Aleksander Świętochowski


Duchy

W ŚWICIE.



 Przestrzeń wszechświata wypełniały mgły szare, gęste, bezwładnie rozwieszone lub leniwym ruchem falujące, na których płynęły w wirowych obrotach olbrzymie kuliste bryły. Przenikała ją zmieszana z mrokami, blada, jak gdyby, rozcieńczona i mętna jasność. Na jednej z owych brył, na ziemi, śród pełzających po niej oparów i skłębionych nad nią chmur, widniało światło, które otaczało dwie postacie — mężczyzny i kobiety. Zaledwie ono zabłysło, w niemem dotąd przestworzu odezwały się kolejno głosy niewidomych duchów.
 Rod. Zamknięte w mojem wnętrzu nasiona życia wprowadzę do łona natury, uczynię ją wiecznie młodą, wiecznie brzemienną i wiecznie płodną. Każdy z tych zarodków wyda z siebie niepoliczoną wielość innych, każdy stanie się rodzicem nieprzerwanego ciągu pokoleń. Czas, spełniając moje prawa, będzie w biegnącym przez jego nieskończoność łańcuchu istnień przyczepiał coraz nowe ogniwa, a przestrzeń zagęstwi się i zaroi niezmierzoną mnogością objawów i kształtów życia. Wywołam wszelkie jego postacie, wszelkie stopnie ich użytku i szkody, wszelkie odcienie piękna i brzydoty, wyczerpię całkowicie bezmiar rozmaitości, jedne duchy przebierać będę w najróżnorodniejsze ciała, a tak cały byt przeniknę moją siłą, że nawet śmierć będzie musiała rodzić życie. Więc i wy ludzie z woli mojej rozmnóżcie się w niewygasłem potomstwie!
 Topan. Co jest i będzie, to zawsze było. Do materyału wszechświata ani jedna drobina dotworzona i dołączona być nie może. Powstał on odrazu w całej swej masie, którą zachowa bez ubytków i bez przyrostów. Tylko cząsteczki tej masy zmieniać będą swe skupienia i związki w objęciu przestrzeni, jak krople wody, zgarniane i rozgarniane ruchem fal w łożysku morza. Niektóre z tych połączeń posiądą życie i rozszerzą się nadmiernie, naruszając równowagę innych istnień. Ja będę stróżem tej równowagi, a niszczycielem tego życia, duchem zagłady wszystkiego, w czem atomy obficiej się zbiegną i drogą rozwoju dążyć zaczną. Ziarna bytu muszą ciągle powracać do prawidłowego ładu, powstawać rozdzielone porami próżni, bezwładne w odosobnieniu i niezdolne do zrośnięć płodnych. Natura będzie obszarem niezmienności i spokoju, przyczyna zaś, która ją stworzyła, wyniszczy w niej wreszcie wszystkie nasiona życia, a czasowi każe przechodzić w wieczność po nad przestrzenią pełną, ale milczącą i martwą. Więc i wy, ludzie, z woli mojej zniknijcie w zagładzie!
 Elion. Niech w każdą niedziałkę materyi wsiąknie kropla miłości, utkwi rdzeń siły przyciągającej i zatli się iskra życiodawczego ognia. Niech wszystkie pyłki, źdźbła, okruchy, ciała wielkie i małe, bezwiedne i świadome, wiecznie dążą ku sobie. Niech wszystkie zjednoczenia po to tylko rozdzielają się, aby wytworzyć nowe związki. Niech po całej naturze rozlegają się nigdy niezaspokojone potrzeby kochania i dreszcze rozkosznych upojeń, niech ona będzie wielkiem sercem, bijącem miłością w piersiach przestrzeni. Połączę się z każdem tętnem krwi człowieka, z każdem jego radosnem i smutnem westchnieniem, otworzę mu czułą ręką oczy przy narodzeniu i zamknę je przy śmierci. Ulecę z ludzkości tylko wraz z jej życiem. Będę jej energią, celem dążeń, objawię się jej w czarownych marzeniach i rzewnych tęsknotach, w czułych pieśniach i pięknych kształtach, w zachwytach i poświęceniu, w geniuszu i cnocie. Będę duchem zaklętym w tonach, barwach, słowach i ciałach, będę nieustannie jarzącą się zorzą na najciemniejszym widnokręgu życia, a często jedynem jego światłem, jedynem dobrem nędzy, szczęściem niedoli i uśmiechem rozpaczy. Więc z woli mojej ludzie kochajcie!
 Sob. Cała natura oddychać będzie tylko pragnieniem zachowania swojego bytu. Wszelka myśl i uczucie, wszelka świadoma i bezwiedna wola nie przestanie nigdy dążyć w tym kierunku. Miłość będzie niszczącą a samolubstwo ochronną siłą wszechświata. Kto pokocha siebie — wzrośnie, kto pokocha innych — zmaleje. Pierwszy dozna rozkoszy boga, drugi — męczarń ofiary. Nawet tępiciel będzie dobroczyńcą, bo unicestwi twory słabe i nieudolne a zapewni byt mocnym i uzdolnionym. Życie musi być nieustanną walką i przemianą istnień niedołężnych na doskonalsze. Natura wykreśliła ze swych praw miłość i przebaczenie a oddała panowanie sile i zwycięztwu. Miłosierni rozpłyną się w oceanach ludzi, jak sole w oceanach wód. Tylko samoluby pozostaną trwałym żywiołem świata i nie ulotnią się z niego, jak wonie z kwiecia. Więc z woli mojej ludzie kochajcie siebie!
 Toon. Człowiek dokona dzieł, wobec których natura zawstydzi się, że ich stworzyć nie umiała, a zarazem zdumnieje, że tego olbrzyma zrodziła. Myśl jego nie cofnie się przed najśmielszem i najtrudniejszem zadaniem. Tysiąckroć strącona ze szczytów, na które wdzierać się będzie, tysiąckroć, jak zraniony orzeł, broniący swego gniazda, znowu wzleci na nie, a odłamane skrzydła ciągle jej odrastać będą. Niezmordowanym wysiłkiem rozwiąże ona po kolei wszystkie zagadki bytu, zdejmie wszystkie pieczęcie z tajemnic natury i odczyta ukryte pod niemi prawdy. Ja będę potęgą człowieka i jego chwałą, przeze mnie stanie się on bogiem wszechwiedzącym i wszechmocnym. Więc z woli mojej ludzie badajcie!
 Jam. Oszczędzę im trudów znojnych i zawodów bolesnych. Stanę przed nimi jako widmo wszechwładne a tajemnicze, zawrę w chceniu mojem wszystkie przyczyny, a w wiedzy — wszystkie prawdy. Zaufają mojej mądrości i pieczy, błogosławiąc je nawet wtedy, gdy ich nie rozpoznają i nie odczują. Dziękować mi będą zarówno za radość, jak smutek. Wiara da im pancerz przeciw grotom losu, znieczuli ich na bóle, a zgasiwszy światło rozumu, ciemnością zasłoni przed ich oczami nędzę życia i pozwoli im je przespać. Spowiję nią ich dusze, zamknę je w niej, jak ziarna w łupinie i przeniosę nietknięte wątpieniem przez czas ich trwania na ziemi. Umierać będą nieprzebudzeni, odurzeni złudzeniem, ale i rozkoszną nadzieją, że grób jest dla nich tylko przedsionkiem do świata wiecznej szczęśliwości. Więc ludzie z woli mojej wierzcie!
 Tor. Ze złudnych pozorów człowiek usnuje wiarę, że życie wszechświata będzie siecią skutków, dzierganą przez rozmaite przyczyny, działające swobodnie i niezależnie. Tymczasem w całej przestrzeni ja będę jedyną wolą niezłomną i jedynym rozumem nieomylnym. Wszystkie ciała, twory i objawy istnieć i działać będą tylko przeze mnie i poruszać się w mojej prawidłowości, której żadna siła nie zmieni i nie powstrzyma. Ja sam rodzić będę wszechbyt i wszechrozmaitość. Cokolwiek się stanie, stać się musiało. Ludzie szukać będą dróg dobrych a unikać złych, nie wiedząc, że pójdą takiemi, jakie ja im wskażę. Roztropnością lub omyłką, rozsądkiem lub błędem nazwą to, co nazywa się tylko koniecznością. Siebie i innych będą upominać, oskarżać, karać i zabijać za to, czemu się oprzeć nie mogli. Od pierwszej do ostatniej chwili czasu ani jeden atom, ani jedno drgnienie nie wyjdzie z granic i nie wyłamie się z karbów ustanowionego przeze mnie porządku. Więc ludzie z woli mojej poznajcie prawa konieczności.
 Iron. Życie tych istot, które opanują ziemię, upłynie w śnie i niemocy, a im wydawać się będzie jawą i wszechwładztwem. Staną się niewolnikami głodu, miłości i ciemnoty. Żołądki nieraz uspokoją, serca zadowolą, ale mózgi wysuszą daremnem rozwiązywaniem zagadek bytu. Napełnię świat szyderstwem z widoku ich bezsilności, mianowanej potęgą, i niedoli, mianowanej szczęściem. Śród tworów natury stanowić oni będą rodzaj poważnie zabawny, głupio rozumny i uparcie niepoprawny. Kto z nimi się zmiesza, będzie jak oni walczył, smucił się, cieszył, głosił ich porażki i zwycięztwa; kto po za nimi stanie, będzie tylko szydził zarówno z ich cierpień, jak radości. Więc z woli mojej ludzie bawcie się.
 Kres. Duchy dziejów waszych złożyły wam na głowy błogosławieństwa i klątwy. Z otuchą i wątpieniem w sercach, potężni i słabi, światli i ciemni, tryumfujący i pokonani, idźcie wędrowcy w przyszłość niezmierzoną drogami wieków i nie zatrzymajcie się, dopóki jedna prawda uciekać będzie przed wami z zasłoniętem obliczem i jeden człowiek nie doścignie swojego szczęścia.
 Długo brzmiały odbiciami ech powtarzane i coraz bardziej zwichrzone te głosy, a wreszcie wsiąkły w ziemię i umilkły. Jednocześnie światło, okrążające parę ludzką, zaczęło szybko rozprężać swój obwód i wystrzeliwać w ciemną przestrzeń coraz dłuższe smugi.



Część pierwsza.

ALRUN.




Widok 1.
 U wierzchu łyse, w środku tylko rzadkim i wązkim rąbkiem karłowatych krzewów obrosłe, na dole bujną gęstwiną otulone góry skupiły swe szare, spiczaste, niekształtne czaszki, niby gromada starców, wpatrzonych we wdzięki i ruchy wartkiej rzeki, która, wyrywając się z ich objęć, okryta białą koronką piany, osypana klejnotami odblasków, z szumiącą wesołością, śmiejąc się przy każdem zgięciu, w dal uciekała. Dzień dopiero oblókł się w liliową jasność poranku. Zlatujące z nieba promienie jeszcze nie wypiły z kielichów kwiecia kropel rosy, a pozbawione swych świetlanych rzęs oko słońca spoglądało na ziemię łagodnie i beznamiętnie. Zwolna wszakże upojone promienie zaczęły wracać i osadzać się w jego rozwartej powiece.
 W załomie skały siedział nędzny, nagi, długowłosy starzec przy dwojgu dzieciach, śpiących w jej wydrążeniu, mchami wysłanem.
 Starzec. Gromada odbiegła, rzuciwszy na pastwę ścigającego ją głodu — mnie, który go już odpędzić nie mogę, i was, którzy jeszcze z jego szpon wydzierać się nie umiecie... Stoi on przy nas i żarłoczną swą paszczę otwiera. Powietrze odcedziło się z wszelkich żyjątek, a woniami was nie nakarmi. Gdybym był tłusty, wsadziłbym wam do ust brodawki moich piersi, możebyście coś z nich wyssały. Ale jestem tak chudy, że już nawet pot z mojej skóry sączyć się nie chce. Do kogóż wy, biedne pączki, śmiejecie się we śnie? Do tygrysa lub szakala, który może już tu podkrada się i wkrótce was pożre. Przyrodo, matko dobra, posiadająca na swem łonie więcej piersi, niż twoje dzieci warg, zmiłuj się nad temi niemowlętami i zastąp im matkę. Ach — ona już ulitowała się! W szparze skały jakiś ptaszek usłał sobie gniazdo i złożył w niem kilka jajek. Zabiorę mu je, rozbiję i w muszlę zleję. Ale nie budźcie się jeszcze, moje pisklęta, bo sen żołądek napełnia i cierpieniom serce zamyka, bo to jedyny żywiciel i pocieszyciel, który nie opuszcza głodnych i strapionych. No, macie jedzenie. A ty, ptaszku, nie płacz i nie krzycz na mnie, zniesiesz sobie inne. Ot i kępka jagód wychyliła swe czerwone główki; zerwę je i do jajek domieszam. Tak, natura jest dobrą matką, ona wam umrzeć nie pozwoli: łóżeczko w ścianie góry wyżłobiła, podściółkę przy słońcu ogrzała, cieniem krzewu zasłoniła was od blasku, a teraz jeść da. Ludzie są gorsi: uciekli od nas, nie rzuciwszy nawet za siebie zdechłej jaszczurki. Zapomnieli mi to, że dopóki mogłem, znosiłem gromadzie wszystko, co oko dostrzegło a ręka uchwyciła lub podjęła i chyba tylko jeden kurz we włosach zatrzymywałem dla siebie. Zapomnieli, że was na świat sprowadzili i że sami nie wdarliście się w łono matki. Słabo mi... głód zwija kiszki w kłębek... A gdybym zjadł te jajka i jagody? Po co, kiedy śmierć niedługo już włoży mnie w swoją procę i ciśnie do nieba, gdzie będę miał dużo niepłochliwej zwierzyny i ładnych kobiet. To błogie życie miałbym opóźniać dla tej nikłej szczypty jadła? Nie ukrywaj się i nie czaj, duchu śmierci, bo choć cię nie widzę, ale czuję, że jesteś blizko. Rozpoznałem cię wczoraj, kiedy w wirze liści i piasku przede mną tańczyłeś, albo wyciem w szczelinach skały chciałeś mnie nastraszyć. Ja się ciebie nie boję. . Odlatujesz? Wskoczyłeś na drzewo i ważysz się na jego gałęziach, przeleciałeś na szczyt góry i złowrogiemi źrenicami spłoszyłeś orły, które w trwodze o swe gniazda nad tobą krążą... Czemu bojaźń cię pociąga a męztwo odpycha? Chodź do mnie... przyjacielu... zbawco... Co to za szelest? Dziki zwierz mięką stopą nagina trawy i czołga się ku nam... Śmierć go przysłała... Orla!



Widok 2.
 Z gęstego krzaka, odchyliwszy lekko gałęzie, jak biały kwiat z zielonych liści pąka, wysunęła się i stanęła przed starcem młoda kobieta, po biodrach tylko tkaniną z cieniutkiego łyka osłonięta i zawieszonym na plecach łukiem uzbrojona. Czarne jej włosy, z tyłu kształtnej głowy w węzeł zadziergnięte, kilkoma pasmami spadały na twarz bladą, wzruszoną. Z rozwartych szeroko oczu błyskała odwaga, ale zarazem migotał w nich niepokój, którym drgały także uchylane częstym oddechem usta i rozdęte nozdrza. W bogatem ciele wytoczone piersi falowały ciężkiem zmęczeniem. Rękami podtrzymywała jeszcze odgięte przy wyjściu gałęzie i jedną nogę pozostawiwszy w gąszczu, jak gdyby gotowa cofnąć się do niego, szepnęła mocnym, ale przyciszonym głosem:

 Orla. Nie krzycz! Z kim rozmawiałeś?
 Starzec. Ze śmiercią.
 Orla. Gdzie moje dzieci?
 Starzec. Tu... śpią.
 Orla. Żyją! Och!
 Starzec. Przygotowałem im trochę pożywienia.
 Orla. Dziękuję ci, poczciwy, mam piersi pełne... Jakże jestem strudzona!
 Starzec. Czy gromada już wraca?
 Orla. Sama przybiegłam.
 Starzec. Sama? Skąd?
 Orla. Uciekłam. Oni tam jeszcze walczą z plemieniem leśnem, które schroniło się na drzewa i zwysoka razi ich pociskami. Ale nasi zmogą tych biedaków, bo ze wszystkich stron podpalili ostęp, a jeżeli który zraniony spada, każą mu puszczać strzały na swoich, lub, jeśli nie chce, zabijają. Krzewy, oblane krwią, wyglądają naokoło jak koralowe. Straszna rzeź!
 Starzec. Ty wrócisz do gromady?
 Orla. Nigdy!
 Starzec. Oni tu zapewne już nie przyjdą, bo wystrzelali wszystką zwierzynę, ale tam w puszczy osiądą, albo dalej powędrują.
 Orla. Niech się rozewrze tak szeroka paszcza ziemi, jaka ich objąć może i wszystkich pochłonie. A zwłaszcza niech zgniłego Ukora dotkną wargami wszystkie choroby i każda mu wrzód na ciele zostawi.
 Starzec. Więc tu sama zostaniesz z dwojgiem tych niemowląt? Kobieto, przecież ty umrzesz z głodu, jeśli ci dzikie zwierzęta trzy dni żyć pozwolą.
 Orla. Mam rękę nie słabszą, oko nie mniej celne, cięciwę na łuku nie wolniej naciągniętą, niż wielu z naszych wojowników, nazywanych walecznymi. Zresztą wolę umrzeć w szponach tygrysa, niż żyć w plugawych objęciach Ukora lub jego towarzyszów. Arjos mnie porwał z innego plemienia, on ojcem tych bliźniąt, przysięgam, że tylko on, bo innych odstręczałam od siebie udaną chorobą. On mi jest miły, jego kocham, z nim jednym żyć pragnę.
 Starzec. Na to gromada się nie zgodzi, bo kobiety posiada wspólnie.
 Orla. Miałam nadzieję, że ich przebłagam, ale wódz mi zagroził, że jeżeli dłużej opierać mu się będę, rzuci mnie wszystkim na pastwę, jak kawał mięsa między psy głodne. Ach, wilczyca jest szczęśliwsza od kobiety, bo może wybrać sobie samca.
 Starzec. Nie wyślą za tobą pogoni?
 Orla. Może już tropią ślady moje z wywieszonymi językami. Ale tu na nich czekać nie będę! Zabiorę dzieci i skryję się w głębi lasu. Pójdziesz ze mną?
 Starzec. Nie zdołam, już mi nogi śmierć podkosiła i leżeć każe — tu umrę. Szkoda, że Arjosa nie pociągnęłaś za sobą. To dzielny i dobry chłopiec. Ja go także kocham... Niewątpliwie matka, chociaż poślubiona całej gromadzie, urodziła go ze mnie, bo był do mnie tak podobny, jak do swego cienia. Czy nie zwierzyłaś mu się, że uciekasz?
 Orla. Kobiety trzymano oddzielnie, a on walczył wraz z innymi. Wspominałam mu kilkakroć o moim zamiarze. Polecę za tobą — odrzekł — jak motyl za wiosną. Jesteś łańcuchem, który mnie do nich przykuwa... Ale gdy gwałt na tobie rękę położy, gdy cię ktokolwiek inny posiędzie, wyłupię sobie oczy, ażebym drugi raz tego nie widział!
 Starzec. On tam szaleje, jeśli dowiedział się, że ciebie nie ma. Gdybym mógł zawlec się do niego... Ale niepodobna... Dusza moja już rozpina skrzydła i gotuje się do lotu... Wyfrunie za chwilę... A!... Teraz śmierć przedziergnęła się w węża, owija mi szyję, głowę wsuwa w moje usta, a żądłem serce kłuje... Ach, jak kłuje!... No, ściśnij swoje sploty i raz już uduś!... Rozpuszcza je, ażeby dłużej męczyć... Niebo się otworzyło, widziałem przódkow, którzy mnie witali radośnie... Znowu spuścili zasłonę, jak tylko ona rozkręciła swe sploty...
 Orla. Zjedz to, co przygotowałeś dla moich dzieci, ja pokarmu w piersiach mam dużo. Nie umieraj jeszcze... Samotność oblecze mnie w trwogę... Przyniosę ci wody źródlanej, ona cię orzeźwi...
 Starzec. Dusza już zamyka powiekami okienka w swej siedzibie i wkrótce ją opuści. Nic nie widzę, nawet ciebie. Wszak prawda, że śmierć stanęła przy mnie jako sęp olbrzymi i uderza swoim wielkim dziobem.
 Orla. Zdaje ci się... Co to? Z wierzchu góry biegnie ku nam jakiś człowiek. On mnie ściga. Ale nie ujmie jak jastrząb turkawkę!
 Starzec. To głód... Szkielet ma czaszkę z długimi zębami, na których mnie położy i zmiażdży.
 Orla. O, bogi dobre!... To Arjos!
 Starzec. Ar...jos...
 Orla. On... on... jego postać smukła... jego ruchy zwinne... Dąży tu prosto... Odgadł, że mnie znajdzie przy dzieciach... Arjosie, Arjosie, jestem! Usłyszał... Och!



Widok 3.
 Mężczyzna, który pod grzbietem góry przystanął na chwilę i ogarnął wzrokiem cały widnokrąg, dojrzał Orlę, bo nagle zwrócił się w tym kierunku i pędził prosto ku niej. Jak jeleń przerzucał się w długich skokach z bryły na bryłę, z krawędzi skały na krawędź, a gdy zapadł w drzewinę, na jej zielonych falach migał i przecinał ją przystrojonym w barwne pióra kołpakiem. Łamiąc stopami susz chruściany, przebijając gwałtownie gęstwinę, wydarł się wreszcie z niej na polankę, gdzie Orla w drżeniu go oczekiwała. Nagie jego ciało było zrysowane gęsto kolcami gałęzi, bujne czarne włosy roztrzepały się bezładnie po ramionach i twarzy, która to miękła głębokiem wzruszeniem, to tężała gwałtowną energią. W ręce trzymał on łuk z kilkoma strzałami, a u przepaski na biodrach, zszytej z grubych i dużych liści, miał przyczepiony toporek. Bose stopy krwawiły mu się paru zranieniami, a płomienne oczy wybuchnęły radością, gdy rozpostarł swe ramiona ku Orli.
 Arjos. Żyjesz... ty moja!
 Orla. Twoja! Arjosie drogi. Odlatują ode mnie smutki, które mi jak kawki serce obsiadły! Ach, lekko mi przy tobie! Chyba moje życzenia zamieniły się na jaskółki i poleciały uwiadomić cię, dokąd zbiegłam.
 Arjos. Nie wiem, czy zostawiłaś za sobą smugę woni, czy szlak jasności, dość, że odrazu chciałem tu pospieszyć, ale zły duch odciągnął mnie na bezdroża.
 Orla. Kiedy gromada zauważyła moją nieobecność?
 Arjos. Wieczorem. Gdy noc zaczęła spuszczać swoją zasłonę, na drzewach zostało już tylko ledwie parę gniazd nieprzyjacielskich, których nie dosięgły nasze strzały i nie zniszczył pożar. Odsunąwszy się od ognia, który pląsał, huczał i syczał po lesie, oblani jego łuną usiedliśmy za jeziorkiem na łące dla odpoczynku. Wtedy wódz rozkazał: sprowadzić kobiety! Zerwałem się pierwszy, ażeby mi nikt nie zabrał ciebie. Ale Ukor powstrzymał mnie: ty zajmij się przygotowaniem wieczerzy, bo umiesz wywnętrzać barany lepiej od innych. Kłamał — nie umiem. Zrobię to jeszcze lepiej — odrzekłem — z moją kobietą. Z twoją kobietą? — ryknął. Tu niema twojej, są tylko nasze, a naprzód moje. Natychmiast jego zausznicy obstąpili mnie, gotowi do napaści. Zdrętwiałem i bezwładny usiadłem na ziemi. A gdy za odchodzącymi Ukor krzyknął: Orla dziś dla mnie! — czułem, że tą kąsającą boleścią, która mnie szarpać zaczęła, muszę zabić jego lub siebie. A on dalej swym gadzim językiem szczypał mnie złośliwie. Już wściekłość wyprężała mi rękę, już dźwignąłem się, żeby go ugodzić, gdy słyszę wysłańców, wracających na czele kobiet z doniesieniem, że ciebie nie ma, że cię prawdopodobnie ktoś z okolicznego plemienia zbłąkaną ukradł. Ja ją znajdę i odbiorę — rzekłem. A idź — powiedział szyderczo wódz — w każdym razie zyskasz, bo jeżeli cię nawet powieszą, będziesz miał bliżej do nieba i prędzej zobaczysz się z przodkami. Naprzód coś mię pchnęło w tę stronę, ale postanowiłem wprzódy obszukać najbliższą okolicę. Obleciałem szerokim kręgiem nasze obozowisko — wypatrując cię i nawołując coraz głośniej. Tylko cisza odpowiadała mi echem mojego głosu. Zmęczony ległem na skraju lasu, bo do gromady wracać nie chciałem, chociaż jej wrzaski buchały niedaleko. Natychmiast oskoczyły mnie upiory i zaczęły przykładać swoje zimne wargi do moich uszu. Jeden mi mówił, że cię zabito i zjedzono, drugi, że cię lwica niesie dla swoich dzieci, inny, chichocząc, szeptał, że pastwi się nad tobą czereda mężczyzn... Przez całą noc tak mi żarły duszę. Rano, zaledwie zbudzone słońce zrzuciło z siebie okrycie nocy, zacząłem znowu oglądać miejsce, gdzie przebywałyście podczas bitwy i na piasku dostrzegłem odciski drobnych stopek, ciągnące się ku zatoce rzadkim łańcuchem szybkiego biegu. W znacznej odległości przerwały się te ślady przy kotlinie. Jej wklęsłość odpowiadała twojej postaci — więc odgadłem, że musiałaś tam nocować. Pomimo że dalej rozesłała się murawa, rozpoznałem lekkie dotknięcia twoich nóg. Dopadam do zatoki i widzę na przeciwległym jej brzegu jedno czółno. Za chwilę było tam drugie, na którem ja przepłynąłem. Orlo droga, zrośnijmy się, ażeby nas już nikt nie rozdzielił, albo ubłagajmy jakiego czarodzieja, ażeby nas przemienił w parę zwierząt, ptaków, ryb, drzew... Chyba mi wyrosną kły i pazury, jeśli kto teraz po ciebie sięgnie.
 Orla. O, niech zbrzydnę dla wszystkich, prócz ciebie, niech każde męzkie oko zamyka się wstrętem przede mną, niech małpy wzdrygają się na moją szpetność, niech budzę tylko litość i odrazę całego stworzenia... Ty jeden widź mnie piękną... Arjosie kochany, czy gromada tu nie powróci?
 Arjos. Mieli powędrować dalej, może jednak, domyśliwszy się naszej ucieczki, zechcą nas osaczyć, zwłaszcza że Ukor oddawna gorzeje żądzą posiadania cię wyłącznie dla siebie. A i Alrun, który teraz najwięcej wymordował nieprzyjaciół, odezwał się, że powinni go nagrodzić tobą.
 Orla. Najmiłosierniejszy z bogów, spraw, niech szczęście ciągle tańczy przed nimi, śmieje się i wabi ich w najdalsze okolice.
 Arjos. Gdzie ukryłaś dzieci?
 Orla. Stary je tu ułożył w żłobku skały i uśpił.
 Arjos. To moje, prawda Orlo, tylko moje? Ty do nikogo nie należałaś?
 Orla. Jak serce twoje tylko do ciebie.
 Arjos. Czemuż urodziłaś dwoje?
 Orla. Nie wiem. Ale patrz, chłopczykowi ja dałam twarzyczkę, a dzieweczce ty.
 Arjos. Tak, wierzę ci, gołąbko. Dobry staruszek także śpi?
 Orla. Osłabł.
 Arjos. Nie oddycha — sztywny — umarł!
 Orla. Z głodu. A dzieciom przygotował śniadanie z kilku jajek ptasich i poziomek.
 Arjos. Zawsze był dla mnie dobry i ojcem moim się nazywał. Zacny człowieku, pocałowałbym duszę twoją, gdybym wiedział, gdzie ona przy twoim ciele siedzi. Niech ci w niebie wszystkie rozkosze służą.
 Orla. Trzeba go ziemi oddać.
 Arjos. Nie mam czem ani wykopać grobu, ani dobyć ognia. Zresztą nie można zapalić stosu, bo by nas dymem zdradził.
 Orla. Wpuśćmy go do rzeki i poprośmy, ażeby go daleko stąd odniosła.
 Arjos. Leciuchny, jak uschnięty krzak korkowy. Ty Orlu zabierz dzieci. Idźmy spiesznie.
 Orla. I ostrożnie. Ty bądź wzrokiem a ja będę słuchem. Tędy najbliżej do rzeki... Przez wąwóz widać jej grzbiet połyskujący. Śpijcie, maleńkie, ja was nie utopię...
 Arjos. Ale po co masz się trudzić? Zostań, ja sam ciało odniosę i zaraz tu przylecę.
 Orla. Tylko nie każ mi długo czekać — dreszcze biegają po mnie, jak jaszczurki. (Arjos ze zwłokami starca na ramionach odszedł ku rzece).
 Wspaniałomyślne słońce, które nie odmawiasz swych łask nikomu i które wszystko widzisz, nie wydaj nas prześladowcom! Niebiosa i góry zamilczcie przed nimi tajemnicę naszego schronienia! Wietrze, nie zanieś do nich odgłosów naszej mowy; zioła i trawy, wyprostujcie swe źdźbła, które idąc naginamy; gałęzie drzew, liście, doliny i potoki nie wskażcie drogi do naszej kryjówki! Spojrzcie na nasze obecne szczęście i ulitujcie się nad przyszłą niedolą! Miłosierdzia, miłosierdzia, miłosierdzia wszystkie twory i duchy! (Arjos powrócił).

 Arjos. Złożyłem go na miękich falach rzeki; błagałem ją, ażeby go niemi owinęła i dnem szybko niosąc, ukryła na dnie morza. Pochwyciła go natychmiast i odbiegła. Teraz Orlo my utońmy w głębiach puszczy.


