samo padały pod cięciami toporów. Posoka bluzgała strumieniami, a na szczycie ołtarza, podsycany wciąż nowymi drwami, stos kurzył się ustawicznie, fletnie zawodziły pieśń uroczystą, a tłum patrzał i modlił się w milczeniu.

Słońce wysoko już wyszło, zanim ofiary dobiegły końca. I znowu z tysiącznych piersi zagrzmiało wielkie, chóralne pienie, a pochód ruszył dalej. Obchodził on całą Altis wokoło, lecz malał stopniowo, gdyż oddzielały się odeń kolejno jeden po drugim wozy z posągami, zatrzymując się przed pustymi cokoły, które przysposobiono pod marmurowe i spiżowe postacie. Na ostatku, kiedy procesja okrążyła cały niemal Gaj Święty i wschodnio-południową jego stroną zmierzała z powrotem ku głównemu wyjściu, odłączyło się od niej trzynaście owych zaprzęgów, co wiozły dzieła Lykiosa, wspaniały dar Apollo-niatów. Stała tam właśnie przed hippodamejonem długa, półkolista podstawa przeznaczona dla wszystkich razem trzynastu posągów, których ustawianie potrwać miało do samego wieczora.

Pejsidoros przez cały czas myślał jedynie o matce. Gdy składano niezliczone ofiary, błagał w duchu Zeusa o zmiłowanie nad nią i nad sobą. Teraz trwożnie rozglądał się dokoła, czy jej gdzie nie zobaczy, ale na próżno błąkał się wzrok jego po twarzach ludzkiego rojowiska: nie było jej tam wcale. Niespokojny o nią musiał więc iść dalej w orszaku, w ślad za hellanodikami, którzy po wyjściu z Altis wkroczyli do Buleuterionu.

Gmach ten rozległy stał na południe od Gaju. Środkowa jego część, zbudowana w kwadrat, łączyła dwa boczne skrzydła podłużne, wąskie, zakończone półkolisto. Były w nich mieszkania hellanodików czasu igrzysk i składy cennych przyborów, co służyły przy uroczystych obrzędach. W obszernej środkowej sali znaleźli się teraz wszyscy współzawodnicy wraz z hellanodikami. W głębi na prost wnijścia czernił się na tle białej ściany brązowy posąg Zeusa Przysiężnego.

Timoptolis, najstarszy z hellanodików, powoli wystąpił na środek. Był to mąż pochylony wiekiem, z długą, siwą brodą. Zaraz uczyniła się wielka cisza, on zasię, na berle wsparty, jął mówić dobitnym, acz starością przytłumionym głosem:

— Wedle prastarego zwyczaju naddziadów naszych przywiedliśmy was tutaj, o mężowie helleńscy, którzy się o przesławny wian oliwny ubiegacie, iżbyście się w obliczu Zeusa Horkiosa przysięgą straszliwą zaklęli, jako do wszelkich igrzysk prawym sercem, czystą myślą stajecie gwoli wiecznej chwale Kronidy olimpijskiego i poczciwej sławie swej własnej. Przysiążcie, że was ani żądza szpetnego zysku nie omami, ani podły frymark skrycie nie uwiedzie. Przysiążcie, że prawom i ustawom przodków naszych posłuszni, pomiędzy sobą nijaką, tajemną umową nie będziecie się wiązali ani jedni przeciw drugim chytrością, podstępem, zdradą zwycięstwa się dobijać nie zamyślacie, jeno walką rzetelną i sprawiedliwą. Przysiążcie, iż rozkazom, postanowieniom, wyrokom sędziów helleńskich ulegli, poddajecie się we wszystkim pod ich sąd i władzę.

— Przysiążcie! — zawołali społem hellanodikowie wyciągając dłonie ku posągowi Horkiosa. Straszne było to spiżowe oblicze, co z góry pozierało w milczącej, ponurej grozie.

— Przysięgamy! — zagrzmiało na raz mnóstwo głosów, a równocześnie kilkaset mocarnych prawic wyciągnęło się ku przerażającej postaci bóstwa. Z dorosłymi składali przysięgę także i chłopcy nieletni, którzy jutro mieli stawać o lepsze w stadionie.

— Kto by tę przysięgę złamał — mówił Timoptolis — niechaj pokoju nie zazna we dnie ani w nocy, w domu ni na obczyźnie i przeklęty niech będzie na cały żywot. Niechaj za nim idzie krok w krok nieszczęście i okropny gniew bogów, a pomsta Zeusa, chmur piorunowych władcy, niechaj spadnie na głowę jego za to krzywokleństwo!

Na tym skończył się uroczysty obrzęd. Hellanodikowie odeszli w milczeniu i współzawodnicy do wieńców oliwnych tłumnie wyszli przed Radnicę.

Pejsidoros, o matkę zaniepokojony, zwrócił się nad brzeg Alfejosa do jej namiotu. Z trudem torował sobie drogę w gęstej ciżbie, a w duszy zadawał sobie ciągle to jedno pytanie, czemu już dziś oblekła się w męskie szaty? Wszak umówili się wczoraj, że będzie czekała, aż on wystąpi w stadionie.

Widział ją na progu Altis — czy gnana ciekawością nie weszła z pochodem do Gaju, narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwo!

Nie zastał jej w namiocie, zawrócił tedy w nadziei, że może natknie się na nią gdzie w tłumie. Tak doszedł znowu do bramy Altis, gdzie mijały się z sobą dwa strumienie ludzkie: jeden płynął do wnętrza, drugi z Gaju wylewał się na równinę. Przystanął i patrzał. Lecz niebawem zrozumiał, że choćby matka nawet i była w mnóstwie tym nieprzejrzanym, to mogłaby stokroć przejść obok niego niepostrzeżona. Zaniechał tedy poszukiwań i wszedł do Altis. Opodal, na prawo od bramy, przed hippodamejonem wśród gromady widzów, Lykios Myronów nadzorował ustawianie i przytwierdzanie swoich trzynastu posągów. Uczniowie i czeladź wypełniali rozkazy mistrza. W pośrodku półkolistego cokołu stał już wspaniały Zeus; do kolan jego chyliły się błagalnym ruchem dwie niewieście postacie: to Tetys i Eos, matki dwóch bohaterów, co za chwilę stoczą ze sobą walkę na śmierć i życie. Za Tetydą stał jej syn Achilles, włócznię gotową do rzutu dzierżąc w prawicy, po przeciwnej stronie Memnon, syn Jutrzenki, wyciągał z pochew krótki miecz. A dalej widać było poza Memnonem innych wojowników trojańskich, mądrego Helenosa, Parysa, Ajnejasa, Deifeba. Obok Achulla stało również czterech bohaterów achajskich: więc Odys, Menelaj, Diomedes, Ajas; ostatniego w tym szeregu właśnie do kamiennej podstawy przytwierdzano za pomocą spiżowych trzpieniów, które wpuszczono w kamienny cokół i zalewano płynnym ołowiem i siarką. Tu nawet, gdzie od dwóch stuleci najsłynniejsi artyści greccy nagromadzili cztery tysiące posągów, dzieło to Myronowego syna wyglądało wspaniale. W tej chwili oblewały je blaski zachodzącego słońca, w których wszystkie te postacie wydawały się jakoby żywe: Pejsidorowi zdało się, że boginie obie lada chwila padną z jękiem do stóp Kronidy, a wojownicy uderzą na się z całą zaciekłością.

Wśród widzów, przypatrujących się ustawianiu posągów, zauważył Pejsidoros dwóch ludzi, którzy wysunęli się przed innych i stali tuż obok Lykiosa. Mistrz niekiedy zwracał się sam do nich spojrzeniem lub słowem; widno, że znał obu. Dziwna to była para. Starszy mąż, krępy i zwalisty, mógł liczyć z górą lat czterdzieści, a wyróżniał się osobliwą, uderzającą brzydotą; na krótkim a grubym karku dźwigał ogromną, łysiejącą głowę, której potężne, sklepiste czoło wypukliło się nad brwiami w obwisły wał, rozłupany głęboką, pionową zmarszczką. Spod tego czoła ciekawie i bystro patrzyły na świat wielkie, wyłupiaste oczy; gruby, niekształtny nos, odęte wargi, gęsty, zaniedbany zarost, wszystko nadawało tej twarzy dziwne podobieństwo do komicznej maski. A jednak oblicze to, mimo niebywałej szpetoty, miało w sobie przedziwny majestat. Czułeś, że nawał genialnych myśli powyginał i naprzód wysadził to czoło, że z tych obrzękłych ust padają często słowa, jakich dotąd ludzkość nie słyszała. Jak ten niemłody mąż potworną brzydotą zdumiewał, tak jego towarzysz zachwycał urodą. Ledwie zachodził w lata męskie, dwudziestoletni, rosły i kształtny, wyglądał raczej na młodego boga niż na śmiertelnego syna ziemi. Rzeźbiąc Hermesa czy Apollona żaden artysta wymarzyć nie mógł powabniejszej postawy ni cudniejszych rysów. Młodzieńczy puch ozłacał mu białe, niewieście policzki; dumne czoło wieńczyły jasne, miękkie włosy, obyczajem palajstry niedługo przystrzyżone; w oczach jarzyła się zuchwała, bujna, gwałtowna młodość, a dolna warga, pełniejsza nieco i pożądliwie naprzód wysunięta, układała się niby do lubieżnego pocałunku.

— Skoro rzeźbiarską sztukę tak cenisz, synu Sofroniska, przecz jej zaniechałeś? — mówił Lykios do starszego męża.

— Co czynię, chcę czynić dobrze — odparł tamten.

— A twoje Charyty w Propylejach u wstępu na Grojec ateński — odezwał się sepleniąc z lekka ów urodziwy młodzieniec — nie dobrzeli są wyrzeźbione?

— Ale teraz piękniejsze dzieła tworzą i lepsze nawet niźli twoje rzeźby, Lykiosie.

— Jakież to dzieła? — zapytał mistrz. Tamten zamiast odpowiedzi rzucił pytanie:

— Czy ty, Lykiosie, na żywe pierwowzory zapatrujesz się, gdy lepisz z gliny swoje posągi?

— Oczywista.

— Skoro tedy przeróżne ruchy nasze od góry aż do dołu grają w muskułach ciała, tak iż te kurczą się, rozprężają, napinają i zwalniają, tedy zapewne wyrażasz tę grę mięśni, a przez to dziełom swoim nadajesz podobieństwo do prawdy?

— W samej rzeczy.

— Ten wyraz działania cielesnego czyliż widzom nie sprawia rozkoszy?

— Tak myślę.

— Trzeba zatem, aby spojrzenie wojowników miało wyraz groźny, a radość — by się odbijała na twarzach zwycięzców. Nieprawdaż?

— Bez wątpienia.

— Rzeźbiarz musi przeto wyrażać kształtami wszelkie wrażenia duszy.

— O to staram się usilnie.

— Dobrze czynisz. Lecz ja także, choć już nie kuję marmuru ani spiżu nie odlewam, rzeźbiarzem jednak być nie przestałem.

— Jak to? Rzeźbiarzem być nie przestałeś, Sokratesie? — zawołał piękny jego towarzysz.

— Nie inaczej, Alkibiadzie . Zali nie staram się wyrzeźbić duszy twojej i dusz innych młodzieńców, iżby się stały arcydziełami Dobra i Piękna?

Szarzało już, więc Pejsidoros przymknął się nieco, pragnąc przypatrzeć się bliżej onemu „rzeźbiarzowi dusz ludzkich”. Ów zaś odwrócił nań wtedy bystre, przenikliwe oczy. Pejsidoros poczuł, że ten wzrok przemożny przeszywa go na wskroś i przyniewala. Zmieszany, chciał się cofnąć, gdy tamten przystąpił ku niemu i rękę wyciągnął życzliwie.

— Widzę, że kształtne masz ciało, rosłe i wyćwiczone. Czym dla ciała nauka gimnastyki, tym dla ducha nauka mądrości. Kształciłżeś ty i duszę swoją zarówno z ciałem?

— Nie wiem, jak odpowiedzieć na twoje pytanie — odrzekł Pejsidoros — bo jeśli powiem, iżem w mądrości wyćwiczon, zda się to samochwalbą, a jeśli odrzekę, iż nie, podam się za nieokrzesanego prostaka.

— Podoba mi się ta odpowiedź. Skąd jesteś i jak ci na imię?

— Zowią mnie Pejsidoros, a z Rodos wyspy pochodzę, z domu Diagorasa.

— Nigdy z Aten nie wyruszałem się nogą. Tym razem on wyciągnął mnie do Olimpii, ten oto Alkibiades Klejniasów. Ale nie żal mi będzie odbytej drogi, jeśli ty, Pejsidorze, cokolwiek na rozmowie ze mną skorzystasz. Pójdźmy tedy społem, bo niebawem już Gaj Święty zamykać będą na noc.



III

Nazajutrz od samego świtu lud zalał falą nieprzebraną wszystkie ławy stadionu. Rozpoczęły się bowiem już od wschodu słońca popisy pacholąt w biegach, zapasach i walce na pięści.

Pejsidoros nie był wcale w stadionie; wczesnym rankiem zaraz pobiegł do matki. Uspokoiła go wrychle: nogą wczoraj nie stąpiła do Altis, a gdy jej zapytał, dlaczego strój męski przywdziała była, odrzekła mu z największą prostotą, iż pragnęła się obyć z szatami i ruchami męskimi, a zarazem upewnić się, iż jej nikt istotnie poznać nie może. Ocierała się z umysłu kilkakroć o znajomych ziomków z Rodos, ale wszyscy na nią jak na kogoś obcego patrzyli. Tym zupełnie już przekonała syna, że zuchwały jej zamiar da się przeprowadzić bezpiecznie. Nad tym, jakby go wykonać najsnadniej, naradzali się długo jeszcze. Pejsidoros wyjaśnił jej dokładnie wszelkie zwyczaje palajstry i nauczył ją dobrze, jak sobie ma postępować.