Widok 4.
 Słońce przetoczyło już swój krąg ognisty przez szczyt kopuły nieba, ale zlewało jeszcze strumienie żaru na ziemię. Ani jedną chmurką nie przesłoniło sobie źrenicy, jak gdyby chciało uważnie śledzić uciekających. Spiekota przyżegała wargi, a pot oblewał twarze Orli i Arjosa, który niósł dzieci obudzone i uśmiechnięte. Po długiem przemykaniu się krętemi ścieżynami weszli w wąwóz głęboki, którego strome ściany porosłe były gęsto splecionym lasem. Z trudem wspiąwszy się na jedną z nich i wybrawszy miejsce osłonięte, siedli znużeni. Orla przyłożyła dzieci do piersi.
 Arjos Musisz być głodna...
 Orla. Zapomniałam o tem. Chciałabym jednak co zjeść, aby małym mleka nie zabrakło.
 Arjos. Widzę tu blizko owoce, orzechy, jagody...
 Orla. Niech nic na świecie nie będzie dla mnie, abyś ty był ze mną. Jeśli mi drzewo nie da owoców, zdrój — wody, a słońce — światła, żyć będę. Ale jeżeli ty mnie opuścisz, ja znowu wpadnę w ręce Ukora lub Alruna.
 Arjos. Orlo moja, obetrzyj oczy po złym widoku, to on cię przypomnieniem dręczyć nie będzie. . Ja miałbym ciebie porzucić?... Dlaczego?
 Orla. Może ci się sprzykrzę, może bać się będziesz, ażeby cię przy mnie nie zabili.
 Arjos. Nie mów tak, bo złe duchy; które z pewnością koło nas krążą, słowa twoje pochwycą i potem ciągle będą za mną z ich echem biegały. A ja wtedy nagnę wysoką palmę, przywiążę się do jej wierzchołka za szyję i puszczę — niech mnie udusi.
 Orla. Nie groź, drogi, bo zdaje mi się, że dotąd wszystko mi groziło, prócz ciebie. Niewdzięczna jestem! Dosyć tych strachów i utyskiwań! Zamiast ci dodawać otuchy, piszczę jak rozżalona czajka. Ach, gdyby nas gromada zostawiła samym sobie, służylibyśmy jej wiernie i zapierali oddech w piersiach, ażeby innym nie zabierał powietrza, nie uszczknęliśmy ani jednej gałązki, ażeby im nie zmnieszyć cienia — prawda?
 Arjos. Nie łudź się. Jeżeli nas złapią, mnie wypędzą lub zabiją, a ciebie zabiorą i naprzód oddadzą Ukorowi. Widziałem jego oczy, gdy na ciebie patrzył — sypały iskry, bo w nich twardy gniew z żądzą się krzesał. Gdyby on był jeden, dawnoby już jego dusza błądziła po równinach drugiego świata. Ale jeden ja właśnie jestem, a jego ręka składa się z sił całej gromady, która mu ulega i służy. On teraz pieni się jak wzburzone morze.
 Orla. Uciekajmy, uciekajmy, dopóki nogom ziemi starczy!
 Arjos. Obyśmy tylko nie spotkali innej gromady. Nie chcę żadnej, żadnej, bo każda mi ciebie odbierze! Chociaż nie oderwie cię tak łatwo ode mnie, jak wiśnię z drzewa. Kiedy o tem pomyślę, zdaje mi się, że we mnie siedzi lew z siłą, wąż z jadem i lis z przebiegłością. O, ziemia dużo wessie krwi tych, którzy staną między mną a tobą! Wypocznij tu moja śliczna zorzo, ja odejdę, może ptaka lub wiewiórkę strzałą strącę.
 Orla. Nie odsuwaj się zbyt daleko, bo zaraz strachy mnie oskoczą.
 Arjos. Bądź spokojna, głos twój mnie dobiegnie. Skrzykniesz mnie łatwo.
 Orla. A gdy ci... ci... nadbiegną?
 Arjos. Niepodobna! Prostej drogi odrazu do nas nie znajdą, a kręta dużo im czasu zmitręży. Zresztą, za chwilę będę przy tobie.
 Pochyliwszy głowę, szybko przewinął się między gałęziami zakrzewia jak płomień i zniknął. Orla pozostała sama.
 Orla. Obudźcież się, małe śpiochy i pilnujcie matki otwartemi oczkami. A, wyłuskały wam się nareszcie z powiek miłe ślepki! Śmiech buzie wasze łaskocze... To znaczy, że w blizkości nie ma złego ducha... Czemu, chłopaczku, tak nagle się skrzywiłeś? Czy cię djablik uszczypnął? No, trzymajcie się mocno usteczkami piersi, bo was pogubię... Nie, nie zgubię.
 Nagle zdala nadpłynęły i szeroko rozlały się w powietrzu fale okrzyków. Orla drgnęła, zbladła i wytężyła słuch.
 Orla. Arjosie, Arjosie! Czy hyeny skomlą? Jeszcze nie pora... Wieczór nie wstał... Arjosie!
 Arjos. Biegnę!
 Orla. Może chmura na niebo wpadła i gniewa się... Arjosie!
 Arjos. Biegnę!
 Orla. Może oni... Arjosie!
 Arjos. Jestem! Co cię strwożyło?
 Orla. Słyszysz?
 Arjos. Jakaś zmącona wrzawa głosów...
 Orla. Coś złego zbliża się ku nam... Uciekajmy!... Wietrze, pożycz nam skrzydeł!
 Arjos. To krzyczą ludzie... Ale przecie chyba nie oni...
 Orla. Ludzie — to źli!
 Arjos. Daj dzieci — posuniemy się głębiej w las.
 Jak para spłoszonych saren rzucili się w gęstwinę, śród której powstał szmer, niby cichy głos Eliona, szepczącego ustami liści: spajajcie swoje serca ogniem miłości i nie bądźcie jako zeschłe orzechy, które robak przewierci, jądro wyje, a na jego miejscu szczyptę gorzkiego prochu zostawi. Miłość was ogrzeje, oświeci, umocni.



Widok 5.
 Noc jeszcze nie wyruszyła na ziemię, ale już biegł przed nią i ogłaszał nadejście władczyni orszak jej cieniów. Słońce dogasało na widnokręgu w szarej chmurze, jak głownia w popiele. Coraz bliżej i mocniej rozdzierały ciszę dzikie wrzaski i śpiewy. Nareszcie w łożysku jaru, nieopodal miejsca, skąd Arjos z Orlą pomknęli, ukazała się pląsająca gromada, niby odcięty kawał wzburzonej rzeki. Pierwsze jej szeregi biły zapamiętale w bębny i wydobywały ostre gwizdy z piszczałek; następne, otaczające starego wodza, Ukora, utatuowanego wizerunkami skrzydlatych słoni i omazanego zakrwawioną gliną, niosły na włóczniaach[1] zatknięte głowy pokonanych nieprzyjaciół. Oprócz jeńców, idących w milczeniu i omdlewających z ran lub znużenia, wszyscy wyli tak przeraźliwie, że strwożone zwierzęta i ptaki zdala przed nimi uciekały, jak przed uraganem.

Chór I.
Narąbaliśmy głów,
Nakrajaliśmy serc,
Napiliśmy się krwi,
Chwała ci, Topanie	 	Cały lud tam legł
Lub w niewoli tu drży,
Zabraliśmy, co miał,
Dzięki ci, Topanie.
 Za to z jeńców ich ciał
 Z psów, kangurów i kóz,
 Z dymów mięsa i par
 Weźmiesz część, Topanie.
Chór II.

Sob bóg wielki,
Bóg najlepszy,
Nam da siłę,
Wrogom niemoc
Sobie, Sobie!	 	Przytęp strzały
Osłab szczęki,
Zwichnij skrzydła,
Urwij płetwy
Dla nas, Sobie!
 Świat nam oddaj
 W używanie,
 Wszystko mięso,
 Ogień, wodę,
 Sobie, Sobie!
 Ukor. Tu spoczniemy, bo noc już słońce zdmuchnęła. Rozpalcie ogniska, przygotujcie jadło i ofiary. Upieczcie kilku najbardziej znużonych jeńców. Bogowie i duchy, którzy nam dopomogli do zwycięstwa, zapewne niecierpliwią się, że dotąd nie uraczyliśmy ich przyjemnymi wyziewami, choć sami nawąchaliśmy się do syta krwi. Ustawcie przede mną kobiety, nasze i cudze.
 Wojownicy rozesłali po ziemi maty i rozpięli na nich namiot, zdziergany z liści palmowych. Ukor siadł i przeglądał przeprowadzane przed nim kobiety.
 Ukor. Ta dziś dla mnie.
 Alrun. Ja ją zdobyłem.
 Ukor. Co rzekłeś? Ręka moja chce mi odebrać łup, który ujęła? Przecież wy wszyscy jesteście członkami moimi, a ty — moją ręką.
 Alrun. Przywiodłem ją dla siebie. Ty dogoń Orlę, którą wybrałeś. Ładniejsza.
 Ukor. Milcz, bo cię odłamię sobie, jak paznokieć! Usiądź tu dziewczyno i zakryj twarz, ażeby oprócz mnie nikt jej odtąd nie widział. Jak cię zwali?
 Dziewczyna. Jak się komu podobało: Sójką, Myszą, Pchłą...
 Ukor. To znaczy, że jesteś krzykliwa, szkodna i przyczepna.
 Dziewczyna. Potrafię być miła.
 Alrun. Wstań i chodź ze mną!
 Zmik. Alrunie, ustąp wodzowi. W nim bogowie osadzili największą siłę, więc trzeba mu oddać najlepszą zdobycz. (Odciągnął Alruna na stronę). Przecież on jej nie zje i tobie całą zostawi. Zresztą o co się pienisz? O marną dziewkę, których masz stado? Jesteś tak głupi, jak gdybyś nie był najwaleczniejszym w gromadzie. Chcąc coś zrobić, nie trzeba zaczynać od końca. Zostań wodzem, a będziesz tak przemawiał do niego, jak on do ciebie.
 Alrun. Dawno mi się to należy. Czy mało jeszcze ludzi zabiłem i krwi przelałem? Mógłbym go w niej wykąpać.
 Zmik. Wykąp go w jego własnej.
 Alrun. Tego doczeka, że go kopnę i roztrącę, jak grzyb zrobaczały. Padlina! Dlatego, że kiedyś był mężny, dziś chce jeść stu gębami i podgarniać pod siebie najlepsze łupy. Niech rozkazuje tym, którzy przed nim jeszcze drżeć umieją! Ale ja nie giętki pręt, a on dla mnie nie wicher!
 Zmik. Tak jest, dzielny Alrunie, tak ja myślę, tak nawet bogowie sądzą, którym ofiar uszczuplił. Ale musisz wziąć się do niego otrożnie.[2]
 Alrun. To ty strzyż uszami, wsuwaj pazury i czołgaj się na brzuchu, ja tego nie potrzebuję.
 Zmik. Jak chcesz.
 Alrun. Złość we mnie drzemała, dopóki swoich zdechłych ślepi nie zwrócił na Orlę, którą postanowił dla siebie wyłącznie zatrzymać. Jeśli kobiety nie mają być własnością całej gromady, to ona powinna być własnością moją, bo mi się podobała, bo na nią zasłużyłem, bo do niej nikogo nie dopuszczę, choćby najpotężniejszy z bogów jej zażądał a wszyscy dyabli po nią przylecieli. Czy myślisz, że ta dziewka, którą mi odebrał, więcej dla mnie warta, niż kostropata kłoda, o którą można swędzące plecy podrapać? Ale ja ją złowiłem, a Ukor sobie przywłaszczył, ażeby mnie przekonać, że jestem tylko jego ręką. No, schyli on się przed tą swoją ręką.
 Zmik. Skoro postanowiłeś go przystrzydz, to ci powiem, że on również zamierza cię zgładzić; słyszałem jak dziś rano rzekł do swojego przybocznika: trzeba Alruna skrócić o głowę, bo nad was wyrósł.
 Alrun. Dobrze, więc jutrzejszy poranek tylko jednego z nas zobaczy. (Uderzył toporem przechodzącego człowieka).
 Człowiek I. Czego chcesz ode mnie?
 Alrun. Bogowie cię wołają — nie słyszysz? (Uderzył go po raz drugi. Raniony padł).
 Człowiek I. Ratujcie!
 Głosy przybyłych. Czemu go zabiłeś?
 Alrun. Nie wystarczyłoby dla niego jedzenia i kobiet, bo Ukor wziął za wiele.
 Głosy. Nieprawda! Mamy dosyć.
 Alrun. A skąd wiecie, ile ja potrzebuję?
 Głosy. Ile ci dadzą!
 Alrun. Kto mi nie da swojego?
 Człowiek II. Ja.
 Alrun. No spróbuj obronić własny łeb! (Rzucili się do walki na włócznie, w której Alrun po krótkiem starciu przebił przeciwnika). Mam już części po dwu.
 Głosy. Gwałtu! Na pomoc! On oszalał i wszystkich nas pomorduje! Ukorze! Ukorze!
 Ukor. Co tu się dzieje?
 Głosy. Alrun zabił dwu ludzi. Powiada, że za wiele zabrałeś łupów i dla niego nic nie zostawiłeś.
 Ukor. Skoro nie ma co jeść, niech zginie.
 Alrun. Słusznie, więc zabierz mi życie. Oddam je chętnie, ale tylko tobie, czcigodny wodzu. No, spiesz się! (Ukor zamierzył się maczugą, Alrun odbił ją i jednem uderzeniem roztrzaskał mu głowę. Obecni pierzchli w popłochu na wszystkie strony, oprócz kilku, których strach do miejsca przykuł). Nie chciał wziąć mojego życia i jeszcze mi swoje podarował. Poczciwiec! Może który z was go pomści? Nie uciekajcie, zuchy! Nazad, tu! Wynieście go i sprawcie mu uroczysty pogrzeb. Ponieważ był stary i mógłby zmylić drogę do raju, więc zakopcie z nim razem głowę psa.
 Zmik. Na moją prośbę bogowie cię wsparli.
 Alrun. Nie widziałem ich.
 Zmik. Ale ja ich czułem w sobie.
 Alrun. Gdzież oni wszyscy w tobie się zmieszczą?
 Zmik. Szydzisz, Alrunie, z nich i ze mnie? Jeżeli bez nas obejść się możesz...
 Alrun. Nie martw się: ani o nich, ani o tobie nie zapomnę. Z każdego jabłka, które zjem, dostaniesz co najmniej ogryzek. Ale módl się do bogów, ażeby mi we wszystkiem pomagali, bo inaczej... A widziałeś, jak moja ręka gromi, gdy ją gniew poruszy?... Hej, sprzątnąć te trupy, zanim je słońce robakami nadzieje. A potem tańczcie i śpiewajcie.
 Ludzie wynieśli ciała trzech zabitych.
 Głosy. Niech żyje wódz nasz, wielki Alrun!
 Zbliżył się kornie do Alruna Itam, młody jeniec.
 Itam. Przyjmij ode mnie, niezwyciężony mężu, te fetysze; w każdym z nich siedzi potężny duch, który ci będzie użyczał swej pomocy.
 Alrun. Aż tyle!... Same wióry...
 Itam. Ale skuteczne! Wszystkie o pięty Zmika pocierane.
 Alrun. Dlaczegóż o pięty?
 Itam. Bo one są w tym świątobliwym mężu najodważniejsze. Gdy on z pola bitwy ucieka, bojaźliwe palce mkną naprzód a nieustraszone pięty ciągle zwrócone są śmiało ku nieprzyjacielowi.
 Alrun. Widzę, że wesoły filut z ciebie. Przydasz się nieraz.
 Zmik. Chcesz zachować życie podłemu brańcowi za to, że kapłana gromady wyśmiewa?
 Alrun. To nie bądź śmiesznym.
 Nadeszła dziewczyna, która siedziała w namiocie Ukora.
 Dziewczyna. Czy mam być służebnicą twoją?
 Alrun. Odkryj twarz — jam nie zazdrosny. Mogą wszyscy na ciebie patrzeć, a każdy sobie zabrać — niech tylko mi da lepszą. Niech da Orlę! Słuchajcie, kto ją przyprowadzi, okarmię go, opoję, obdarzę kosztownościami, będzie moim przyjacielem, może odkąsić mi przy ustach najsmaczniejszy kawałek mięsa, może w moich włosach rozgrzewać zziębnięte nogi. Dam mu i zrobię więcej, niż zapragnie. Ach, ten worek grzechów, który dyabeł zgubił, ten Arjos! Gdybym tylko raz mógł go w swoich dłoniach ścisnąć!
 Zmik. Bogów ubłagam, ażeby ci go dostawili.
 Alrun. Ciągle rozporządzasz bogami, jak swoimi palcami, a pomimo to jesteś goły, jak oko. Gdyby oni ciebie słuchali, królowałbyś nad nami a nie był kogutem obozowym, który pieje przed pogodą na deszcz, a przed deszczem na pogodę.
 Zmik. Ja jestem kapłanem, Alrunie, i z pewnością więcej usług oddałem gromadzie modłami, niż ty oszczepem. Ale jeżeli sądzisz, że dla ciebie jestem bezużyteczny...
 Alrun. Nie wiem, do pioruna, nie wiem, bo tylko obiecujesz! Powiedz mi, gdzie jest Orla, a uwierzę, że ziemia jest dla ciebie przezroczysta, jak kryniczna woda, a skały i drzewa — jak najrzadsze obłoczki.
 Zmik. Dla mnie przejrzyste jest tylko niebo, w którem widzę bogów.
 Alrun. No to ich zapytaj, uproś, złóż im najwyśmienitsze ofiary.
 Zmik. Spróbuję ułagodzić ich słuszny gniew na ciebie. Wolno mi wybrać dla nich wszelkie dary?
 Alrun. Jakich zażądają.
 Zmik. Pójdę w ustronie i stamtąd poślę do nich twoją prośbę.
 Odszedł. Alrun spojrzał wzgardliwie na dziewczynę i zawołał do obecnych.
 Alrun. Jadła dla dwojga, dla czworga — dla mnie i tej branki! Gdybyś ty była podobna chociaż do cienia Orli! Wydarłem cię Ukorowi, zabiłem go, bo taka była moja wola, ale nie łaknę takiej, jak ty, wiązki chudych gnatów, za którą by się nawet głodny wilk nie obejrzał. Piersi masz jak puste sakiewki, nogi jak trzcinki, skórę jak omszoną korę — idź precz, wiedźmo!... Nie odchodź, dopóki cię nie odtrącę! Nie drżyj, boś jeszcze brzydsza! Pofarbuj się na czerwono, ażebyś nie była tak sina. Dajcie wina kokosowego! A ty za mną! (Siadł w namiocie Ukora). Ukor usłał mi niezłe gniazdo. Poznałaś już mężczyzn?
 Dziewczyna. Nie.
 Alrun. Więc żaden cię nie zapragnął, a ja mam cię chcieć? Niech tam który nad tą nędzą się ulituje! Albo — nie! Zostań. Na jeden dzień wystarczysz, a potem każę cię zakopać z Ukorem, ażebyś mu pobyt w raju uprzyjemniała.
 Dziewczyna. Dziękuję ci, z radością umrę.
 Alrun. Czemu wszycy nie bawią się, nie ucztują! Duchy zapaliły już na niebie swoje nocne ogniska, a wy jeszcze zwlekacie?
 Powrócił Zmik blady, wzruszony, z rozwianymi włosami.
 Zmik. Bogowie odpowiedzieli mi, że Arjos i Orla uciekają szybko, jak dwa gołębie, ale ich doścignie, jak jastrząb, człowiek głodny.
 Alrun. Głodny — mówisz? Ogłodzę całą gromadę! Prędko rozniecajcie ognie i zjedzcie dziś wszystko! Co mam za to ofiarować bogom?
 Zmik. Co najpiękniej pachnie i najmocniej błyszczy.
 Alrun. Zabierz sam. Nic mi nie błyszczy i nie pachnie tak, jak Orla.
 Alrun i Zmik oddalili się do miejsca, gdzie leżały łupy i zapasy żywności.



Widok 6.
 Szerokimi płomieniami buchające ogniska błyszczały, jak olbrzymie żółte kwiaty na czarnym płaszczu nocy. Około nich uwijały się nagie, brudno-szare, skrwawione postacie, które rzucały szczapy i gałęzie lub kładły na węglach zwierzęta zabite, uduszone lub jeszcze rzężące ostatniemi tchnieniami. Niektórzy z wojowników czerpali dłońmi i pili krew z rozpłatanych wnętrzy zwierząt.

Przy pierwszem ognisku.
 — Po co, kiedy mamy zwierzęta.
 — Gadasz, jak młokos, który nigdy nie kosztował ludzkiego mięsa. To przysmak, niczem wątroba antylopy.
 — Jadłeś?
 — Ile razy! Gdyby ze mnie teraz wyszli wszyscy, których miałem w żołądku, rozpędziliby całą naszą gromadę.
 — Niepodobna!
 — A tak! Dopiero kiedy Ukor zakazał jeść ludzi i pozwolił ich zabijać tylko na ofiary bogom...
 — Dlaczego?
 — Mówił, że go w snach straszą, że dusze zjedzonych tańczą koło niego w nocy i spać mu nie dają.
 — Może i tańczyły.
 — Koło mnie nigdy. Zresztą nie rozumiem, czemu człowiek ma być gorszy od lwa, tygrysa pantery, ognia, wody, które jedzą ciało ludzkie? Niech naprzód im kto zabroni.
 — Woda nie lubi mięsa i zawsze je wyrzuca.
 — Bo ma brzuch rozlazły. Jeśli jej trupa przywiążesz na dnie, to go zje.
 — Wy gadacie, a ogień nam antylopę pożera. Zdejmujcie — już dobra!
 Zbliżyła się nieśmiało grupia kobiet i stanęła w pewnej odległości.
 Pierwsza kobieta. Nie zapominajcie o nas, bo głód warczy nam w brzuchach i zjada wnętrzności.
 Mężczyźni. Cicho, sowy! Upominacie się, jak gdybyśmy już byli syci i psom ogryzki rzucali.
 — Nie noście brzuchów z sobą, to wam nie będą dokuczały.
 — Czemże na jadło zarobiłyście? Od dwu dni nie mieliśmy czasu nawet pomyśleć, że jesteście na coś przydatne.
 Druga kobieta. A kto rannych wrogów dobijał? Kto im oczy wydrapywał? Kto kamieniami głowy rozmiażdżał? Pracowałyśmy, jak i wy... I gdyby nie nasza pomoc, wielu z was nie tu, ale tam by odpoczywało i ziemię gryzło.
 Mężczyźni. Poszły precz, ropuchy! Ćmy gęsto latają po nocy, możecie je łapać i zjadać.
 Trzecia kobieta. Zdechnij, będą miały gdzie jajka złożyć.
 Mężczyźni. W las małpy! — Osypać je żarem! — Wbić kołek w najszerszą gębę! (Jeden z mężczyzn porwał z ogniska płonące drzewo i cisnął je za kobietami, które z krzykiem uciekły). Zdmuchnęliśmy szelmy, jak dym, co w oczy gryzie. Wartoby kilka najtwardszych w gorącej wodzie namoczyć, to zmiękną. No, ale jedzmy.
 Sciągnęli z węgli i zaczęli rozrywać półsurowe zwierzę. Nadeszła gromadka dzieci.
 Dzieci. Jeść, jeść!
 Mężczyźni. Teraz znowu to robactwo lezie. — Do matek, szczeniaki! — Na ogień jednego z nich, będzie dla innych pieczeń! (Dzieci rozproszyły się z płaczem). Trzeba było małym dać do ogryzienia chociaż parę kopyt.
 — Będzie jeszcze na to czas.
 Pożerali z chciwością mięso, rozrywając je palcami i zębami. Dzikie twarze powlekły się zwolna zadowoleniem i drgały przesytem.

Przy drugiem ognisku.
 — Wtedy właśnie Ukor ten sposób wymyślił. Oni również, jak ci, mieszkali na drzewach. Skoro ich otoczyliśmy, powciągali drabiny i zaczęli nas gromić zwysoka. Kilkudziesięciu, którzy spuścili się niżej, strąciliśmy strzałami, ale siedzącym na wierzchołkach nie mogliśmy nic zrobić. Więc rozłożyliśmy się wokoło obozem, żeby ich ogłodzić. Ale upłynęło wiele dni, a oni się nie poddawali. Gdy im brakło pożywienia, ogryzali korę, liście i drobne gałązki, a nieraz w nocy zsuwali się po cichu na ziemię i jeszcze nas okradali. Bo są zwinni, jak pawiany! Wreszcie i nam głód zaczął dokuczać. Wtedy Ukor kazał zapalić ogromny obrąb drzew. Spadało to, jak podkurzone liszki. Niektórzy jednak nie ruszyli się z miejsc, chociaż ich płomień pożerał i dym dusił. Znajdowaliśmy ich potem martwych w rozwidleniach gałęzi, ale nie można było żadnego nawet skosztować, bo strasznie cuchnęli.
 — A co zrobiliście z jeńcami?
 — Pozdychali wszyscy, zapomnieliśmy ich żywić; zresztą nie było czem.
 — Słyszycie ryk?
 — Lwy zapraszają się do naszej kolacyi.
 — Może w nich siedzą duchy, które nam zaszkodzą, jeśli im nic nie damy...
 — E, bajdy!
 — Wcale nie. Najstarsi ludzie zapewniają, że dusze zabitych nieprzyjaciół włażą natychmiast w dzikie zwierzęta i przychodzą w nocy do obozowiska dla dokuczania zwycięzcom.
 — Czyś ty albo ktokolwiek z was widział ducha?
 — Widziałem na własne oczy dwa otwory w skale, przez które one dostają się do drugiego świata: mniejszym przechodzą dusze zwyczajnych ludzi, a większym — dusze wodzów.
 — Kiedy podobno wszystkie zbierają się na wysokich górach i odrazu wskakują do nieba.
 — Nie wskakują, ale zajeżdża po nie chmura turkocząca grzmotem i zabiera je ze szczytów.
 — Ale gdzie tam! Wchodzą po tęczy, która dla tego wygina się na niebie i opiera na ziemi.
 — I to nieprawda.
 — Nie mów tak głośno, bo sprowadzisz złe. Słyszysz? Znowu ryk...
 — Ja wcale nie rozumiem, po co duchy mają włazić w zwierzęta, kiedy im lżej i bezpieczniej przelatywać samym. Mogą przecie fruwać i nikt ich nie zabije...
 — W każdym razie trzeba im coś zostawić.
 — Zmik przyrzekł, że się z nimi załatwi.
 — To jedzmy.

Przy trzeciem ognisku.
 — Słoniowi dorównywał w mocy. Pamiętam, jak wyciagnął z wody zabłąkaną łódkę, w której siedziało pięcioro ludzi, wział ją z nimi na ramię i przyniósł do obozu.
 — Jednak Alrun rozbił mu głowę, jak łupinę.
 — Ba, spróchniały pień wywrócić łatwo.
 — Są tacy, co nigdy nie próchnieją i żyją wiecznie. Widziałem wodza Ko-ko-ków. Łeb miał tak wielki, że w jego kudłach dziecko mogłoby się przespać, a on by myślał, że w nie świerszczyk się wsunął. Kiedy raz podczas bitwy zbrakło mu strzał i zaczął ciskać odłamami skały, to nieprzyjaciele pierzchali przed nim jak kurz przed wiatrem.
 — Najstraszniejszy jednak był wódz Czarnych Grzechotników. W rękach miał śmierć i więcej ludzi nam zabił, niż trąd. Zdzierał tylko skalpy bród, ażeby nie myślano, że mordował kobiety. Zabranych do niewoli dzieci używał jako przynęty na lwy, na które rzucał się z zasadzki i powalał jednem uderzeniem. Próbując ostrza włóczni, przebił nią odrazu sześciu jeńców. Nie można go było pokonać, bo zjadał serca wrogów a swoje miał ukryte na niedostępnej wysepce w jajku kaczem, którego nikt znaleźć nie zdołał.
 — Zdaje się, że i Alrun również niezwyciężony. Patrzcie, czyż my nie wyglądamy, jak jego dzieci? Olbrzym! Gdyby stanął w lesie i rozpostarł ramiona, płochliwe głuszce siadałyby na nich, sądząc, że to konary dębu. Dobrze się stało, że on nam przywodzić będzie. Szkoda tylko, że ta dziewka w niego wpadła.
 — Która?
 — Orla.
 — Owszem, niech w nim siedzi, będzie jeszcze sroższy i mężniejszy, dopóki jej nie schwyta. Kiedy się dowiedział, że uciekła, z początku rad był, że Ukor nie będzie jej miał, ale potem tak sapał złością, jak zraniony nosorożec.
 — Wynajdzie ją, czy nie — wszystko nam jedno, aby tylko był dzielnym wodzem, do czego wkrótce zdarzy mu się sposobność, bo nasi ludzie dostrzegli Szare Ogony, myszkujące w okolicy. Dawajcie już mięso!
 — A czy Zmik jest zaopatrzony dla siebie i bogów?
 — Alrun pozwolił mu grzebać w naszych zapasach, jak dzikowi w żołędziach.
 — Trzeba o niego dbać — to cudotwórca! Sam widziałem, kiedy Ukor raz zachorował, Zmik kazał znaleźć białego psa z jedną czarną łatą, w tę łatę ugodzić go oszczepem i ugotować z uszu polewki. Ukor wypił ją i natychmiast wyzdrowiał.

Przy czwartym ognisku.
 — No więc cóż zrobią — żwiru sobie w żołądki nakładą? Jeżeli mamy je trzymać — to musimy karmić.
 — Naturalnie. Próbowałem już i tego, kiedy nieprzyjaciele odbili nam wszystkie. Bez kobiet długo żyć niepodobna.
 Zaczęli rzucać po za siebie kości i kawałki mięsa, które chciwie zbierała po ziemi lub łapała w powietrzu czereda kobiet i dzieci.
 — Jakie to złe i żarłoczne! Ja bym chętnie zgodził się, ażeby ze wszystkich stos ułożyć i potem nowych nie sprawiać. Wy jesteście młodzi, więc nie macie doświadczenia, ale ja już wiele tych żmij poznałem. Woda morska dlatego jest słona, że w niej toną mężczyźni, a dlatego gorzka, że w niej toną kobiety. Żadna z nich nie spotkała nigdy spiącego zwierzęcia, bo każde z najtwardszego snu się obudzi, jak mu tylko nozdrza jej woń z daleka podrażni. Owad dopóty żyje, dopóki się z samicą nie połączy. Mądrzy bogowie obdarzyli nas kobietami, ale sobie nie zostawili ani jednej sztuki; oni też są szczęśliwi i potężni, a ludzie biedni i słabi.
 — E, i oni je mają, bo jakżeby się rozmnażali.
 — Nie słyszałem o bożych żonach.
 — Ja tam kobietami nie gardzę, a nawet chętnie bym gdzieś osiadł z kilkoma. Sprzykrzyła mi się już ciągła włóczęga i bitwy.
 — A cóż byś jadł, gdybyś wyłowił i wybił wszystkie zwierzęta w okolicy?
 — To też wędruję z wami. Pewien stary człowiek opowiadał mi taką bajkę. Był wszechwładny mocarz, który wszystko zjadał. Chodził w złocistej szacie i nazywał się Ogień. Miał dwóch synów. Jeden żwawy, lotny jak ptak, rozpostarł niebieskie skrzydła i odfrunął od ojca. Zwał się Dym. Zaledwie wzbił się w górę, napadł go wiatr i podarł na strzępy. Drugi spokojny, szaro przyodziany, pozostał na miejscu i po śmierci ojca odziedziczył wszystko, czego ten nie spożył.
 — I ja słyszałem tę opowieść, ale inaczej: Dym, najadłszy się przy uczcie z ojcem do syta, poleciał w świat i żyje dotąd, a Popiół umarł i wiatr go zasypał. Widzicie na niebie te sine i białe obłoczki? To dymy, którym tam dobrze. I nam dziś dobrze, bośmy syci, więc śpijmy. Dzień już wstaje, gwiazdy z nieba zwołuje i wkrótce budzić nas zacznie.