Kiedy na koniec wyszedł od niej pełen otuchy, było już dobrze z południa. Chłopięce popisy widno się już ukończyły, gdyż ponad Gajem słychać było gwar tysiącznych głosów: to tłumy wrzały po wyjściu ze stadionu. Wielu z Gaju Świętego wyszedłszy spieszyło do kramów z jadłem, by się nieco posilić. Pomiędzy Radnicą a główną bramą Altis przekupnie roznosili owoce i przekąski w koszach dźwiganych na głowie i obwoływaniem swego towaru powiększali jeszcze huczącą wrzawę. Sokrates i Alkibiades, nierozłączni jak zwykle, stali właśnie przed bramą, chłodząc pragnienie świeżymi figami. Był z nimi trzeci mąż jakowyś, od Sokratesa starszy widocznie o cały lat dziesiątek. Niepozorny z postawy, mimo to zwracał na się uwagę osobliwym swoim wejrzeniem: twarz chuda, o wydatnych kościach policzkowych, wyraz nosiła zbolały, prawie żałosny, przy którym uderzały dziwnie oczy badawcze, ostre, nieubłagane. Proste, siwiejące włosy w rzadkich kosmykach opadały ku szerokiemu czołu, przylegały do skroni jakby przylepione i, zasłaniając uszy, łączyły się z krótko przystrzyżoną brodą. Nos długi, cienki, wyraziście zarysowany, schodził za blisko nieco ku wąskim, zaciśniętym ustom z piętnem goryczy i smutku. Widno było, że tych warg nie krasi nigdy wesoły uśmiech.

— Czekaj, młody Rodyjczyku! — zawołał Sokrates w odpowiedzi na powitanie Pejsidora. — Nie tak spieszno! Pójdziemy razem do Altis.

Widząc, że Pejsidoros przystępuje ku niemu, dodał:

— Chętnie zwykłem przestawać z młodymi, którzy w rozmowach ze mną ćwiczą się w cnocie a poczciwości.

— Rad przysłucham się i dziś twoim słowom, Sokratesie — odrzekł Pejsidoros przyłączając się do nich. Szli tedy razem do Gaju Świętego. Po drodze młodzieniec pytał cicho Alkibiadesa, kto by był ów czwarty mąż nieznajomy?

— To Eurypides Mnesarchów, Salamińczyk.

— Ów, co słynie z pisania tragedii znamienitych?

— Ten ci jest.

— I u nas na Rodos głośne jest jego imię. Ale powiedz mi, przecz on taki ponury? Czy mu się dzisiaj co złego przygodziło?

— Zawżdy on taki sam, zgorzkniały, zamknięty w sobie, ludzi nie cierpi, a najchętniej z księgami swymi przestaje, których ma pełen dom.

Równocześnie poeta narzekał przed Sokratesem na znużenie, mówił, że utrudziła go droga z Aten odbyta w dnie upalne, żałował nawet, że się wybrał do Olimpii.

— Czy niosłeś może co ciężkiego? — zapytał mędrzec.

— Nie, na Zeusa! Miałem tylko płaszcz.

— Szedłeśli sam czy ze sługą?

— Miałem ze sobą sługę.

— A czy on szedł z próżnymi rękoma, czy co niósł?

— Jużci; niósł mój tobołek wraz z inszymi rzeczami moimi.

— A jakże on wytrzymał tę drogę?

— Zdaje mi się, iż lepiej ode mnie.

— A gdyby tak tobie przypadło dźwigać manatki tego niewolnika? Co byś powiedział?

— Zaiste, na Zeusa, nie byłbym temu podołał.

— Więc tobie godne zda się męża wolnego i ćwiczonego w gimnastyce od młodu, znosić trudy gorzej niźli prosty niewolnik?!

Eurypides nie miał nic do odpowiedzenia; zżymnął jeno gniewnie ramionami, kwaśno pojrzawszy na przyjaciela. Młodzieńcy obaj udali, że nie słyszą tej rozmowy, Alkibiades ozwał się zaś po cichu do Pejsidora:

— Dziwny to i straszny człowiek ten Sokrates: omota cię pytaniami jak pająk muchę i wyciśnie z ciebie takie odpowiedzi, jakich sam najmniej się spodziewałeś i pragnąłeś. Niedawno zaszedł mnie w domu, gdy ćwiczyłem niewolnika w słusznym gniewie. „Za cóż go bijesz?” — zapytał mnie spokojnie. „Bo leniwy jest i rozwiązły” — odrzekłem. On zaś na to: „Zastanowiłżeś ty się nad tym, który z was dwóch bardziej zasłużył na bicie, ty czy twój niewolnik?...” Czasami, gdy z nim jestem, ogarnia mnie taka złość przeciwko niemu, żebym go zabił, a gdyby mi go brakło, zabiłbym sam siebie...

Tak rozmawiając weszli do Gaju w ślad za tamtymi dwoma. Tłumy przechadzały się tam, rozprawiając żywo i namiętnie o świeżo skończonych igrzyskach pacholąt, albo podziwiały budowle i posągi. Wielu przyglądało się wielkiej świątyni Zeusa, którą budownik Libon z Elidy przed trzydziestu laty wykończył był ostatecznie. Lecz największy ścisk był w jej wnętrzu: wszyscy tłoczyli się, by wzrok nasycić przedziwną pięknością Fejdiasowego Zeusa; mistrz pracował nad nim przez ostatni dziesiątek lat swego żywota, te zasię igrzyska były dopiero drugimi z rzędu od chwili, gdy gotowe arcydzieło stanęło w całym blasku i przepychu. Kto je widział był za poprzedniej Olimpiady, tym skwapliwiej pragnął je oglądać po raz wtóry. Cała Hellada rozbrzmiewała uwielbieniami tego cudu rzeźbiarskiej sztuki.

Czterej mężowie z trudem przebijali się poprzez ciżbę, gdy nagle pod kolumnadą świątyni ozwały się salpingi. Wszystkie głowy zwróciły się w tamtą stronę, a rzesze z najdalszych krańców Altis jęły napływać ku świątnicy.

— Któryś poeta będzie wygłaszał wiersze swoje przy wtórze kithary — rzekł Alkibiades. — Pójdźmy posłuchać.

— Ciekaw jestem, który to z onych wierszorobów? — mówił zgryźliwie Eurypides.

Sokrates dorzucił:

— Wymysłami swoimi częstokroć oni mącą prawdę: ich baśni przysłoniły istotę bóstwa. Posłuchajmy wszelako, bo kto kocha mądrość, ten ziarno jej zdoła wyłuskwić choćby z najgrubszej skorupy.

— Wiodą go już hellanodikowie! — zawołał Pejsidoros. — Patrzcie!

Jakoż wzdłuż świątyni od północnej strony pod kolumnadą postępował za hellanodikami starzec przeszło sześćdziesięcioletni, wysoki, szczupły, o łagodnej, zadumanej twarzy. Wielkie, łysiejące czoło królowało nad ściągłym obliczem, które przedłużała jeszcze siwa, bujna broda, w klin przycięta. Kroczył przygarbiony nieco, w ręku dzierżąc gęsto zapisany zwój, nawinięty na wałek. Dziwili się wszyscy, że nie miał kithary.

— Kto to zacz być może? — ozwał się Alkibiades. — Nie Ateńczyk to zaiste, bo znałbym go pewnie.

— Męża tego gdzieś już widywałem przed laty — rzekł Sokrates.

— Wszak ci to Herodotos z Halikarnasu, dziejopis, który opowieści o czasach zeszłych pierwszy jął zbierać po świecie — mówił Eurypides przyjrzawszy się bystro starcowi. — Pono niegdyś jeszcze, Sokratesie, przybywszy do Aten, wywiadywał się u starego Ajschylosa o szczegółach bitwy maratońskiej.

— Ten ci jest! Ten ci jest! — zawołał Sokrates. — Widno dzieje zamierza czytać. Pójdźmy prędzej!...

To rzekłszy, drogę sobie zaczął torować przez tłum, a za nim postępowali tamci. Sędziowie helleńscy doszli tymczasem ze starcem do zachodniego węgła świątyni, kędy pod kolumnadą były już dla nich ustawione ławy piękną tkanicą przykryte. Uderzyli berłami, nakazując tłumom ciszę, a woźny wystąpiwszy zapowiedział ludowi:

— Herodotos, rodem z Halikarnasu, syn Lyxasa, czytać wam chce, mężowie helleńscy, z Polihymnii, VII księgi swego dzieła, opowieść o tym, jako Leonidas czoło stawił Xerxesowi, królowi w Termopilach . Tedy słuchajcie!

Hellanodikowie usiedli, a mąż siwobrody zajął miejsce na krześle, naprzód wysuniętym pomiędzy kolumnami Zeusowej świątnicy. Tuż obok rosło stare drzewo dzikiej oliwy, z której tną gałęzie na wieńce olimpijskie, a nazwano ją „oliwą pięknych wieńców”. Rzucała ona teraz cień na głowę i ramiona Herodota, chroniąc go przed blaskiem słońca, które już na zachodnią stronę nieba przeszło było.

Leciwym, ale donośnym głosem czytał on powoli o tym, jako Spartanie i przymierzeńcy onych w termopilskim wąwozie zamknęli przejście nawale perskiej, co lądem ciągnęła z północy na Grecję. Wyliczał imiona ludów azjatyckich i wodzów barbarzyńskich, wymieniał szczepy helleńskie, co w Termopilach stanęły pod wodzą Leonidasa.

Słuchano go z piersią zapartą. Wprawdzie znane to były dzieje, wszelako nikt przed nim nie pokusił się o ich spisanie: historia była nowością niesłychaną dotąd.

— Xerxes wysłał jednego jeźdźca — czytał Herodotos — iżby się wywiedział o liczbie onych i podpatrzył, czyni by zajęci byli. Doszły bowiem króla słuchy, gdy jeszcze był w Tessalii, że garść wojenników pod wodzą Leonidy, potomka Heraklesowego, w onym przesmyku stoi. Jeździec, przybliżyszy się ku wojskom, opatrzył je dokładnie, wszelako nie mógł widzieć tych oddziałów, co były. za murem, ninie wzniesionym na nowo. Widział jeno te, które przed murem obozowały. Lakedejmonowie dzierżyli owo stanowisko. Jedni bawili się podtenczas gimnastycznymi ćwiczeniami, drudzy trefili sobie włosy. Widok ów zdumiał go wielce. Powziął wiadomość o ich liczbie i powrócił bezpiecznie, wszystko wybadawszy. Za przyjazdem opowiedział Xerxesowi, co był widział.

Przez cztery dni czekał król spodziewając się, iż Hellenowie tyły podadzą; piątego, gdy się do ucieczki nie kwapili i gdy mu się zdało, iż trwają na miejscu jedynie bezczelnością i zuchwalstwem, rozjadł się gniewem i wyprawił na nich pułk Medów i Kissyjczyków z rozkazaniem, by onych pojmali w niewolę, a jemu przystawili. Medowie z rozmachem wpadli na Hellenów, lecz znaczna ich mnogość poległa. Jasno tedy obaczyli wszyscy, i król sam, iż siła ma ludzi, ale niewielu walecznych. Ta bitwa dzień cały trwała...

Skończył. Głucha cisza, zalegająca Święty Gaj, trwała ciągle; zasłuchał się lud i zapamiętał; a choć to były czasy nieszczęsnej wojny peloponeskie, w której od trzech lat niszczyły się bratnie szczepy helleńskie, to jednak wielkie wspomnienie termopilskiej krwi i chwały wspólną czcią i miłością napełniało serca greckie i buchnęło nagle burzą gromkich okrzyków na cześć osędziałego dziejopisa. Patrzyły nań z podziwem krocie rozpłomienionych twarzy, wyciągały się doń z wdzięcznością tysiące rąk, on zasię stał wzruszeniem blady i księgę swą na pół rozwiniętą ściskał nieświadomie w garściach. Okrzyki nie milkły. Lecz oto najbliżej stojący wpadli pod kolumnadę, kędy ustawione były świetne panoplia, porwali ogromną złocistą paiżę, a dziesiątki ramion, ująwszy Herodota, postawiły go na niej i podźwignęły w górę. Wonczas okrzyki i oklaski wzmogły się jeszcze i zdało się, że przebiją niebiosa, zawtórowały im wraz trąby miedziane i fletnie. Uniesiony wysoko ponad głowy tłumów, opromieniony złotymi blaskami przedwieczornego słońca, śnieżnobrody mistrz w białej fałdzistej szacie, na równi z tyloma posągami, zdał się sam być marmurowym posągiem własnej swojej sławy. Hellanodikowie, podniósłszy wokoło niego laski, otoczyli go jakoby ruchomym wieńcem złotych orłów. Tak brał Herodotos nagrodę za długi żywot znojnej, cichej pracy...

Sokrates i jego towarzysze do głębi przejęci byli; na wszystkich twarzach dokoła znać było także wielkie wzruszenie. Pejsidoros widział jakiegoś męża w sile wieku, który, tuż obok stojąc, czołem oparł się o marmurową podstawę bliskiego posągu, oczy dłonią przysłonił i rzewnie płakał po cichu.

— Taki Herodotos — rzekł Sokrates po chwili — powinien by nigdy nie umierać, jeno, wiecznie żyjąc, potomnym pokoleniom czyny wielkich ojców przekazywać.

— O, synu Sofroniska, jakżebym ja pragnął tak pisać, jak on! — zawołał ów człowiek pod pomnikiem stojący, obracając ku Sokratesowi oczy jeszcze łez pełne.

— Tyżeś to, przyjacielu! — odpowiedział Sokrates.

— Pozdrowi on bądź, Tukidydesie!

— Stałeś przy mnie, a ja cię nie poznałem...

Tak witali go Eurypides i Alkibiades, on zasię wszystkich trzech za rękę uścisnął.

— Kogo nie widujesz w Atenach, tego spotkasz w Olimpii — mówił Sokrates.

— Bo też z Aten od jesieni wyjechałem — odparł Tukidydes. — Niebawem po śmierci Peryklesa wybrałem się do Tracji, dojrzeć nieco kopalni moich w Skapte Hyle. Teraz do Aten powracam, wojna jest i służyć trzeba miastu.

— Zaprawiłeś się za Peryklesa w sprawach Rzeczypospolitej — rzekł Eurypides. — Nie mamy człowieka w Atenach, odkąd oczy zamknął Perykles.

— Jak to nie mamy? A garbarz Kleon, zali nie wylazł z warsztatu i nie dośćże gardłuje na zgromadzeniach ludowych?! Tacy teraz po władzę sięgają! — urągał Alkibiades.

— A jakoż będzie z pisaniem onych dziejów garbarskich? — żartował Sokrates.

— Przyjdzie i na to pora. Wpierw chciałbym dzieje robić. Ale od dziś dnia, gdym słyszał Herodota, spokoju mieć nie będę. Wojnę teraźniejszą opisać warto.

— Jakżebyś ty się brał do takiego dzieła? — zapytał Sokrates.

— Żyjąc, walcząc i działając.

— Dobrze. Widno z tego, Tukidydesie, że uważasz dzieje za wynik ludzkich czynów?

— Jakżeby mogło być inaczej!

— A czyny ludzkie, czegóż bywają wynikiem?

— Ludzkich zamiarów, pragnień, pożądań i namiętności.

Tłum już nieco przerzedził się w Gaju, szli więc trochę swobodniej. Pejsidoros podczas onej rozmowy przypatrywał się bacznie Tukidydesowi. Nie wiedział wprawdzie, że w mężu tym przez rodzica jego płynie krew tracka, zmieszana z grecką po matce, wszelako zastanawiały go twarzy onej niezupełnie helleńskie rysy: nos i usta zakreślone były dość grubo, lecz z mądrych, spokojnych oczu wyzierała skupiona powaga i cicha stateczność, a nad pysznymi łukami brwi sklepiła się wspaniale rozbudowana czaszka. Okolone krótkim zarostem oblicze tchnęło męską siłą woli, a zarazem niepospolitym rozumem. „Spiżowy hart musi być w tym człowieku — mówił sobie Pejsidoros — a duch i myśli orłowe...”

Mijali świątynię Zeusa, lecz nazbyt już było późno, by wstąpić, a przyjrzeć się posągowi Fejdiasowemu ze złota i kości słoniowej. Słońce na zachodzie obzierało się jeszcze, oblewając purpurą budowle i drzewa; różowiło też na prost świątyni stojącą na wysokim cokole postać olbrzymiego Zeusa, który trzykroć przewyższał miarę ludzką, a dalej nieco, w zorzy wieczornej bielą marmuru świeciła skrzydlata Bogini Zwycięstwa, cudne dzieło Pajoniosa Mendejczyka.

Z rozpostartymi skrzydły, w rozwianych szatach, co wichrem napełnione wzdymały się za nią niby żagle, zdawała się lekko spływać z nadniebnych wyżyn, gałązkę palmy w ręku dzierżąca; pod stopami jej orzeł polatywał. Oczom nie chciało się wierzyć, że ta dziewicza postać, tak powiewna, jest naprawdę przytwierdzona do swej wyniosłej, trój graniastej podstawy; rzekłbyś raczej, że ku niej dopiero się zniża, że jej nie dotyka wcale...

Tuż obok siebie, u wnijścia do świątyni, mieli znowu inne dziwo sztuki: na półkolistej podstawie stali tam rzędem odlani ze spiżu wojownicy achajscy, przedstawieni w owej chwili, kiedy zgłaszają się do walki w pojedynkę z Hektorem, a los ma rozstrzygnąć, któremu z nich ta chwała przypadnie w udziale. Chociaż mrok już padał, jednak Sokrates i jego towarzysze zatrzymali się przed tym arcydziełem. Alkibiades półgłosem jął mówić wiersze z onej pieśni Iliady:

 
Za czym ich dziewięciu wstanie,
A przed wojennikami wszystkimi najprzódziej
Agamemnon się zerwał z miejsca, władca ludzi;
Po nim Diomed powstał, syn Ty deja duży;
Więc Ajasy obadwaj w hart pancerny turzy,
Idemenej, a za nim druh jego poskoczy
Meriones, co z Aresem krew porówno toczy;
Więc po nich Eurypylos Euajmonów hoży,
Thoas Andrajmonida i Odyssej boży,
A wszyscy walczyć z boskim Hektorem gotowi.
Nestor, gereński harcerz , tak do nich przemówi:
„Losem to rozstrzygajcie, komu pójść przypada.
Iście radość Achiwom sprawi on nie lada,
Co spiż noszą u kolan — i radość niemałą
Będzie miał sam w swe; duszy, kiedy wyjdzie cało
Z okropnej walki onej i straszliwej toni”.
Tak rzekł; wzdy bierki sobie zaznaczali oni,
Każdy swoją, a potem wszyscy je gromadą
W szyszak Agamemnonów Atrejczyca kładą,
A lud w modłach wzniósł ręce przed oblicze boże
I niejeden rzekł patrząc w niebieskie przestworze:
„Ojcze Zeusie, spraw, niechaj los Ajasa padnie
Albo syna Tydeja lub króla, co władnie
Mykeny bogatymi, kędy złota tyle!”
Tak mówili. Bierkami potrząsał przez chwilę
Harcerz gereński, Nestor. I padł, jako chcieli,
Ajasów los...

Tukidydes tymczasem ręką bohaterów ukazywał: na osobnej podstawie na prost onych dziewięciu widać było „Nestora, gereńskiego harcerza”, co przyłbicę Agamemnona w dłoniach trzymał. Na puklerzu Idomeneja, gdzie znamię kura było wyrażone, wyczytali też imię rzeźbiarza: Onatas, a na podstawie napis głoszący, że posągi te są wspólnym darem ludów achajskich. Byliby może jeszcze dłużej przyglądali się onemu dziełu, lecz słudzy świątyni szli już zamykać Altis. Pejsidoros rozstał się z mężami onymi za bramą i wzdłuż muru podążał na noc do gimnazjonu. Z zachodniej bramy wychodziła liczna gromada młodych Spartan, odzianych w krótkie, wełniane chitony. Widno jeszcze upojeni słowami Herodota, śpiewali dobranymi głosy gromką pobudkę Tirtajosa:

Naprzód, Sparty młódź sierdzista,
Wolnych ojców syny;
Tarcz w lewicy okolista,
W prawej rohatyny.
Nie żałujcie krwi, żywota:
Dzielne męstwo — Spartan cnota!...
Wobec Ateńczyków i sprzymierzonych z nimi ludów pieśń taka brzmiałaby gdzie indziej w onych czasach wojennych jak wyzwanie. Wszelako podczas igrzysk, nie tylko w Olimpii samej, lecz nawet w najodleglejszych stronach Hellady, święcił się pokój boży, ekechejria. Rozejm ten święty ogłaszali Elijczycy, ludy greckie na obrzędy olimpijskie zapraszając. W świątyni Hery jako szacowną pamiątkę przechowywali dyskos Ifitosa, odnowiciela igrzysk długo zaniedbanych; na kamiennym tym kręgu biegły wokoło wypisane słowa pokoju bożego, co w każdej helleńskiej duszy odbijały się uroczystym i radosnym echem. Wytrącały one wojownikom oręż podniesiony do ciosu i niby zaklęciem czarodziejskim w bratniej zgodzie jednoczyły na chwilę powaśnionych synów przed obliczem wspólnej matki ojczyzny i nieśmiertelnych bogów.



IV

Ledwie jutrzenka palce rozwarła różane”, a w stadionie już głowa czerniała przy głowie. Odświeżywszy się kąpielą rzeczną, kwapił się każdy co tchu, by miejsce jak najlepsze zająć przed innymi. Gwar głosów ludzkich szumiał i huczał jak dalekie morze. I nie dziw, bo trzydzieści tysięcy widzów oczekiwało tam rozpoczęcia igrzysk.

Stadion olimpijski miał kształt bardzo wydłużonego prostokąta. Jeden z krótkich boków, zachodni, przypierał bezpośrednio do Altis, wschodni graniczył z namulistymi łąkami nad Alfejosem; długą stronę od północy tworzyły lesiste zbocza Kronosowej góry, południową zasię stanowił sztuczny nasyp, który oddzielał stadion od hipodromu. Stopni kamiennych ani choćby drewnianych do siedzenia dla widzów nie było. Czy na ten wydatek żałowano? Wszak Olimpia, zasypana nieprzebranymi bogactwy, mogłaby sobie nie żałować i na marmurowe ławy. Wolała jednak zachować przedwieczną prostotę we wszystkim: jak zwycięzcom za skarby świata stał prosty wianek oliwny, tak widzom wystarczały rzędy niewymyślnych siedzeń darniowych na pochyłości Kronosu i nasypów ziemnych. Dołem ze wszech stron biegło tylko podmurowanie kamienne powstrzymując osuwanie się ziemi, a zarazem oddzielając najniżej siedzących widzów od samego majdanu przeznaczonego do popisów gimnastycznych; wzdłuż podmurowania szedł kamienny przepływ na wodę żywą, do picia.

Na obu końcach majdanu, przez całą jego szerokość przechodziły dwa kamienne progi, a w nich osadzone były prostopadłe drążki: to szranki dla biegaczy. Przestrzeń od szranków do szranków, piaskiem wysypana, mierzyła 600 stóp olimpijskich (192 X 27 m), czyli jedno stadion. W szrankach było, pomiędzy drążkami, dwadzieścia miejsc dla współzawodników.

Wedle stałego zwyczaju, igrzyska w tym drugim dniu miały się rozpocząć biegami, potem odbędzie się wałka na pięści, dalej zapasy, a na ostatku pankration, polegający na połączeniu zapasów i walki na pięści.

Pejsidoros i w tym dniu jeszcze nie stawał; wystąpić miał dopiero nazajutrz w pentathlonie. Zajął tedy zawczasu miejsce pomiędzy widzami. Był z nim jeden z jutrzejszych jego współzawodników, Xenokles, rodem z Majnalos w Arkadii. Od kilku tygodni ćwicząc się po społu w gimnazjonie, przypadli sobie do serca i radzi trzymali się razem. Po prawej stronie miał Pejsidoros nieznajomego jakiegoś młodzieńca, o miłej, zadumanej twarzy i poważnym spojrzeniu. Siedzieli przez chwilą w milczeniu, przypatrując się wchodzącym, gdy poprzez gwar usłyszeli za sobą głos jakiś krzykliwy, który nad czymś rozwodził się gromko i namiętnie. Z zaciekawieniem poczęto się obzierać; Pejsidoros i Xenokles uczynili to samo. W trzecim lub czwartym rzędzie poza nimi siedział ów rozprawiający krzykała, co, zwrócony ku sąsiadowi, rękoma wymachiwał, szermując rozkiełznanym językiem. Był to mężczyzna barczysty, łysy, o rysach gminnych i jakoby nieociosanych, które cudacznie wyglądały przy wytwornie trefionym, rudawym zaroście.

Młodzieniec, obok Pejsidora siedzący, odwrócił się był także i mierzył warchoła wzrokiem, w którym wzgarda mieszała się z gorzką ironią.

— Cóż to zacz, który się tak nieprzystojnie zachowuje? — pytał Xenokles Pejsidora.

Któż go wie? Ateński to snadź mąciwoda.

— Ty sam Ateńczykiem widno jesteś — zagadnął Pejsidoros.

— Ateńczykiem, a dzieją mi: Arystofanes. Ty zasię skąd pochodzisz?

— Rodos moja ojczyzna, Pejsidoros imię. Synem jestem Kallinaxa, a jeśli mi nie poczytasz za chwalbę, dodam, iż przez matkę, Ferenikę, wnukiem jestem Diagorasa, wielekroć wieńczonego na igrzyskach.

— Którego Pindaros w jednej ze swoich olimpionik wysławia?

— Tego samego, Arystofanesie.

— Toć o nim opowiadają — dorzucił Xenokles — iż dwaj synowie, jednego dnia wieńce w Olimpii odniósłszy, ojca nimi uwieńczyli, a na barkach go po Gaju Świętym obnosili wśród okrzyków ludu.

— I ty nie stajesz do zawodów?!

— Jutro, do pentathlonu, jako i ten mój towarzysz, Xenokles Arkadyjczyk.

— Ateńczykiem będąc, Arystofanesie, znasz pewnie co wyborniejszych mężów tego miasta — rzekł Xenokles. — Ukażże nam tedy, jeśli który siedzi bliżej.

— Chętnie. Tam oto w pierwszym rzędzie macie Nikiasa Nikaretowego, poznać go snadno po wyniosłej postawie i pociągłej twarzy, ot mówi coś teraz do swego sąsiada. Mąż to godzien urzędów najwyższych, które sprawuje, hojny, mądry, ojczyzny gorący miłośnik. Ów, z którym właśnie rozmawia, ten otyły siwiejący — to Hipponikos Kalliasów, największy bogacz w Atenach.

Różnie o tym prawią, jak przodkowie jego swe nieprzebrane skarby zyskali. A jednak szczęśliw nie jest: żona go porzuciła, by poślubić Peryklesa, a syn Kallias na hulakę i utratnika rośnie.

Pejsidoros patrzał zdumiony na tego człowieka, który z ogniem w oczach mówił dalej:

— Zginienia bliska jest Hellada. Gdyby dziś Xerxes przyszedł, nie odmówiliby mu ziemi i wody. Na Maraton i Salaminę już by ich nie stać było. Wstyd mówić i serce się kraje!

Wtem pomruk jakiś przeleciał pomiędzy widzami od końca do końca stadionu i ze wszech stron zaczęto wskazywać na majdan. Spojrzał i Pejsidoros, lecz nie zobaczył nic krom jakiegoś człowieka, co, spóźniwszy się widno, teraz dopiero za miejscem się rozglądał stanąwszy u wnijścia. Stary był, przeto ktoś z pierwszych rzędów podbiegł ku niemu i swoje miejsce mu wskazał. Ale zaledwie ów mąż kilka kroków postąpił, gdy nagle zakotłowało się w tłumach i wszyscy porwali się na równe nogi, a w niebiosa rozjarzone łuną wschodzącego słońca buchnął huragan okrzyków:

— Sofokles! Sofokles! Witaj, Sofoklesie! Bądź pozdrowion, Sofoklesie!