Widok 7.
 Ogniska powoli gasły, a ciężkie opary czołgały się po ziemi lub czepiały drzew. Poranny wietrzyk daremnie czyścił powietrze z gęstych, dusznych swędów. Wojownicy spali, tylko tu i owdzie przesuwały się kobiety lub psy, które wyszukiwały niedojedzonych resztek. W ciszy grało zmieszane z wielu rzężeń i świstów chrapanie. Nadszedł Alrun ze Zmikiem.
 Zmik. Zjedli wszystko; jutro nie będą mieli czem gębom przypomnieć dzisiejszej biesiady. Zęby napracowały się, ale odpoczną.
 Itam. Jeżeli nie ostrzegłeś Zmiku bogów, ażeby byli wstrzemięźliwi i zostawili sobie trochę ofiar na później, to może im również zbraknie pożywienia.
 Zmik. Ty milcz i nie wspominaj o nich, bo ci język spuchnie.
 Itam. To sobie kawałek z niego odgryzę i złożę głodnym bogom, którzy mi za to podziękują.
 Alrun. Widzę jeszcze dosyć resztek — na jutro gromadzie wystarczy.
 Zmik. Czy nie słyszysz pomrukiwania szakalów, które tu przyjdą i wszystko uprzątną?
 Alrun. Straż ich nie dopuści.
 Itam. Bardzo ją o to proszę, bo głupi szakal mógłby się pomylić i wziąć Zmika za nieogryzioną kość. A co byśmy poczęli bez czarodzieja?
 Zmik. Odpędź tego gada, który za nami pełza, jeśli chcesz, ażeby bogowie byli dla ciebie łaskawi, a ja użyteczny.
 Alrun. Nie zwracaj uwagi na jego żarty. Itamie, schowaj żądło!
 Itam. Może mnie Zmik zwinąć w kłębek i targać — nie ukłuję go.
 Zmik. Gdy składałem ofiary, w chmurze ukazał mi się uśmiechnięty bóg Jam... Jest to dobra wróżba. Jeśli on nam dopomoże, wkrótce Orla będzie służebnicą rozkoszy twojej.
 Alrun. Daj mu więcej, niech tę chwilę przyspieszy.
 Zmik. Nie można go naglić. Bądź cierpliwy, Alrunie.
 Alrun. Zatem idźmy spać. Dobranoc ci, Zmiku. Chodź ze mną Itamie, wyrzucisz mi z namiotu obrzydłą dziewkę i położysz się na jej miejscu.
 Itam. O, nie, wyrzucę z nią i siebie.
 Alrun. Będziesz mnie bawił, błaźnie, kiedy umiesz.
 Rozeszli się. Nad obozowiskiem zawisł na szerokich czarnych skrzydłach wielogłowy Jam, ogarnął śpiących zadowolonym wzrokiem i zniknął w przestworzu.



Widok 8.
 Obłoki wlewały się w niebo ze wszech stron, jak szara piana w błękitną wazę i szybko wypełniły ją całkowicie. Wtedy grom zaczął w nią uderzać potężną ręką, a ona za każdym razem pękała błyskawicami i bryzgała na ziemię potokami deszczu. Powoli jednak chmury wyczerpały się z wody, niebo oczyściło się z mętów i ukazało dno szafirowe. Tylko na jego krawędziach pozostały szlaki i szmaty obłoczne. Przed namiotem leżał Alrun, przy nim stał Zmik, a dalej Itam malował sobie farbami pręgi po nogach.
 Alrun. Cóż mi z tego, że wyją z głodu, że chcą zjeść dzieci i kobiety, kiedy żaden z posłańców nie wrócił.
 Itam. Albo im źle! Nabili i napiekli sobie zwierzyny, nałuskali orzechów, leżą syci, śmieją się i mówią...
 Alrun. Skąd wiesz, że tak jest? Co mówią?!
 Itam. Mówią, że baran zgubił głupotę, a szczęśliwy Zmik ją znalazł i podarował Alrunowi.
 Zmik. Alrunie, pozwolisz się tak znieważać?
 Alrun. Niech lży mnie, ciebie, wszystkich, jeśli wyżej od nas wlazł i dalej widzi. Jaką głupotę?
 Itam. Zmik zaręczył, że Orlę i Arjosa doścignie człowiek głodny. Więc za jego radą wysłałeś w pogoń kilku ludzi ogłodzonych, zapomniawszy, że oni po drodze się najedzą, a ci, którzy cierpią niedostatek, pozostali w obozie — i wróżby nie spełnią.
 Alrun. Prawda, jasna prawda! Zmiku, jesteś tak głupi, że z czerepu twej głowy spragniony osioł nie napiłby się wody. Albo może jesteś tak nikczemny, że chcesz mnie durzyć? Eh, pomyśl ty, że ja cię mogę powiesić za kłamliwy język.
 Zmik. Nie wątpię o tem, Alrunie, ale zdaje mi się, że twoim doradcą nie powinien być błazen. Wróżbę, którą ci dałem, wziąłem z ust bogów. Nie znaczy ona wcale, ażeby człowiek, który odnajdzie Orlę i Arjosa, miał pusty żołądek, lecz żeby wysłany był głodnym.
 Alrun. Czemuż tak odrazu nie wytłomaczyłeś? Gniew mnie daremnie poszarpał. Itamie, przetknij sobie wargi kołkiem i milcz. Słabo mi, czuję się niezdrów.
 Zmik. Zauważyłem to jeszcze wczoraj i dlatego przyniosłem ptaka, na którego włożę twoją chorobę i wypuszczę go, żeby ją uniósł.
 Otworzył kilka palców zaciśniętej pięści i pokazał główkę pliszki.
 Itam. Pliszka! Odleci na rzut strzały, usiądzie i pokiwa ogonkiem nad mądrością naszego czarodzieja.
 Zmik. Bądź zdrów, Alrunie, ja nie mam przy tobie co robić. Niech on cię wyleczy.
 Alrun. Zostań, Zmiku, proszę cię. Itamie, zniknij mi z oczu.
 Itam. Nie gniewaj się, wodzu. Gdy Zmik nadzieje chorobą tego ptaszka, ja go wraz z nią zjem i będę za ciebie cierpiał.
 Zmik. Niech zje.
 Itam. Najchętniej — i nic mi nie będzie.
 Zmik włożył ptaka pod pachę Alrunowi.
 Zmik. Naciśnij go mocno, ażeby nie uciekł, a ja się pomodlę. Potężny duchu choroby, opuść ciało tego człowieka, wejdź w ptaka i odleć z nim daleko. Złożymy ci za to najprzedniejsze ofiary. Pokornie błaga cię sługa twój, kapłan, któremu wyświadcz tę łaskę i nie wydaj na pośmiewisko swoim uporem.
 Alrun. Lżej mi, lepiej...
 Zmik. Wyjmij ptaka i puść go.
 Alrun. Nieżywy.
 Zmik. Duch wszedł w niego i zabił, bo tak wielka choroba nie mogła się zmieścić w tak małem stworzeniu.
 Itam. Zdaje mi się, Alrunie, żeś pliszkę udusił.
 Alrun. Zjedz ją, kiedy przyrzekłeś.
 Zmik. O nie, duch mógłby znowu przeskoczyć z tego błazna w ciebie. Ja ptaka głęboko zakopię.
 Itam. Zabrał mi smaczny kąsek.
 Alrun. Odejdź, Itamie, odejdź dokuczliwy liszaju... Nie chcę twoich szyderstw! Wszystkie złe duchy niemi na mnie rozdrażnisz.
 Itam odszedł śpiewając.

Arjos jagódki
Z ust swej Orliczki
 Zbiera.	 	Alrun zaś smutki
Ściskaniem pliszki
 Ściera.
 Alrun. Co on śpiewa? Słyszałeś? Itamie, chodź tu...
 Zmik. Zadrwił z ciebie i ucieka.
 Alrun cisnął włócznią za Itamem, który jej uniknął i skrył się w las.
 Alrun. Nie ujdziesz mi, łotrze! Za co ja lubię tego chłopca, kiedy on taki zły, jak gdyby miał w gębie gniazdo żmij! Ale trzeba go raz ukarać. Nie mogę go ścigać, bo kości w nogach mi rozmiękły.
 Zmik. Dziś jeszcze będziesz zdrów. Niech tylko posłańcy wrócą z dobrą nowiną.
 Alrun. Naucz się mówić, bałwanie! Ja nie chcę żadnej nowiny, ja chcę Orli!
 Zmik. Będziesz ją miał. Tej nocy śnił mi się olbrzymi cedr, na którym zamiast szyszek wisiały żółwie.
 Alrun. Dlaczegoż to ma znaczyć, że dostanę Orlę?
 Zmik. Jak żółwie przyszły i uczepiły się na gałęziach cedru, tak ona uczepi się rąk twoich.
 Alrun. Aha! Jak to wy umiecie wszystko zgrabnie wytłomaczyć... Objaśnij mi też jedną zagadkę: jeżeli dusza we śnie człowieka opuszcza jego ciało i odbywa wędrówki, dlaczego moja dotąd nie powiedziała mi, gdzie są Arjos i Orla?
 Zmik. Dlatego, że twoja dusza jest tłusta, ciężka i ma błoniaste skrzydła, więc daleko odbiedz nie może i musi wrócić przed zbudzeniem ciała. Tylko dusza kapłana jest chuda, lekka i bystra.
 Alrun. To ja swoją zamienię na inną, albo wypędzę. Niech sobie lata, dopóki chce, będę spał chociażby do drugiej pełni. Albo ty zaśnij i wypuść swoją duszę na zwiady.
 Zmik. Kiedy każda dusza wychodzi z człowieka i wraca na rozkaz bogów.
 Alrun. Ach, te bogi! Jak tylko mięso parą się zakurzy, natychmiast wyciągają chciwe nosy, a kiedy trzeba dopomódz człowiekowi, leżą jak wałkonie i ziewają.
 Zmik. Mądrzejsi są od ludzi, więc sami sobie wybierają chwilę działania.
 Alrun A gdyby poprosić tych mniejszych, fetyszów...
 Zmik. Prosiłem już najuczynniejszych, a mam ze stu takich, którzy mi wiele dobrego zrobili i nigdy nie zawiedli. Przyrzekłem, że im dam słodkich i odurzających napitków, że ich długo nie będę trudził innemi sprawami.
 Alrun. I nic. . Zbij ich, potłucz, połam i wyrzuć... Oświadcz bogom, że im nic nie dam, że wszystkich zagłodzę, jeśli mi nie wskażą miejsca, gdzie schroniła się Orla.
 Zmik. Bogowie nie znają strachu i nie lękają się zemsty. Tylko modłom ulegają, a mam prawie pewność, że wkrótce spełnią twoje pragnienie.
 Alrun. Dobrze, będę czekał, ale jeżeli przekonam się, żeś mnie okłamał, wtedy zazdrość losu najnędzniejszemu robakowi, który leży między paznokciami wściekłego człowieka.
 Zmik. Zrobiłem, co mogłem i umiem. Nie dosyć ci tego, pójdę sam w pogoń za zbiegami.
 Alrun. Rozumiem — chcesz mi się z rąk wyśliznąć. Ale ja cię nie puszczę, muszę wynagrodzić lub ukarać. A ukarzę cię tak strasznie, że napełnione twoim jękiem powietrze brzmieć będzie przez długie pokolenia. Tak nielitościwie spastwię się nad tobą, że przylecą tu z nieba wszystkie bogi i duchy, na klęczkach błagać mnie będą o miłosierdzie — a ja nie ustąpię! Pobladłeś ze strachu — przyznaj się, że mnie zwodzisz, że nie wierzysz w pomoc bogów!
 Zmik. Wierzę.
 Alrun powstał, chwycił Zmika za ramiona i krzyczał podartym od wysiłku głosem.
 Alrun. Przyznaj się, bo dopóty tobą trząść będę, aż ci ślepie do nóg moich wypadną.
 Zmik. Wierzę.
 Alrun. I bogowie do ciebie rzeczywiście przemawiają? — ty ich słyszysz?
 Zmik. Tak.
 Alrun. Więc niech powiedzą, czego jeszcze pragną. Oddam im i zrobię wszystko, co każą. Jeśli tego zażądają, porozdzieram zębami najmężniejszych wojowników, spać będę na zarzewiu, położę sobie pod głowę mrowisko, wytarzam się na cierniach, abym tylko ją posiadał. Wyrzeknę się nawet zemsty, obdaruję Arjosa, ale niech mi przywiodą Orlę. Ach, gdybym ją teraz miał, gryzłbym ją moją żądzą, wysysał, wchłaniał... Musiałaby się zamienić na sto kobiet, ażeby wytrzymała moje pieszczoty... Nie, ja jej nie uszkodzę, nie dokuczę, będę ją pielęgnował, jak ranę, będę się jej bał, tylko niech raz przy mnie stanie.
 Zmik. Stanie... Arjos jest także trochę czarodziejem i zapewne psuje moje zaklęcia za pomocą przyjaznych mu duchów, ale ja go pokonam.
 Alrun. Nie wiem, dlaczego jej tak pożądam: czy dlatego, że mi się podobała, jak żadna, czy że uciekła wtedy, kiedy ją mieć mogłem? Od tego czasu krew mi się w żyłach gotuje warem, a gdy pomyślę, ja wódz, najwaleczniejszy z walecznych, że ją uprowadził i zużywa jakiś mizerny Arjos, którego przerzuciłbym przez dziesięć szałasów... Nie, nie będę o tem myślał, bo zaraz choroba we mnie się lęże. Ach, ty podłe słońce, ty jedno ich widzisz, ty jedno wiesz, gdzie oni są, a milczysz! Znowu mi niedobrze... Odgaduję, czego mi brak. Wczoraj w południe zauważyłem, że mój cień gdzieś znikł — musiał mi go ukraść jakiś zły duch, życzliwy Arjosowi.
 Zmik. Łatwo mu go odbiorę i oddam ci.
 Alrun. Zaraz będę zdrów. (Zbliżył się lękliwie posłaniec. Alrun, spostrzegłszy go, zerwał się i zapytał). No i cóż?
 Posłaniec. Przewąchałem jak pies, przepatrzyłem jak sokół, przesłuchałem jak zając całą okolicę — nigdzie ich nie odkryłem.
 Alrun. I ty śmiałeś wrócić, kiedy ci jeszcze starczyło sił do poszukiwań? Ty nie zdechłeś ze zmęczenia, tylko przyszedłeś tutaj zdrów? (Uderzył go toporem i odciął mu głowę, wołając do ludzi, którzy nadbiegli). Głowę tę zatknijcie na wysokiej tyce przed obozem, ażeby ją zdala widzieli ci, którzy poważą się wrócić sami. Ha, ścierwnik, on myślał, że ja go posłałem na przechadzkę. Ilu ich poszło?
 Zmik. Dziesięciu.
 Alrun. Postrącam łby wszystkim. Albo nie, każę im wypruć kiszki, zwinąć z nich sznury i powiesić łotrów. Palce zwierają mi się w pięściach, jak zęby w lwich szczękach. Zmiku, daj mi coś, co mógłym[3] zgnieść, udusić, podrzeć, daj mi rzecz mocną i twardą, daj mi człowieka silnego, strasznie silnego, któryby się opierał. Jeśli takim jesteś, powiedz, wyzwij mnie do walki, uderz.
 Zmik. Uspokój się. Tego, czego pragniesz, siłą nie osiągniesz.
 Alrun. Czemu nie osiągnę, kiedy nie ma nic większego nad siłę? Przecież bogowie dlatego są czczeni, że ją posiadają. Czy byś do nich modlił się i składał im ofiary, gdybyś wiedział, że ich pokonać zdołasz?
 Zmik. Właśnie i ty zamiast grozić, błagaj ich.
 Alrun. Czy jeszcze mało ich za mnie błagałeś? Jeśli nie dosyć, proś więcej.
 Zmik. Może chorują, może zagłuchli, może są bardzo zajęci, może wreszcie nie chcą ci teraz dać Orli.
 Alrun. Co? Tylko ją naprzód dla siebie zabrać? Niech zarazę ujmą w swoje objęcia... Pokaż mi zaraz, gdzie oni siedzą, pójdę do nich... Albo sprowadź ich do mnie... Ja z nich zrobię miazgę!
 Przybył drugi posłaniec blady i wycieńczony.
 Posłaniec. Przeleciałem pola i lasy jak wiatr i nigdzie nie dostrzegłem ich.
 Alrun. A, drugi prosi, ażeby mu łeb zdjąć z kadłuba i osadzić na palu. Możesz przysiądz, że ich nigdzie nie ma?
 Posłaniec. Zapewne gdzieś są, ale ja ich odnaleźć nie mogłem.
 Alrun. Nie mogłeś, chociaż są. No, to ci wypuszczę z cielska duszę, niech ona ich szuka. (Porwał topór, i zamierzył się na posłańca, który uciekł). Uciekł... Czy i ten przypuszcza, że się ukryje?
 Zmik. Nie zabijaj ich, bo wszyscy cię opuszczą.
 Alrun. Kogo? Mnie? Czemże ja tu jestem? Najwyższem drzewem w lesie, najbitniejszym bawołem w stadzie, czy ich wodzem? Mnie opuszczą? Kiedy ryknę, to ich zmiotę, jak wicher liście na kupę i zdepczę.
 Zmik. Alrunie, jeszcze raz upominam cię, powierz się bogom.
 Alrun. Po co ty, głupia bestyo, rozdziawiasz ciągle paszczę, pełną duchów i bogów, kiedy oni z niej ruszyć się nie chcą? Niechże raz puszczą się w pogoń, inaczej podruzgoczę im wszystkie bałwany i opluję im całe niebo!
 Zmik. Tak ich srodze obraziłeś, że teraz już nie wiem, czy pomimo ofiar i modłów moich okażą ci swą pomoc.
 Alrun. Czemuż nic nie robią? Mam stu niewolników. Może z nich tłuszcz smakować będzie bogom? Każę wszystkich zabić. Potrzeba duchom kobiet? Oddam je. Nie! Albo bogów wcale nie ma, albo mnie uważają za swego wroga, a ciebie za ostatniego durnia, którego modły tyle dla nich znaczą, co skrzeczenie żaby. Widzę, że nikt mi nie usłuży. Gdy wieczorem puszcza się uciszy, rzucę w nią taki straszny ryk, że on całą obleci i Orlę dosięgnie. Nie mogę tej kobiety dotknąć ręką, ustami, dotknę ją i ukąszę głosem. Ach, gdyby ten krzyk płynąc tężał w sznur, który nie oderwawszy się od moich warg, ją by owinął a ona targnęła się, jakże bym ją do siebie przyciągnął!... (Zebrał się tłum szemrzący, w spojrzeniach dziki, w słowach groźny). Co to?
 Głosy. — Głodni jesteśmy, jak trzciny wewnątrz puste.
 — Głodni jesteśmy, jak doły głębokie.
 — Głodni jesteśmy, jak strumienie śród skał płynące.
 — Głodni jesteśmy, jak niemowlęta umarłej matki.
 — Prowadź nas na wojnę, na zdobycz.
 Alrun. Pozostaniemy tu, dopóki nie złapiecie Arjosa i Orli.
 Głosy. Wskaż nam, gdzie oni są, a przyniesiemy ich tu prędzej, niż burza odłamane gałęzie.
 Alrun. Znajdźcie ich.
 Głosy. Może już ich znaleźli posłańcy, którzy nie wrócili, bo zginęli z ręki Arjosa.
 Zmik. Słusznie mówią. Arjos, to nie rozżarzony węgiel, który można wziąć rozłupanym kijem. On wojownik dzielny. Posłańcy mogli go wytropić, ale ich zabił.
 Alrun. Wyruszymy! (Zagrzmiały dzikie wybuchy radości, które rozbiegły się po lesie w niezliczonych echach). Bijcie w bębny, krzyczcie, niech przerażona ziemia skurczy się, zmarszczy skórę i przysunie ku nam zbiegów, niech chciwe żeru kruki zaczną krążyć nad ukryciem Arjosa!
 Przybiegł Itam, a za nim posłaniec, któremu oczy krwią zaciągnęły się, usta kurzem zczerniały, a pierś ciężko dyszała.
 Itam. Chciałem go dosiąść, ażeby prędzej przyjechać do kochanego wodza, ale ten dwunożny biegun ledwie może unieść dobrą nowinę. No, rżyj...
 Posłaniec. Znalazłem — Arjosa i Orlę.
 Alrun. Gdzie? Mów, mów szybko, ażeby moja myśl na żaden twój wyraz nie czekała. Jeżeli nie możesz, weź mój język niezmęczony. Ach, ty dobry, dzielny chłopcze! Czem cię orzeźwić?... Nalejcie mu w usta jakiego soku pokrzepiającego.
 Posłaniec. Znużony długiem i daremnem poszukiwaniem, o pół dnia drogi stąd, przywlokłem się do skaczącego po kamieniach potoku, ażeby ugasić straszne pragnienie. Leżąc pod krzakiem, spostrzegłem w jarze między dwiema skałami człowieka, który przemykał się ostrożnie pod zwieszonemi gałęziami. Z początku myślałem, że to ktoś z naszych, ale jednocześnie trąciło mnie dobre przeczucie. Zacząłem więc chyłkiem między zaroślami zbliżać się ku niemu. Wreszcie poznałem go, był to Arjos. Z naciągniętym łukiem czaił się na jakąś zwierzynę. Podpełzłem tak blizko, że widziałem wyraźnie zwieszone na twarzy pasmo jego włosów. Czekałem. Spuścił strzałę i strącił zieloną papugę. Podniosłszy zabitego ptaka, zaczął biedz spadzistą ścieżką pod wysoką górę, której ze łba ciągle się kurzy. Widziałem go jeszcze kilkakrotnie, jak w gąszczu migał, wspinając się coraz wyżej. Na tej górze muszą oni mieć kotlinę. Byłem sam, Arjos jest bojownikiem groźnym, więc nie ważyłem się na walkę z nim, po której ja bym tam został a on dalej uciekł — i przyleciałem tu z doniesieniem.
 Alrun. Dobrze zrobiłeś. No, teraz on wasz, a ona moja! A zapamiętasz drogę?
 Posłaniec. W gąszczach poznaczyłem ją sobie nadłamanemi gałązkami. Trafię bez omyłki.
 Alrun. Za to, że tak się sprawiłeś, przez dziś tyle ci tu wolno, co i mnie. Jutro przed świtem wyjdziesz. Dam ci do pomocy dwudziestu najtęższych chłopów. Możecie zabić Arjosa, jeżeli tego będzie potrzeba, chociaż radbym go dostać żywym, ale Orlę przynieście mi w puchowych dłoniach.
 Około posłańca zebrała się cała prawie rzesza obozowa, która ciekawemi uszami chwytała jego opowieści, a następnie wziąwszy go między siebie, osypała pytaniami.
 Zmik. Cóż, czy wyrocznia moja nie sprawdziła się? Arjosa i Orlę wynalazł człowiek głodny.
 Itam. Powiedziałeś, że głodny ich schwyta — nie kręć.
 Zmik. Wszystko jedno. I ten mógł był ich złapać.
 Itam. Za ogony, gdyby mieli tak długie, żeby aż tu sięgały. To i ty byś ich wtedy przytrzymał.
 Alrun. Zakończcie te swary! Itamie, wiercisz językiem w gębie, jak tłuczkiem mak w donicy. Chłopcy, tu do mnie! Wykrot, Trzmiel, Wrzos! Dwudziestu najdzielniejszych pójdzie pod przewodnictwem tego oto waszego towarzysza dla ujęcia Arjosa i Orli, którzy, porzuciwszy gromadę wbrew woli zmarłego Ukora i mojej, obrazili bogów i najwyższego władcę waszego. Arjos jest przestępcą, bo się wyłamał z pod praw naszych. Arjos jest złodziejem, bo ukradł nam kobietę, należącą do wszystkich, a przed innymi do mnie, naczelnego wodza, który najwięcej ludzi zabił i zanim kiedyś zostanie bogiem, powinien teraz mieć najlepsze jadło i najładniejsze kobiety. Czy tak?
 Głosy. Tak!
 Alrun. W namiocie moim jest kilka upieczonych ćwierci mięsa. Połowę tego zapasu niech zjedzą ci, którzy wyruszą w drogę.
 Zmik. Alrunie, zapomniałeś o wróżbie? Chcesz ich, nasycić, ażeby obietnicy bogów nie spełnili? Popsujesz całe przedsięwzięcie...
 Alrun. Więc musicie jeszcze przez ten dzień jeden wytrzymać głód. Za to skoro tylko wrócicie, przygotujemy wam ucztę. A potem poprowadzę was na długą wojnę, wymordujemy wszystkich ludzi, obedrzemy ich trupy ze wszystkich ozdób, zabierzemy im wszystką broń i żywność, będziemy brodzili we krwi, jak czaple w wodzie, będziemy chodzili obwieszeni od głów do stóp skalpami, jak stare dęby kępami mchu, będziemy tyle posiadali mięsa i kobiet, że bogowie zechcą zamienić się z nami na naszą szczęśliwą dolę. A teraz, moi chłopcy, prześpijcie się trochę, bo i słońce już łoże sobie ściele, ażebyście wstali, zanim pierwszy dzięcioł w drzewo zastuka.
 Trzmiel. Kiedy słabe nogi nas nie doniosą tak daleko.
 Wykrot. Arjosa się nie boimy, ale głód nas powali.
 Wrzos. Daj cokolwiek jeść.
 Alrun. Słyszeliście, co rzekł Zmik, który rozmawiał z bogami? Powiedzieli mu wyraźnie, że tylko głodni pochwycą Arjosa i Orlę. Ażeby ich gniew złagodzić i łaskę zjednać, wszyscy pościć będziemy aż do waszego powrotu.
 Trzmiel. Ha, spróbujemy.
 Wykrot. W tamtej stronie, za ogromną gorącą górą mieszka święte, bezbronne plemię Podlotów, które wyrabia cudowne posążki i którego żaden lud nie napada. Co mamy począć, jeśli zbiegi między nich się wcisną?
 Alrun. Wtargnąć i gwałtem uprowadzić oboje.
 Zmik. O, nie, Alrunie, na to trzeba uzyskać osobne pozwolenie bogów. Podlotowie są nietykalni, i gdybyśmy ich skrzywdzili, niebo zwaliłoby się na ziemię.
 Alrun. Nic nam nie będzie — wysokie drzewa je podtrzymają.
 Zmik. Żartujesz, Alrunie... a nie powinieneś, skoro bogowie naprowadziwszy posłańca na kryjówkę Arjosa i Orli, dali ci znak swej łaski. Zresztą ta wysoka, dymiąca się góra jest ich namiotem, w którym duchy jedzenie im warzą. Trzeba więc również ich uprosić, ażeby pozwolili ludzkim stopom zgwałcić ich mieszkanie.
 Alrun. Znowu targ z bogami! Ach, kiedy to się skończy! Wolałbym kopać dół w wodzie! Dosyć mi tego pośrednictwa! Zwołaj ich i powiedz, że sam chcę z nimi pogadać.
 Zmik. Oni z ludźmi rozmawiają tylko przez kapłanów.
 Alrun. Łżesz! Czem ty jesteś lepszy ode mnie? Czy tem, że siedzisz w gromadzie, jak bezpieczna i syta pchła we włosach, podczas kiedy ja ciągle narażam życie? Zresztą idź do bogów i ugódź się z nimi, ale jeżeli dzwonienie we własnych uszach bierzesz za ich głos i mnie oszukujesz, to ja cię tak zdepczę, że z twego ciała pozostanie błoto, a z twoich kości proch!
 Zmik spojrzał na ciemne chmury, które wybuchały kłębami, jak dymy pożaru z miejsca, gdzie przed chwilą płonęło i zapadło ogniste słońce.
 Zmik. Wkrótce przemówią bogowie tak wyraźnie, że i ty ich zrozumiesz.
 Na czoło tłumu, który zatoczył się półkolem, wystąpiły kobiety.
 Jedna z kobiet. Miłosierdzia, wodzu, pozwól przynajmniej czemśkolwiek odpędzić głód od dzieci, który je zabija.
 Alrun. Będą mu wdzięczne zwierzęta na ziemi, a ryby w wodzie, bo dostaną żeru.
 Druga kobieta. Wysłuchaj ich płaczu!
 Alrun. Płaczą? Gdy człowiek zbyt się skarży, bogowie go obalają i zasypują mu gebę piaskiem. Tak i wy zróbcie z dziećmi.
 Trzecia kobieta. Niech żyją, kiedy urodzone!
 Alrun. A niech żyją.
 Czwarta kobieta. Za co ich karzesz, kiedy ci nic nie zawiniły!
 Alrun. Milczeć, papugi! Czy my wyprawialiśmy gońców do nieba, ażeby nam przysyłało dzieci? Czy prosiliśmy was, ażebyście je rodziły? Wyrzuciłyście je z siebie, połknijcie je nazad. A teraz precz! Towarzysze, jutro po raz ostatni słońce patrzeć będzie na wasz głód. Gdy Arjosa i Orlę przywiodą, oddam wam resztę zapasów, a sam ich nie dotknę. Tylko jeden dzień wytrzymajcie, skoro tego żądają bogowie!
 Zmik. Tak, żądają. Jeżeli nie będziecie im posłuszni jeżeli pokutą nie wyjednacie ich pomocy w schwytaniu Arjosa i Orli, jeżeli wina tych grzeszników obciąży całą gromadę, bogowie wypuszczą na was wszystkie choroby i plagi, odetkają wulkany, zgładzą brzegi rzek, włożą sobie ziemię na ramiona i strząsną z niej ludzi w wodę. Uważajcie! Już nawet złe duchy oblatują nas wokoło, siadają na drzewach, powietrze od nich gęstnieje... Trzeba je siecią wyłowić, uwięzić, zakląć, a bogów prosić, ażeby je wymietli silnym wiatrem.
 Alrun. Czarodzieju, ratuj nas od nieszczęścia!
 Głosy. Ratuj!
 Przerażony tłum rozproszył się i ukrył w szałasach.
 Alrun. Czy ty rzeczywiście dostrzegłeś duchy?
 Zmik. Całe roje.
 Alrun. Czemu ja ich nie widzę i nie czuję?
 Zmik. A czy widzisz i czujesz w tej chwili komara na swym karku?
 Alrun. Nie.
 Zmik. A jednak on na nim siedzi. Tak samo duchy.
 Alrun. Gdybym ja mógł najgorsze złapać, poodłamywałbym im skrzydła i poukręcał głowy jak wróblom.
 Zmik. Raz udało mi się zwabić je w wydrążoną tykwę, zatkać ją trawą i wrzucić do wody, skąd wydobyły się dopiero wtedy, gdy trawa zgniła.
 Alrun. Zrób to, mój przyjacielu.
 Zmik. Nie, wolę przeciw nim użyć pewniejszego sposobu. Bo gdyby jeden nieprzyjazny nam pozostał nieuwięziony, mógłby pomścić się na twoich wysłańcach i zgęścić im las, poprzesadzać drzewa lub przeciąć drogę wodą. Chodźmy teraz do miejsca, gdzie zastawiłem bogom ucztę, którą oni niewidzialni jedzą. Objawią ci się niezawodnie... Słyszysz, jak pomrukują w chmurach?
 Alrun. Prowadź mnie do nich — zaraz!