Jedni na znak radości w górę wyciągnęli ramiona, inni, fałdy himationów uniósłszy, nad głową nimi powiewali. Okrzyk nie milknął.

Ów, niespodziewanie zaskoczony, stanął bez ruchu w pośrodku stadionu. Starzec był wspaniałej, prostej postawy, której wiek ugiąć nie zdołał. Kędziory bujne, białe jak mleko i śnieżna, kręta broda przy obliczu jasnym i niezmiętym, czyniły zeń jakowyś niebywały dziw: siedemdziesięcioletniego efeba! Kto raz głowę tę widział, nie mógł jej nigdy zapomnieć. Nie dość, że piękna była umiarem i harmonią linii, ale miała jeszcze taką szlachetność, taką pełnię ducha, tak olimpijską jaśniała pogodą, że sam tylko Fejdias godzien był kuć ją w marmurze paryjskim lub rzezać w kości słoniowej. Czułeś, że słońce musiało się cieszyć, patrząc na tego człowieka, że ziemia dumna jest, iż go nosi, bo wieki miną, zanim się znów może kiedy urodzi drugi taki bogów umiłowaniec, piękny i zdrowy na ciele, w sercu dobry i szlachetny, a mądry i natchniony w duchu, istne arcydzieło człowieczeństwa.

Białe himation pysznymi fałdami opływało całą tę piękną postać, poniżej kolan spadając, jedna tylko ręka silna i kształtna wychylała się z onej miękkiej tkanicy, przytrzymując ją na piersiach. Głowę nieco podniósł i z wyrazem jasnej radości wymownymi oczyma dziękował ludom Hellady za cześć wyrządzoną sobie, a potem spokojny, cichy i prosty, szedł, aby usiąść.

— Bądź pozdrowion, Sofoklesie! — grzmiało ciągle ze wszech stron.

Arystofanes, rozpłomieniony, wołał z całej piersi i naraz lauru gałązkę, którą bawił się był przed chwilą, pod nogi przechodzącemu cisnął. Sofokles podjął ją z ziemi.

— Oto masz prawdziwego tragika — mówił Arystofanes do Pejsidora — tacy niech się nam święcą!

Pejsidoros niemniej uniesiony zapałem dla wielkiego poety chciał coś odpowiedzieć, ale w tej chwili salpingi rozdarły powietrze. Lud zamilkł. Od zachodniej strony, długim, wąskim przejściem, które łączyło stadion z Gajem Świętym, posuwał się orszak poprzedzony przez trębaczy i fletnistów. Na czele, jak zawsze, postępowali hellanodikowie w purpurze i z orlimi berłami. Piękni chłopcy nieśli za nimi pęki gałązek palmowych, które zwycięzcom wręczać będą sędziowie helleńscy zaraz na majdanie; rozdawanie wieńców następowało bowiem ostatniego dnia dopiero przy uroczystym zamknięciu igrzysk. Za nimi kroczyli w bieli kapłani wszystkich świątyń olimpijskich, a wśród nich, z cienką przesłoną i wieńcem z kwiecia szafranów na włosach, kapłanka Demetry, jedyna niewiasta, której prawo dozwalało wstępu na igrzyska. Atleci z gimnastami szli na końcu, w porządny szyk sprawieni.

Zostali oni w głębi przed szrankami, wszyscy inni zasię ruszyli dalej. Doszedłszy do połowy majdanu, kapłani zajęli miejsca w pierwszym rzędzie na południowym nasypie pod ogromnym spiżowym pomnikiem Zeusa. Hellanodikowie i gimnaści po przeciwnej stronie siedli na stoku wzgórza Kronosowego.

Tymczasem atleci, którzy na sobie nie mieli żadnych szat krom himationów, zrzucili je z siebie jednym ruchem. Szmer uwielbienia przeleciał po tłumach na widok tylu cudnie zbudowanych młodzieńczych ciał. Oni zaś, odetkawszy małe bańki z oliwą, które z sobą przynieśli byli, namaszczali sobie ciała, by im nadać gibkość i sprężystość. Że jednak przy zapasach wyślizgiwaliby się z rąk jedni drugim, więc też dla uniknięcia tego drobniuchnym pyłem piaskowym osypywali sobie skórę.

Gdy z tym gotowi byli, woźny jął kolejno wywoływać imiona mężów, którzy mieli brać udział w biegu prostym. Każdy z wywołanych występował i do pięknego krateru rzucał kamyk swym imieniem oznaczony, po czym rozlosowano miejsca w szrankach zachodnich, przez które przeciągnięty był sznur od drążka do drążka. Naprzód wychyleni, z ramionami opuszczonymi wolno, z lewą nogą wysuniętą do biegu, współzawodnicy ustawili się porządkiem na kamiennym progu, hasła oczekując. Timoptolis dał znak trzechkrotnym doniosłym uderzeniem berła. Tamci puścili się w pęd.

Biegli co sił, co tchu, podani naprzód całym ciałem, a rąk wahadłowym ruchem dodawali sobie rozmachu. Z każdym krokiem coraz chyżej gnali, podobni stadu jeleni wiatronogichj zdało się, że stopami nie tykają ziemi. Nogi, prężące się w takt, migały jeno w powietrzu. Tysiące oczu mknęły za nimi i serc tysiące biły raz w raz przyśpieszonym tętnem, a cisza taka zaległa stadion, że słychać było szelest nóg po piasku i krótki oddech biegaczy.

Od połowy drogi trzech wysunęło się naprzód i łacno można było zgadnąć, że do jednego z nich należeć musi zwycięstwo. Pierwszy rwał jak wicher Alkajnetos Lamprejczyk, już w poprzednich Olimpiadach za bieg uwieńczony; za nim w skok sadził czarnowłosy Arkesilaos Lakedemończyk, a z tamtymi dwoma nieomal równał się płowy Teognet z Ajginy. Ten spokojnie biegł i równo jak strzała puszczona z cięciwy. Trwało to chwilę. Niebawem atoli Alkajnetos odbił się znacznie od innych. Rzekłbyś, że ziemia ucieka mu spod nóg. Arkesilaos nie dawał sobie jednak wydrzeć tak prędko zwycięstwa. Dobył z siebie ostatniej mocy, a pozostawiając płowego Ajginetę za sobą w tyle, nie tylko dognał Alkajneta, lecz nawet jął go wymijać. Jeden przed drugiego wysuwał się tedy w pędzie o krok, o pół kroku — na jedno mgnienie oka. Widzowie z wyciągniętymi szyjami i z rozchylonymi usty śledzili każdy ich wysiłek. Wtem Teognet, który nadążał za nimi, zaczął przyspieszać biegu, jak gdyby mu nagle u ramion wyrosły skrzydła. W stadionie powstał szmer, który niebawem przeszedł w gwar stłumiony, gdy Ajgineta niespodziewanie znalazł się tuż obok tamtych. Przez chwilę wszyscy trzej biegli równo, lecz tamci, wyczerpani poprzednim wysiłkiem, sprostać nie mogli Teognetowi. On zasię, wysforowawszy się na czoło, leciał jako ptak, śmigając w powietrzu wartkimi stopy. Przestrzeń topniała przed nim. Cisza znowu zaległa wśród widzów, oczekiwaniem, wzruszeniem wezbrana. Próżno Alkajnetos i Arkesilaos dobywali sił, dognać go już nie mogli. Dyszący, potem ociekły, mknął jak błyskawica i pierwszy dopadł do celu. Oklaskom, które podniosły się na jego cześć, nie było końca. Młodzieniec w pierwszej chwili wyczerpania ciężko robił piersiami i chwiał się w kolanach tak, iż musiał się wesprzeć o szranki. Ale wobec radosnych nawoływań ludu wstąpił weń duch od razu. Tymczasem gimnasta, mistrz jego, podbiegł doń i za rękę przywiódł go do hellanodików, którzy przy dźwięku salping palmową gałązkę mu dali.

Nastąpił teraz bieg podwójny: tym od prostego różny, że współzawodnicy po dwakroć mieli przebyć stadion: od szranków do szranków i z powrotem. Wystąpili tedy szybkobiegacze, których imiona wywoływano tak samo i podobnie rozlosowano między nich stanowiska, jeno tym razem w szrankach wschodnich. Ruszyli na znak trzechkrotny, lecz już nie z taką szybkością, aby sił zaoszczędzić. Toteż do pół drogi biegli niemal jednako. Dopadłszy zachodnich szranków, pomiędzy drążkami zawrócili nagle w miejscu i puścili się w drogę powrotną. Lecz teraz wysunął się od razu Klytodamas Klejtorejczyk, biegacz wyborny, i prześcignął innych o tyle, że o jego zwycięstwie żadnej wątpliwości być nie mogło. Przyszedł do mety pierwszy, tłumów okrzykiem i poklaskiem witany i przy salpingach obwołany zwycięzcą.

I znowu losowano miejsca do biegu długiego. Był on miarą nie tyle chyżości, jak raczej wytrzymałości, należało bowiem dwadzieścia cztery razy przebiec bez wytchnienia całe stadion (przeszło cztery i pół kilometra). W przeciwieństwie do poprzednich wyścigów biegacze sunęli nie pochyleni naprzód; owszem, łopatki i łokcie ściągnęli wstecz, aby w ten sposób rozszerzyć klatkę piersiową, pod którą sterczały zaciśnięte pięści; biegli przy tym już nie na samych palcach, jeno całą stopą dotykali ziemi. Im dłużej trwał bieg, tym więcej wycieńczonych współzawodników zostawało po drodze. Gdy po raz dwudziesty przemierzali stadion, liczba ich zeszła do garstki, co z każdą chwilą malała jeszcze. Dotrwał do końca i pierwszy do mety przybył Eutymenes Arkadyjczyk. Zwycięstwem ziomka uradowany Xenokles na siedzenie obok Pejsidora wyskoczył i wykrzykiwał najgłośniej z wszystkich, a potem na dół zbiegł i uściskał przyjaciela.

Z kolei nastąpiła walka na pięści. Oddawali się jej przeważnie zawodowi tylko szermierze; nigdy zaś nie stawali do niej Spartanie, gdyż nie bywała u nich. w użyciu. Nieliczni przeto zgłosili się do niej uczestnicy. Było ich szesnastu. Rozlosowano ich w osiem par, które przy dźwięku muzyki wkroczyły na majdan i rozstawiły się na nim. Pięści mieli pookręcane rzemieniami. Niektórzy z nich opuchłe i zniekształcone mieli uszy, a na głowie i policzkach blizny; były to ślady poprzednich walk na pięści, w twarz bowiem i uszy najbardziej przy tym godzono. Na dany znak szermierze z każdej pary rzucili się przeciwko sobie z podniesionymi pięściami. Doskakiwali i odskakiwali od siebie, przysiadali ku ziemi i podrywali się w górę, starając się przy tym jedną ręką dosięgnąć głowy przeciwnika, drugą zaś od jego ciosów zastawiali się zręcznie, wyprężywszy ją przed sobą. Z każdą chwilą walka stawała się zacieklejsza. Straszno było patrzeć na tych ludzi, co mierzyli się krwią nabiegłymi oczyma, zaciskali zęby z rozjuszenia, z bólu i miotali się jedni na drugich zawzięcie. Po niejakim czasie słabsi ustąpić musieli: jedni padali ogłuszeni, tak że ich wynosić musiano; drudzy, runąwszy, mieli siły dość jeszcze, by się podźwignąć i chwiejnym krokiem cofali się z majdanu; inni wreszcie nie czekając, aż ich przeciwnik rozciągnie na piasku, poddawali się, wycieńczeni, guzami okryci, często krwią spluwający. Spośród ośmiu zwycięzców szczególniejszą dzikością odznaczał się Da-moxenos Syrakuzanin, który przed kilku laty na Igrzyskach Nemejskich przeciwnikowi swemu, Kreugasowi z Epidamnos, przebił był żywot uderzeniem wyprężonych palców i trupem go położył. Wówczas nemejscy sędziowie odmówili mu wieńca, podając jako powód, iż raz palcami sterczącymi zadany przeciwi się przepisom; przeto martwe zwłoki Kreugasa uwieńczyli. I teraz walczył Damoxenos z taką zapalczywością, iż hellanodikowie hamować go musieli w zapędach niezgodnych z przepisami. Widzowie patrzyli nań krzywym okiem, przeciwnikowi jego życząc w duchu powodzenia. Wszelako za pierwszym razem Damoxenos był górą. I znowu losem na cztery pary ośmiu zwycięzców podzielono. Ponownie tedy, w liczbie zmniejszonej o połowę, mieli się zmagać i jak powiada stary Homeros:

na środek boiska
Wyszli wraz, krzepkie ręce wznieśli na się z bliska
I natarli na siebie tak, że ciężkie pięści
Pomieszały się w młyńcu. Aż po szczękach chrzęści
Cios na cios, a po członkach pot strumieniem ciecze...
Ale tym razem walka trwała krócej; niebawem czterech legło pokotem na ziemi, stękając i dysząc. Wyprowadzono ich zaraz, a czterech zwycięzców los podzielił na dwie pary: Stratofon Elejczyk stawał teraz przeciw Glaukosowi rodem z Karystos na Eubei, Damoxenos miał zaś Labaxa Eufronowego jako przeciwnika. Gdy wpadli na się, Glaukos, chłopak młody, przysadzisty i krępy, tak jął pięściami okładać potężnego Stratofona, że ten w pierwszej chwili zaledwie zdołał uchronić się sztuką przed gradem kułaków; a równocześnie srogi Damoxenos oburącz nacierał na Labaxa, ten zasię cofał się jeno, zasłaniał i uskakiwał. W pierwszej parze Stratofon opamiętał się wrychle i, widocznie bardziej ćwiczony, przewagę zyskał wnet nad młodym Glaukiem. Karysteńczyk już, już ulegał pod ciosami, gdy wtem starzec, przed Pejsidorem siedzący, zakrzyknął:

— Nie daj się, synu! Pięścią weń jak wtedy po radlę!

— Walę! — ryknął nieludzkim głosem Glaukos. I, jak gdyby mu nagle nowych sił przybyło, jak burza runął na przeciwnika z podniesionymi pięściami.