Widok 9.
 Jeszcze noc nie zdążyła zapalić swoich kaganków nad światem, kiedy bóg burzy wyruszył i wypuścił na niebo całą psiarnię wichrów, która uganiała się za chmurami, spędzała je w stada lub rozpraszała i rozdzierała na płaty. Ile razy w ucieczce skłębiły się liczniej, groźny łowiec ciskał ku nim z ognistego łuku piorunową strzałę, która długo warcząc, z hukiem w nie uderzała. A po każdem takiem ugodzeniu spadały na ziemię grube i rzęsiste krople krwi chmur zranionych. Wreszcie deszcz osłabł i wyciekał już tylko drobną rosą, ale bóg nie zszedł jeszcze z nieba i miotał swe groty dalej. Zmik z Alrunem zbliżyli się do olbrzymiego drzewa, pod którem na ołtarzu z palów i gałęzi leżały ofiary.
 Zmik. Czy widzisz?
 Alrun. Kuna.
 Zmik. To bóg ospy. Zwykle w takiej występuje postaci.
 Alrun. Koło nóg moich prześliznął się jakiś gad. Zapewne grzechotnik.
 Zmik. Nie nadepcz go — to bóg deszczu, który widocznie wskutek moich próśb przybył tu, ażeby twoim wysłańcom ułatwić wyprawę.
 Alrun. Ty nazywasz to ułatwieniem, że ich ulewa zmoczy?
 Zmik. Nie rozumiesz — ona stłumi odgłos ich kroków, a Orlę i Arjosa wpędzi do kryjówki.
 Alrun. Zaświeciły w krzakach oczy jakiegoś zwierza.
 Zmik. Zapewne boga błyskawic, który będzie rozwidniał drogę naszej obławie. Są tu jeszcze inni, niezliczeni, słyszę szelest ich ruchów... Teraz gdy się zgromadzili tak blizko, przemówię do nich po raz ostatni w twojem imieniu... A ty jako człowiek grzeszny i oglądać ich niegodny, padnij twarzą na ziemię i osyp głowę pyłem.
 Alrun położył się. Podczas modlitwy Zmika niebo co chwila odbrzmiewało stłumionymi rykami.
 Zmik. Potężni bogowie, duchy ziemi, nieba, wód, gór, wszelkich chorób, użyczcie swej łaski i mocy temu nędzarzowi, który przed obliczem waszem się korzy. Ty niezmożony boże wichrów, popychaj jego posłańców ku celowi ich podróży i nie powstrzymuj ich biegu. Ty wszechmocny boże słońca, nie zlewaj na nich ani swego żaru, ażeby nie nużyli się pochodem, ani swego światła, ażeby mogli przysuwać się niedostrzeżeni. Ty straszny boże wysokich drzew i nizkich krzewów, skryj ich chłodnym i nieprzeniknionym cieniem, a nie daj go tym, których oni ścigają. Ty żarłoczny boże wód, wypłaszcz dna rzek w miejscach, przez które oni przechodzić będą, a wydrąż je głęboko tam, gdzie uciekający przed nimi stąpią. Wszyscy, źli i dobrzy, przytomni tu i nieobecni, wy, których widzę spożywających ofiary, ważących się na gałęziach, zlatujących z nieba, przyjmijcie modlitwę moją. Błagam o to ja, najwierniejszy kapłan wasz, orędujący za tym wodzem, który uznaje się zbyt grzesznym i małym, ażeby śmiał do was się odzywać i tylko myślą powtarza moje słowa. Ślubuje on i przysięga niezmiennie was czcić, szanować i obdarowywać waszego sługę, a gdyby tego nie uczynił, spuśćcie na niego najdotkliwsze bóle, osypcie go krostami pełnemi robaków, otwórzcie mu niegojące się wrzody na całem ciele, wykręćcie mu źrenice w przeciwne strony, rozpalcie ziemię, gdzie stanie i zagotujcie wodę, w którą się zanurzy.
 Alrun. Dosyć, dosyć!
 Zmik. Gdyby zaś Arjos i Orla schronili się do bezbronnego ludu Podlotów, wyrabiającego święte posążki, pozwólcie ich tam napaść i uprowadzić przemocą... Gdyby ukryli się na ognistej górze, w której wnętrzu duchy przyrządzają wam jadło, pozwólcie na nią wejść ludziom Alruna. (Zmik przez chwilę milczał). Pozwólcie... wszechmocni i nieśmiertelni... Alrunie, wstań, bogowie już oddalili się. (Alrun wstał blady i wzruszony). Patrz w górę... Na tronach z obłoków zasiedli wokoło, a niektórzy jeszcze podążają szlakiem drogi mlecznej. Czy widzisz?
 Alrun. Nie.
 Zmik. Grzechy pokładły ci na oczach łuski, które tylko ofiarami zetrzeć zdołasz. Tak, siedzą już wszyscy i spoglądając na ciebie, radzą... Od jutra los mówić ci będzie, co o twojem przeznaczeniu postanowili. Może kiedyś duszy mojej, gdy opuściwszy śpiące ciało, do nich się wzbije, powiedzą tę tajemnicę. (rozległ się grzmot, jak gdyby zaturkotały koła rydwanu boga burzy, zjeżdżającego z nieba ku ziemi). Tym głosem objawili oni swój rozkaz całej naturze, a ona echami odpowiada, że go zrozumiała. (Spadł piorun). Rozgniewany bóg uderzył maczugą kogoś z nieposłusznych. Już skończyli naradę i rozchodzą się do swych siedzib. Ty, Alrunie, wróć także do obozu i opowiedz wszystkim, coś widział.
 Alrun. Coś ty widział... (Odszedł. Zmik spojrzał za nim urągliwie. Alrun odwrócił się i rzekł z groźbą) Pamiętaj i przypomnij im — Orlę!
 W tej chwili między drzewami przewinął się i daleko pomknął zgrzytliwy śmiech Soba.



Widok 10.
 W gęstym i cienistym gaju osiadła wioska, której chaty, z liści palmowych i trzciny plecione, wyglądały jak wysokie mrowiska pod rozłożystemi gałęziami drzew. Naokoło obstąpiły ją góry, pośród których najwyższa, jednym bokiem zanurzona w odnodze morskiej, ziajała wiecznie dymami uwięzionego w jej łonie wulkanu. Co chwila wypluwał on ze swej szerokiej gardzieli odłamy skał, które wyrzuciwszy wysoko gniewnym oddechem, połykał znowu spadające mu nazad w paszczę. Nocą na obłoku jego par czerwieniła się łuna ognistego wnętrza. Teraz, gdy ziemia zamroczyła się po odejściu słońca, z wierzchołka góry wystrzelił płomienny kwiat w białawej koronie. Bogobojny, żadnej broni nieposiadający i przez koczowników nienapadany lud Podlotów, który przytulił się do podnóża tej groźnej siedziby bogów i wyrabiał święte ich posążki dla wędrownych gromad, wyległ teraz po skończonej pracy dziennej na odsłoniętą polanę i odmawiał wieczorną modlitwę do wulkanu. Przewodniczył mu w niej sędziwy Ilon, arcykapłan, za którym wszyscy powtarzali.

 Ilon. Chwała wam bogowie, znani i nieznani, siedzący w tej górze i rozproszeni po świecie! Niech wszystkim, niemym i martwym tworom ziemi rozkroją i otworzą się usta, ażeby mogły wysławiać moc waszą. Jeśli zmęczeni całodziennymi rządami, chcecie w odpoczynku pokrzepić swe siły, zejdźcie tu do nas, gdzie na ołtarzach składane są codzień świeże ofiary. Okażcie nam łaskę, duchy dobre, a litość — złe. Strzeżcie nas ciągle od okrutnych ludzi i drapieżnych zwierząt, bo broń naszą złożyliśmy w wasze ręce. Nie opuszczajcie nigdy tych posążków, które wyrabiamy na cześć waszą i dla dobra ludzi, potrzebujących pomocy waszej. Chwała wam, chwała na ziemi i niebie!
 Zwrócił się do dużego kamienia, nakrytego dachem, który podtrzymywały cztery wysokie słupy. U spodu tego głazu leżały wiankiem okalające go figurki drewniane, wyrobione w ciągu dnia przez ludność, które przedstawiały różne postacie ludzi i zwierząt.
 Wielki duchu, który przebywasz w tym świętym głazie, użycz nam z siebie tyle cząstek, ile u twych stóp złożyliśmy posążków.
 Cały lud zaśpiewał chórem.

Kamieniu, kamieniu,
Wszechmogący boże,
Spoć się świętą rosą
I zwilż nią fetysze.	 	Kamieniu, kamieniu,
Odetchnij głęboko,
I przeniknij wszystkie
Twoją świętą parą.
 Kamieniu, kamieniu,
 Wstrząśnij boskiem ciałem
 I drgnień swej potęgi
 Udziel naszym tworom
Po tej pieśni lud umilkł i długo stał zapatrzony w kamień. Wreszcie Ilon obtarł go płachtą z delikatnego łyka, zawinął w nią posążki i rzekł uroczyście:
 Już święte.
 Wtedy lud znowu zaśpiewał

Pozdrowiony bądź, boże
Za twe łaski wielkie,
Kamieniu, kamieniu,
Nie opuszczaj nas.
 Ilon. Zbieżcie posążki i zanieście je z czcią do chat waszych. Może jutro przechodzić będzie jaka gromada, to je wymieni na suszone ryby.
 Jeden z obecnych. Jakieś dwa cienie ludzkie biegną ku nam drogą zachodnią. Widzicie? Ot tam, jeszcze bardziej popędzają nogi... już są na ostatnim zakręcie.
 Głosy. Tak, tak.
 Ilon. Ach, to przecie wracają nasi z wędrówki... Coś niosą, czy też wyprzedali wszystkie posążki.
 Spiesznym krokiem zbliżyli się dwaj młodzi ludzie, objuczeni tłomokami, jak para młodych wielbłądów. Widocznie wytężali resztki sił, ażeby zdążyć co prędzej.
 Głosy. Jak się macie, chłopcy, Bór, Kos, jak się macie!
 Bór. Tylko żywi.
 Kos. Myślałem, że już mi w zgięciach nóg kości się zapalą od tarcia. (Zrzucili tłumoki).
 Ilon. Czemuż tak szybko biegliście? Trzeba było gdzieś na noc zapaść i odpocząć.
 Kos. Och, z pewnością nie lecielibyśmy po to, ażeby wam dziś koniecznie wysypać z worka to, co dostaliśmy za fetysze, ale nas gnał strach.
 Głosy. Jaki?
 Ilon. Co się stało?
 Kos. Wstąpiliśmy do plemienia Kędzierzawych, pół dnia drogi stąd, bo nam powiedziano, że wybierając się na wojnę, potrzebują rzeczy świętych. Ponieważ widzieli w okolicy obcych ludzi zbrojnych, więc wysłali kilku swoich na tropy. Ci wkrótce przybiegli przerażeni i donieśli im o okropnem zdarzeniu. Stanąwszy u stóp tej oto naszej góry, buchającej ogniem, spostrzegli, że ku jej wierzchołkowi posuwają się jacyś przyczajeni wojownicy, którzy długo osłaniali się krzewinami; skoro tylko wszakże wypełzli na ścianę nagą i równą, u szczytu góry, jak gdyby wyskoczył, z jej dymiących czeluści ukazał się bóg w pięknej postaci ludzkiej. Porwał on parę odłamów skały i rzucił na wspinających się, z których dwu zaraz padło śmiertelnie ugodzonych. Następnie zaczął spychać ogromne bryły, które staczając się na dół we wściekłych podskokach, miażdżyły idących. Zginęli wszyscy, jeden zdołał uniknąć tych pocisków rozgniewanego boga i umknął.
 Głosy. A nikczemni! Zbrodniarze! Odechce im się walczyć z bogami!
 Kos. Otóż właśnie że nie — i to nas głównie tu przygnało. Kędzierzawi dowiedzieli się, że ludzie, zmiażdżeni ręką boga, byli wysłańcami strasznego Alruna, wodza Ostrowidzów, który kazał im pochwycić zbiegłą z gromady kobietę i jej kochanka, a oni, przez złego ducha na fałszywe ślady wprowadzeni, myśleli, że owa poszukiwana para skryła się u wylotu tej świętej góry. Więc usiłowali wejść na jej szczyt, za co ich któryś z bogów śmiercią pokarał. Gdy tę wiadomość zaniósł wodzowi ocalony wojownik, wściekły Alrun wyruszył podobno z całym obozem i idzie tu oblegać górę. Strach pomyśleć, co to będzie! Bogowie dadzą sobie z napastnikiem radę, ale czy uniesieni gniewem nie zabiją wraz z nimi innych ludzi? Czy, gdy zaczną miotać strzałami i wyleją z wnętrza góry lawę, nie zniszczą i nas?
 Głosy. Ach, my nieszczęśliwi. Co robić?
 Ilon. Nie obrażajcie bogów dziecinną trwogą. Bywają oni w złości zapalczywi i wraz z winnymi karzą niewinnych, ale tylko wtedy, gdy się pomylą i nie są przedtem powiadomieni za pomocą modlitwy. Nas znają, przed chwilą zanieśliśmy do nich błagania, zresztą możemy jeszcze do nich się odezwać i złożyć im świeże ofiary, a nadewszystko polecić się opiece naszego patrona.

Chór.
Zapomnij nam grzechy,
Zapamiętaj cnoty
Kamieniu, kamieniu,
Nie opuszczaj nas.
 Ilon. Patrzcie — bóg schodzi.
 Głosy. — Prawda!
 — Jaki straszny!
 — Jaki piękny!
 — Idzie do nas.
 — Coś niesie.



Widok 11.
 Od wierzchołka góry, jej ścianą, ku modlącym się zwróconą, na której z łuną wulkanu łamało się światło księżyca, schodził ostrożnym krokiem mężczyzna. Niósł on w ręku, przytulając do piersi koszyk, upleciony z cienkich korzonków. W środku góry, na skalistym wyskoku, stanął, oblany jasnością blasków nocy, jak gdyby chciał być widzialnym dla ludu, stojącego na dole, potem spiesznie zsunął się coraz niżej, aż do wysokiego „drzewa uczciwości”, na którem Podlotowie zawieszali znalezione przedmioty. U jednej z gałęzi przyczepił koszyk, spoglądał weń przez chwilę i oddalił się z powrotem. Kilka razy przystawał, odwracał się, wreszcie zniknął śród garbów szczytu góry.
 Ilon. Bóg coś dla nas zawiesił na drzewie. Trzeba dar jego zdjąć zaraz. Dwaj chłopcy pójdą tam ze mną. Zapalcie pęczki chrustu, ażeby ogień odstraszył złe duchy i oświecił nam drogę. Nie może on jednak być wziętym z tlejących i pokalanych węgli przy chatach, lecz musi być wydobyty z drewien — świeży, czysty, żadnym użytkiem niesplamiony.
 Dwaj młodzieńcy zaczęli trzeć gwałtownie wałki drewniane, z których po chwili rozszedł się dym, a następnie błysnął ogień. Zapalili dwie wiązki chrustu, kilka wzięli na zapas i poprowadzili Ilona ku „drzewu uczciwości”. Lud pozostał na miejscu i wytężonym wzrokiem śledził idących. W blasku pochodni widać było już tylko zdala siwą głowę Ilona i czarne jego towarzyszów. Coraz bardziej zanurzali się w wysokie trawy, niknęli za krzakami, pozostawiając jedynie jasną plamę na ciemno-srebrzystem tle nocy, w końcu stanęli przy drzewie.
 Głosy. — Co to być może?
 — Ilon dotknął.
 — Zdejmuje, ogląda.
 — Wracają.
 — A skąd wiadomo, że bóg chce, ażeby to Ilon zabrał?
 — On przecie wolę bogów rozumie.
 — Jeżeli się pomylił...
 — Mściwy bóg odetkałby górę i wylał na nas potok żaru.
 — Za co na nas? Chyba tylko na kapłana, bo my niewinni.
 — Już są niedaleko. Czy widzicie, co Ilon niesie?
 — Pochodnie przygasają, nie można dostrzedz.
 — Trzyma w ręku koszyk.
 — Tak, koszyk i to dosyć ciężki.
 — Nic z niego nie wygląda.
 — Jednak nie pusty... Ilon z wysiłkiem go dźwiga.
 — Co to jest?...
 Ilon, oświetlony słabo pełkającemi pochodniami, zbliżył się do gromady, niecierpliwej w oczekiwaniu.
 — Ilonie, co nam przynosisz?
 Ilon. Dwoje dzieci.
 Głosy. — Dzieci?!
 Lud otoczył kapłana i trwożliwie spoglądał w koszyk, w którym spało dwoje niemowląt.
 — Dobrze karmione, tłuste, rumiane.
 — Bogom przecie nie brak mleka.
 — Czy to są boskie, czy ludzkie?
 — Chyba boskie, ludzkie nie byłyby tak piękne.
 Ilon. Wszystko jedno. W każdym razie bóg je przyniósł, więc muszą mu być drogie i nam powierzył, więc powinniśmy je wychować. Zapewne w nich ukryły się jakieś duchy, które nas w nagrodę za staranność strzedz będą. Niech dwie zdrowe kobiety, które niedawno urodziły, wezmą te dzieci i karmią swemi piersiami, a my wszyscy otoczymy je najtroskliwszą opieką. Taka się odzywa we mnie wola boża, za którą podziękujemy.
 Lud zaśpiewał:

Pozdrowiony bądź, boże,
Za twe łaski wielkie.
Kamieniu, kamieniu
Nie opuszczaj nas.
Ilon wziął kosz z dziećmi i wraz z całą gromadą wrócił do wsi.


Widok 12.
 Gdy gromada Podlotów odeszła do swych chat i pogasiwszy ognie, złożyła swe dusze na skrzydła snu, który z niemi odleciał w krainę marzeń, z ognistej góry zszedł ten sam mężczyzna, prowadząc za rękę kobietę, która stąpała obok niego z pochyloną głową. Noc zarzuciła na nich lekkie szaty mroku, przetkane nićmi księżycowego srebra. Doszli, milcząc, aż do „drzewa uczciwości”, przy którem stanęli.
 Ona. Nie ma, już nie ma... Źrenice moje, z których one się wysunęły, są tak puste, jak obrączki, a tak się rozwierają, że niczego zatrzymać nie mogą. Nic nie widzę, oślepłam.
 On. Uspokój się, roso ty moja... To lud dobry, bogobojny, on ich nie skrzywdzi i od wrogów zasłoni.
 Ona. Ach, co mi się znowu zdaje... Nakoło ogród pełen kwiatów, z których w niezliczonej ilości wychylają się uśmiechnięte główki... Znikają... ukazują się i znikają... Słyszysz płacz ich, tam, na dole?... Tak, to one się skarżą, mnie wołają... One!
 On. Nie. Nawet żaden głos ludzki po ciszy nie biega. Życz im dobrze i nie żałuj bezpiecznego schronienia, nie ścigaj ich swoją tęsknotą, bo z niej wyleci rój owadów i pokąsa je.
 Ona. Już jestem spokojna — idźmy. Ale ja do nich kiedyś zakradnę się, zobaczę, czy się śmieją... Prawda?
 On. Odbierzemy je... A teraz spieszmy się, dopóki oślepione nocą niebo nas nie widzi i nie otworzy słonecznego oka.
 Ona. Żyjcie zdrowe, moje maleńkie. (Upadła na ziemię i przycisnęła się do niej wzruszona). Ziemio, matko najlepsza, jedyna, która nie odtrącasz żadnego ze swych dzieci, jedyna, która karmisz żywe i w łono swoje przyjmujesz umarłe, bądź czułą matką dla nas bo jesteśmy bardzo nieszczęśliwi. Czyhają na nas, zwierzęta, ścigają ludzie, nie osłaniają bogowie — ty tylko nas nie opuściłaś i nie prześladujesz. Ziemio, dobra ziemio, ratuj nas. Och, wysłuchaj mojego błagania! (Wstała mdlejąca i zapłakana).
 On. Kobieto moja, kobieto kochana, chodźmy, bo już księżyc ucieka przed słońcem.
 Ona. Idę, idę...
 Zniknęli, jak dwa lotne cienie.



Widok 13.
 Niby olbrzymi szmaragd, spinający lesistą opończę na powierzchni ziemi, tkwiło w oprawie okrągłych gór ogromne jezioro, którego gładka szyba lśniła się tyloma blaskami, że niebo dniem patrzało weń zdziwione, a nocą liczyło swoje światła, ażeby się upewnić, czy tu nie zgubiło najpiękniejszej swojej gwiazdy. Góry tak stłoczyły się zwarte naokoło tego zwierciadła, że nie można było między niemi dojrzeć żadnego przedziału, którym prześliznęłaby się droga. Ramy brzegów obiegły wodę kręgiem dość równym; w jednem tylko miejscu wygięła je długa, karłowata skała, która wysunęła się daleko i wskoczyła do jeziora, jak gdyby pragnęła w jego kryształowych falach wykąpać swe szare ciało. W jej ciemnym otworze, zasłoniętym kępą zwieszonych roślin, niby w wielkim oku pod gęstą brwią, siedzieli Arjos i Orla, których świt dnia zaczął oblewać swym bladym brzaskiem. Pod spodem wejścia do groty kołysała się na wodzie mała tratewka.
 Arjos. Prześcignięty wiatr leciał za mną i wył zziajany — tak szybko biegłem. Patrzyłem tylko ciągle w ognisty słup wulkanu, który mi prostował drogę. Nareszcie dostrzegłem chaty Podlotów. Pod samą wsią ukryłem się w krzakach, ażeby wybadać, czy do nich jakie złe plemię nie zawitało. Byli sami, zajęci struganiem swych posążków. Gdy czujnie się rozglądam, widzę przy wielkim kamieniu, który jest ich bogiem, starca nad czemś pochylonego. Przysunąłem się bardzo blizko — i odrazu poznałem nasz koszyk, a w nim siedzące dzieci, które on karmił.
 Orla. Ach, jaki dobry!
 Arjos. Odniósł je potem na murawę, wyjął, posadził i zawołał kobietę, która przy nich pozostała. Niewątpliwie był to kapłan. Chciałem koniecznie z nim pomówić, więc zbliżyłem się i pozdrowiłem go, prosząc, ażeby mi podarował bodaj kijek poświęcony, któryby mnie zbłąkanego w lesie doprowadził do mojej gromady. Wyjął z pod wielkiego kamienia patyczek i dał mi. Patrzyłem na dzieci, zdrowe, rumiane, wesołe, ale gdy chciałem jedno z nich wziąć na ręce, starzec powstrzymał mnie i zawołał: Nie dotykaj, to dzieci boskie, a ty może jesteś nieczystym człowiekiem... A czy nie należysz do ludzi Alruna? — Nie — odpowiedziałem. — To uciekaj stąd — rzekł — bo on krąży w okolicy i wszystkich morduje. — Podziękowałem mu i odszedłem. Zacząłem biedz do ciebie z dobrą nowiną, jak pszczoła z miodem. Śmiałem się do drzew, do gór, do nieba, myśląc, że cię ucieszę. Radość zdjęła ciężar z mojego ciała, a tęsknota dodawała siły. Nie odpoczywałem, raz tylko napiłem się wody, bo mi oddech usta przyżegał. No nie smuć się już, kiedy naszym dzieciom dobrze.
 Orla. Ale Alrun... który tam węszy.
 Arjos. On Podlotów zostawi w pokoju, zresztą wcale nie wie, że dzieci zabrałaś z sobą i przypuszcza, że je uniosły dzikie zwierzęta.
 Orla. Oni je mają za dzieci boga...
 Arjos. Widać go w nich czują. I ja przypuszczam, że bóg je stworzył z ciał naszych. Przynajmniej w tobie ciągle go widzę.
 Orla. A ja w tobie.
 Arjos. To może on w nas obojgu przebywa i dlatego tak się kochamy. Orlo moja, gdy na ciebie patrzę, zdaje mi się, że coś uroczego w tobie siedzi i coś potężnego we mnie wstępuje. Duch jakiś nas nawiedza i spaja. Przy tobie, jak przy dniu, wszystko mi jest jasne, bez ciebie, jak w nocy, wszystko ciemne. Ach, boś tak piękna, że słońce co wieczór płacze rosą, gdy z nieba schodzi i widzieć cię przestaje. A gdy rano jego promień wpadnie do tej groty, ciebie pierwszą znajdzie i ucałuje. I chyba księżyc po to zwraca ku ziemi całą twarz swoją, że cię na niej dostrzegł.
 Orla. Arjosie, jam tych słów niewarta.
 Arjos. Niewarta? Czy ty sądzisz, że mi słowami wszystko wypływa, co w duszy mojej dla ciebie się zbiera? Wczoraj cień twój padł na gęstą krzewinę, w której nagle zaszeleściało. Domyśliłem się, że jakiś bóg chciał go ukraść, duszą ożywić i do nieba zanieść. Ale cień mu umknął, zsunął się na trawę — przyłożyłem do niego twarz — pachniał! Przysięgam ci, pachniał twojem ciałem, które chyba kwiaty codziennie swoimi kielichami okadzają. Mam cię ustawicznie w oczach, w nosie, w uszach, w każdej cząsteczce ciała, która kiedykolwiek dotknęła twojego. Żyć bez ciebie nie mogę, bo jesteś duszą moją. Opuść mnie, a natychmiast legnę martwy, jak kamień, który powoli w łzach się rozpuści. Wszystko dla ciebie zrobię, we wszystko się przedziergnę. Jeżeli będziesz potrzebowała osłony przed skwarem, a nie dadzą ci jej drzewa, z ramion wyrosną mi głęzie,[4] pokryte liśćmi; jeśli zapragniesz woni, a odmówią ci jej zioła, głowa moja zamieni się na koronę kwiatu; jeśli zażądasz światła, a poskąpi ci go dzień, oczy moje zapłoną blaskami słońc. Zdaje mi się, że jestem człowiekiem dlatego tylko, że ty tak chcesz.
 Orla. To niepodobna, Arjosie, ty nie mnie widzisz, w tobie bóg się ukrył, który twojemi ustami z jakąś niebianką rozmawia. Ja jestem zwyczajną kobietą z plemienia Orląt, z gromady Ukora i Alruna. Chłopcze mój miły, poproś ducha, który ci źrenice z oczu usunął i swoje wstawił, ażeby twoje zwrócił.
 Arjos. Dziecinna jesteś.
 Orla. Wcale nie. Proś go, błagaj, niech z ciebie wyjdzie. Bo jeśli długo łudzić cię będzie i potem nagle ustąpi, zobaczysz mnie własnemi oczmi inną, brzydką, nędzną i porzucisz.
 Arjos. Ha, ha, ha!
 Orla. Nie śmiej się. Ty mnie dawniej taką nie widziałeś, ty tak pięknie do mnie nie mówiłeś.
 Arjos. Bo jeszcze w tobie tak się nie rozmiłowałem, bo nie wiedziałem, że ci taka mowa moja przyjemna będzie, bo nieraz zdawało mi się, że gdy cię wódz gromady spojrzeniem połechtał, to mu śmiechem odpowiadałaś.
 Orla. Zdawało ci się tak, chociaż przeciekałam wszystkim mężczyznom przez ręce, jak woda, chociaż garnęłam się do ciebie, jak rzeka do morza, chociaż zazdrościłam twoim paznokciom, że się z tobą nie rozłączają, chociaż uciekłam z gromady, gdy Ukor mnie zapragnął?... Czegóż ty jeszcze więcej chciałeś?
 Arjos. To też gdy o tem wszystkiem przekonałem się, pobiegłem za tobą, kocham cię i tak mówię, że aż wątpisz, czy cię dobrze widzę. Ale przestańmy już zawodzić żale, jak para zięb, którym gniazdo zabrano. Naszych dzieci kot nie zjadł.
 Orla. Alrun się czai...
 Arjos. Znowu Alrun... Przecież ziemia jest szersza i dłuższa, niż on, całej nie pokryje sobą i nas nie znajdzie.
 Orla. Człowiek zły zawsze więcej miejsca zabiera, niż dobry. A ten potwór dopiero się teraz wyciąga.
 Arjos. I pęknie z wściekłości, a nas nie dosięgnie. Nie mów o nim i połóż śliczną twarz twoją na moich ustach. (Całował ją długo i namiętnie). Niech teraz staną przeciw mnie bogowie, zobaczysz, czy się ich ulęknę. Oni nie całują takich, jak ty, kobiet, więc nie mogą mieć takiej, jak ja, siły.
 Orla. Powiedz mi, Arjosie, czy w drugim świecie wodzowie zachowują po śmierci tę samą władzę nad innymi, którą posiadali na ziemi, czy wszyscy ludzie są tam równi?
 Arjos. Dlaczego o to pytasz?
 Orla. Z ciekawości...
 Arjos. Rozmaicie ludzie mówią. Jedni zapewniają, że tam na zielonej łące wszyscy sobie leżą w zgodzie syci i szczęśliwi; drudzy — że już z ziemi dusze wodzów przechodzą do nieba szerokim otworem, a zwyczajnych ludzi — wązką szczeliną, ażeby się nie pomieszały i w osobnych osiadły krainach; inni znowu, że cierpiący tutaj są tam szczególnie wywyższeni. Ale mnie się zdaje, że to wszystko są bajki.
 Orla. A przecież podobno niektórzy umarli wracali z tamtego świata — to mogli dokładnie opowiedzieć...
 Arjos. I to bajka, którą z wieloma innemi wymyślili kapłani. Te łotry...
 Orla. Arjosie, jak ty ich nazywasz!
 Arjos. Te łotry okłamują ludzi najrozmaitszemi bredniami, ażeby z ich ślepej wiary ciągnąć dla siebie korzyści. Woda, która pokazuje w swojej głębi drzewa, niebo i gwiazdy, a ma na dnie tylko mchy, muł i kamienie, tak nie łże, jak oni. Widzą mnóstwo duchów i bogów, których nikt nie widzi, sprowadzają deszcz, który nie pada, robią czary, które nie skutkują i wróżby, które się nie sprawdzają. A przyłapani zawsze umieją się wykręcić. Jeżeli bogowie są, to z pewnością nie tak liczni, jak oni twierdzą, a w każdym razie nie posługują się takimi oszustami.
 Orla. Może ty prawdy się domyślasz, ale nie złorzecz bogom i kapłanom, ażeby się nie pomścili. My i tak biedni, prześladowani... Wiem, śmieszny mój mały rozum, który chce zatkać usta twojemu dużemu. Ale nie gniewaj się, bo strach stoi mi ciągle na oczach, a gdy je zamknę, włazi mi w czaszkę. Drżę bezustannie, jak woda w potoku, nie o siebie, ale o nas. Gdybyśmy oboje razem zginęli, uśmiechnęłabym się do śmierci. Ale mogą nas rozedrzeć lub jedno zmusić do życia w męczarni i rozpaczy bez drugiego. Nie kochaj mnie tak bardzo, Arjosie, wtedy trochę lżej mi będzie myśleć o tem, że mógłbyś mnie stracić.
 Arjos. Ani serca, ani ciebie nie stracę, bo zaraz sam umrę.
 Orla. A w drugim świecie? Ostatecznie nie wiesz, jak tam jest.
 Arjos. Co ciebie, moja gwiazdko, ten drugi świat tak niepokoi?
 Orla. Jeżeli w nim wodzowie zachowują swoją władzę, to mnie Ukor lub Alrun zabiorą.
 Arjos. Przecież się tam chyba nie znajdziemy bez rąk, bez nóg, bez zębów, bez sił, przecież ja nie będę miał tylko łuków z brwi, a oni z drzewa. Ha, będziemy walczyli, a ponieważ dusza duszy nie zabije, więc nie przestaniemy walczyć nigdy.
 Orla. Wolałabym, ażeby każdemu pozostawiono swobodę łączenia się, z kim zechce. Mam jednak inne przeczucie...
 Arjos. Jakie, Orlo droga?
 Orla. Może ja cię bezpotrzebnie trworzę... Ale tak mi coś tajemnego dokucza... Podniosą rękę, ażeby cię uścisnąć, zaraz czuję, jak gdyby mnie ktoś w nią uderzył. Wbiegnie mi do serca radość, zaraz coś ją z niego wypędza i wprowadza smutek. Wyssę pocałunkiem z twoich ust kroplę słodyczy, zaraz zmienia się ona mi na gorycz. Nie mogę ani chwili odpocząć, ciągle krążą koło mnie szkaradne widma, a do uszu wsuwają się złowrogie szepty. Nawet sen nie chroni mnie przed niemi i pozwala dręczyć. Och, Arjosie, czy to nie przednia straż złego, które ku nam się zbliża... Nie milcz kochany, pociesz mnie.
 Arjos. Przyznaję się, Orlo, że mnie zatrwożyłaś... Twoim przeczuciom wierzę, bo wielekroć sprawdziły się. Tak, ciebie wszystko miłuje i dlatego, kiedy ci jakieś niebezpieczeństwo grozi, wszystko leci do ciebie z tą wieścią: wiatr cię ostrzega żałosnym jękiem, owady brzęczeniem, drzewa szumem, dobre duchy niespokojnym ruchem swych skrzydeł. Ja nie przewiduję nieszczęścia, ale jeśli ty jego blizki oddech czujesz.....
 Orla. Doprawdy nie wiem, której myśli ufać... Bo czasem znowu świta mi w głowie promienna nadzieja, która mnie wypełnia jakiemś radosnem światłem. Więc może mnie tylko opanowywa lęk ściganej sarny, może mnie nawiedzają upiory, może my już będziemy szczęśliwi...
 Arjos. W sobie, około siebie, zewsząd słyszę tę dobrą wróżbę, tylko ty jedna mi ją odbierasz. To też sprobuj odegnać od siebie blade widma strachu i spojrz w tę życzliwie do nas uśmiechniętą twarz słońca. Czy ono nie obiecuje nam szczęścia?
 Orla. Ach, Arjosie, gdyby tak było!... Dlaczego Alrun, dlaczego ludzie tak koniecznie pragną się nasycić naszą niedolą?... Co my im zawiniliśmy? Czy to zbrodnia, że ja chcę należeć tylko do ciebie, a ty tylko do mnie? Czy my im zabieramy ziemię, wodę, niebo? Czy przez nas utracą najmniejszy kęs pożywienia? Niech powiedzą, gdzie nasze nogi nie mają stąpić i czego nasze ręce dotknąć, usłuchamy, zaryjemy się w ziemię, popłyniemy na morze, będziemy jedli to tylko, czem oni pogardzą, abyśmy mogli żyć bezpiecznie z sobą... Prawda, Arjosie, i ty na to się zgodzisz?
 Arjos. Na wszystko, droga, prócz na rozdział z tobą. Już pozwól słońcu wypić łzy w oczach twoich i nie płacz. Zanim Alrun nas odnajdzie, wprzódy go złość stoczy. Ta nasza kryjówka leży zdala od wszelkich gościńców i ścieżek, do tego jeziora tylko jelenie wązkimi przesmykami przychodzą się poić, ogień rozpalam jedynie w nocy, dnie spędzamy w jaskini — któż nas wyśledzi? Alrun poprzysiągł to robić i szuka, ale nawścieka się, natłucze językiem o zęby, namorduje ludzi, nawygraża bogom i da pokój.
 Orla. Podły zwierz... zawsze wstręt we mnie budził.
 Arjos. A był przekonany, że między tobą a nim stoi tylko Ukor.
 Orla. Cała ta gromada jest ohydna. Ty, Arjosie, wyrodziłeś się w niej, albo cię z innego plemienia ukradli... Wyglądałeś między nimi, jak bóg między małpami. I ja cię nie miałam kochać wyłącznie, uledz Alrunowi, temu gorylowi, który rycząc, sądzi, że piękniej śpiewa, niż słowik! Ach!
 Arjos. On jest jeszcze zarozumialszy, niż ty przypuszczasz. Opowiadał nam raz, jak łapał dzikie kaczki. Gdy je upatrzył na rzece, zanurzał się w wodę po szyję, kładł na głowę kępę trawy i tak podpływał do stada, nie płosząc go: potem wciągał od spodu za nogi każdą kaczkę pod wodę, dusił i zatykał za pas. Tak kolejno zbierał wszystkie. A wiecie — zapytał — kto tego sposobu nauczył się ode mnie? Księżyc. On także zanurza się co wieczór w wodę nieba, kładzie sobie na głowę błyszczącą czapkę, podpływa niedostrzeżony do gwiazd i wyławia je przez noc do rana. Dlatego to czasem, gdy trafi na większą głębię, widać mu tylko brzeg czapki.
 Orla. Śmieszny głupiec.
 Arjos. Tak przekonany o swej potędze i wszechmocy! Zdaje mu się, że niepotrzebnie siada do łodzi, bo mógłby morze okraczyć nogami, że ziemia drży z obawy, ażeby tupnąwszy mocno, nie przedziurawił jej na wylot, że drzewa rodzą owoce ze strachu przed jego gniewem, że wszyscy ludzie żyją tylko z jego łaski. Oszalał w zuchwałej pysze i dlatego tak nas zawzięcie ściga. Niech ściga, wprzódy sobie zębami własne ucho odgryzie, niż nas upoluje. Jeszcze grasuje w tej okolicy, za kilka dni jednak posunie się dalej. Wtedy my przemkniemy się wstecz drogą jego pochodu i gdzieś zapadniemy w puszczy.
 Orla. Ach, mój Arjosie, gdyby to już raz osiąść stale!
 Arjos. I ja tego pragnę. Jak tylko upatrzę ostęp leśny zupełnie bezpieczny, zbuduję domek, sprowadzę dzieci i będziemy sobie żyli wszyscy razem. Do żadnej gromady przyczepiać się nie chcę.
 Orla. O tak, tak.
 Arjos. A jeżeli połączymy się z jakąkolwiek, to tylko z taką, w której mężczyźni mają swoje kobiety, siedzą na jednem miejscu i nie prowadzą ciągłych wojen. Byłoby nam dobrze śród Podlotów, ale oni nie przyjęliby nas z obawy przed Alrunem. Co tam! Świat jest rozległy, nikt jego krawędzi nie widział. Da nam przytułek!
 Orla. Jakże my wtedy będziemy szczęśliwi! Dusza śmieje mi się do tej nadziei. Ty codziennie pójdziesz na polowanie lub łowy ryb, ja z dzieciuchnami pozostanę w domu i przygotuję wam jedzenie. Wreszcie małe urosną, będzie nas czworo.
 Arjos. Tylko czworo?
 Orla. Może więcej.
 Arjos ucałował zalotnie uśmiechniętą.
 Arjos. Z pewnością więcej.
 Orla. Nasz syn przybierze sobie potem ładną i dobrą dziewczynę, a córka — dzielnego chłopca. Wtedy będzie nas bardzo dużo... mała gromada...
 Arjos. No, rozwiąż Orlo taką zagadkę: co to za brat i siostra, którzy ciągle wzajemnie się rodzą i umierają?
 Orla. Nie wiem.
 Arjos. Domyśl się.
 Orla. Nie mogę.
 Arjos. Musisz. Dopóki nie zgadniesz, będę cię całował.
 Orla. Owszem, karz jak najdłużej.
 Arjos. Zobaczysz, czy nie poprosisz o litość.
 Arjos chwycił ją w swoje objęcia i całą obcałowywał z wzrastającą namiętnością.
 Orla. Ale nie tak mocno... Nie wytrzymam... Arjosie... kąsasz mnie... Usta twoje strasznie mnie łechoczą... Przestań na chwilę... mój dobry...
 Arjos. A zgadniesz?
 Orla. Sprobuję... poczekaj... Jak mówisz? Siostra rodzi brata, a brat siostrę?... Nie... to przecie jest niemożliwe...
 Arjos. Będę dalej całował.
 Orla. Ach, nie tak okrutnie... Patrz... mam już na ciele czerwone plamy... Arjosie... litości!
 Arjos. Widzisz, że się ukorzyłaś. Teraz ci wytłomaczę: siostrą, która rodzi brata, jest noc, a bratem, który rodzi siostrę — dzień. Czy nie tak?
 Orla. Prawda.
 Arjos. A wiesz, dlaczego ci dałem tę zagadkę? Dlatego, że dotąd panowała nam noc, a teraz rozpocznie nam panować jej syn, dzień, długi, ciepły, jasny, tak pogodny, jak ten dzisiejszy...
 Orla. Co to? Słyszę jakieś nawoływania...
 Arjos. I mnie się zdawało,.. Wyjrzę! (Wysunął głowę z groty i cofnął się nagle). Jezioro otoczone... Alrun!



Widok 14.
 Od wierzchu kotliny, na dnie której leżało uśmiechnięte zalotnie do słońca jezioro, wojownicy przesiąkali przez gęstwinę ukryci, jak krople zdradnej wody. W miarę wszakże opadania coraz niżej i przysuwania się ku sobie, nie korzystali z osłon gałęzi, wyprostowali zgięte ciała, podnieśli włócznie i zwarli swój łańcuch krótkimi pokrzykami. Gdy Arjos ich dojrzał, ścisnęli juz prawie brzeg jeziora nieprzerwaną obręczą, którą spajał Alrun, postępujący wolniej od innych z Itamem, Zmikiem i czeredą pachołków do usługi. Miał on na głowie osadzony pęk czerwonych piór, między któremi nad czołem sterczał czarny róg bawoli; opiętą rudą maskę z płata ludzkiej skóry, której przecięcia dla oczu i ust okrążone były ciemnemi obwódkami; całe ciało pokrywały jaskrawo malowane smugi i wizerunki. W ręku trzymał krótkie drzewce, w cieńszym końcu nabite ostrzem dzidy, w grubszym — kamieniami. Zszedł z góry, w miejscu przeciwległem kryjówce Arjosa i Orli; rozejrzał się naokoło, zatrzymał wzrok na skale, leżącej w jeziorze i wydał straszny ryk, który obleciał donośnem echem wokoło góry i lasy.
 Alrun. Tam?
 Wykrot. Tak. Siedzą w grocie, której wylot zwrócony jest do jeziora.
 Zmik. Podziękujmy naprzód bogom za to, że nas tu doprowadzili.
 Alrun. Tu nas doprowadził Wykrot, a nie bogowie, którzy albo nie znali kryjówki zbiegów, albo kpili sobie z twoich modłów.
 Zmik. Jak chcesz, Alrunie. Ostrzegam cię jednak, że bogowie okazują nieraz swą moc wtedy, kiedy o niej ktoś zupełnie wątpi.
 Alrun. Więc rób, co chcesz.
 Itam. Zaręczam, że oni byliby najbardziej zadowoleni, gdybyś im Alrunie ofiarował Zmika, którego tak kochają.
 Alrun. Ułóż Zmiku i rozpal stos, na którym poświęcimy bogom Arjosa. (Zmik ułożył wysoką stertę gałęzi i drewien, którą podpalił. Ogień, ująwszy się żeru, buchnął słupem ciemnego dymu). Ty, Wykrocie, każ naszym ludziom wydobyć z groty zbiegów. Jedni wejdą na wierzch skały, drudzy podpłyną do otworu. Oboje wziąć żywcem i przyprowadzić do mnie. Tu czekać ich będę, ażeby on, idąc na miejsce kary i widząc ten stos z daleka, dłużej drżał przed kaźnią, a ona przed mojemi ramionami, które ją po nasyceniu się uduszą. Zmiku, przygaś ogień, niech drobne dzioby płomienia nie pożrą tego zbrodniarza odrazu, lecz szczypią go, kłują, dziurawią, szarpią, zjadają powoli. Ja muszę napoić oczy jego męczarnią, uszy — jego jękiem, węch — swędem pieczonego ciała. On mi nie może zniknąć prędko, bo ja go długo szukałem. O piękna Orlo, urocza żmijo, wprzódy popatrzysz na katusze swego kochanka, zanim padniesz do nóg moich z błaganiem o litość. Ja ciebie... Co? Wypłoszone łabędzie ku mnie płyną i chcą się oddać same?
 Nagłym ruchem silnie odepchniętej tratwy Arjos i Orla odpłynęli od skały. Okalająca brzegi gromada, ujrzawszy ich, wydała dziki wrzask. Na środku jeziora Arjos zatrzymał tratwę, odrzucił wiosło, ujął Orlę w swoje objęcia i spoił się z nią długim pocałunkiem. Alrun krzyknął:
 Mierzcie w niego!
 Sypnęły się ze wszystkich stron strzały, ale żadna nie dosięgła splecionych w uścisku kochanków. Zanurzona w wodzie tratwa ginęła pod ich stopami. Stali oni na zielonej powierzchni jeziora, pod lazurowem sklepieniem nieba, w łagodnych blaskach porannego słońca, jak dwa żywe posągi miłości. Wreszcie, ciągle nierozdzieleni, z ustami na ustach, wsunęli się wolno w toń jeziora i znikli, owinięci jego miękiemi falami. Gromada zawyła, a i w tem wyciu panował nad innymi głos jej wodza. Alrun zerwał maskę z twarzy, zdarł pióra z głowy, wskoczył w wodę, jak gdyby chciał ścigać uciekających i ryczał.
 Oddaj mi ją, oddaj, jezioro! Tylko ją wypluń! Wrzucę ci za nią w gardziel sto innych ciał! Nie chcesz? Ochłostajcie je, spalcie, wypijcie do dna!... Ścinajcie lasy i zapalone ciskajcie w tę podłą wodę, niech ją ogień ugotuje na parę, którą wiatr rozdmucha!
 Zmik. Obrażeni bogowie okazali moc swoją.
 Alrun. Milcz, podły psie, który się do nich łasisz, a oni nie chcą cię nawet kopać nogami.. Wykrocie, dzielny chłopcze, ty ich wytropiłeś dwa razy, ty ich wynajdziesz jeszcze.
 Wykrot. Leżą tam... utonęli.
 Alrun. Przynieś mi, przynieś Orlę, niech przynajmniej dotknę jej martwego ciała.
 Itam. Oni wiedzieli, co robią: z pewnością w dnie jeziora jest dziura, przez którą uciekli do drugiego świata.
 Alrun. Uciekli, mówisz — i tam żyć będą? Wykrocie, spuść się na dno, znajdź tę dziurę, przemknij przez nią, dogoń ich, zabij Arjosa, pochwyć Orlę i trzymaj ją, dopóki ja do drugiego świata nie przybędę. Dalej, prędko, bo znowu się skryją! A może ci wprzódy głowę roztrzaskać?
 Zmik. Zmiku, nazwij mnie głupim, pluń na mnie — bo ja zgubiłem Wykrota.
 Wykrot rzucił się w jezioro i utonął. Alrun czekał chwilę zamyślony, wreszcie nałożył maskę i pióra, ujął grot i zwrócił się do gromady.
 Alrun. Krwi, dużo krwi, tyle, ile w tem jeziorze wody! Za mną!
 Gromada zebrała się w szeregi i wraz ze swym wodzem wbiła się w zarośla. Nad nią szybował przodem niewidzialny duch — Topan.



Widok 15.
 Wygładzone ciszą z najdrobniejszych fal jezioro leżało jak lśniąca płyta grobu. Otaczające ją tłumnym orszakiem drzewa i krzewy oblekły się kirami nocy, niebo zapaliło swe światła, niby żałobne pochodnie. Powoli wszedł między nie księżyc i na miejsce wiecznego spoczynku Arjosa i Orli rzucił garść srebrnych blasków. Nagle śród tej jasności stanęły cztery białe, skrzydlate duchy, Rod, Elion, Tor i Kres. Pod ich dotknięciem otworzyło się łono jeziora i wyszły z niego dwa cienie, Arjosa i Orli, które duchy ujęły i w przestrzeń z nimi odleciały.



koniec części pierwszej.


Część druga.


MORONOWIE.



MORONOWIE.




Widok 1.
 Tu, jak gdyby skóra ziemi zielonym włosem bujnie porosła, a dalej, jak gdyby całkiem wyleniała, pokryta jedynie rzadkiemi kępami zźółkłej sierści. Tu rozległy płat pastwisk, tam szara mąka skał zwietrzałych. Śród bezbrzeża piasku, niby kwiat życia na łonie śmierci, rozpostarł się po obu krawędziach szerokiej rzeki step gęsto trawą wełnisty. Na zachodniej jego stronie ułożył się łańcuch gór, jak gromada garbatych wielbłądów po długim i mozolnym pochodzie w pustyni. Nad nimi unosił się niby para ciał strudzonych przejrzysty i lotny obłok. Gdy wieczorem mgła na ich grzbietach spoczęła i chmurami jak jukami je obwiesiła, zdawało się, że powstaną i pójdą w drogę. A gdy wiatr znowu te kłęby z nich zdarł i błękit nieba nad niemi rozpiął, leżały senne i nieruchome.
 U podnóża tych gór usiadły namioty ludu pasterskiego Wirów, który po długiej tułaczce tu zapadł i w stepie trzody swe pasał. Wszyscy starsi jego synowie zebrali się na jednem z dwu ostro wypukłych pagórków obszernej wyniosłości, która wschodnim bokiem tworzyła ścianę rzeki, a zachodnim — próg wysokiej góry, otwierającej swe wnętrze długim, skalistym wąwozem do groty, gdzie stał ołtarz i dokąd dla wysłuchania modłów arcykapłana przybywał bóg Wirów. Lud szczelnie objął niższe kręgi pagórka, na którego pustym wierchołku leżało pięć wielkich głazów.
 Głosy. Kapłani już skończyli swe modły i wracają; pozostał tylko sam na sam z bogiem w świątyni Moron.
 — Straszna to rozmowa!
 — Powiadają, że bóg schodzi do niego owinięty płomieniem, w oczach ma dwa słońca, a usta jego huczą grzmotami.
 — Widziałeś?
 — Napisano w zakonie.
 — Wcale nie napisano, bo w dwunastu glinianych tablicach, które arcykapłan każdej pełni księżyca odczytuje ludowi, tego nie ma. Umiem je na pamięć.
 — Ale w innych jest.
 — Kto tam wie, czy są inne!...
 — Nie bluźnij starszym, bo ci język osinieje.
 — On i wam osinieje niedługo z głodu...
 — O tak, skwar pastwiska wysmalił, zaraza owce dusi, węże krowom z wymion mleko wysysają, wszystkie ptaki na tamtą stronę rzeki przeleciały...
 — Mirom dobrze: sieją ziarna, zbierają plony, wypiekają chleb...
 — To też muszą się znami podzielić swą błogosławioną ziemią.
 — A jeżeli nie zechcą?
 Zebor. I krowa nie chce, ażeby ją doić, ani koza, ażeby z niej skórę zdzierać.
 Głosy. — Patrzcie, Mirowie wsiadają do czółen. Ładna trzódka, chyba ze dwudziestu.
 — Czy też zawrą z nami przymierze.
 Lud się rozstąpił dla przepuszczenia czterech kapłanów, którzy nadeszli od świątyni, wstąpili na pagórek i milcząc, usiedli na czterech bocznych kamieniach; najwyższy, środkowy pozostał niezajęty.
 — Już odbijają od brzegu. Na czele wódz i kapłani.
 — Kto to wybiegł naprzeciw i przygląda im się?
 — Arjos.
 — Czego on tak ciągle u nich szuka? Prawie nie ma dnia, ażeby nie przemknął łodzią na drugą stronę rzeki.
 — Może go Moron za żywnością posyła.
 Zebor. To chyba on ją sam zjada, bo nigdy nic nie przynosi. Ja wam odkryję sekret: on zawiera tam przymierze — z ładną dziewczyną. I ręczę, że zrobi to ze wszystkiemi młodemi kobietami. Za kilka lat będziemy mieli śród Mirów małą własną kolonię.



Widok 2.
 Gromadka Mirów, złożona z samych starców, między którymi, jak świt śród mroków, odbijał się swą młodością piękny wódz Tylon, weszła na drugi, przyległy do brzegu pagórek, oddzielony od zajętego przez Wirów wązkiem przegięciem wyniosłości.
 Mirowie. Pozdrowienie Wirom!
 Wirowie. Pozdrowienie Mirom!
 Właśnie cisza pochłonęła ostatnie echa tych okrzyków, kiedy ze świątyni wyszedł i wolnym krokiem zbliżył się ku pagórkowi swego ludu Moron. Kroczył on wolno, oblany skośnem światłem omdlałego słońca, które już dobiegało do widnokręgu. Długie, białe włosy głowy i brody, spadające w bujnych i gęstych pasmach, ukazywały zaledwie część surowego oblicza patryarchy, na którego wyniosłej postaci obwisła luźnie czerwona szata, przepasana w biodrach złocistym sznurem. Posuwał się jak niewidomy. Dwu młodzieńców w krótkich, białych narzutkach ujęło go pod ręce i wprowadziło na pagórek, gdzie stanął na środkowym kamieniu, z twarzą ku Mirom zwróconą.
 Moron. Bóg mój błogosławi wszystkich cnotliwych. Od chwili, gdy zniknął z przede mnie w swej szacie z błyskawic, zamknąłem oczy i otwieram je tu dopiero, ażeby jasność jego, którą pod powiekami zatrzymałem, rzucić na wasze głowy, zacni Mirowie. Błagałem go tak gorąco, jak tylko niewolnik pana, syn — ojca, stworzenie — stworzyciela błagać może, ażeby z serca mego wylał gniew, niesprawiedliwość i nienawiść, a napełnił je umiarkowaniem, prawem i miłością; ażeby iskrze swej mądrości pozwolił żarzyć się w moim rozumie, gdy z wami rozmawiać będę. Czy chcecie wiedzieć, co mi objawił i rozkazał?
 Mirowie. Mów.
 Moron. Pan rzekł mi: Moronie, bądź widomemi wargami mojemi. Jestem Jam, bóg i stworzyciel duchów, ludzi, zwierząt i wszelkiego istnienia. Co było, jest i będzie, to było, jest i będzie tylko z woli mojej.
 Tylon. I Rod jest bogiem, i Tor, i Elion i inni.
 Moron. Nie skończyłem. Pan nasz rzekł mi dalej: Ty bądź naczyniem, które wolą moją napełnię, a lud twój niech będzie arką, w którą to naczynie wstawię. Oko nie widzi, ucho nie słyszy niczego, tylko to, co pochodzi ze mnie, a żadne oko nie widzi i żadne ucho nie słyszy mnie. Jestem wszędzie i nigdzie. Kto wymówi inne imię boga, niż Jam, przeklęty jest przez całe stworzenie, które znieważa. Gdy wszystko ucichnie, te bluźnierstwa jeszcze brzmieć będą głosem win nieprzebaczonych. Niebiescy słudzy moi zbuntowali się przeciwko mnie i przed ślepymi udają bogów. Mgnienie mojego gniewu zniszczyłoby tych kusicieli i ich wyznawców. Ale ja chcę, ażeby samo stworzenie odwróciło twarz od ciemności ku światłu, od kłamstwa ku prawdzie. Wszystkie siły we mnie są równe, żadna mniejsza od innych, a więc i dobroć nie mniejsza od władzy. Lecz gdy upłynie czas, na którym zawiesiłem moją cierpliwość, wtedy nadejdzie dzień sądu i pomsty dla wszystkich, którzy nie uznali swego stwórcy. Takie słowa wyrył Pan swym ognistym językiem w duszy mojej.
 Tylon. Jeżeli twój bóg tak grozi naszym bogom, to niech oni przygotują się z nim do walki. My przybyliśmy tu, wezwani przez was, po to tylko, ażeby wysłuchać, jakie chcecie zawrzeć z nami przymierze.
 Moron. Musimy naprzód wam powiedzieć, czego nasz bóg wymaga. A więc żąda on, ażebyście porzucili swoich i oddali cześć jemu, jako jedynemu władcy świata.
 Tylon. Czy to już wszystko?
 Moron. My zaś, zgodnie z wolą jego, żądamy, ażebyście z nami zjednoczyli się zupełnie, ażebyście pozwolili naszym trzodom paść się obok waszych, ażebyście nas dopuścili do waszych pól i wód, ażebyście otworzyli nam bramy waszych siedzib i drzwi waszych domów, ażebyście z nami jedli wasz i nasz chleb. Wtedy nasz bóg spuści na was deszcz łask swoich.
 Tylon. Krótko mówiąc, Jam żąda, ażebyśmy wyrzekli się naszych bogów dla niego, Wirowie zaś, ażebyśmy wyrzekli się naszej ziemi i dobytku dla nich. I cóż nas zmusza do tej ofiary?
 Moron. Tak przeze mnie rozkazał bóg, który nad nami i wami panuje.
 Tylon. Nad nami panują inni bogowie.
 Moron. Nie ma innych, prócz Jama! Przynieście tu tablicę objawienia... (Jeden z kapłanów oddalił się do świątyni). Bóg jedyny długo spoglądał pobłażliwie na odszczepieństwo dzieci, które zapomniały o swoim ojcu, ale teraz podniósł karzącą rękę i wzywa ich do posłuszeństwa. On nie prosi, lecz rozkazuje. On nie ulega opornym, lecz ich wydziedzicza z ziemi, wody, powietrza za życia i z nieba po śmierci. (Kapłan przyniósł glinianą tablicę, z której Moron czytał). Słuchajcie świętych słów objawienia: »Na początku był tylko Jam, rozmyślający od wieków nad swojem bezmiernem wnętrzem. Jednego dnia rzekł: wywiodę z siebie to, co we mnie jest. I zapełnił przestrzeń świata każdą rzeczą martwą i każdą rzeczą żywą. Ale nie było między niemi takiej istoty, któraby rozumiała i sławiła wielkość stwórcy. Wtedy Pan rzucił na ziemię cień swojej mądrości — i powstał pierwszy mężczyzna, Arjos; następnie Pan rzucił przed niego cień swojej piękności — i powstała pierwsza kobieta, Orla. I zrodziła ta para dwu synów i dwie córki. Jeden z nich Wir, którego Pan szczególnie umiłował, rozpłodził swoje nasienie w ludzie Wirów; drugi, Mir, mniej Panu przyjemny, rozpłodził swoje nasienie w różnych ludach, opętanych przez złe duchy. Wiernymi prawdziwemu bogu pozostali tylko Wirowie.« Oto są słowa zakonu.
 Tylon. I naszym pierwszym ojcem był Arjos, a pierwszą matką Orla, ale nasza księga święta inaczej uczy.
 Moron. To wypal jej bluźniercze głoski ogniem, ażeby po nich najmniejszy ślad nie pozostał, lub wystaw ją na urągowisko i ciśnij w głębię morza, ażeby jego potwory nią się potruły. Bogiem jest tylko Jam, który przeze mnie mówi.
 Tylon. Starcze zuchwały, chcesz sobie w usta włożyć całe niebo i jego mocą przemawiać? Wezwałeś nas tu dla związania braterstwa, a znieważasz naszych bogów i każesz nam dobrowolnie zostać waszymi niewolnikami! Mój miecz, jak moje serce, drży w pochwie zgrozą, słuchając twoich złorzeczeń. Pragniesz nam wydrzeć naszą wiarę i mienie, być napastnikiem i grabieżcą — powiedz otwarcie, a nie skradaj się do naszych domów, jak lis skórą boską obleczony.
 Moron. Boże, ty widzisz z niebios, że spełniłem wolę twoją i że ona została sponiewieraną. Jeślim godzien łaski twojej, powiesz mi, co czynić powinienem. Wracajcie Mirowie do swojej ziemi pod osłoną naszej gościnności, a my na tem wzgórzu, które miało być kopcem przymierza, wzniesiemy ołtarz i ofiarujemy Panu białe koźlę dla zmazania grzechów tu popełnionych.
 Tylon. Wracajmy co prędzej i zabezpieczmy nasze pola przed tą wędrowną szarańczą, która się chce na nie zwalić! Przekleństwo Wirom!
 Głosy Wirów. Przekleństwo Mirom!
 Zebor. Wymordować!
 Mirowie, jak stado gnanych łabędzi, zbiegli ze wzgórza ku rzece.
 Moron. Uciekajcie na stopach, może wrócicie na kolanach! Rodowcy moi, słyszeliście, co odpowiedzieli Moronowie. Tą wstęgą rzeki przecięli nam świat Przed nimi bezbrzeżne niwy i błonia, przed nami granica, której zabraniają przekroczyć. Oni chcą się ze swemi trzodami rozpostrzeć szeroko po ziemi bogatej, my musimy zamknąć się w tym skrawku stepu między pustynią i ich zaporą. Do nich uśmiechać się będzie powabnem obliczem dostatek, nas — pożerać głód.
 Głosy. Prowadź nas przeciw nim, ojcze, wodzu, powierniku boży, my dzieci twoje!
 Zebor. Wir spoczywa na łonie boga, Moron nam przywodzi, myśmy synami Morona.
 Głosy. — Nie Wirowie, lecz Moronowie.
 — Tak, Moronowie!
 — Dziś nas bóg nazwał twojem imieniem.
 — Moronowie, Moronowie! Niech żyje nasz patryarcha!
 Zebor. Wodzu, wskaż, dokąd iść mamy!
 Moron. Tylko tam, dokąd bóg wskaże. My niczego nie powinniśmy pragnąć, tylko tego, ażeby on nam wolę swoją wyraźnie objawił i ażebyśmy ją dokładnie spełnili. Nazwaliście mnie wodzem, ojcem ludu, powiernikiem bożym, a ja jestem niczem, dopóki Pan nie napełni mnie swoją mocą. Jeżeli on dziś nie raczy w tę szczyptę nędznego prochu, którą nazywacie wielkim Moronem, tchnąć swej myśli, nie powiem wam jutro, czy możecie spojrzeć na wschodzące słońce. Padajcie przede mną na kolana, ile razy bóg we mnie wstąpi; ale nie uważajcie godniejszym czci od spróchniałego dębu, skoro mnie opuści. Panie, panie, lud twój pyta, co mu czynić każesz. (Chwilę stał wpatrzony w niebo). Chwała, chwała! Widzę cię wielki, wszechmocny władco świata! Przesłoniłeś oblicze chmurą, ażebym patrząc w nie słabym wzrokiem, nie umarł z przerażenia. O Panie, Panie, biegnie do ciebie korna i strwożona dusza moja po rozkazy i z błaganiem o miłosierdzie nad ludem twoim, któremu grzechy nie pozwalają widzieć ciebie. Jeżeli złym jestem dla niego przewodnikiem, zatrzymaj, Panie, duszę moją w niebie... Och!...
 Moron, zachwiawszy się, upadł. Obecni nie mieli odwagi i siły pospieszyć mu z pomocą. Nawet nikt nie ośmielił się wydobyć z siebie szeptu. Noc obciągała coraz bardziej tę niemą i nieruchomą grupę, której twarze były bledsze od światła gwiazd. Wreszcie Moron, odetchnąwszy głęboko, dźwignął się.
 Moron. Żyć każesz — żyć będę. Za wszystko dzięki ci, Panie... Błogosławię was imieniem boga ojca naszego, który jest w niebiesiech. Rozejdźcie się do namiotów waszych i zanieście do niego gorące modły. Tylko ty, Arjosie, zostaniesz tu ze mną. Tak Pan rozkazał.