— Bij! Bij jak po radlę! — zachęcał stary półgłosem, który donośnie rozlegał się w ciszy.

Jakoż za chwilę Stratofon, olbrzymi i w szermierce zaprawny, pod razami Glauka zwalił się na ziemię i stękać począł żałośnie.

Tymczasem Labax, utrudziwszy Damoxena, który ciągle nacierał nań bez skutku, skoczył na niego i pięściami tłukł weń, co padały ciężkie i szybkie jak cepy. Damoxe-nos bronił się zajadle, ale ustąpić musiał z wybitym zębem i broczącą głową. I nie dość na tym, bo lud naigrawał się zeń jeszcze, widząc, jak zawstydzon i pokrwawion wraca na miejsce, który innych niemiłosiernie katował. Tymczasem otaczający wypytywali rodzica Glaukowego, co by znaczyły one słowa: „Bij weń jak wtedy po radle!”

— Owo, przed kilku laty — odrzekł śmiejąc się stary Demylos — radlica podczas orki obsunęła się z sochy mojemu Glaukowi. Cóż tedy czyni ten mój otrok? Nasadza radlicę i pięścią pobiją niby młotem, aż naszła na sochę. Co widząc, do palajstry go zawiodłem i ćwiczyć go dałem w szermierce na pięści...

— Skorom cię teraz posłyszał, ojcze — zawołał Glaukos — wydało mi się, że znów sochę dzierżę w garści, a radło pobijam pięścią. Jak nie zawrę zębów, jak nie zacznę grzmotać!...

Dokoła śmiano się z dziarskiego chłopaka, on zasię znowu na środek majdanu wystąpił, by się w ostatecznej walce zmierzyć z Labaxem, ze wszystkich bowiem sami dwaj pozostali.

Glaukos nie mieszkając natarł z groźnym okrzykiem. Jego pięści, ogromne jak istne dwa młoty, wznosiły się i opadały z szalonym rozmachem. Labax jednak zawsze na czas uchylał wstecz głowę przed razem, a niekiedy pięść okręconą rzemieniem nastawiał ciosowi. Przytomny i obrotny, z obronnej postawy zgoła nie wychodząc, przeciwnika coraz bardziej rozjątrzał i nużył. Na próżno Glaukowi ojciec przypominał i teraz ową radlicę. Młodzieniec doskakiwał wprawdzie z podniesionymi pięściami, ciskał się i miotał, z okrutną siłą na wsze strony waląc, uderzenia jednak szły w próżnię lub o ramię Labaxa bez skutku się odbijały. Tak burza morska wściekłe odmęty rzuca na przybrzeżną skałę, co nieporuszona stoi, a niezdobyta. Doskonały gracz nie tracił zimnej krwi ani na chwilę, odpierał ciosy nie nacierając bynajmniej, rzekłbyś, że bawi się rozjuszonym Glaukiem. Podziw brał widzów, a równocześnie wybuchali śmiechem, patrząc na skoki daremne i płone zamachy tamtego. Glauka istny szał opanował: uznojony, zziajany, pienił się, podrygiwał, machał pięściami w powietrzu. W końcu bezwład zupełny spętał mu ręce i nogi, a w piersi brakło tchu — poddać się musiał.

Tak to Labax Eufronów, nie otrzymawszy sam jednego ciosu ani żadnego nie zadawszy, odniósł zwycięstwo najtrudniejsze i najchlubniejsze w walce na pięści. Nie przebrzmiały jeszcze wznoszone dlań okrzyki, gdy przy odgłosie salping na majdan wkraczali zapaśnicy, których tymczasem rozlosowano w pary walczące. W zapasach było celem obalenie przeciwnika: kto raz legł na ziemi, był już pokonany. Inaczej w pankrationie, który w tym dniu zakończyć miał igrzyska: tu samo przewrócenie na majdan wcale nie rozstrzygało walki. Koniecznie trzeba jeszcze było powalonego przytknąć grzbietem do ziemi.

Pejsidoros chętnie byłby się dalej przyglądał popisom, lecz zdjął go dziwny niepokój o wynik jutrzejszego wystąpienia. Myśl, że może o tym czasie przyjdzie mu stanąć w stadionie przed owymi tłumami, przed matką, mąciła mu przytomność. Oto już od dwóch dni zgoła się prawie nie ćwiczył. Na wstyd, na pośmiewisko pójdzie jutro jak ten nieszczęsny Glaukos! Cóż stąd, iż cudzym zwycięstwom przyzierać się będzie, gdy własnego zaniedba? Dłużej nie mógł wysiedzieć na miejscu, przeto z krótkiej przerwy korzystając wysunął się spomiędzy widzów i czym prędzej poszedł do gimnazjonu.

Było tam niemal pusto, współzawodnicy do wieńców byli bowiem przeważnie w stadionie, ci zwłaszcza, co się potykali albo już odnieśli zwycięstwo. Tylko pokonani, uszedłszy sprzed oczu ludzkich, narzędziami w kształcie tępych sierpików oskrobywali sobie ciało z oliwy i pyłu; inni członki strudzone i potłuczone odświeżali parnią lub zimną kąpielą, a serca pokrzepiali nadzieją, że za cztery lata lepiej się im poszczęści. Bardziej pokaleczonych łaziebnicy nacierali maściami i obwiązywali im rany. Po walce na pięści, acz nienajgorzej szwankował, jednak wyglądał najokropniej Stratofon: twarz opuchła, guzami i sińcami okryta, oczy podbite, warga rozcięta, uszy nabrzmiałe i zakrwawione, sprawiały, że sam do siebie nie był podobien. Złośliwa jakaś ręka wypisała też węglem na ścianie taki epigram:

DO STRATOFONA
Odyssa po latach dwudziestu pies poznał, co Aigos się wołał;
Ty, gdyś na pięści się bił, w ciągu godziny lub dwóch
Tak całe zmieniłeś oblicze, że pies by cię poznać nie zdołał;
Mało powiedzieć, że pies, lecz i najbliższy twój druh.
Uśmiechnął się Pejsidoros przeczytawszy; zaraz jednak, pełen zapału, wziął się do ćwiczeń w skoku, rzucaniu dyskiem i oszczepem, a tak się tym zajął gorliwie, że nie postrzegł nawet, kiedy się zaczęło wieczorzyć. Powoli zapadała noc... ostatnia przed jego popisem w stadionie.



V


Dzień brzeszczyć dopiero poczynał, a lud już garnął się tłumnie do hipodromu, kędy miały się do południa odbywać wyścigi wozowe. Wszystkie bramy wiodące do Altis otwarto już także.

Tedy wiódł Pejsidoros matkę po męsku przebraną, a czynił to nie bez obawy o nią. Popisywać miał się w pięciorakiej walce po południu dopiero, wszelako musiał ulec jej natarczywym naleganiom i już od świtu poprowadzić ją w obręb święty. Szli tedy obok siebie w milczeniu główną drogą wiodącą od wnijścia, poprzed świątnicę. Niezliczone mnóstwo posągów stało tam z obu stron, tak iż Ferenike, oszołomiona, nie wiedziała sama, na co patrzeć. Przechodząc popod świątynię Zeusa, zatrzymała się jak wryta. Było się czemu przyjrzeć! Z wysokiego podmurowania, wzdłuż wschodowej ściany, wyrastało sześć potężnych kolumn, co dźwigały wspaniałe, spoiste belkowanie, a wyżej, w trójkątnym przyczole gmachu, widniały pyszne rzeźby pono Pajaniosa Medejczyka. Różowiło je właśnie wschodzące słońce. Mistrz w nich przedstawił przygotowania do śmiertelnego wyścigu Pelopsa z Ojnomaosem. Wielki Zeus berłowładny stał tam pośrodku, a z dwu stron jego bohaterowie, obaj w hełmach i z włóczniami w garści.

— Niewiasta przy Ojnomaosie to małżonka jego Sterope; przy Pelopsie widzisz Hippodameję — tłumaczył matce Pejsidoros. — A dalej, po lewicy i prawicy, masz tam czworokonne zaprzęgi czekające na harcerzy swoich.

— A ci klęczący i siedzący wedle rumaków? — pytała.

— Słudzy to są i woźnice. W samych zasię narożach leżą dwaj męże, to duchowie rzeczni Olimpii: Alfejos i Kladeos.

— Piękne! Piękne! — szeptała Ferenike.

— Pójdźmy już — naglił.

— Nie, wstąpmy raczej do wnętrza. Niech się jemu choć napatrzę.

Oboje nie widzieli dotąd Zeusa Fejdiasowego. Weszli tedy i zaraz w progu stanęli bez słowa, znieruchomieni zachwytem. W świątyni jeszcze półmrok panował błękitnawy. Jeno spoza nich, przez drzwi ogromne, płynęła rzeka różowych promieni słonecznych i ławą blasku padała w głąb, na przeciwległą ścianę. Tam, w całym ogromie i olśniewającym przepychu jaśniał, niby drugie słońce, ów jedyny dziw. Na złotym tronie siedzący olbrzym osiemkroć przerastał miarę ludzką! Głową sięgał po sam strop świątnicy, barkami rozpierał się na całą jej szerokość. Jeśli ze stolicy swej powstanie, wówczas rozniesie czołem pował marmurowe belki, ściany biodrami roztrąci, a w błękitach wykąpie oblicze. Ale on pogodnie i łaskawie poziera spod wieńca uwitego ze złotych gałązek oliwnych i na światowładnej dłoni unosi lekko skrzydlatą Boginię Zwycięstwa, wzrostem równą człowieczej postaci. Na berle, które dzierży w lewicy, siadł orzeł rozpostarłszy loty. Ogromne ciało boga, po pas obnażone, promienieje świetlistą białością kości słoniowej; fałdzisty płaszcz, przez lewe ramię z tyłu przerzucony, owija mu lędźwie, spływa na kolana i ku stopom się zwiesza połyskujący, szczerozłoty. I ponad czołem dostojnym bujne kędziory, i kręte zwoje brody, i pod nogami podeszwy sandałów, i tron, i podnóżek tronu — wszystko, wszystko błyszczy złotem najczystszym. Ale czymże była kruszcu drogocenność, czym kości słoniowej wspaniałość, czym odpryski tęczowe grające w drogich kamieniach — wobec nadludzkiej piękności tego zjawiska! Przecudne linie posągu płynęły od głów do stóp majestatycznym rytmem i zlewały się w jakąś niewypowiedzianą harmonię.

Przystąpił do nich przewodnik po świątyni, mówiąc, że im pokaże i objaśni kwiaty i postaci rzezane płasko na szacie Zeusowej, i na nogach tronu wyobrażone złote boginie zwycięstwa, i młodzieńców, którzy walczą ze sfinksami. Ciągnął ich, by oglądali na poprzecznicach między nogami tronu stojące dziesiątki złotych posągów, coś o podnóżku wspomniał, na którym są wyrażone walki z Amazonkami. Oni już dzisiaj oglądać nic nie mogli ani chcieli.

Wyszli ze świątyni. Budowle, posągi, drzewa, kwiaty — wszystko się im zdało wyblakłe i zgasłe. Jedno tylko słońce na niebie zwykłą jasność miało. Długo szli w zadumie.

Ferenike nie zwróciła nawet uwagi, gdy mijali miejsce, na którym stał niegdyś dworzec Ojnomaosa. Pozostała tam jedyna prastara kolumna drewniana, nowymi kamiennymi otoczona, co nad nią dźwigały niewielki zdobny dach, pamiątkę oną chroniący. W milczeniu przeszli potem opodal wielkiego ołtarza i wejść mieli w portyk Agnaptosa wiodący do hipodromu, kiedy nagła wrzawa tysiącznych głosów uderzyła im uszy.

— Oto rozstrzygnął się konny wyścig! — zawołał Pejsidoros.

Pod kolumnadą pustego portyku zaroiło się w tej chwili od ludzi, którzy głośno i żywo rozprawiali.

— Powiedz mi, proszę, kto zwyciężył? — zagadnął Pejsidoros jednego z nich.

— Nie widziałeś, to żałuj! — odparł tamten. — Przygodziła się bowiem rzecz niebywała. Klacz Fejdolosa Koryntianina, przezwiskiem Aura, wybiła się naprzód. Jechał na niej Fejdolosów brat młodszy. Ten, mijając pędem „ołtarz popłochu końskiego”, wiesz, tam na zakręcie, zwalił się z siodła. Lecz Aura nie czekała aż się podniesie, jeno bez jeźdźca gnała dalej, aż do celu przyszła pierwsza. Tu zatrzymała się przed hellanodikami. Oni przeto zwycięstwo jej przyznali.

— I słusznie — odrzekł Pejsidoros. — Toć na wyścigach koń nagrodę bierze, nie jeździec.

Nie bez trudu zdołali sobie zdobyć dwa siedzenia w górnych rzędach, w połowie mniej więcej północnego nasypu, co hipodrom oddzielał od stadionu. Siedli tedy wprost powyżej hellanodików, a metę mieli naprzeciwko, w dole. Jak na dłoni widzieli przed sobą hipodrom w całej długości od zaokrąglonego końca na wschodzie, kędy była brama główna, i miejsce na zakręcie „popłochem końskim” zwane, aż po zachodni portyk Agnaptosa, gdzie ustawione były szranki wyjazdowe.

W szumnym rozgwarze nieprzejrzanych tłumów, co roiły się wszędzie na nasypach, jął Pejsidoros, nachyliwszy się ku matce, objaśniać jej półgłosem rozkład hipodromu i urządzenia wyścigowe.

— Stamtąd wyruszą — mówił ukazując jej szranki.

— A jakoż to — pytała — przed wyjazdem zrównają się w jeden szereg, skoro szranki one tak dziwnie postawiono? Wszak tam dwa stanowiska środkowe najbardziej są naprzód wysunięte, a następne, im dalej po bokach, tym bardziej ku tyłowi cofnięte.