Widok 3.
 Rzesza cicho zsunęła się ze wzgórza, które księżyc natychmiast srebrnym osypał pyłem. Arjos zatopiony dotąd w tłumie, zbliżył się do Morona. Noc odskoczyła od pięknego młodzieńca zawstydzona i pozwoliła gwiazdom obrzucić go blaskami ciekawych źrenic. Odchyliła się nawet od jego czarnych włosów i modrej bluzy, która ledwie za kolana okrywała jego smukłe ciało. Oczy okrążała mu powaga, czy smutek.
 Moron. Bóg cię wybrał na wodza ludu naszego w wojnie z Mirami.
 Arjos. Chyba nie zajrzał w moje serce.
 Moron. On widzi wszystko.
 Arjos. W takim razie mnie nie wybrał.
 Moron. Szatan wszedł w ciebie — wypędź go.
 Arjos. Nie nawiedzał mnie nigdy, nie czułem go ani w sobie, ani koło siebie. Kiedy w dniu pokuty spowiadacie się przed bogiem ze swych grzechów, ja mu nic nie wyznaję, bo nic nie mam.
 Moron. Pamiętaj, że białe skrzydła aniołów zczerniały od pychy, tem bardziej czernieje od niej dusza ludzka. Pokora jest karmicielką wszystkich cnót. Tak rzekł Pan.
 Arjos. Moronie, nie obmawiaj boga, który okrutnym być nie może. Czyż podobna, ażeby on, wszechmocny, nie stworzył ani jednego dobrego człowieka? Czy podobna, ażebym go tem obrażał, że podziwiam słońce we wszystkich odmianach jego majestatu, że upajam się widokiem kwiatu we wszystkich postaciach jego uroku, że odurzam się pięknościami dnia i czarami nocy, że rozglądając się ciągle po tym wspaniałym domu, jaki bóg sobie w naturze zbudował, odkrywam coraz nowe cuda i że te wszystkie moje uczucia wylewam w pieśniach? Czy to jest grzech?
 Moron. To nie...
 Arjos. Kiedy ja nic innego nie robię, a nawet w tej chwili, gdy z tobą rozmawiam, słyszę, jak trawy lekkim szeptem proszą ducha, przelatującego nad ziemią, ażeby im spieczone usta zwilżył rosą.
 Moron. Właśnie z tych snów bóg postanowił cię obudzić i dlatego rozkazał ci wziąć do ręki oręż i poprowadzić lud przeciwko wrogowi.
 Arjos. Ja ani palić, ani grabić, ani mordować nie umiem.
 Moron. Gdy jednakże wczoraj lew pędził przed sobą w śmiertelnej trwodze nasze stada i ich pasterzy, gdy nikt nie miał odwagi go odpędzić, ty jeden porwałeś oszczep i wyszedłeś ku niemu.
 Arjos. To był lew, a tam są Mirowie, którzy naszych ludzi i zwierząt nie napadają.
 Moron. A czy nasz głód nie jest ich kłem i pazurem? Czy nie oni zagrodzili nam urodzajną ziemię, której bóg im nie podarował? Arjosie, spojrz przed siebie, ogarnij wzrokiem te ich chlebne pola i bujne łąki, tę ziemię, którą zdaje się krajać i jeść można. Im gaje użyczają orzeźwiającego cienia, a my mamy tyle zaledwie drzewa, ile potrzeba dla ułożenia stosu ofiarnego. Już przez dziesięć obrotów słońca nie włożyliśmy do ust gotowanej strawy, a oni palą ciągle ogniska dla odpędzenia komarów. Ich trzody podścielają sobie na spoczynek mięką trawę, nasze wyciągają z rozpalonego piasku zwiędłe korzonki perzu. I ty im nie zazdrościsz, ciebie nie ogarnia gniew, szał, męstwo?...
 Arjos. Nie.
 Moron. W twoim ojcu, dopóki żył, poznawałem nasienie moje, w tobie nie mogę poznać nasienia jego. Kto stanął między nim a twoją matką, gdy cię poczęła?
 Arjos. Nie wiem.
 Moron. Zatęchła w twoich żyłach krew naszego rodu, podczas gdy ja myślałem, że jest świeża. Straszny zawód! I to ty jesteś Arjos, któremu daliśmy imię pierwszego rodzica, z nadzieją, że on się w tobie odrodzi?
 Arjos. Mirowie powiadają, że Arjos był dobroczyńcą ludzi.
 Moron. Niech im języki żar słońca spali na zeschłe liście, niech przed nimi każde źródło wody w ziemię ucieknie, niech nie znają innego światła prócz piorunowych błyskawic, niech im zaraza zmiesza się z wonią najponętniejszych kwiatów!...
 Arjos. Czy i tę klątwę, arcykapłanie, bóg przez ciebie wyrzucił?
 Moron. Tak, bóg znienawidził to plemię, które go się wyparło. Ty myślisz, że on słowami głaszcze i pieści? On jest panem, więc zna tylko sługi, on jest wszechwładcą, więc ma tylko poddanych, on umie być także strasznym i okrutnym. Ty myślisz, że on objawia się cały przez tęczowe światła i przez strojne dźwięki? On przywdziewa także ciemność na oblicze i przemawia rykiem, gdy nim gniew zatrzęsie. Jam stworzył świat wielki i piękny, ażeby go w nim ludzie łatwo rozpoznawali; tymczasem oni tak zapatrzyli się w dzieło, że nie widzą jego stwórcy. Ty takim jesteś, Arjosie, poganinie, bałwochwalco, czcicielu chmur gwiazd, zórz, słońca, wszystkiego, tylko nie boga. Jeżeli chcesz go poznać, zrozumieć, jakim jest, chodź ze mną do tej świątyni, gdzie on widomy i niewidomy przebywa, gdzie spoczywa w kamieniu wyryta, czysta, prawdziwa jego wola. (Chwycił Arjosa za rękę i pociągnął go do świątyni, wykutej w skale. Szybko odchylił przy wejściu ciężką zasłonę ze skóry, po za którą u stropu zawieszona mała kamienna lampka, napełniona wołowym tłuszczem, słabo rozpraszała mroki obszernego wnętrza i zaledwie pozwalała dojrzeć ogromną skrzynię, stanowiącą ołtarz, na którym stał drewniany, przerażający potwornością i obryzgany krwią posąg boga). Oprócz mnie, jesteś pierwszym człowiekiem, którego stopy i oczy dotknęły tego miejsca. W tym ołtarzu leżą cegły gliniane, w których bóg palcem wypisał swoje przykazania. Wysłuchaj prawdy. Gdy lud nasz, idąc tu, błąkał się w pustyni, stracił drogę, nadzieję, rozum, wiarę i już zaczął rzucać ku niemu rozpaczliwe pomruki, nagle ujrzał w oddali na widnokręgu ognisty słup, u dołu szeroki a u góry spiczasty. Pospieszył ku niemu, ale w miarę jego zbliżania się światłość gasła, wreszcie znikła zupełnie. I oto stanął przed słupem, ułożonym z cegieł glinianych, pokrytych pismem, z których górne obrócone były na zewnątrz stroną zapisaną, a dolne — pustą. Domyślił się, że bóg chciał, ażeby jego wola, wyryta w pierwszych, była znana całemu ludowi, w drugich — tylko kapłanom. Zabrali wędrowcy ze czcią wszystkie i przynieśli tutaj. Te, które odczytujemy ludowi, stoją po za posągiem boga; te, które ja odczytuję z po za zasłony kapłanom, leżą w ołtarzu. (Moron otworzył wieko skrzyni, ukląkł i modlił się): Panie, pozwól temu synowi syna mojego wejrzeć w tajemne przykazania twoje, ażeby one odcisnęły się w jego sercu i nauczyły go przewodniczyć ludowi, gdy zdmuchniesz nikły płomyk starego życia mojego. (Powstał i wyjął pierwszą cegłę). Arjosie, to mówi bóg:
 »Jam jest przez siebie, a wszystko przez niego.
 Upodobał sobie ród Wirów, jako swoje ramię i jako swój oręż.
 Ramieniowi swojemu dał siłę, orężowi swojemu dał ostrze.
 Jak on ogarnął niebo, tak lud jego ogarnie ziemię.
 Cokolwiek nie oddycha chwałą Jama i nie oddaje się synom Wira, zniszczone być ma aż do korzenia.
 Ktokolwiek rzeknie: Jam nie jest, albo: Jam nie jest moim bogiem, albo: ród Wira nie jest ludem Pana, albo: lud Wira nie jest panem ziemi — zgładzony być ma aż do niemowlęcia.
 Ucałował z czcią cegłę, złożył ją i wyjął drugą.
 Wyrosło drzewo grubego pnia i rozłożystej korony.
 Jedne jego gałęzie biegły zdrowe ku niebu i rodziły owoce słodkie, inne jego gałęzie obwisły ku ziemi i rodziły owoce kwaśne lub gorzkie. Trzeba odciąć drugie, ażeby nie zabierały soków piewszym.
 Ród Wirów jest gałęzią zdrową.
 Jam błogosławi go na wieki wieków.
 Z rodu tego wyjdą kapłani i prorocy, którzy będą na krzewie ludzkim jagodami, napełnionemi sokiem Jama.
 Przez ich źrenice wpadać będą promienie jego światła, a ich dusze będą gwiazdami.
 Oni zrozumią zarówno huk piorunu, jak i pisk świerszcza, bo przez wszystkie stworzenia mówi Jam.
 Znowu ucałował i ułożył cegłę, a wyjął trzecią.
 Nie bądźcie jako płatki róży czuli, ale jako cierń twardzi.
 Cierń rozkwita, gdy kropla krwi na nim zawiśnie.
 Kwitnijcie, jako on, w walce za boga swego i ród swój.
 Krew wrogów w tej walce rozlana pachnąć będzie Panu wonniej, niż róże«.
 Olśniony nie widzę słów świętych, ty czytaj dalej.
 Arjos wziął do ręki tablicę i czytał.
 Arjos. Serce moje było ponurym przybytkiem milczącej pustki; gdy ona do niego weszła, stało się jasną i brzmiącą hymnami świątynią żywego bóstwa. Każdy dzień rozpoczynam i kończę myślą o niej, jak wierni modlitwą do boga. Jak prorokom bogowie, tak mnie ona schodzi do duszy i składa w niej najlepsze myśli i uczucia.
 Moron. Co ty czytasz?
 Arjos. Błąkając się w pustyni, spostrzegłem pewnego dnia, że serce mi goreje jakąś światłością. Gdy wpatrzyłem się, ujrzałem na niem wyryte słowa, które teraz z niego czytam.
 Moron. Dokończ.
 Arjos. Za nic goręcej nie powinienem dziękować stwórcy, niż za to, że ona istnieje.
 Jak wszystko, co mądre, przypomina boga, tak wszystko, co piękne, przypomina ją.
 Bóg uczynił mi ją w dniu słońcem, w nocy — gwiazdą, w burzy — przybitą na niebie błyskawicą. Odtąd nie błądzę.
 Na innych kobietach pozostawił słabe ślady swych przelotnych dotknięć, na niej — znamię czułego pocałunku.
 Powracającym z ziemi do nieba ludziom odbiera postacie w życiu oszpecone i daje im świeże. Tylko jej postaci nie zmieni, bo ona przyniesie mu piękniejszą, niż otrzymała.
 Moron. O kim ty mówisz? Kto ona?
 Arjos. Idź tam za rzekę, do Mirów, i mów: Kwiaty widząc ją, przystrajają się nowemi barwami według jej uroków. Słowiki siadają na drzewach przy jej domu i kołysząc ją do snu coraz dźwięczniejszą pieśnią, zbogacają swój śpiew nowemi melodyami. Gwiazdy usiłują oderwać się od nieba i przypiąć się do jej szat jako klejnoty. Trawy, na których spoczęła przez chwilę mdleją z upojenia. Potok, który odbije jej postać, staje i pragnie zatrzymać w swem źwierciadle jej obraz, a gdy go straci, płynie dalej strugą łez i dotąd pod nachylonemi ku niemu i pocieszającemi go wierzbami żałośnie płacze, dopóki jej znowu nie zobaczy. Mów, tak, Moronie, a kwiaty, słowiki, gwiazdy, trawy, potoki powiedzą ci, kto ona.
 Moron. Niech będzie przeklęta, kimkolwiek jest, niech ją wszystkie nieszczęścia wydzierają sobie za to, że wyrzuciła z duszy twojej boga i weszła do niej sama, że odcięła cię od twego rodu i przywiązała do siebie.
 Arjos. Ona nie prosiła, ażebym ją czcił i kochał, jak nie prosi bóg.
 Moron. Precz, precz stąd, bluźnierco! Niech ziemia zadrży ze wstrętu, ile razy na nią stąpisz, niech powietrze ucieka z przed twoich ust, ile razy takiem słowem je dotkniesz... Precz!



Widok 4.
 Arjos wyszedł ze świątyni, przesunął się wolnym krokiem na wzgórze nadbrzeżne i puścił wzrok po za rzekę do osady Mirów, którą sen okrywał ciszą i nad którą księżyc stanął zapatrzony, jak gdyby w niej coś zdumiewającego dojrzał. Step Moronów wyglądał jak spalony język puszczy, która w nieugaszonem nocną rosą pragnieniu ziajała gorącym i niezdrowym oddechem.
 Arjos. Arcykapłan ją i mnie przeklął, jak dwie zbrodnie ziemi i mówić nie pozwolił. Ty, Boże, wysłuchaj mnie i odpowiedz, czy grzeszne są jego usta, czy moje serce.
 Ty ją znasz, boś stworzył; Ty wiesz, żeś ją stworzył nietylko piękną, ale pięknie piękną, że w niej widzę tyle pięknych kobiet, ile razy ją ujrzę, że jest ciągle inna i ciągle piękna.
 Ty wiesz, żeś jej dał uczucia tak czyste, jak wiatr podobłoczny, który nigdy ziemi nie dotknął i kurzem się nie zmącił.
 Ty wiesz także, żeś jej nie dał sumienia, bo ona go nie potrzebuje w swem niepokalaniu.
 A jeżeli to prawda, jeżeli ona jest oblubienicą myśli i mocy twojej, czyż grzeszę, kochając ją?
 Miłość moja dla niej jest jak przestrzeń, w której wszystko się mieści i po za którą nic nie istnieje, jako lawa, która wszystko w sobie roztapia.
 Jak woń kwiatów, która ciągle z nich uchodzi i ciągle w nich postaje, tak jej czar, chociaż bezustannie mnie odurza, nigdy się nie zmniejsza.
 Nawet jej cień, kiedy go całuję, pachnie.
 Oko moje jest tak czułe na dotknięcie jej widoku, jak serce moje na jej radość lub smutek.
 Gdy ona się zachmurzy, zaraz w duszy mojej huczy grzmot.
 Jeżeli zapłacze radością, a ja piję jej łzy, czuję w nich smak szczęścia.
 Gdyby kiedykolwiek zapłakała skargą na mnie, a ja bym wypił te łzy, otrułbym się niemi.
 Gdy jej nie widzę, czas i przestrzeń drobią mi się na mniejsze cząsteczki, niż najszybsza myśl uchwycić może.
 Gdyby myśli moje o niej były cieńsze od nici pajęczych i gdyby nas przedzielał świat cały, codzień bym go zasnuł niemi.
 Oto przede mną całe stworzenie Twoje, Boże, a ja nic nie widzę, tylko ją.
 Koło mnie przepływają jakieś szumy, a ja nic nie słyszę, tylko jej głos.
 Jeżeli można ją jedynie wyżebrać, będę żebrał.
 Boże dobry, Boże litościwy, daj mi ją, a nigdy żadna moja prośba nie trąci ucha Twojego. (Z twarzą ku niebu podniesioną czekał długo i daremnie na jakiś skutek swych wyznań i błagań). Czy gwiazdy są głoskami boga, któremi on na niebie pisze swe wyroki i czy z nich nie ułożył dla mnie odpowiedzi? Nie, nie przesunęły się, stoją w tych samych punktach, co zwykle. A może one w tem stałem położeniu wyrażają jakąś myśl boską, odpowiadającą na wszystkie pytania ludzkie, tylko że jej dotąd nikt odczytać nie zdołał? Może... (Opuścił głowę w zadumie i pogrążył w niej duszę bezdennie. Ziemia oddychała tak cicho szelestem liści i traw, jak gdyby chciała w mięki i łagodny spokój owinąć jego czułe serce. W obozowisku Wirów, od dziś Moronami zwanych, nie połyskiwało ani jedno światełko, tylko ich białe płótna namiotów odbijały się jak stado mew na ciemnych falach nocy. Nareszcie od strony świątyni ukazała się wysoka postać, która stanęła przez chwilę zwrócona ku Arjosowi i znikła w gęstwinie mroków. Widocznie powiał od niej ku niemu przenikliwy chłód, bo Arjos otrzeźwił się z rozmarzenia i powiódł wzrokiem wokoło.) Naturo, chyba żaden dźwięk nie sprawia ci rozkoszniejszego drżenia nad to, które śpiewa dusza moja: Orla! Ha, z jakąż radością powtórzyły to imię niezliczone odgłosy! Już i jutrzenka, zbudzona tem hasłem, wybiegła wcześniej na niebo z zarumienioną od wesela twarzą. Niebawem i słońce wejdzie z promiennym uśmiechem.



Widok 5.
 Dom rady plemienia Mirów, zbudowany z kamienia i wzniesiony w środku osady na wzgórzu, był całkiem odkryty dla nieba, ażeby bogowie mogli bez przeszkody widzieć i słyszeć toczące się w nim rozprawy. Miał on tyle wejść, ile plemię liczyło rodzin, łącznie żyjących pod władzą i opieką najstarszych ojców, którzy stanowili radę królowej ludu, najstarszej w nim matki. Przez drzwi te weszli wczesnym rankiem uczestnicy wiecu, przybrani w długie, zielone płachty na nagich ciałach, do których należał również Tylon, i usiedli na prostych, drewnianych ławkach. Za nimi wkrótce przez osobne, najszersze podwoje, przyszła sędziwa matka i królowa Mirów, Mirolana, w otoczeniu kapłanów. W żółtej, powłoczystej szacie z twarzą stuletniem życiem zsuszoną, z oczami ociemniałemi szła niepewna i drżąca, podtrzymywana przez kapłanów. Czoło jej otaczał wieniec z ziół różnorodnych, w ręku trzymała berło, wyrzeźbione z drzewa w kształcie pęczka kłosów zbożowych. Usiadłszy na tronie, złożonym z dwu karków i głów wolich, przemówiła słabym głosem.
 Mirolana. Matka Mirów jest z wami.
 Najstarszy z kapłanów, Gotar, wzniósł oczy i ręce do niebios,
 Gotar. Bogowie, czuwajcie nad nami!
 Tylon. Niewiele słów wam przynoszę z mojego poselstwa, ojcowie, ale za to wiele niecnoty. Wirowie, którzy teraz przezwali się Moronami, nie żądają od nas przymierza, ale poddaństwa Chcą oni, ażebyśmy odstąpili naszych bogów dla ich Jama, a na nasze łąki i pola wpuścili ich trzody.
 Głosy. Żle ich zrozumiałeś, Tylonie.
 Tylon. Nie sam byłem.
 Kapłani. Tak rzekł Moron.
 Głosy. — Tak mówią tylko drapieżce pustyni.
 — Czy myślą, że jesteśmy stadem kóz, otoczonych przez lamparty?
 — I oni to nazywają przymierzem?
 — Zwołajmy młodzież i uzbrójmy ją!
 — Nie mamy broni!
 — W rozpaczy wszystko jest bronią!
 — Czyż nasi bogowie obojętnie przypatrywać się będą najazdowi?
 Gotar. Dajcie mi głos. Wybuchy gniewu mogą nam sprawić chwilową ulgę, ale nie rozgromią wrogów. Oświećmy sprawę spokojnym rozumem. Kiedy w Moronach widziano jasny obłok, ja zawsze upatrywałem w nich ciemną chmurę. Ta horda koczowników, żyjąca tylko z tego, co ziemia daje człowiekowi bez pracy, musiała znaleźć się w szponach niedostatku i rzucić na nas zawistne spojrzenie. Żądane przez nich przymierze jest tylko pozorem do napaści, a muszą oni czuć w sobie siłę, a w nas słabość, kiedy na to się ważą. Już od pół roku przepatrują naszą osadę, do czego my im życzliwie pomagamy.
 Głosy. Kto?
 Gotar. Przedewszystkiem ty, nieroztropny Tylonie, który najgłośniej zapytałeś: kto?
 Tylon. Ja? Ja, którego mianowaliście wodzem, ja jestem zdrajcą? Gotarze, wiek ci dał powagę, lud — godność, ale ja ci nie dam prawa krzywdzenia mnie hańbiącem kłamstwem.
 Gotar. Wobec bogów i królowej matki naszej wszyscy powinniśmy wyznać nasze winy. Dlatego nie cofam mojego oskarżenia przeciw tobie.
 Tylon. Matko ludu i wy jego przewodniczący, darujcie mi szał, którym ta potwarz mózg mój skręciła. Ja nie jestem Tylon, wódz, młodzieniec, który temu zebraniu cześć winien, ja jestem już tylko śmiertelnie ugodzony człowiek.
 Z wyciągniętemi rękami pobiegł do Gotara.
 Wyłap z powietrza, wywierć z ich uszu i pamięci swoje niecne słowa!...
 Gotar. Ostrożnie, Tylonie. Przodkowie ustanowili taki dla nas strój w radzie, ażeby każdy hamował swoją złość obawą, że targnąwszy się, odsłoni obnażone ciało. Więc cofnij ręce, bo one z pod otwartej płachty odkryły twoją nagość. Ja zaraz skończę, a wtedy będziesz mógł zapomnieć, gdzie jesteś i do kogo mówisz. Twoim przyjacielem jest Arjos.
 Tylon. Tak.
 Gotar. Który codziennie tu przybywa, a często nocą się zakrada.
 Tylon. Jeżeli obcy pies może wzdłuż i wszerz przelecieć każdej chwili naszą osadę, czemu nie ma tego uczynić uczciwy człowiek?
 Gotar. Ale pies nie stanie na czele wyprawy przeciw nam, jak Arjos.
 Tylon. Skąd wiesz o tem?
 Gotar. Wiem. Człowiek który was wczoraj przewoził przez rzekę, podsłuchał w nocy samotną rozmowę Morona z Arjosem na wzgórzu. Widział on potem twego przyjaciela, oglądającego aż do świtu naszą okolicę.
 Tylon. W takim razie jestem winien
 Gotar. Byłeś nieoględny — więcej ci nie zarzucam.
 Tylon. Za mało, Gotarze! Byłem głupim i jestem niegodzien, ażebyście tak nierozważnemu człowiekowi powierzali jakiekolwiek dowództwo. Ja nikogo na Moronów nie poprowadzę, tylko siebie na Arjosa. Biedna Orla!
 Głosy. — Kto biedny?
 — Nad kim on się lituje?
 — Kogo żałujesz, Tylonie?
 Gotar. Uspokój się. Gorszem byłoby, gdybyś mu dalej ufał, niż to, żeś go tu wpuszczał. Teraz radź z nami.
 Tylon. Nie, nie mogę. Wy nie wiecie, ile ran otworzyło się teraz w mojem sercu. Myśli biegają mi po głowie, jak ścigające się wrogi, a każda z nich jest wrogiem moim. Arjosie, ty byłeś tylko szpiegiem, tylko zdrajcą? Ja muszę wprzódy spojrzeć w te jego błękitne oczy, w których nigdy nie dostrzegłem obłudy, muszę usłyszeć jego głos, który mi zawsze dźwięczał szczerością. Jeśli tu nie przyjdzie, ja pójdę do niego... Mówcie i radźcie sami, ojcowie, beze mnie, moją głowę jedna boleść rzuca drugiej.
 Osłabiony usiadł.
 Gotar. Mamy nadzieję, że się opanujesz, że i w tej walce jak w każdej, będziesz mężnym... Czcigodni ojcowie ludu, sądzę, że nie uznacie w tem przesadnej ostrożności, jeśli zalecę, ażebyśmy natychmiast uzbroili wszystkich mężczyzn zdolnych do broni i wzdłuż rzeki postawili gęste straże. Już tam dwu rybakom czatować kazałem.
 Głosy. — Czy nam starczy oręży?
 — Czy wyrównamy Moronom liczbą wojowników?
 Gotar. Trzeba natychmiast posłać do Kropów i kupić od nich wszystkie łuki, tarcze, oszczepy, miecze i włócznie, jakie wyrobili. Czy wyrównamy im liczbą? — pytacie. A jeżeli nie — to co? Czy mamy wtedy rzucić się w rzekę i z ciał naszych utworzyć na niej most, po którym by Moronowie wygodnie przeszli dla zrabowania osady? Czy może zechcemy okupić ich miłosierdzie przyjęciem dobrowolnej u nich służby? Kto do niej gotów — niech oświadczy. Nikt? Więc po co wam rachowanie głów własnych i nieprzyjacielskich? Gniew daje siłę, ale nigdy złodziej tak się nie gniewa, jak okradziony. Co nam zbraknie w ilości, to wynagrodzimy rozpaczą i zemstą.
 W tej chwili rozległo się po za ścianami kilkakrotnie powtórzone wołanie: Tylonie, Tylonie!
 Tylon. Kto mnie wzywa?
 Szybko wybiegł na zewnątrz i wkrótce powrócił całkiem przemieniony. Oczy płonęły mu złowrogim ogniem, a usta wykrzywił dziki uśmiech.
 Arjos przysłał naszego strażnika z nad brzegu, ażebym przybył dla podzielenia się z nim wielką rybą, którą złapał w samym środku rzeki i której połowa, według zwyczaju, do nas należy. Idę i przyniosę wam tu całego rybaka.
 Wyleciał.
 Głosy. — Co on zrobi?
 — Moronowie go opadną i zabiją.
 — To musi być jakiś podstęp.
 — Trzeba pchnąć za nim naszych ludzi.
 Gotar. Doborze, wyjrzyj przez drzwi swoje na rzekę i zobacz, czy Arjos jest sam.
 Dobor stanął na progu, spojrzał i rzekł.
 Dobor. Sam siedzi w czółnie. Tylon pędzi do niego, jak sokół do gołębia... Już jest na brzegu, odpiął łódź i płynie do Arjosa... Rozmawiają z sobą spokojnie... skierowali statki ku naszej stronie... dobili do lądu... wysiedli... idą...
 Głosy. — Czy Arjos jest zuchwały, czy niewinny?
 — Tylon go tu sprowadza?
 Dobor. Na przeciwległy brzeg wysypała się gromada Moronów, którzy dają jakieś znaki i krzyczą. Tylon i Arjos już się zbliżają.
 Gotar. Czy mamy tu wpuścić Arjosa?
 Głosy. Nie.
 Gotar. W tym domu przyjmowaliśmy obcych posłów, więc i jemu nie powinniśmy wzbraniać wstępu, jeśli przybywa z zamiarem godziwym.
 Wszedł Tylon.
 Tylon. Arjos rzeczywiście złowił dużą rybę, której połowę chciał nam oddać. Gdy odmówiłem podziału zdobyczy z wrogiem i gdy mu powiedziałem, jak nieuczciwie nadużył mojego zaufania, odrzekł: Nieprawda, zatruto ci serce dla mnie. Pójdę z tobą i stanę przed moimi oskarżycielami: niech Mirowie ukarzą zdrajcę i zatrzymają u siebie wodza Moronów. Stoi tu przed domem; czy chcecie go słuchać i sądzić?
 Głosy. Tak.
 Wszedł Arjos.
 Arjos. I dziś, jak zawsze, życzę wam dobra, czcigodni ojcowie! Przybyłem tu, ażeby się dowiedzieć, za co na mnie padła wasza nienawiść.
 Gotar. Mianowałeś się przyjacielem naszym, przebywałeś między nami, jak syn, a teraz obejmujesz dowództwo swego ludu w napaści na nas.
 Arjos. Skąd macie tę nowinę? Od mojego lub waszego nieprzyjaciela, albo od człowieka, który sprzedaje kłamstwa.
 Gotar. Jeden z naszych ludzi słyszał wczoraj w nocy twoją rozmowę z Moronem.
 Arjos. Ach, czemu jej nie słyszał!
 Gotar. Więc twoi rodacy nie zamierzają rozpoczynać z nami wojny?
 Arjos. Owszem, zamierzają.
 Gotar. I nie ty będziesz im przywodził?
 Arjos. Och, Gotarze, gdybyś wiedział, jak szydzisz ze mnie! Moje myśli biją się teraz z myślami Moronów i ja nie mam siły objąć dowództwa nad nimi. Położyłem się pod tym bojem, jak martwe pole, które tylko służy za oparcie walce i wsiąka jej krew — krew cieknącą z poranionych i zabitych myśli moich. Jeżeli wokoło siebie nie macie innego wroga, prócz mnie, nie przypaszcie nigdy do bioder miecza, nie przerwijcie swego snu żadną obawą. Dziad mój, Moron, któryby pragął[1] okryć wnuka chwałą mordu, a ród mój napaść waszym dostatkiem, kazał mi być hersztem zbójów, ale ja mu wytłomaczyłem, że na to nie pozwala mi mój zakon.
 Gotar. Jaki zakon?
 Arjos. Tu między wami go otrzymałem.
 Gotar. Nie rozumiemy twojej mowy, Arjosie.
 Arjos. Nic dziwnego, mnie tylko jedna dusza rozumie.
 Gotar. Objaśnij nas jednak wyraźnie: czemu od pewnego czasu codziennie przychodziłeś do naszej osady?
 Arjos. Słońce u was piękniej oszywa obłoki złocistemi taśmami, zioła pachną mocniej, palmy wdzięczniej czeszą wiatrem swe warkocze, krynice biją przezroczystszą wodą... czy to nie dosyć?
 Gotar. Nie dosyć dla usprawiedliwienia twoich częstych odwiedzin.
 Arjos. A może mnie tu grzech przyciągał? Tak twierdzi Moron. Pytałem boga — milczał. Więc chyba wy osądźcie.
 Gotar. Co takiego?
 Arjos. Co? To takie wielkie, że nieraz świat rozsadza i takie małe, że w mojem sercu się zmieści. Mam wyznać... Czcigodni ojcowie, jeżeli zawiniłem przeciw wam i waszemu ludowi, grzech ten nie jest moją tylko własnością, lecz należy także do jednej istoty, bez której go pod wasz sąd nie oddam. Dopóki jej tu nie ma, nie badajcie mnie.
 Gotar. Kogo?
 Arjos. Orli.
 Gotar. Tylonie, czy godzisz się na to, ażeby siostra twoja tu przyszła?
 Tylon. Zaraz ją przyprowadzę.
 Wszystkie twarze zgromadzenia drżały niecierpliwem oczekiwaniem. Wszystkie spojrzenia zbiegły się we drzwiach, przez które wyszedł Tylon. Nawet po zmarszczkach oblicza królowej-matki rozpłynął się lekki rumieniec. Zwróciwszy zagasłe oczy w tę stronę, skąd ją dochodził głos Arjosa, pozostała tak ze skierowanem ku niemu spojrzeniem, niema, ale jak gdyby ze snu śmierci przebudzona.