— To urządzenie — odpowiedział — służy właśnie do tym łacniejszego uszykowania wozów w jeden rząd. Ci dwaj na stanowiskach środkowych nie ruszą się wcale. Dwaj następni z obu stron, gdy opadną sznury zagradzające im drogę, podjadą nieco, aż w równi staną z pierwszymi. Potem z obu stron wyruszy znowu dalsza para i zrówna się też do szeregu. Tak podjeżdżać będą kolejno, póki się wszyscy nie uszykują równo jak pod włos.

— A którędyż pojadą?

— Widziszli tam na środku w połowie hipodromu wielki on posąg Hippodamei?

— Widzę, twarzą stoi ku szrankom zwrócona.

— Od niej tedy na lewo się wezmą i gnać będą wzdłuż południowego nasypu, aż dobiegną, kędy ów ołtarz okrągły.

— Tam na prost głównej bramy, gdzie zakręt największy?

— Tam właśnie. Miejsce ono podle ołtarza zowie się „końskim popłochem”, bo rumaki tam się najczęściej strachają i wywracają wozy. Powiadają, że tam kogoś zabitego pogrzebiono, którego duch w miejscu onym straszy. O tym, kto by zacz był, różni różnie mówią. Najczęściej można słyszeć, że to Myrtilos, Ojnomaosa woźnica, który swemu panu konie zdradliwie popłoszył przez Pelopsa przenamówion. Ołtarz ów zasię postawiono, bo na nim woźnice ofiarują, by sobie szczęsny przejazd wyjednać. Od ołtarza do posągu Hippodamii mur widzisz przeciągniony środkiem na wzdłuż hipodromu. Którzy miną szczęśliwie zakręt i „popłoch koński”, prosto już do celu jadą pomiędzy murem a północnym nasypem.

— Ukaż mi, proszę, kędy cel?

— Celem jest właśnie posąg Hippodamei, tam gdzie prawicę trzyma podniesioną, a w niej przepaskę dla zwycięzcy na głowę.

— Tedy pod nami tutaj, kędy siedzą hellanodikowie.

Rozgłośny dźwięk salping przerwał ich rozmowę. Rzesze przycichły, a równocześnie trzema bramami portyku Agnaptosa wjechało kilkanaście wozów, każdy czwórką rumaków pod rząd zaprzężony. Pyszne konie, z grzywami przystrzyżonymi w szczotkę, stąpały jak w tańcu. Woźnice przybrani byli w długie, fałdziste szaty bez rękawów i podpasani wysoko, tuż pod piersią. Pomiędzy nimi poznał Pejsidoros Alkibiadesa, który powoził czwórką mlecznobiałych bachmatów.

Nastąpiło zwykłe wywoływanie nazwisk i losowanie miejsc w szrankach, po czym wozy wjechały na swe stanowiska. Sznury szranków opadały przed nimi kolejno, a zaprzęgi, po jednym z każdej strony, wysuwały się naprzód i każda para z innymi równała się do szeregu, jak to Pejsidoros opowiedział był matce. Ukazywał on jej tymczasem orła pozłocistego, co siedział na ołtarzu przed portykiem Agnaptosa — w tyle poza szeregiem wozów — i na posrebrzanego delfina, który przed zaprzęgiem wznosił się na wysokiej tyce. Nie skończył jeszcze Pejsidoros, gdy orzeł naraz, jak żywy, roztoczył skrzydła i wzleciał w górę, a równocześnie delfin spłynął na dół. Znak to był rozpoczęcia biegu.

Skrzypnęły koła, klasnęły bicze, a tętent kopyt głucho zadudniał po piaszczystym majdanie. Chyżość pędu rosła z każdym krokiem. Zanim przejechali obok posągu Hippodamei, rumaki gnały już na kształt burzy. Oni zasię, z płonącymi twarzami, z ogniem w oczach, krzepko stali na dwukolnych wozach, naprzód pochyleni, a w rękach, daleko przed siebie wyciągniętych, dzierżyli poczwórne wodze. Raz ten, raz ów krótkim, przenikliwym wrzaskiem przynaglał konie albo śmigał nad nimi w powietrzu długim biczem. Pędzili w cwał. Trzy wozy wysunęły się teraz poprzed inne.

Nieznacznie zrazu, potem coraz bardziej zyskiwały przewagę. Jeden z nich, zaprzężony w rumaki niby smoła karę, należał do Polypojtosa Lakedemończyka; drugim zaprzęgiem srokatych ogierów powoził Kleostenes z Epidamnos, trzecie były śnieżne siwce Alkibiadesa. Ci trzej za posągiem Hippodamei o lepsze walczyli między sobą, przeganiając się, co tchu starczyło koniom. Inni, pozostawszy w tyle, na próżno kusili się, by ich dopędzić. Chwilami udawało się to czwartemu woźnicy, Teochrestowi z Kyrenei; ten kasztanowate miał konie, jędrne i chodne. Smagał je bezustannie i widno nie tracił nadziei.

Widzowie nie spuszczali ich z oka. Oto już, już nadejdzie najtrudniejsze miejsce: „popłoch koński” z okrągłym ołtarzem. W półkolistym zakręcie konie i woźnice mimo woli na bok się pochylili ku środkowi hipodromu, jak gdyby potężny, a złośliwy duch, pod ołtarzem ukryty, przemocą pociągał ich do siebie.

Pejsidoros patrzył w Alkibiadesa jak w tęczę. Ów nie tylko, że nie zwolnił na skręcie, ale jeszcze podciął swoje siwe, gnając jak opętany; on sam i konie, i wóz, wszystko pokładło się ku środkowi.

— Runie! — szepnęła Ferenike synowi.

— Nie runie, to mistrz — odpowiedział Pejsidoros. Równocześnie srokacze Kleostenesa, którym wypadło biec bliżej ołtarza, zwolniły nieco i okrążały go szybko, lecz ostrożnie. Z onego zwolnienia skorzystał nadjeżdżający Teochrestos Kyrenejczyk: dziko, przeciągle gwizdnął na kasztanowate swoje rumaki, które już i tak rwały z kopyta. Chciał snadż wyminąć Kleostena, wjechał bowiem cwałem pomiędzy wóz tamtego i ołtarz. Wtem koło jego lewe zgrzytnęło o kamienny zrąb ołtarza, co widząc Teochrestos nagłym ruchem skręcił konie w przeciwną stronę. Uprząż pękła; rumaki, szarpnięte gwałtownie, wspięły się na zadzie, a jeden z nich, targnąwszy się w bok, wpadł na wóz Kleostenów, który nie zdołał umknąć się w porę. Pchnięty znienacka Kleostenes wypadł z wasągu i pokrwawiony, stękający leżał na boisku. Jego kasztany pusty wóz uniosły w szalonym pędzie i runęły wnet, uwikławszy się w uprzęży. Za nimi rwały srokate konie Teochresta wlokąc wóz o kole strzaskanym, aż jeden z nich zarył kolanami w piasku i trzy inne za sobą pociągnął do upadku. Teochrestos, tyla złego sprawca, stał nieprzytomny, ściskając oburącz głowę potłuczoną. Tamci dwaj tymczasem szczęśliwie minęli półkole zakrętu. Lakedemończyk Polypojtos ogiery swe kare siekł biczem i zachęcał słowami. Szły tak, że ziemia pod nimi się migała. Siwce Alkibiadesa z rozwartymi chrapami zdawały się brzuchami o piasek ocierać, a kopytami ledwie dotykały ziemi. Oba zaprzęgi szły równo, z błyskawiczną chyżością. Widzom ciekawość i wzruszenie oddech zapierały.

Niedaleko przed metą Alkibiades wziął się do bicza, którego przedtem niewiele używał. Smagane gęstymi razami rzemienia, siwe bieguny wyciągnęły się jeszcze bardziej i z wysiłkiem straszliwym parły naprzód. Już u nich nie widać było ani rozmachu nóg, ani skoku, rzekłbyś raczej, iż w powietrzu zawisły i mkną do widziadeł końskich podobniejsze niźli do żywych zwierząt.

I karę też darły co mocy, bryzgając poza się płatami białej piany. Polypojtos tak je biczem okładał, że trzask rozlegał się po całym hipodromie. Lecz ni razami, ni krzykiem nie mógł z nich szybszego pędu wydobyć, wszelaką bowiem siłę i dech wyciskał z nich był już pierwej. Widział, jak Alkibiades go mija o pół... o całą długość konia... o wozu długość — i rozpacz go brała. Siwosze zaś, wyprężone jak struna, leciały wciąż naprzód i naprzód, grzmiała pod nimi ziemia, świstało koło nich powietrze. Alkibiades, górną połową ciała przewieszony naprzód poprzez krawędź wozu, jarzące źrenice utkwił przed siebie w przestrzeń, a nad głową długim biczem wywijał wołając na konie ochrypłym głosem: „Eja-ho! Eja-ho!” Tak przeleciał przez metę i daleko poza nią, gdyż rumaków, oszalałych rozpędem, nie mógł od razu powstrzymać.

Powitał go potężny okrzyk tłumów. Zaroiły się rzesze. Wielu zbiegało z góry na majdan, by uścisnąć rękę zwycięzcy. On zaś powoli nawrócił i podjechał ku hellanodikom. Zeskoczył z wozu i z rąk sędziów helleńskich otrzymał purpurową przepaskę, znak odniesionego w hipodromie zwycięstwa, po czym, wstąpiwszy na wóz, obwiązał ją sobie sam koło skroni. Wołanie i oklaski na jego cześć rozbrzmiewały ciągle. Wtem uciszył je podnosząc rękę; tłumy zamilkły.

Tak na wozie stojąc, w pośrodku majdanu, dumą i szczęściem upojony, cudny młodzieniec jął mówić:

— Mężowie helleńscy, oto mi poszczęścił Gromowładca olimpijski! Oto mi Posejdon, fal morskich i rumaków chyżych poskromca, dał zwycięstwo! Którym obiaty ślubie za to mnogie i dary sowite, rozradowali bowiem serce w piersi mojej. I wy, mężowie helleńscy, uciechę i życzliwą chęć mi okazujecie. Zali ja wam za to wdzięczności nie dłużen? A jakoż się wam godnie wypłacę? Tedy mówi mi dusza moja, iżbym jutro, skoro chlubny wieniec oliwny włożę na głowę, ilu was tu jest w Olimpii, ugościł jako przyjacioły. Przeto każdego z was i wszystkich społem na ucztę zapraszam, iżbyście wiedzieli, a pomnieli sobie, jako żarliwie wszelkie plemiona całej Hellady miłuje syn Klejniasów, Alkibiades Ateńczyk.

Rzekł; zdało się wtedy, że niebo zawali się od krzyków. Runęły ku hojnemu zwycięzcy rzesze, otoczyły ciżbą gęstą wóz jego i wiodły go w triumfie ku głównej, wschodniej bramie. Hipodrom opustoszał wkrótce. Tak skończyły się do południa wyścigi.



VI


Po dwugodzinnej przerwie miała się odbyć w stadionie pięcioraka walka, do której stawał Pejsidoros. U matki w namiocie do syta się posiliwszy samym prawie mięsiwem, jako było w zwyczaju siłaczy, umawiał się potem z Fereniką, iż u bramy północno-zachodniej Gaju Świętego będzie stała podle Herajonu, czekając pochodu atletów, i tam przyłączy się nieznacznie do przechodzącego syna, by z nim, jako mistrz gimnasta, wnijść razem do stadionu. Poszli nawet zaraz do Altis, iżby miejsce dokładniej opatrzyć i oznaczyć. W Gaju, pod cieniem platanów, ludzi było niewielu o tej porze, tłumy południowały bowiem w obozowisku. Potkali jeno Sokratesa, który w chłodzie przechadzał się z Aikibiadem, żywo z nim rozprawiając. Ujrzawszy onych oboje, z daleka już stanął.

— Na Palladę i oliwne jej drzewo! — zawołał. — Niechajże się i tobie, Pejsidorze Rodyjczyku, poszczęści w pentathlonie!... Do gimnazjonu już widno ciągniesz, a domyślam się, że w towarzystwie swojego mistrza gimnasty!

I przy tych słowach ręką witał Ferenikę.

— Ten ci jest mistrz mój, Rodyjczyk jako i ja — odrzekł niezmieszany Pejsidoros — a dzieją mu Ferenikos.

Chcąc rozmowę czym prędzej odwrócić, podszedł ku Alkibiadesowi, a ścisnąwszy go za rękę, rzekł:

— Rad jestem, Alkibiadesie, zwycięzcę powitać w tobie!

— I ja rad byłem, ale już nie jestem — odezwał się Sokrates, nim Alkibiades podziękować zdążył.

— Już rad nie jesteś? Wszak przyjaźnisz się z nim, Sokratesie! — mówił Pejsidoros.

— Właśnie dlategom nie rad, iż mu jestem przyjacielem.

— Nie rozumiem, co chcesz wyrazić, o Sokratesie!

— Powiedz mi, Pejsidorze, czy i ty również, odniósłszy dziś palmę w pentathlonie, masz zamiar uczynić potem szaleństwo?

— Jakie szaleństwo? — zapytał Pejsidoros.

— Helladę całą na śniadanie zapraszając!

— Mnie na to nie stać, nie jestem tak bogaty.

— Czy Alkibiades, mniemasz, nad tym się zastanawiał?

— Nie wiem, bo nie znam go na tyle.

— Gdybyś go znał, wiedziałbyś, że nad czynami swymi zwykł zastanawiać się już po czynach...

Urodziwy syn Klejniasów płonął z gniewu i wstydu, wargi przygryzając. Wtem rzucił dumnie głową i wybuchnął:

— Po czynach się zastanawiam. Niech będzie! Ale sobie i tak poradzą, a wyrzeczone w hipodromie słowa spełnić muszę! Ty, Sokratesie, do tego mi przecie nie dopomożesz...

— Chyba jeden Hipponikos Kalliasów mógłby ci dopomóc w tej chwili. Taki bogacz! A pono z myślą nawet o tym się nosi, by ci wyswatał córkę swoją Hipparetę... — podrwiwał mędrzec. — Na weselne gody nie zapomnij też zaprosić kilkudziesięciu miast helleńskich.

— Szydź do woli, Sokratesie. Ja wiem jednak, iż sławę i łaskę helleńskich narodów zaskarbiłem sobie dziś hojnością.

— Bo widno nie umiesz zaskarbić sobie onych mądrością i cnotą. Byłoby to lepiej dla ducha twego i dla twego mieszka.

W tej chwili trębacze dali znak, że zapaśnikom do pentathlonu czas gromadzić się w gimnazjonie. Przez Altis płynęły już tłumy do stadionu. Pejsidoros i matka jego żegnali więc tamtych obu, a po chwili rozstali się z sobą. Ferenike stanęła naprzeciwko prastarego chramu Hery, plecami oparła się o kamienny, wysoki mur, otaczający okrąg Pelopsowi poświęcony, i czekała. Po lewej ręce miała wielki, popielisty ołtarz, na grubym podmurowaniu wzniesiony dla „białoramiennej tronu złotego władczyni”. Za podmurowaniem onym łatwo mogła przytaić się przed orszakiem hellanodików i zapaśników nadchodzących od gimnazjum; wiedziała zaś, że syn przechodzić będzie tuż obok ołtarza, bo tak się umówili. Przyzierała się tymczasem odwiecznemu Herajonowi, którego długa, południowa ściana rozciągała się przed jej oczyma. Rzadko rozstawiona kolumnada podpierała drewniane wiązanie dachu. I samychże kolumn kilka było z drzewa: widno, że jeszcze nie wszystkie zastąpiono w kolei wieków kamiennymi. Wzdłuż dachu biegły ozdoby z wypalonej gliny, po staroświecku na tle czerwonym czarno malowane. Cała świątnica przypominała niepamiętne, prawie przeddziejowe czasy.

Dźwięk fletni, piszczałek i salping zbudził Ferenikę z zadumy, a równocześnie zwabił sporą garść ludzi, którzy z dalszych stron Gaju Świętego zbiegli się, aby widzieć pochód zapaśników. Niektórzy, chcąc przyjrzeć się lepiej, powchodzili na podmurowanie świątyni.

Ukryta za węgłem ołtarza, Ferenikę widziała z daleka nadchodzących hellanodików i kapłanów. Muzycy szli tuż poza nimi, za muzykami siłacze. Poznała wśród nich syna. W chwili gdy podchodził ku niej, zgiełk uczynił się podle Herajonu: z widzów któryś wychylił się nieopatrznie i spadł z podmurowania. Śmiechy zawtórowały upadkowi. Wszyscy odwrócili się w tamtą stronę, ona zasię, z chwilowego zamętu korzystając, przyłączyła się prędko do Pejsidora i, wmieszawszy się między atletów, niepostrzeżona kroczyła już dalej obok niego.

Szli tedy wzdłuż wyniosłej terasy, na której rzędem, jeden przy drugim, stały skarbce różnych ludów greckich, zbudowane w kształcie małych świątyniek, a zawierające mnóstwo drogocennych darów; minęli potem u stóp terasy Metroon, niewielką świątynię wzniesioną ku chwale matki bogów. Za Metroonem aż do końca Gaju Świętego, wzdłuż drogi pod samą terasą, widniały mniejsze i większe posągi Zeusa, gęstym szeregiem ustawione.

— Zanes! — odezwał się jednym słowem Pejsidoros.

Przypomniała sobie, że mianem takim zowią Elijczycy posągi owe, wznoszone Zeusowi z grzywien, które hellanodikowie nakładają na współzawodników łamiących przepisy olimpijskie. Pod każdym posągiem na podstawie jest wyryte imię tego, kto musiał go sprawić za karę, i wypisany rodzaj przekroczenia.

„Dla postrachu i przykładu na wieczne czasy pomieszczono tutaj owe zanes — myślała w duchu Ferenike — iżby na wstępie do stadionu przypominały szermierzom i biegaczom posłuszeństwo prawom i surowość hellanodików. A ze mną cóż by oni poczęli? Nie skończyłoby się na grzywnie i na nowym zanie!”

I spadziste czeluści Typajonu stanęły jej przed oczyma. Wysiłkiem woli otrząsnęła się z tych myśli; podniosła hardo głowę i spojrzała na syna. Lecz jemu także ciężko musiało być na sercu. Wzrokiem unikał widoku zanów, a na twarzy wyrytą miał troskę.

Kroczyli teraz długim, wąskim przejściem, niby korytarzem odkrytym, pomiędzy dwiema kamiennymi ścianami, po czym znaleźli się w stadionie przed zachodnimi szrankami.

Ferenike, w gronie innych gimnastów, zajęła miejsce przy hellanodikach; on z innymi współzawodnikami przystąpił do losowania stanowisk. Po czym, chlamidy zrzuciwszy, jęli się nacierać oliwą. Tymczasem pacholikowie przed każdym miejscem w szrankach ustawili niskie, połogie podwyższenie z drzewa i pokładli obok na ziemi po parze ciążek: były to spore półkręgi żelazne z wycięciem na dłoń i pięcioma dziurami na palce. Równocześnie chłopcy spulchnili ziemią na prost szranków. Pytokrytos, syn Kaliników, słynny fletniarz sykioński, stanął poza szrankami w tyle, przyłożył do ust podwójną fletnię i, przebierając palcami, wydobył z niej słodką, skoczną melodię.

Rozpoczęła się próba skoku. Z dwudziestu współzawodników każdy po kolei wstępował na podwyższenie, chwytał żelazne ciążki, rękoma po kilkakroć wstecz i naprzód wprawiał je w ruch wahadłowy w takt muzyki, sprężyście uginając się przy tym w kolanach, a nabrawszy w ten sposób ogromnego rozmachu, równymi nogami naprzód skakał, co mu sił starczyło. Ciążki, po skoku, ciężarem swym osadzały go na miejscu. Za czym podbiegał pacholik i kilof długodzióby w miejsce ono wbijał dla odznaki.

Gdy kolej przyszła na Pejsidora, ujął krzepko za ciążki, wprawił je w potężny rozmach, zebrał się w sobie i jak z procy wyrzucony, dał olbrzymiego susa. Zdawało mu się, że uleci w powietrze.

Opadając przysiadł aż do ziemi. Gdy po ostatnim skoku i kilof ostatni zarył się w majdanie, hellanodikowie zstąpili z miejsca swojego, a chłopcy, przeciągnąwszy powróz przez całą szerokość stadionu, pięć najdalej wysuniętych kilofów odgrodzili od reszty.

Pięciu onych zapaśników miało prawo stawać do następnego popisu: w rzucaniu oszczepem. Pejsidoros był między tymi pięcioma drugi z rzędu. Wszyscy inni, jako pokonani, ustąpić musieli od pentathlonu.

Przyniesiono teraz lekkie oszczepy. Każdy z nich, poniżej połowy drzewca, miał rzemienną pętelkę. Jak tamci czterej tak i Pejsidoros ujął swój oszczep grotem na dół, a równocześnie założył wskazujący i średni palec w pętlę.

Za czym prawicę prosto przed siebie wyciągnął i zgiął ją silnie w łokciu, tak iż garść, trzymająca oszczep, wysterczała w tył, poza głowę, a środkowa część drzewca na przedramieniu spoczęła między dłonią a łokciem, ostrze zaś poziomo naprzód się skierowało. Pejsidoros przygiął serdeczny i mały palec, wyprostował tamte dwa, założone w pętlę, i stanął gotowy do rzutu. Teraz wszystkie mięśnie natężył w nieruchomym ramieniu i krótkim, gwałtownym ruchem skurczył rękę naprzód w przegubie: oszczep, za pętlicę targnięty z całej mocy, furknął przez powietrze i daleko zarył się w piasku. Inni równocześnie uczynili to samo.

Czterej, których rzut był najlepszy, mieli prawo dalej ubiegać się o wieniec: Pejsidoros, Xenokles z Majnalos, Klearetos Elejczyk i Tisamenos z Naxos wyspy. Piąty ustąpić musiał ze wstydem i żalem. Stanęli tedy w szrankach do trzeciej próby, do biegu prostego. Gdy sznur opadł przed szrankami, rzucili się całą siłą naprzód. Pejsidora nogi niosły same, a gibkie kolana, w takt z potężnym rozmachem rąk, prężyły mu się i zginały do posuwistych skoków. Zdawało mu się, że niby Hermes w posły do ludzi od Zeusa leci, skrzydlatymi stopy przecinając powietrze. Pierwszy biegł i to siły jego podwajało.

„Prędzej! Jeszcze prędzej!” — zachęcał sam siebie w myśli, a pochyliwszy się jeszcze bardziej naprzód, wyrzucał przed siebie chybkie nogi jak cwałujący rumak. Parło go naprzód poczucie, iż nie da sobie wyrwać pierwszeństwa i że oczy tylu tysięcy śledzą każdy jego ruch... i one, kochające źrenice matczyne.

Minął tak połowę drogi; cel, przeciwległe szranki, zbliżał się z każdą chwilą.

Nagle doleciał go stłumiony jakiś pomruk między widzami, a tuż poza sobą usłyszał szelest kroków po piasku.

„Nie daj się!” — krzyknął w duszy sam do siebie i popędził, jakby w lot Eumenidy czarne go ścigały. Lecz w piersiach tchu nie stawało, nogi nie chciały śmigać już tak szerokim susem, walczyć musiał z każdym ścięgnem, przyniewalać każdy mięsień, ciężyło mu własne ciało...

Gwar w tłumie rósł, kroki tętniły coraz bliżej...

Potem usłyszał je obok siebie i Xenoklesa ujrzał, Arkadyjczyka.

Młody góral, szczupły i wysoki, sadził jak chart. W mgnieniu oka Pejsidoros miał go przed sobą.

Wiedział wprawdzie, że choćby do mety przybył drugi, a nawet trzeci, nie utraci przez to prawa do wieńca w pentathlonie, lecz nie chciał być drugim wobec tych rzesz, wobec siebie, wobec matki.

Myśl o niej popędziła go jak bicz. Zebrał się w sobie całym wysiłkiem woli, całą potęgą pożądania. I przemocą pchnął sam siebie naprzód. Pomiędzy nim a tamtym przestrzeń zmalała. To dodało mu otuchy.

„Muszę!” — krzyczał w nim jakiś głos wewnętrzny, choć krew biła w skroniach, w głowie szumiało, a pot zalewał oczy i ściekał po grzbiecie.

„Muszę! Muszę!” — powtarzał sobie i dobywał z siebie coraz nowego rozpędu. Dogna, prześcignie, choćby miał trupem u celu paść... I dognał... Biegli równo... Jeszcze trochę, a prześcignie... Musi!.... Już, już — prześcignął!

I biegł, leciał, mknął, aż ogarnął go szał. Nie myślał, nie wiedział, nie czuł już nic ani wysiłku, ani trudu, ni własnych nóg. Niosło go coś, rwało bezwiednie. Migała pod nim ziemia i umykała mu spod stóp, gdzieś wstecz. W szeroko rozwartych, wpół obłędnych oczach jedno tylko miał: cel! Jeszcze chwila mała doń... jeszcze krok...

Naraz dokoła zahuczało jakby wichura tocząca morskie wały. Przed sobą zaś ujrzał przeciągnięty powróz. Oburącz zań pochwycił i stanął. Pierwszy był!

Okrzyki ludu huczały wciąż, on jednak nie dbał o nie, zapatrzony tam, gdzie wiedział, że siedzi matka.

Po nim natychmiast i razem niemal Xenokles i Tisamenes dopadli do mety. Ostatni przyszedł Klearchos, przeto stracił prawa do wieńca i musiał ustąpić ze wstydem i żalem. Tamci trzej zasię stanęli niebawem do czwartej próby, do ciskania dyskiem.

Przyniesiono im trzy kręgi ciężkie, spiżowe. Zająwszy miejsce na kamiennym progu szranków, każdy z nich stał przez chwilę z dyskiem w lewej dłoni spuszczonym, a wzrokiem rozmierzał przed sobą przestrzeń. Potem przełożył krąg do prawej i, tęgo rozparty w nogach, młyńca nim poza się wstecz zatoczył ze wszystkich sił, przy czym, dla przeciwwagi, górna połowa ciała musiała się mocno przechylić w dół, ku lewej stronie. Więc chyżo, jak błyskawica, zatoczył dyskiem półkole z tyłu naprzód. Spiżowy krąg, w tej chwili z dłoni wypuszczony, wylatywał z taką mocą, iż porywał za sobą człowieka całego, który mimo woli biegł za nim kilka kroków.

Tak rzucili dyski. One zasię pruły powietrze, warcząc w locie i brzęcząc jak pszczoły, a gdy padły, ziemia pod nimi jęknęła. Xenoklesów i Pejsidorów dalej — Tisamenesów bliżej doleciał. Ów przeto stracił prawa do wieńca i musiał ustąpić ze wstydem i żalem, a tamci dwaj niebawem przystąpili do piątej, ostatniej próby, do zapasów.

Ferenice, siedzącej między gimnastami przy hellanodikach, wzruszenie zatykało w gardle; serce tłukło się jej w piersiach jak ptak w klatce. Przez cały czas nie spuszczała syna z oczu, żadnego ruchu jego nie straciła. Po każdej przetrwanej próbie pentathlonu swobodniej oddychała, lecz teraz wiedziała, że musi odbyć ostateczną i najtrudniejszą.