Widok 6.
 Weszła Orla.
 Jedwabniki z włókien hebanu uprzędły jej włosy czarne gęste i długie, które pieściły jej twarz i szyję każdem dotknięciem i pod którymi głębokie niebieskie oczy przy białem czole błyszczały jak bławatki przypięte do lilii. Z oczu tych patrzyła niewinność dziecka, niewiadomość złego i anielskie poczucie bezpieczeństwa. Czasem napełniała je żałość, jak gdyby tęskniły do siebie i skarżyły się ustom, złożonym w ciągłym pocałunku, że nigdy zbliżyć i ucałować się nie mogą. Cudna jej postać była wcieleniem najrozkoszniejszego marzenia natury. Bardziej ciekawym, niż zalęknionym wzrokiem obeszła ona całe zgromadzenie i dopiero gdy zatrzymała go na Arjosie, w spojrzeniu jej zamigotał promień czułości, który wszakże szybko pokryły opuszczone lekkiem zawstydzeniem powieki.
 Arjos. Orlo, przebacz mi, że cię tu wezwałem i zmuszę do wyznań, które dotąd słyszał tylko bóg, natura i dusze nasze. Przybywałem do waszej osady po to jedynie, ażeby ci przynieść moje słowa miłości i zabrać twoje. Tymczasem podsunięto mi niecny zamiar że pod tą osłoną chciałem poznać dokładnie waszą siedzibę, ażeby ją potem na czele mojego plemienia napaść.
 Orla. Ja temu nigdy nie uwierzę.
 Arjos. Gdybym jednakże tego podejrzenia z siebie nie starł, gdyby dwa nasze rody, rzuciwszy się w walkę, rozdarły nas jej przepaścią, ja pozostałbym z hańbą zdrajcy, a ty z piętnem łatwowiernej ofiary. Nie, Orlo, w takie błoto serca nasze nie będą rzucone; są one tak czyste, że możemy je położyć na dłoniach ojców twego rodu — niech w nie spojrzą. My nie baliśmy się i nie wstydzili ani boga, ani jego stworzeń, czemuż mielibyśmy bać się lub wstydzić tych zacnych ludzi?
 Orla. Tak, Arjosie.
 Arjos. A zatem dowiedzcie się, szlachetni ojcowie, że już dwa razy natura odmieniła swą szatę od czasu, jak kocham tę największą świętość życia mojego. Przyprowadził mnie do niej dobry anioł, który mi pewnej nocy we śnie się objawił i rzekł: z jednego tchnienia bóg stworzył duszę twoją i drugą, do której twoja ciągle tęskni i dlatego smutny jesteś; szukaj owej bliźniaczej duszy, a ja stróżem i przewodnikiem twoim będę. Szukałem jej długo, a nieraz gdy sądziłem, że już znalazłem, anioł szeptał mi do uszu: idź dalej. Nareszcie jednego ranka, wysłany do was po zakup orzechów palmowych, ujrzałem tę oto dzieweczkę, która na łące zbierała mannę. Serce zaczęło mi drgać tak gwałtownie, jak gdyby chciało wyrwać się i biedz do niej. Zdawało mi się, że anioł mój w tej chwili opuścił mnie i z uśmiechniętą twarzą odleciał do nieba. O zacni Mirowie, gdybyście mogli odczuć moją miłość dla niej, zrozmielibyście,[2] że mnie z nią łączy nie jedynie moja i jej wola, lecz jakaś wielka, boska, która stworzyła świat i nim rządzi. Nawet chcąc, nie mógłbym jej nie kochać. Gdy patrzę na nią, o niczem nie wiem, tylko o tem, że ją widzę. Te jedynie myśli stanowią skarb mojej głowy, na których jest odbita jej twarz: inne wyrzucam, jak okruchy żużlowe. Czasem przestaje ona dla mnie być człowiekiem i rozpływa się w niebiańskie dźwięki i wonie. Wtedy zapominam, jak się nazywa i czyją jest córką, pamiętam tylko, że jest. Gdy przez nią patrzę na świat, wydaje on mi się pięknym i wierzę, że go stworzył jakiś dobry bóg; gdy go oglądam bez niej, przypuszczam, że go stworzył zły szatan. Jak słońce nadaje kwiatom barwy, tak ona wywołuje w duszy mojej rozum i cnoty. Nie jestem o nią zazdrosny, jak człowiek pobożny nie jest zazdrosny o boga, któremu inni ludzie cześć oddają; ale ciągle pragnę ją widzieć i słyszeć. To też wicher burzy nie przelatuje tak często odległości, która mnie od niej dzieli, jak tęsknota moja. Doznaję bólów połowy odciętej od całości i chcącej z nią się połączyć. Tak mi się stała potrzebną, że gdy od niej odchodzę, zaczynam konać, a życie moje zawiesza się tylko na włosku nadziei, że ją znowu zobaczę. Dla tego do was, Mirowie, przychodziłem i tem przeciwko wam zgrzeszyłem.
 Gotar. A ty, Orlo, równie go kochasz?
 Orla. Równie, ale wam tak, jak on, nie wypowiem. Do Arjosa bogowie przysuwają się bliżej, niż do mnie, więc on lepiej nauczył się ich mowy. On śliczne pieśni w ślicznych melodyach układa, które lud jego śpiewa. Gdy je zanucę, zaraz ptaki je chwytają i próbują powtórzyć. A gdyby on wam tu zaśpiewał, pokochalibyście go niezawodnie. Chociaż ja go kocham nie tylko za to: on jest tak piękny, tak dobry, że boję się, ażeby go bogowie nie pozazdrościli ludziom i nie wzięli do nieba. Powiedział mi przedwczoraj, że stworzona zostałam na królowę, chociaż dotąd on tylko posadził mnie na tronie w sercu swojem i jest jedynym moim poddanym; ale ja nie chcę być królową i panować nawet nad nim, bom tego niegodna. Ja chcę być tylko jego szczęściem, jeśli on je we mnie znalazł. Może bogowie myślą, że shardziałam, skoro ich od pewnego czasu o nic nie proszę, a ja się boję, ażeby oni we mnie czegoś nie zmienili lub nie dodali, czegoby Arjos nie pragnął. On zaś mówi, że pragnie tylko, ażebym istniała. Więc chcę żyć taką, jaką jestem, dopóki on żyje. Zdaje mi się, że zły człowiek, dzikie zwierzę, piorun uczuje dla mnie litość i nie zabije, bo czemże ja mu przeszkadzam i za co ma karać Arjosa? Gdy on mnie przestanie kochać, wtedy niech biedną Orlę zgładzi każda siła dla prostej igraszki. Życie moje, które nie będzie już potrzebnem jemu, nie będzie potrzebnem i mnie. Co więcej mam przed wami wyznać?
 Gotar. Czy wiesz, że ród twego kochanka gotuje się do wojny z nami?
 Orla. Nie wiem, ale przed tą wojną spytam Arjosa, co on mi czynić każe.
 Gotar. A jeżeli zażąda, abyś poszła za nim i bezpieczna śród jego rodaków, przypatrywała się z dala, jak on na ich czele mordować nas będzie?
 Orla. On dotąd ustami swemi nie dotknął mej twarzy, ażeby jej nie oparzyć rumieńcem wstydu, a ty Gotarze przypuszczasz... Czy tego chcesz, Arjosie?
 Arjos. Chcę tylko, ażeby nas oderwali od wszystkiego, z czem związani jesteśmy i oddali wzajem sobie. Jeżeli tam śród mojego ludu nie ma miejsca dla niej, a tu śród waszego nie ma dla mnie, rzućcie nas w bezdenną otchłań świata, będziemy spadali przez całe jego trwanie, aby tylko razem.
 Gotar. Miłości takiej, jaka między wami się narodziła, nie znaliśmy dotąd; musi ona jednak być sprawą boską, gdyż ludzkie wyglądają inaczej. Ponieważ zaś ziemia powinna we wszystkiem słuchać nieba, więc i my nie możemy rozdzierać tej przez bogów złączonej pary. Królowo-matko, czy zezwalasz na przyjęcie Arjosa z nienawistnego nam rodu Wirów albo Moronów do naszego plemienia?
 Mirolana. Jeżeli wy go nazwiecie swoim synem, ja go nazwę moim.
 Gotar. Zgromadzeni tu ojcowie, czy godzicie się na to?
 Głosy. Tak.
 Gotar. Arjosie i Orlo podajcie sobie ręce. W imię bogów wiążę życie wasze ślubem, który z miłości i woli własnej sami sobie czynicie. Ty Arjosie będziesz jedynym jej mężem, a ty Orlo jedyną jego żoną. Niechaj duch, którego wybierzecie za patrona, cieszy się aż do waszego zgonu widokiem takiego kochania, jakiem dziś serca wasze ku sobie płoną.
 Arjosowi twarz zbladła wzruszeniem, a rozszerzone źrenice Orli zamigotały dwiema wielkiemi łzami. Przez chwilę patrzyli oni na siebie jak gdyby ubezwładnieni nagłem szczęściem, wreszcie on objął ją swemi ramionami i na jej ustach złożył pierwszy, długi i święty pocałunek.
 Arjos. Dziękujemy wam za przyjaźń dla naszego szczęścia.
 Tylon ujął obie ręce Arjosa i uścisnął je mocno.
 Tylon. Daruj mi przyjacielu, żem uwierzył podejrzeniu. Za to teraz jeszcze bardziej cię miłuję.

 Gotar. Odprowadź Arjosie żonę do domu matki, a sam wróć do nas, bo będziesz nam w naradzie pomocnym.


Widok 7.
 Zaledwie Arjos i Orla odeszli, buchnęła zewnątrz jakaś wrzawa. Różnorodne głosy splatały się po kilka, to znowu zwijały się w kłębek, w którym niepodobna było uchwycić jednego wątku. Zgromadzeni daremnie nasłuchiwali, a gdy hałas coraz bardziej rozlewał się i mącił, Dobor wstał z ławki i podszedł ku drzwiom swoim. Ale wkrótce powrócił.
 Dobor. Jeden z naszych rybaków przyniósł ważne wiadomości o Moronach.
 Gotar. Niech tu wejdzie i opowie.
 Rybak. Moronowie popędzili wszystko bydło w górę rzeki, a teraz zwijają namioty i spiesznie wywożą je za trzodami. Widocznie przenoszą się gdzieindziej, gdyż na miejscu nic nie pozostawiają.
 Głosy. — Wyżej step biegnie już tylko wązką smugą.
 — Ale trawa tam jeszcze niewypasiona.
 — Może wysiedlą się do innego kraju.
 — Oby jak najdalej.
 — Czy to nie są lisie obroty?
 — Po prostu dokuczył im głód, szukają żyzniejszego miejsca.
 Rybak. Ludzie, którzy przypłynęli z góry rzeki, mówili mi, że Moronowie odsuwają się od niej i skręcają za góry.
 Głosy. — A więc poszli w pustynię.
 — Naturalnie.
 — Postanowili widocznie wrócić do swej ziemi ojczystej.
 — Czy ona leży daleko?
 — W każdym razie za pustynią.
 — Arjos musi wiedzieć.
 Wszedł Arjos.
 Gotar. Słyszałeś, że twoi rodacy opuścili dotychczasowe leże?
 Arjos. Mówiono mi.
 Gotar. Czy daleko do tej ziemi, z której przywędrowali?
 Arjos. Byłem w niej młodym chłopcem, ale pamiętam, że jest piękna. Stłoczyły się na niej wysokie góry, które dotąd rysują mi się w marzeniach. Gdy niebo szmaty chmur im rzuci, olbrzymy rozdzierają tę lekką i powiewną tkaninę: jeden owija nią sobie głowę, jak turbanem, drugi rozciąga ją długim szlakiem zawoju, inny przepasuje się nią w środku, inny obszywa u dołu kraj swej zielonej szaty, inny otula się w nią cały, jak w ciepłą opończę. Latem każda z tych gór rozpuszcza po ramionach, plecach i piersiach długie, jasne warkocze, wyschłe łożyska potoków, które ożywione wodami wiosny, wiją się jak węże, zielonawe, sine, szare, z pomarszczoną drobnemi falami skórą. Nieraz znowu spadają jak cienkie, srebrne sznurki lub zwieszają się na krzewach, jak pasma pajęczyny. Wtedy wspaniale wygląda...
 Gotar. Arjosie, nie o to nam chodzi. Malujesz nam bardzo ładne obrazy, ale my chcielibyśmy wiedzieć, jak odległa jest stąd kraina, którą twoje plemię przedtem zamieszkiwało?
 Arjos. Nie pamiętam i nigdy o to nie pytałem. Zdaje mi się jednak, że prawie dotyka do zachodniego obrzeża pustyni.
 Gotar. Czy rzeczywiście Wirowie zostali stamtąd wyparci przez wrogów?
 Arjos. Tak twierdzą nasi ojcowie.
 Gotar. Zapewne więc twój ród dowiedział się, że jego nieprzyjaciele opuścili tę krainę?
 Arjos. Może.
 Gotar. Jednakże należałoby zbadać, dokąd Moronowie powędrowali?
 Arjos. To nie trudno. W górach, za rzeką, są szczyty, z których ogarnąć można duży krąg okolicy. Znam wszystkie ich ścieżki i przesmyki, bo często szukałem na nich samotności. Ja i Tylon wyruszymy dziś przed świtem w góry, wejdziemy na jakiś wysoki wierzchołek, rozejrzymy się wokoło i wieczorem przylecimy z doniesieniem.
 Tylon. Arjos mądrze radzi.
 Gotar. A jeżeli Moronowie zatrzymali się w górach i was dostrzegą?
 Arjos. Czy odchodząc zapalili wielki stos?
 Rybak. Dym jakiegoś ogniska widziałem.
 Arjos. To znaczy, że odeszli stąd daleko, bo tak im każe religia, ażeby nie zostawiali po sobie nic, co by mogli zużytkować innowiercy.
 Gotar. Więc dobrze. Arjos i Tylon o północy wyjdą w góry, a my jutro rano tu się zbierzemy i wysłuchamy ich doniesienia. Teraz możemy się rozejść.
 Głosy. Tak.
 Gotar. A nasza królowa-matka nie sprzeciwia się temu?
 Mirolana. Tak ma być, jak moi synowie uchwalili.
 Wypowiedziawszy te słowa stojąc, zstąpiła z tronu i przy pomocy kapłanów jeszcze bardziej drżąca i osłabiona wyszła. Za nią wysypało się różnemi drzwiami całe zgromadzenie.



Widok 8.
 Pod gęstem okryciem nocy góry jeszcze drzemały niby wielki, strzegący pustyni zwierz z długim grzbietem, nabitym chropowatą łuską i najeżonym ogromnymi kolcami. Powoli, jak gdyby trącone chłodnym wietrzykiem porannym, który oblatywał całą naturę, zapowiadające jej nadejście dnia, zaczęły się budzić, odsłaniać i wyciągać. Arjos i Tylon, wspinając się ścieżką, spadającą jak kręta taśma po boku najwyższej wyniosłości, doszli do jej szczytu, gdy już brzask gęsto obsiał powietrze łagodnem światłem. Wreszcie stanęli na wierzchołku, z którego wzrok ich mógł obiegać szerokie koła.
 Arjos. Patrz, Tylonie, ten kulisty obłok jest pąkiem słońca, z którego ono wystrzeli, jak wspaniały kwiat.
 Rzeczywiście w tej chwili obłok rozdarł się i wyszło z niego, jak korona żółtego kwiatu, złociste słońce.
 Ach, jak ono zawsze piękne, choć codzień widziane! Czy uważasz, kochany Tylonie, że góry śmieją się do niego?
 Tylon. Co to za plama na piasku, tam daleko, przy końcu gór?
 Arjos. Jakiś cień nocy nie zdążył się schować przed słońcem. Nie wszystkie jeszcze ukryły się w grotach i załomach skał. Widzisz tę chmurkę, która zbliżyła się do słońca, kradnie mu promienie i wpina w swoje włosy?...
 Tylon. W tych górach kóz dzikich niema, a jednak słyszałem przed chwilą beczenie...
 Arjos. Czasem wietrzyk poranny schwyci echo w pustyni i rzuci je między góry. Ot i rzeka również porywa blaski, rozdrabia je i rozdaje falom, które gonią się i wydzierają je sobie. Jakże bogate jest słońce! Codzień obdziela wszystkie stworzenia i nigdy nie zmniejsza swych skarbów.
 Tylon. Arjosie, to nie plama, to gromadka zwierząt.
 Arjos. Czyż sądzisz, że nie przychodzą tu z pustyni gazele? Nigdzie nie dostrzegą człowieka, więc stoją zapatrzone w słońce... Orzeł nad nami krąży, jak gdyby urągał dwu biednym żółwiom, które z trudem wpełzły na górę, będącą dla niego niziną. Małe tu orły, bo małe góry. W dawnej ojczyźnie dawnego mojego rodu...
 Tylon. Cicho... jakieś gwizdanie...
 Arjos. To świstaki się bawią... Znam wszystkie głosy zwierząt, jak gdybym je stworzył. Spojrzyj-no, Tylonie, na rzekę, na osadę waszą, a teraz i moją, jak ona ślicznie wyglądo[3] na tle zieleni łąk i drzew. Wszystkie budynki rysują się już jasno, widzę wyraźnie wasz domek, gdzie moja Orla może w tej chwili otwiera oczy, które jej zamknąłem pocałunkami. Tylonie drogi, jak ja was wszystkich za nią kocham! Skarć mnie, wyznam ci jednak, że już do niej tęsknię. Dzień dzisiejszy mi przepadnie. Całować ją będzie powietrze, woda, słońce, wszystko, co ją dotknie, a ja nie. Gdybyś ty wiedział, jak bogatym czuję się z nią, a jak biednym bez niej!
 Tylon. Przestań mówić, bo coś słyszę...
 Arjos. Bociany klekoczą... W waszem niebie nie ma bogini piękności dlatego, że ukryła się w ciele Orli.
 Tylon. Arjosie, zamilknij, te góry nie są puste.
 Arjos. Nikt o tem nie wątpi... Mój Tylonie, pozwól mi uściskać cię... potrzebuję tego... Ty jesteś jej bratem... Będę z tobą słuchał, chodził, tylko uspokoję się... Popatrz na mnie swoim dobrym wzrokiem, w którym zamigocze czasem spojrzenie mojej Orli...
 Rzucił się na szyję Tylona, który objął go serdecznie ale nagle oderwał się i zatrwożony szepnął.
 Tylon. Tu niedaleko są ludzie.
 Arjos. Jeśli tak szczęśliwi, jak ja, niech ich będzie pełna ziemia.
 Jednocześnie z różnych stron wypadło kilkunastu uzbrojonych mężczyzn, którzy otoczyli Arjosa i Tylona.
 Tylon. Czego chcecie?
 Zebor. Was.
 Arjos. To są moi plemieńcy.
 Tylon. To są zbóje!
 Tylon nie usłyszał odpowiedzi Arjosa, gdyż ich szybko rozdzielono i sprowadzono na dół góry.



Widok 9.
 W głębokich wąwozach, kilkakroć skrzyżowanych, jak olbrzymi rój pszczół przysiedli między krzakami Moronowie. Wszystkie trzody spędzili na jedną obszerną dolinę otoczywszy ją wokoło pastuchami, ażeby żadne zwierzę nie wydobyło się na zewnątrz i nie wskazało ich ukrycia. Zbity w kupki lud rozprawiał cicho, ale żywo, zwracając ciągle uwagę na dwa namioty, otoczone strażą. Oprócz tych rozpięte były jeszcze dwa inne: w jednym mieściły się cegły z przykazaniami i posąg Jama, a w drugim — Moron, który zamknął się z Zeborem.
 Zebor. Arjosa oddajmy pod sąd ludu...
 Moron. Jestem jego dziadkiem i sam go ukarzę, tylko wprzódy zbadam jego winę.
 Zebor. Gdy go prowadziliśmy, krzyczał, że już nie należy do naszego rodu i że się przyłączył do Mirów.
 Moron. Powtarzam, że go sam ukarzę. To nie jest wróg, przeciw któremu potrzebowałbym pomocy ludu, a nawet twojej.
 Zebor. Tylona poprostu można zakłuć jak rysia w norze.
 Moron. I jego mnie zostaw.
 Zebor. Więc co mi każesz robić, Moronie?
 Moron. Czyż ty myślałeś, że dlatego się tu z wami schroniłem i dlatego ciebie z kilkunastu ludźmi wysłałem w góry, ażeby wywabić i złapać dwu tych głupców, którzy uwierzyli w nasze odejście i przylecieli upewnić się, żeśmy zniknęli? Ja ich miałem już wczoraj w ręku, bo nie wątpiłem, że Mirowie będą nas tropić... Teraz chodzi mi o to, czy oprócz tych dwu nie wyszli lub nie wyjdą na oględziny inni, którzy mogą nas dostrzedz. Poślij więc znowu czaty.
 Zebor. Czy chcesz w ten sposób wyłowić wszystkich Mirów?
 Moron. Czego ja chcę, a raczej bóg, dowiesz się dziś jeszcze; tymczasem wypełnij ściśle to, co ci polecam. Wszystkie wejścia w góry od północy i zachodu trzeba obsadzić wartami, ażeby nikt przypadkiem tędy nie przesunął się i nie zaniósł wiadomości do Mirów. Każdego należy zatrzymać aż do jutra.
 Zebor. A gdyby się opierał?
 Moron. Ty ich naucz, ale nie ja ciebie, co mają wtedy zrobić. Wydawszy im rozkazy, nie oddalaj się, gdyż potrzebuję z tobą pomówić o moim głównym planie. Przedtem jednak radbym wydobyć pewne szczegóły z Tylona i Arjosa.
 Zebor. Bez przymusu nic nie powiedzą.
 Moron. Umiesz ludzi rąbać, ale ich nie znasz. Usta takich zapaleńców pod przymusem zrastają się, a pod łagodnością — rozwiązują bardzo szeroko. Niech tu przyjdzie Tylon.



Widok 10.
 Wszedł Tylon blady i wzburzony. Ze zsuniętych brwi i zmarszczonego czoła bił mu gniew szalony zgrozą i niemocą. Ręce miał w tyle związane, odzież w strzępy poszarpaną.
 Moron. Czemu, Tylonie, nie przyszedłeś tu dobrowolnie? Zmusiłeś moich ludzi do podarcia ci szat i skrępowania rąk.
 Tylon. Jakie oni mieli prawo mnie łapać?
 Moron. Ja im dałem to prawo.
 Tylon. A skąd ty je wziąłeś?
 Moron. Od mego boga.
 Tylon. Twój bóg rozbojem się trudni?
 Moron. Opieką nad ludem, który go czci i który wy zgubić postanowiliście.
 Tylon. My? Kto to chciał wywłaszczyć, narzucić swoje zwierzchnictwo i religię — my, czy wy?
 Moron. Kto pozostał na miejscu, kto musiał z głodu wywędrować, kto ścigał, a kto uciekał — my, czy wy?
 Tylon. Nie skręcaj prawdy, Moronie: ja jeden nie mogłem ścigać kilku tysięcy was.
 Moron. Wiem o tem, bóg mnie uprzedził, że wyjdziesz na wysoką górę, ażeby zobaczyć, gdzieśmy się podzieli i gdzie nas znienacka zaskoczyć można.
 Tylon. Albo ci bóg tego nie powiedział, albo się omylił. Weszliśmy z Arjosem na górę dla przekonania się, czy opuściliście tę krainę i czy możemy nie obawiać się waszego napadu.
 Moron. Widziałeś twoich rodaków i widzisz nas: wyznaj szczerze, którzy bardziej wyglądają na strwożonych, my czy oni. Gdy wzgardliwie odtrąciliście przymierze z nami i przeciągnęliście do siebie Arjosa, nie wątpiliśmy, że zechcecie nas stąd wyprzeć i wygnać w pustynię, ażebyśmy w niej wyginęli z głodu. Woleliśmy więc sami ustąpić, a tymczasem schroniliśmy się tutaj, zanim wywędrujemy dalej. I oto ty się zjawiasz, wypatrujesz naszą kryjówkę i oburzasz się, że cię zatrzymujemy? Tylonie, wy nas przestraszacie, ale my jeszcze nie zaniechaliśmy obrony.
 Tylon. Zdaje mi się, że rozmawiasz ze mną we śnie. Nikt z nas nie myślał was zaczepiać, tylko przeciw wam się ubezpieczyć. A jeżeli tu przybyłem na zwiady, to w nadziei, że wróciwszy wieczorem do domu, doniosę moim rodakom, że was nigdzie nie dostrzegłem i że odsunęliście się daleko.
 Moron. Tak zrobimy, ale nikt z Mirów wiedzieć nie może, dokąd, a nawet w którą stronę udaliśmy się. Dlatego nie puszczę cię aż do nocy, gdy lud mój już w drogę wyruszy. Chociażbym uwierzył tobie, nie uwierzę twoim rodakom, którzy mogliby uczuć chęć ścigania nas. Nic więc im o nas nie zaniesiesz, bo nic widzieć nie będziesz.
 Tylon. Każesz mi oczy wyłupić?
 Moron. O nie, zbyt wielką one mają wartość dla ciebie, a zbyt małą dla nas. Gdybyś był wpadł w naszą moc sam lub z kimś innym, byłbym cię zatrzymał dla zamiany na Arjosa... Skoro go już mam, nie potrzebuję zakładnika.
 Tylon. Więc cóż ze mną uczynisz?
 Moron. W nocy, gdy lud mój zacznie opuszczać tę kotlinę, wyprowadzę cię na górę, gdzie zostałeś ujęty. Tam moi ludzie zwiążą ci, oprócz rąk, nogi, ażebyś nie uciekł, zasłonią oczy, żebyś nic nie widział i położą cię obok stosu suchych gałęzi. Ja sam tylko zostanę przy tobie. Gdy mój lud już się oddali, wtedy zapalę ów stos, którego płomienie zwrócą uwagę twoich rodaków. Przyjdą oni do ciebie dziś jeszcze lub jutro, ale nas już nigdzie nie dojrzą.
 Tylon. Nie pojmuję cię, Moronie. Wczoraj jeszcze każde twoje słowo drapało, a dziś głaszcze szeptem. Tak nagle my staliśmy się straszni, a wy lękliwi?
 Moron. Bóg nam odjął moc swoją. Arjos, którego on umiłował i chciał mieć pierwszym sługą, obraził go i zagniewał na całe plemię nasze. Nie jesteśmy już dziś wczorajszymi ulubieńcami Pana. Ciężką pokutą i znojną tułaczką musimy odkupić ten grzech wyrodnego syna.
 Tylon. Ach, jakiż ten bóg wasz jest okrutny!
 Moron. Jak wszechprawo, jak wszechmyśl, jak wszechmoc, jak wszechwola. Gdyby ziarnko piasku chciało podważyć tę górę, starłaby je na proch, a bóg, który jest większym od góry, ma przebaczać opornemu człowiekowi, który jest mniejszym od prochu? Pobłażanie zdobi słabość, ale uwłacza sile.
 Tylon. Czy wasz bóg wymaga surowej kary dla Arjosa?
 Moron. On już zważył jego winę, ale mnie jeszcze nie powiedział, ile ona zaciążyła na szalach jego sprawiedliwości.
 Tylon. Poświęć za niego mnie, Moronie. Jego serce zrosło się w miłości z innem, bardzo mi drogiem. Jakkolwiek go ugodzisz, zadasz dwa okropniejsze ciosy, niż gdybyś ugodził brzemienną matkę. Oszczędź go i to drugie życie, które on w sobie nosi. Każesz mi za to służyć ci, będę służył, każesz umrzeć — umrę, tylko ty z twoim bogiem przebaczcie mu.
 Moron. Nie gub go swą prośbą! Mów raczej, że go nienawidzisz i że on ku tobie odrazę czuje. Jeżeli go miłujesz, jeżeli on ci jest przyjacielem, jeżeli jakieś nasienie Mirów bardziej kocha, niż swego boga i swój ród, niech z piersi jego ludu wyskoczą jak psy dzikie wstręty, zagryzą go i rozerwą. Czy on już modlił się do waszych bogów, czy nazwał twój ród swoim?
 Tylon. Nie.
 Moron. Ja pytam, bom człowiek, mój bóg nie pyta, bo wie. Głos kłamstwa nie przebija nieba i wraca na ziemię, a przed tron Pana pada tylko głos prawdy. Pamiętaj, że bóg cię słucha, odpowiedz: czy Arjos odciął się od swego rodu i związał z waszym?
 Tylon. Nie.
 Moron. Ty naszego boga się nie lękasz, a on ci wkrótce pokaże, że i tobą rządzi. Idź do namiotu i czekaj nocy. Przywołam Arjosa — niech on mi przeczenie twoje powtórzy. Bodaj by to zrobił! Jemu uwierzę, bo jego usta zakwitają prawdą, ile razy się otworzą.
 Gdy Tylon wyszedł, Moron drżącą ręką uchylił zasłonkę namiotu i zawołał Arjosa.