Oni, wyszedłszy obaj na sam środek majdanu, stanęli naprzeciwko siebie, głowami naprzód pochyleni, z prawą nogą przygiętą w kolanie i do wyskoku podaną. Salpingi zagrzmiały. Jak dwa młode kozły, kiedy się bodą rogami, tak oni starli się ciemieniem o ciemię, a równocześnie jeden drugiego pochwycić usiłował rękoma za kark lub za barki. Ruchy następowały po sobie lekkie, zwinne, podobne raczej głaśnięciom niż walce. Było w tym jakieś czajenie się kocie. Wreszcie Xenokles ułapił za kark Pejsidora i ciągnął go w dół co siły, a drugą ręką starał się poderwać go pod kolana. Pejsidoros oburącz oddzierał jego ramię od swej szyi, głową bił, targał się i szamotał długo, aż uwolnił się od żelaznej obręczy tego uścisku. Tamten, odepchnięty potężnie, zatoczył się w tył, ale zaraz szalonym rozpędem rzucił się nań w skoku i prawym kolanem grzmotnął go w pierś, a równocześnie rękoma pchnął go z góry w barki. Zachwiał się Pejsidoros pod takim naporem, ale nie runął. I nagle zeskakującego porwał jak w kleszcze, ogarnął go w pasie spiżowymi ramionami i uniósł tak, iż Xenokles zawisł nogami nad ziemią. Bronił się: obie nogi oplótł koło barków Pejsidora, wyłamywał się wstecz, wił się jak wąż, zdzierał ze siebie rękoma oploty onych żylastych ramion, co mu lędźwie zgniatały, wpijały się w boki, uciskały brzuch. Zrozumiał, że się nie wyśliźnie z mocarnych objęć takiego przeciwnika, który widocznie chciał, pochyliwszy się, na ziemi go rozciągnąć i przywalić swoim ciężarem. Xenokles rozplótł czym prędzej nogi i zadarł je wstecz poza siebie, chcąc podstawić pięty, gdy ów do ziemi go przyniży. Ale Pejsidoros, uwolniony z oplotu Xenoklesowych kolan i łydek, wyprostował się niespodziewanie, zakręcił nim nagle, głową go na dół odwrócił i o ziemię cisnął. Xenokles nie obalił się jednak: na ręce tylko padł i na jedno kolano i nie pokonany zrywał się już na nogi. Pejsidoros ubiec go zdołał. Jak ryś z góry nań runął, przysiadł mu na krzyżach okrakiem, lewym swoim bokiem przywalił mu plecy i niby głaz parł go nieubłaganie do ziemi. Pod strasznym brzemieniem ugięło się i drugie kolano Xenoklesa, równocześnie zaś Pejsidoros uderzeniem pięści podbił mu prawy łokieć, podrywając mu tak podporę w ramieniu. Nie zdzierżył Xenokles i piersią padł na piasek.

Rumot, gwar, oklaski, wołania zagłuszyły dźwięk salping. Zwycięzca pomógł dźwignąć się pokonanemu. Radość promienna zalewała mu duszę, rozpierała pierś, biła z pięknego oblicza. Przez chwilę nie mógł uwierzyć, iż to jemu przypadło, jemu właśnie to zwycięstwo chlubne, ten triumf rozgłośny, ta sława nieśmiertelna. Co teraz dzieje się w sercu matczynym! Jaka ją napełniać musi duma!

Szedł ku hellanodikom, a na nią patrzał. Siedziała w pierwszym rzędzie, tuż obok nich, pomiędzy gimnastami, blada jak marmur i jak marmur nieruchoma. Oczy iskrzące, czarne, utopiła w nim z takim wyrazem szczęścia i miłości, że teraz dopiero pojął, dlaczego tak pragnęła, choćby za cenę życia, być tutaj i oglądać tę chwilę.

Stanął przed hellanodikami, a sędziwy Timoptolis uroczyście włożył mu do rąk palmę zwycięską, zadatek oliwnego wieńca w dniu jutrzejszym.

Rzesze uciszyły się; ich spojrzenia od zwycięzcy w pentathlonie zwróciły się ku szrankom, gdzie dwudziestu biegaczy sposobiło się do zbrojnego wyścigu z tarczami, który miał zakończyć igrzyska.

Pejsidoros czekał tylko, by oczu ludzkich nie mieć na sobie. Otrzymawszy gałąź palmową podbiegł ku matce i rzucił się jej w ramiona. Taki wybuch szczęścia i wdzięczności dla mistrza gimnasty nierzadko bywał i nie mógł dziwić nikogo. Ferenike pochwyciła syna za szyję, całowała mu oczy, przytuliła głowę jego do piersi. Z nadmiaru szczęścia nie mogła się opamiętać: ta chwila jedna starczyła jej za wszystkie udręczenia, smutki i bóle żywota. Łzy w gardle ją dławiły: załkała w głos.

Pejsidoros, usłyszawszy ten szloch niewieści, otrętwiał z przerażenia. Chciał ją powstrzymać, opamiętać — było już za późno. Hellanodikowie, gimnaści, widzowie pobliscy, zdumieni porwali się na równe nogi.

— Słyszeliście?!

— Co to jest?

— To był szloch niewieści!

— Białogłowa w przebraniu gimnasty!...

— Pod sąd z nią!... Pod sąd!

Nad zgiełkiem tylu pomieszanych wykrzykników, które przeszły w groźny pomruk tłumu, górował donośny głos Timoptolisa:

— Tu przed nas ją stawcie! — zawołał uderzając berłem o ziemię.

Pejsidoros bezradnie patrzył na matkę wzrokiem, z którego wyzierała głucha rozpacz. Ferenike stała jak posąg, bez słowa, bez ruchu, — twarz nawet jej nie drgnęła. Gimnaści, co bliżsi, poskoczyli ku niej, aby ją przemocą zawlec przed hellanodików. Pejsidoros poruszył się, jak gdyby chciał matce przybiec na obronę. Sama odsunęła ich ręką i pewnym krokiem podeszła ku hellanodikom.

Tłumy z najdalszych krańców stadionu, na wieść o tym, co się przydarzyło, zbiegały po darniowych stopniach i, tłocząc się na majdanie, obstąpiły ją półkolem.

Timoptolis podniesioną dłonią przyciszył wrzawę.

— Zali niewiastą jesteś? — zapytał surowo. — Powiedz prawdę!

Głucha cisza zawisła nad niezliczonym rojowiskiem ludzkim. Nadsłuchiwali odpowiedzi. Ferenike, zwiesiwszy głowę, milczała.

— Kto zacz jesteś?! — nastawał Timoptolis. Podniosła twarz i, patrząc prosto w oczy starcowi, odrzekła:

— Jam jest Ferenike, Rodyjka...

Głos uwiązł jej w gardle, nie mogła mówić dalej. Timoptolis przez chwilę mierzył ją wzrokiem przenikliwym.

— Wieszli, co cię czeka?

— Wiem.

— Masz co do powiedzenia sędziom helleńskim?... Wyprostowała się i mówiła spokojnym, pewnym głosem:

— Córką jestem Diagorasa, siostrą Akusilaosa i Damageta, żoną byłam Kallianaxa. Idźcie, władni hellanodikowie, i wy, narody helleńskie, idźcie do Gaju Świętego: posągi tam ujrzycie mojego rodzica i braci mojej, i małżonka, imiona ich i zwycięstwa odczytacie pod posągami wyryte. Niech wam oliwne drzewo pięknych wieńców powie, ile to razy gałązkami swymi wieńczyło mężów z mego rodowiska. I niech wam serca wasze własne rzeką, zalim śmierci winna, ja, matka, żem chciała na oczy moje oglądać męstwo i zwycięstwo synaczka mojego! Tak, wiedziałam, że mi za to zgon sądzony, jeśli się zdradzę, iżem białogłowa. Płaczem radości zdradziłam się przed wami i łkaniem duszy matczynej. Alem patrzyła, jak dziecko wnętrzności moich, syn mój od ojców nieodrodny, onych krwią i duchem godzien, zwyciężał i palmę z rąk waszych odbierał. Widziałam, o, widziałam — umrę szczęśliwa!

Rzekła i długie milczenie zaległo. Hellanodikowie patrzyli po sobie żałośnie.

— Cóż wy na to, sędziowie helleńscy! — odezwał się zmienionym głosem Timoptolis. — Ustawy nasze odwieczne i święte znacie. Jakaż wasza rada?

Ale oni, patrząc w ziemię smutnie, milczeli. Nikt nie chciał wymówić słów potępienia, nikt wbrew ustawom prastarym nie ważył się odezwać. Lud poglądał na nich, czekał i milczał.

Timoptolis brodę siwą targał wzruszony, w końcu rzekł:

— Żaden z nas rady nijakiej nie najduje; obrani bowiem jesteśmy gwoli strzeżenia ustaw, a nie deptania. Srogie są, lecz nie myśmy je stanowili. Niechaj się od żalu raczej serca nasze łamią niźli prawa. Nie my, sam twój czyn cię potępia, Fereniko...

Urwał i nie śmiał dokończyć.

Tedy spomiędzy tłumu wysunął się Pejsidoros. Blady był jak trup, wargi mu się trzęsły. Padł na kolana przed hellanodikami.

— Wysłuchajcie mnie, wielcy sędziowie helleńscy! — wołał z płaczem, ręce ku nim podnosząc. — Wysłuchajcie mnie, zanim ją na śmierć podacie! Dam za nią i prawu, i wam okup godny, dam za nią, czego by żaden Hellen nie oddał za skarby króla perskiego ani za berło faraonów: dam za nią prześwietny olimpijski wian i chwałę moją dzisiaj zdobytą. Zdeptała prawo — ja w zamian mojego się wyrzekam. Kto mocen karać, ułaskawiać też mocen. Pozwólcie nam odejść, błagam! Złożyłem u nóg waszych za nią, com jeno miał najdroższego w życiu. Nie chcę, nie żądam dla siebie już nic, dla niej tylko żebrzę litości, łaski!

— Łaski! Łaski! Litości! — powtórzyło głosem ogromnym trzydzieści tysięcy ludu.

Jako szumny wiatr, kiedy przez bór przeleci, tak niosło się przez tłumy wołanie ono:

— Litości! Łaski!

I Ferenike, dumna przed chwilą i nieugięta, położyła rękę na głowie klęczącego syna i w rozrzewnieniu szeptała:

— Litości nad nim! Litości!

Hellanodikowie jęli się po cichu naradzać pomiędzy sobą. I znów milczące oczekiwanie zawisło nad stadionem. Timoptolis kazał od szranków przynieść krater używany do losowania.

— Powstań — rzekł do Pejsidora — wieniec twój i zwycięstwo przy tobie muszą pozostać. Nad tym, co uczynić z matką twoją, głosować będziemy gałkami.

To mówiąc, rękę do krateru włożył i gałkę weń wpuścił. Za nim poszli wszyscy hellanodikowie. Cisza była taka, że słychać było brzęczenie gałek o dno glinianego naczynia. Wysypał je potem na darniowe siedzenie: gałki były wszystkie białe.

— Bogom dzięki złóż! Wolna jesteś, odejdź! — rzekł poważnie do Fereniki. — Żyj szczęśliwa — dodał serdecznym głosem.

Pejsidoros w uniesieniu radosnym ręce jej całował. Szmer zadowolenia rozszedł się po tłumach i zmienił się w huczny okrzyk. Ona, słowa nie mogąc powiedzieć, płakała cicho. Za czym, głęboko skłoniwszy się przed sędziami helleńskimi, odeszła. Syn wiódł ją za rękę. Ciżba rozstępowała się przed nimi, tłumne rzesze przeprowadzały ich do głównego wyjścia.

— Raduj się, szczęsna białogłowo!

— Ciesz się, ciesz, Fereniko!

— Raduj się długo jeszcze słońcem i takim synem!

Oni zaś oboje, trzymając się za ręce, szli poprzez majdan tyloma pozdrowieniami żegnani, a dusze ich łączyły się w uczuciu miłości wzajemnej i niewymownego szczęścia. Złotymi promieniami obzierało się za nimi słońce ku zachodowi zniżone, leciały za nimi, dopóki nie zniknęli w bramie stadionu, nawoływania, spojrzenia, serca wszystkich narodów Hellady.



VII


Południe. Gaj Święty — z olśniewającą białością wszystkich świątyń swoich, rzeźb i kolumnad, z bladą zielenią swych oliw, topól i platanów, z połyskami złota i brązu, z tłumem posągów i z jaśnieniem szat nieprzejrzanej rzeszy — tonął w blasku lipcowego dnia.

Skończyły się ofiary dziękczynne, stos na wielkim ołtarzu dogasa. Pod kolumnami, u wnijścia do świątyni Zeusa, hellanodikowie w purpurze stanęli półkręgiem za drogocennym stołem ze złota i kości słoniowej. Wyrzeźbił go był najmisterniej i bóstw mnogich postaciami uświetnił Kolotes Paryjczyk. Na stole wieńce leżały, uwite z gałązek oliwnego drzewa, co rosło po drugiej stronie, za Zeusową świątnicą. Dzisiejszego ranka naciął ich złotym nożykiem chłopiec, który musi mieć oboje żyjących jeszcze rodziców, a sam urodą jaśnieć. U stopni wiodących do świątyni stoją rzędem olimpionikowie strojni w szaty najpiękniejsze. Na nich, na szczęśliwych zwycięzców, oczy tłumów pozierają z podziwem i zazdrością. Ich imiona, z mianem ojca i z nazwą rodzinnego miasta, wywołuje kolejno jeden z hellanodików, drugi w księgę je pisze ku wiecznej pamięci. Wywołany raźnym krokiem wstępuje na podwyższenie, a Timoptolis wkłada mu wieniec na skronie. Grzmią salpingi, lud okrzykami pozdrawia zwycięzcę, który siebie, swój ród i ojczyznę wsławił. Szczęśliwy! Posąg jego może stanąć w Altis, ojczysty gród powracającego przyjmie uroczyście, wolen od wszelkich danin będzie miał prawo zasiadać do stołu w prytanejonie wśród mężów najzasłużeńszych miastu.

Gdy Pejsidoros brał wieniec, końca nie było wołaniom i oklaskom. Poczuł w nim lud krzepkie ciało i duszę piękną, i męstwo jego macierzy.

Ta matka siedziała w tej chwili przed bramą Altis, w powłóczystej, niewieściej odzieży. Czekała na syna. On zaś, ledwie poczuł wieniec na czole, jął sobie zaraz drogi szukać przez ciżbę, tak spieszno było mu do niej.

Zastał ją pod murem na ławce kamiennej w cieniu platanów. Przez gałęzie cedziła się jasność słoneczna i kładła się na fałdach jej szat, na murze i na murawie świetlanymi kółkami. Ona w zadumie dłonie splecione założyła na kolanie i patrzała przed siebie oczyma, co widziały raczej głąb jej własnej duszy niż cały ten piękny, weselny świat. Więc przybliżył się do niej cicho i na te białe, zaplecione ręce olimpijski wieniec położył — matce.


KONIEC