Widok 11.
 Cierpienie tak storturowało wątłego młodzieńca, że idąc i stojąc, chwiał się, niby słoma ryżu. Z całej postaci uciekło mu życie do oczu, których rozszerzone źrenice płonęły smutnie, jak lampki grobowe. I jemu skrępowano ręce.
 Moron. Jak się nazywasz od wczoraj?
 Arjos. Arjos.
 Moron. Ale do jakiego należysz rodu?
 Arjos. Do Mirów.
 Moron. Wszak dobrze usłyszałem: do Mirów, nie — Wirów.
 Arjos. Tak.
 Moron. O, tak! Bodaj to »tak« udławiło cię i nie przeszło mi do uszu. Ha, trudno, podobało się bogu zaćmić ostatnie dni żywota mojego chmurą tej sromoty. Syn mojego syna, najprawdziwsze jaje błogosławionego plemienia, brzask sławy, ku któremu zwracały się oczy ludu — on, który miał być konarem dębu, sfrunął z niego jak motyl i usiadł na innem drzewie. Czy ty rozumiesz dobrze, co to jest ród?
 Arjos. Gdybym go nawet nie pojął był w twojej nauce, to musiałem go pojąć w mojej boleści. Znam to żarłoczne cielsko, którego ty jesteś głową.
 Moron. Zgniła ci, nędzniku dusza i dlatego tak ohydną woń w słowach wydaje. Jeżeli bóg nie uzdrowi jej cudem, to nie pozwoii ci zarażać nią innych. Może dziś, może jutro ciśnie cię w paszczę piekłu. W mękach wiekuistej kaźni zrozumiesz, że ten wzgardzony przez ciebie ród nasz jest garścią czystego ziarna, którą bóg wybrał z ludzkiego nasienia i z której rozrodzi się po całej ziemi plon jego chwały, że wszystko, co koło tej garści wschodzi i dojrzewa, jest ostem i kąkolem, skazanym na wytępienie, że każdy kłos, który się na kiść ziela zamieni, jak ono, zniszczonym być musi.
 Arjos. Inne rody są kępami badyla dla naszego, a nasz jest kepą badyla dla nich. Tylko że inne tak nie łakną cudzej zagłady, jak nasz. A tę żądzę w nim ty Moronie spłodziłeś, drażnisz, karmisz i nasycasz. W piersiach każdego z naszych plemieńców osadzasz jak w klatce młodego tygrysa, a gdy łup się zdarzy i zwierzęta podrosną, wypuszczasz je z zamknięcia na mordercze łupy. W mojej piersi, pomimo twoich starań, nie wyhodowało się dzikie zwierzę, dlatego mnie karciłeś, prześladowałeś, wykląłeś, a teraz chcesz zabić. Pragnąłem cię tylko czcić, jako arcykapłana, patryarchę, przewodnika ludu i mojego dziada, a mogę ci tylko złożeczyć. Serce moje nieznało nienawiści, kochałem boga, ludzi, zwierzęta, ziemię, niebo i wszelkie istnienie, dopiero ty zmusiłeś mnie nienawidzieć — ciebie.
 Moron. Niewinny baranku, czemuż nie zostałeś w nowem swojem stadzie, lecz przyleciałeś tu pomagać wilkowi w szukaniu naszych tropów?
 Arjos. Przyszliśmy tu z Tylonem dla utwierdzenia się w radości, że opuściliście tę okolicę i zabraliście z sobą trwogę zagrożonego ludu.
 Moron. Jakże ty szybko nauczyłeś się odczuwać niepokoje tego ludu!
 Arjos. Bo on jest zacnym, dobrym, moim — moim nietylko przez to, że mnie usynowił, ale i przez to, że mnie połączył z kobietą, którą dla mnie bóg stworzył z krwi Mirów.
 Moron. A! Nie przypuszczałem, żeś tak prędko i głębo wrósł w ten szlachetny szczep. Więc jesteś już mężem Miranki, może nawet, dzięki jej, ojcem.
 Arjos. Teraz wiem, oszczerco, dlaczego kazałeś mi związać ręce.
 Moron. Jak powiadasz — bóg umyślnie ją stworzył dla ciebie i użył do tego najprzedniejszej krwi Mirów. A skądże wiesz o tem? Czy wyczytałeś w księgach, czy może bóg sam objawił się i doniósł ci o tej łasce? Milczysz, nie chcesz mnie dopuścić do tajemnicy... Ja ci nie poskąpię mojej. Bóg, jedyny pan na ziemi i niebie, ten, który nie dzieli potęgi i władzy z żadnym innym, ten, którego imię Jam, rzekł do mnie: Wywyższę plemię twoje po nad wszystkie, a ciebie uczynię stróżem moich praw i piorunem mojego gniewu. Ludy, które w zawziętości lub ślepocie odwracają się ode mnie, wyniszczę jako szkodne zwierzęta i jako trujące chwasty. Weź w jedną rękę miecz, a w drugą ogień i spełnij przykazania moje. Słuchaj tego, co ci mówię, a nie słuchaj ani próśb ojca, matki, brata, syna, ani błagań niewiasty, ani płaczu niemowlęcia, gdyż wszystko, co rozkazałem, stać się musi. Nie nazywaj ojcobójstwem lub samobójstwem śmierci ojca lub syna, gdy ją ręką moją zadasz w imieniu mojem, lecz nazywaj to ofiarą. Bo złem lub dobrem nazywać masz to tylko, co jest złem lub dobrem w obliczu twego Pana. Jeżeli on zechce, zalej ziemię morzem krwi niewiernych, spław po niem łódź z rodem twoim i steruj nią, dopóki ono nie wyschnie. Oto mój bóg, oto jego sługa — ja.
 Arjos. Kłamiesz, potworze, takiego boga nie ma, ty go nie widziałeś i nie słyszałeś, on do ciebie nie przychodzi i nie mówi.
 Moron. Jest, przychodzi i mówi!
 Arjos. A jeżeli jest i jest takim, powiedz mu, że go jeszcze bardziej nienawidzę, niż ciebie, że westchnienia ziemi, szumy drzew, śpiewy ptaków i codzienne głosy całej natury nie są dziękczynną i nabożną pieśnią kochających stworzeń do dobrego stworzyciela, ale krzykiem przekleństwa niewolników do tyrana. Powiedz mu, że on mnie więcej przeraża swą ohydą, niż potęgą. Powiedz mu, że go się nie boję, że umrzeć pod jego gromem nie jest nawet boleścią, lecz rozkoszą, a żyć pod jego rządami nie jest nawet męką, lecz hańbą.
 Moron. Właśnie ty żyć będziesz, umrą inni, a naprzód ta, bez której żyć nie chciałeś. Odejdź do swego namiotu, potem dostaniesz trwalsze więzienie.



Widok 12.
 Mściwa złość, którą Moron przy końcu rozmowy okiełznał, po wyjściu Arjosa zerwała wędzidło i zaczęła gwałtownie miotać się w piersiach arcykapłana. Wyłamywała mu ona twarz w srogie wyrazy i potrząsała całą jego postacią. Chwilami opanowywała go jakaś czułość, ale natychmiast gniew z nią się ścierał i krzesał mu w oczach złowrogie iskry. Moron chodził po namiocie niespokojny lub nagle stawał skamieniały surową myślą. Widocznie usiłował wytężoną wolą ukręcić łeb jakiegoś gadu, który go kąsał w serce, czy też w sumienie. Nareszcie wyczerpany wewnętrzną walką upadł na kolana.
 Moron. Panie mój, ja nie kłamię, kiedy mówię, że cię widzę i słyszę, choć cię nie widzę i nie słyszę przed sobą, bo cię czuję w sobie. Wtedy dusza moja ogląda twoje oblicze i rozpoznaje twój głos. Zdaje mi się, żeś kazał to zrobić, co zrobię, że wolą twoją jest, ażeby na ziemi był jeden ród, a w niebie jeden bóg. Jeżeli się mylę, jeżeli starość zamroczyła mój umysł, daj mi znak, a wykonam, co każesz.
 Klęczał długo, jak gdyby na coś czekał i jak gdyby niewidzialny ciężar wtłaczał go w ziemię. Powstał wtedy dopiero, gdy wszedł Zebor i podniósł go.
 Zebor. Czy słabo ci, Moronie?
 Moron. Przed chwilą nieco omdlałem, ale teraz czuję się już zupełnie dobrze.
 Zebor. Trudzisz się nad siły twego wieku.
 Moron. Bóg mnie jeszcze nie odprawił. Co mi przynosisz?
 Zebor. W góry czujków wysłałem, wąwozy strażami zamknąłem.
 Moron. Teraz uważnie patrz w myśli moje. Czy w górze rzeki jest gdziekolwiek płytki bród, przez który moglibyśmy przejść na drugą stronę?
 Zebor. O kilkaset staj stąd jest tylko wązki nurt, głęboki na dwu ludzi.
 Moron. Poślij tam wieczorem paru zręcznych i roztropnych chłopców z liną, którą przeciągną przez ten nurt i przywiążą do palów. Trzymając się jej, wyprawa nasza łatwo przepłynie w nocy. Gdyby przeprawiła się tutaj, Mirowie mogliby ją dostrzedz.
 Zebor. Kiedy na nich wyruszymy?
 Moron. Dziś w ncy.[4] Musimy ich zaskoczyć podczas snu i z tej strony, z której nas wcale się nie spodziewają.
 Zebor. I z pewnością tam wart nie postawili.
 Moron. Inaczej bóg by nam tej drogi nie wytknął. Niech się uzbroją wszyscy zdolni do walki, oprócz kilku, którzy pozostaną dla pilnowania trzód i Arjosa. Nadto dwaj pójdą ze mną i Tylonem na górę przeciwległą osadzie Mirów.
 Zebor. Po co?
 Moron. Dowiesz się potem.
 Zebor. Nie będziesz z nami?
 Moron. Nie. Pamiętaj, że idziesz z rozkazu boskiego. Pan cię nie odstąpi i użyczy ci zarówno siły, jak rozumu. Ufam zupełnie twojemu męztwu i przezorności, że rzucisz swoje wojska, jak stado sokołów na drzemiące czaple. Miecz anioła zemsty jest nietylko ostry, ale i płomienisty. Przed natarciem podłóżcie w różnych punktach pod domy ogień, który wam będzie przyświecał, a nieprzyjaciół przerażał.
 Zebor. Wszystko spalić?
 Moron. Możecie pożar gasić, ale tylko krwią.
 Zebor. Czy tym, którzy się poddadzą, przebaczyć?
 Moron. Zabierzcie żywcem do niewoli wszystkie ich stada — innych jeńców nie potrzebujemy. Zresztą dość nam będzie tych, którzy się skryją i śmierci unikną. Bóg przeznaczył nam siedzibę na miejscu Mirów — więc oni tam są zbyteczni.
 Zebor. O ile tylko siły nam starczą, ulżymy ziemi.
 Moron. Nikogo nie oszczędzajcie. Ale są w tem przeklętem plemieniu tacy, którzy noc dzisiejszą przeżyć mogą i tacy, którzy koniecznie umrzeć powinni. Ciężki grzech i obrazę boską sprowadziła na nasz ród siostra Tylona, która Arjosa oprzędła szatańskim urokiem. Ta musi zginąć nieodzownie — i to z twojej ręki, Zeborze. Nie włóż miecza do pochwy, nie zejdź z pola bitwy, dopóki ona na niem nie legnie. Gdy wrócisz, zapytam cię naprzód, czy Orlę zabiłeś — wtedy przyznam, żeś nietylko zwyciężył Mirów, ale uradował boga.
 Zebor. Zrobię to bez trudu. Chociażby w tej dziewczynie przyczaił się djabeł, wypędzę go wraz z jej duszą.
 Moron. Może bóg wtedy w Arjosie przemienienia dokona. Nigdy zuchwałość ludzka nie wypluła tyle bluźnierstw i złorzeczeń, ile on przez nią opętany. A tak był przedtem bogobojny i dobry! Ta dziewczyna więcej nam sprawiła złego, niż pustynia, niż susza, niż głód. Jeżeli ona żyć będzie, Arjos natychmiast umrzeć musi, ażeby nas swoją miłością do niej nie obrzydzał bogu.
 Zebor. Mirowie nie sfruną nam z ziemi, zanim do nich dobiegniemy. A tę szkodliwą kraskę sam uduszę, gdyż kto inny mógłby sobie upodobać jej ładne piórka i wziąć ją jako brankę.
 Moron. Nie, nie dopuść tego!
 Zebor. Bądź pewny. Mówią, że ma być prześliczna i wszyscy chodzą za nią, jak żebracy, ale mnie ona serca nie połechcze. Wyznam ci, Moronie: lubię zdrowe mięso kobiece, ale o ładne nie dbam.
 Moron. Słusznie, mój synu. Naturalnie, gdyby Arjos kiedyś odzyskał rozum, nie powiesz mu nigdy, żeś tę dziewczynę uprzątnął. A nawet nie wspominaj o tem nikomu. Niech wie tylko bóg i my.
 Zebor. Wystarczy.
 Moron. Teraz idź i przygotuj wszystko do wyprawy. Przed północą musicie wyruszyć. Policzyłeś już, ile będziesz miał wojska?
 Zebor. Dwa tysiące łuczników, trzystu zbrojnych jeźdźców, włócznicy i topornicy złożą około 800 dobrych żołnierzy.
 Moron. Mirowie tylu nie wyprowadzą?
 Zebor. Spodziewam się, że nie wyprowadzą żadnego, bo wszyscy będą spali.
 Moron. Dałby bóg! Ale wybłagam to u niego, przecież nam rozkazał. Idź, Zeborze, ja będę się modlił. Jeszcze zaczekaj chwilkę. Skoro zmierzchnie, wyślij dwu ludzi na górę Wichrową, skąd będę przypatrywał się waszej świętej walce; niech tam na szczycie ułożą wielki stos z suchych żywicznych gałęzi. Ujrzawszy płonącą osadę Mirów i usłyszawszy wasze zwycięzkie okrzyki, zapalę go i złożę na nim dziękczynną ofiarę bogu.
 Zebor. Rozumiem.
 Moron. No już odejdź, bo i czasu masz niewiele.



Widok 13.
 W miarę jak wieczór dolewał mroków do przestrzeni, powietrze w niej coraz bardziej mętniało, a wreszcie napełniła się ona czarnością, w której przedmioty i ludzie tonęli niby bezkształtne kawały cieniów. Prócz gwiazd na niebie żadne inne światło nie padało na ruchliwe i szemrzące rojowisko Moronów. Krzątali oni się, szeptali między sobą, ale ostrożność nie odstępowała ich i przygniatała wszelkie żywsze głosy. W miejscu, gdzie wąwóz rozparł góry szerzej i zatoczył rozległe koło, na środku doliny kapłani postawili wyniesioną z namiotu świętą skrzynię, którą pokryli czerwonym obrusem wełnianym. Powoli naokoło niej zebrali się wszyscy dorośli mężczyźni, których opasały kobiety i niedorostki szlakiem powyginanym na stopach podnóża gór. Z namiotu, będącego wędrowną świątynią, wyszedł Moron z posągiem Jama w ręku i postawił go na ołtarzu.
 Moron. Módlmy się do boga sercami.
 Wraz z nim wszyscy podnieśli ku niebu blade twarze. Usta ich lekko drżały, a w wilgotnych oczach migotały iskierki odbitych światełek nocy, skrzyżowane ręce spoczywały na piersiach. Ukończywszy tę niemą modlitwę, Moron rozpoczął stłumionym głosem uroczystą pieśń, którą lud pochwycił i śpiewał chórem tak przyciszonym, że nawet góry żadnego echa od niej oderwać i powtórzyć nie mogły. Była to pieśń, błagająca u boga opieki i pomocy. Wznosiła się ona z ziemi na skrzydłach szerokich i miękich, rytmem powolnym, melodyą głęboką, wzruszającą.
 Arjos, który siedział w namiocie zesztywniały bólem, z głową na piersi zwieszoną, usłyszawszy pierwsze tony śpiewu, wyprostował się. Na twarzy jego rozlał się rzewny uśmiech.
 Arjos. Moja pieśń... którą dla nich wygrałem na strunach, rozpiętych między niebem a ziemią... Dlaczego oni ją dziś śpiewają, czemu tak późno? Czy przed nimi stanęło widmo niedoli, czy im zgryzota zdarła sen z powiek, że proszą boga o ratunek? Może on rozświecił ich sumienia nagłą błyskawicą swego gniewu? Może bóg nie jest takim, jakim go Moron przedstawia, ale jakim go dusza moja wymarzyła. Ojciec, nie Pan. O, tak ..
 Śpiewa

Tyś nas nie stworzył tylko rozumem,
Ty nie stworzyłeś nas tylko wolą
I nie stworzyłeś nas tylko mocą,
Lecz tyś nas stworzył także miłością,
  Więc bądź nam ojcem.
 Gdy głucho szemrzący chór umilkł, w piersi Arjosa zaczął płakać smutek, który mu się wylał przez oczy potokami łez, a przez usta wydobywał się łańcuchem ciężkich westchnień.
 Czy znowu zasnęli? Po co śpiewali tę pieśń? Czy Moron chciał nią mnie rozczulić albo udręczyć? Bo przecież skoro mnie przeklął i obiecał ukarać więzieniem, nie powinien pozwolić, ażeby lud moim hymnem się modlił.
 Wytężył słuch. Cisza szybko wyzuwała się z wszelkich głosów. Już zrzadka tylko odzywały się w niej krótko ucięte nawoływania, pospieszne rozmowy, stukot kopyt i przeciągłe stękanie bydła. Nareszcie zdawało się Arjosowi, jak gdyby w jednej chwili zabrzmiał ruch masy nóg ludzkich, który zamienił się na niewyraźny szum i rozwiał się w ciszy. Nie mogąc związanemi rękami otworzyć namiotu, Arjos zawołał.
 Idalu!
 Młody chłopiec stojący na straży, wetknął głowę.
 Idal. Czego chcesz?
 Arjos. Jeżeli Moron nie kazał mnie udusić, to uchyl zasłonę namiotu, bo mi już powietrza zbrakło.
 Idal. Nie zabronił, więc ci otworzę.
 Arjos. Czy dokąd wyszli?
 Idal. Nie.
 Arjos. Czemu śpiewali?
 Idal. Dziś pełnia księżyca, kapłani zwolali lud na modły.
 Arjos. A wiesz, czyja to pieśń?
 Idal. Twoja, Arjosie.
 Arjos. Nie wierzę temu. Czyżbym ja tu siedział skrępowany, gdybym ułożył hymn miły bogu i ludziom? Mylisz się...
 Idal. Nie, znam inne twoje piosenki — śliczne.
 Arjos. Ty, któremu mnie pod straż oddano? To nie są moje, zapewne jakiś inny Arjos je dla was ze swego serca wydobył.
 Idal. Podobno wyparłeś się naszego rodu i boga, a teraz wypierasz się nawet pieśni własnych!
 Arjos. A więc przyznam się do tych dzieci duszy mojej, bo widzę, że je lubisz, tylko ich ojca nienawidzisz.
 Idal. Tego nie powiedziałem. Przeciwnie, żal mi cię Arjosie. Kiedy lud śpiewał twoją pieśń, a ty siedziałeś tu uwięziony, jak złoczyńca, śliny na łzy mi się zamieniły. Ale ty będziesz wkróte[5] wolny.
 Arjos. Nie.
 Idal. Czy rzeczywiście bardzo przewiniłeś?
 Arjos. O tak.
 Idal. Cóżeś zrobił?
 Arjos. Kocham.
 Idal. Kogo?
 Arjos. Wszystko jedno — kocham.
 Idal. Alboż to grzech?
 Arjos. Jeden z największych — jeżeli ci nie pozwoli arcykapłan, ojciec, matka, brat, ród, wół, koń, baran, pies — wszystko, co cię otacza. Rzeknij: nienawidzę — nikt cię nie zapyta, kogo i za co. Ale rzeknij: kocham — natychmiast zgromadzą się koło twego serca, zaczną w niem grzebać, badać, oglądać i albo wszyscy, albo chociaż jeden oświadczy, że na twoją miłość się nie zgadza. Serce ludzkie nie pyta nikogo o radę, a każdy mu ją daje, ono nie słucha żadnych praw, a podlega najliczniejszym. Nie ukarzą cię, gdy zjesz grzyb trujący, gdy wyłupisz sobie oko lub odetniesz palec, nie ukarzą cię nawet, gdy kogoś w walce skaleczysz lub w złości skrzywdzisz, ale ukarzą cię, gdy kogoś ukochasz. Otóż i ja jestem zbrodniarzem.
 Idal. Zapewne wybrałeś sobie dzieweczkę z Mirów.
 Arjos. Co ty bredzisz? Ja jej wcale nie wybierałem. Przed wiekami bóg, który, stwarzając człowieka, przykazał, ażeby słońce ogrzewało ziemię, ryby pływały w wodzie, zwierzęta wychodziły z łona matek, a ptaki z jaj, przeznaczył również dla mnie Orlę. Przyprowadził mnie do niej wysłany przez niego duch i powiedział: ta twoja. Czy mogłem mu odrzec: nie chcę jej — kiedy serce powtarza mi odtąd ciągle: ta twoja? Nikt nie zrozumie, jak ona jest moja! Nie pomaga ten otwór w namiocie — duszę się. Gdyby wszystko powietrze przestrzeni wparło mi się w pierś, nie mógłbym już swobodnie odetchnąć, bo tylko ona jest mojem powietrzem. Ach, ile ja cierpię! Jak po zachodzie słońca jadowite płazy wysuwają się ze swych nor, tak z kryjówek duszy mojej wyłażą kąsające bóle, gdy od niej się oddalę. Zdaje mi się teraz, że wszystkie upiory zleciały się tu i wydarły mi serce, podają je sobie z rąk do rąk, odrywają z niego zębami kawałki, a ono w ich paszczach po każdem odgryzieniu przyrasta i staje się coraz większem. Zamknij namiot, Idalu, bo jej nie widzę. Gdy zostanę sam i zapuszczę powieki, z początku w czarnej przestrzeni migają mi różnobarwne światełka, które powoli bledną i nikną, a wtedy zjawia się ona. Ale nie, nie, przecież ona jest moją żoną, już nie dość mi oglądać ją w marzeniu! Od wczorajszej północy jestem z nią rozłączony: ileż mi przepadło jej widoków, spojrzeń, uśmiechów, pieszczot! Tej straty już nie odzyskam, sam bóg mi jej nie wynagrodzi, bo nawet on czasu nie rozciągnie. Ale czy ja ją jeszcze zobaczę, czy z nią szczęśliwy żyć będę? Co — nie? Kto tak postanowił? Kto miał prawo tak postanowić, jeśli bóg ją dla mnie stworzył? Moron? Gdzie on jest?
 Idal. Nie wiem.
 Arjos. Czemu ty drżysz? Przed jego władzą, czy przed mojem cierpieniem? Cierpienie jest chyba większe od włady[6] — prawda? Każdy zły sen o niej był dla mnie straszną męczarnią, bo w nim odgadywałem złą wróżbę; a teraz muszę znosić gorszą od snów rzeczywistość! To też chory jestem, bardzo chory, mój Idalu. Myśli kraczą mi w głowie jak kawki. Czasem znowu rozpadam się na części, które leżą lub stoją osobno i nie chcą się złożyć. Czy ja teraz jestem cały? Powiedz mi otwarcie, przecie w tem nie ma nic złego. Och, twarz coraz bardziej skręca mi się w przeszłość, ciągle patrzę po za siebie. A tak patrzą tylko nieszczęśliwi. Więc Moron teraz spi, on, który moją czystą miłość usiłował zgwałcić, śpi spokojnie? To niepodobna! On tylko udaje, jego sumienie jest workiem bazyliszków, które wiją się, syczą, kąsają go. Czy on może teraz spać?
 Idal. Nie.
 Arjos. A widzisz, że i ty tak sądzisz, chociaż on cię nie oddarł od kochanki i nie uwięził. Niech się męczy i niech w katuszy przeżyje cisy, które dopiero wczoraj z ziarna wykiełkowały. Ja będę szczęśliwszy od niego. Bo jeżeli nawet tu umrę, nie ujrzawszy Orli, i jeżeli ciała nasze spoczną w innych grobach, moje zamieni się na lekki gaz, który wnętrzem ziemi między ziarnkami piasku przeciśnie się do niej. I znowu będziemy złączeni. Aż do tej chwili ściana oddzielająca nasze groby, drżeć będzie ciągłą zgrozą. Tak! Wokoło cicho, a we mnie podnosi się coraz większy huragan! A ich nic nie budzi? Ród także śpi? Śpi to stado szerszeni, które zbite w kupę mniema, że jest ogromnem, wielkiem zwierzęciem, że całą ziemię brzuchem swym pokrywa, niebo grzbietem rozpiera... Niech śpi, niech mnie zmiażdży, aby tylko mojej Orli nie dotknął... Tak, Idalu, szczęście jest to mały człowiek, a nieszczęście — wielki jego cień.
 Idal, który już nie słuchał uważnie ostatnich słów Arjosa, gdyż rozglądał się trwożliwie, wyjął szybko nóż rozciął mu pęta na rękach, a następnie zranił się głęboko w ramię.
 Arjos. Dlaczego to zrobiłeś?
 Idal. Ród nie śpi, lecz wyszedł cały dla wymordowania Mirów.
 Arjos. Kiedy?!
 Idal. Niedawno. Biegnij co prędzej i ostrzeż ich. Ja powiem, żeś mnie zranił i uciekł.
 Arjos. Poczciwy chłopcze, czemu nie powiedziałeś mi tego wcześniej? Muszę Tylona uwolnić.
 Idal. Moron uprowadził go z sobą w góry.
 Arjos. Wietrze, zleć tu, zabierz mnie na swój kark i ponieś.
 Idal. Niech ci bóg nogi oskrzydli.
 Jak grot rozpaczliwą ręką rzucony, wbił się Arjos w ciemność nocy i przerzynał jej czarną toń. Odrazu zwrócił on się w stronę, która mu najmniej stawiała przeszkód i najprędzej dozwalała wydostać się na równinę. Po przełączach mknął przez góry, odrzucając stopami po za siebie drogę, jak kozieł skalny. Ani razu nogi, dobrym instynktem kierowane, nie zawiodły go w pewnem stąpnięciu, ani razu przepaść nie ukradła mu czasu. Każdą chwilę wypełnił skokiem. Jedną tylko, króciutką, stracił, dobiegłszy do ostatniej, wysokiej krawędzi gór, skąd za dnia mógłby dojrzeć osadę Mirów, a w nocy dosłyszeć mocniejsze jej głosy. Ale nie pochwycił uchem niczego. Cisza opływała ziemię, bez fal niepokoju. Nie ufał jej, ale miał nadzieję, że wyprzedzi swych rodaków, chociaż świdrując ciemny widnokrąg wzrokiem, nigdzie ich dostrzedz nie mógł. Jak kamień stoczony z góry w coraz szybszych i dłuższych podrzutach, spadł na dół. Płaszczyzna, na której jeszcze wczoraj pasły się trzody Moronów, nie groziła mu już żadną zawadą. Ledwie też jej dotykał stopami w wytężonym pędzie, jak jaskółka piersiami wodę. Otucha pokrzepiła mu serce mdlejące w zmęczeniu i trwodze. Już po przez mroki rozpoznaje zarysy siedziby Wirów. Już dostrzega błyszczący pancerz rzeki... Czy znajdzie czółno? Przepłynie ją. Więc śmieje się, płacze i biegnie...



Widok 14.
 Maleńka lampka łojowa daremnie usiłowała pokonać słabem światełkiem mrok izby i jak gdyby czując swą niemoc, kładła tylko delikatne odblaski to na smutną twarz Orli, to na poważną jej matki, która dziergając z przędzy wełnianej kaftan dla syna, koiła upomnieniami tęsknotę córki.
 Lida. Moje drogie dziecko, bogowie ochraniają człowieka, w którego czystej duszy przeglądać się mogą. Kiedy po stworzeniu świata najwyższy bóg, ażeby nie oślepić ludzi i zwierząt zbytnią jasnością, zmrużył jedno oko a drugiem obejrzał z nieba ziemię dla przekonania się, czy ładnie ją urządził, wszystkie jej twory — piaski, wody, zioła, drzewa zaczęły mu z ognistej źrenicy chwytać promienie i przystrajać się nimi. Był to dzień, ale skoro bóg przestał patrzeć, nastała noc. Wtedy rośliny, które nagle straciły barwy, zaczęły wzdychać pachnącemi woniami i płakać rosą. Litościwy bóg wyjął sobie z oblicza jedno oko i osadził je w sklepieniu nieba, z którem ono codziennie się obraca. Jest to słońce.
 Orla. Czemu dobry bóg zamyka to oko na noc? Nie widzi, co się wówczas dzieje.
 Lida. Słońce zmęczone całodziennem patrzeniem, musi odpocząć. Na noc bóg wysyła ku spodowi nieba aniołów, których oczy są gwiazdami i którzy, cokolwiek dostrzegą, zaraz mu donoszą.
 Orla. A księżyc?
 Lida. To jest dowódca tej boskiej straży.
 Orla. Szkoda, że sam bóg ciągle nie patrzy na świat obydwoma oczami. Mateczko, już tak późno, a ich jeszcze nie ma...
 Lida. Do gór daleko... a w górach iść ciężko... Nasi bogowie żyją w zgodzie, ale inni podobno kłócą się ciągle. Mój nieboszczyk brat był za wieloma morzami na północy i mieszkał w krajach, które dużo cierpią od tych boskich swarów. Dopóki w niebie panuje pokój, na ziemi jest ciepło, ale skoro wybuchnie wojna, wszystko kostnieje z chłodu. Gdy aniołowie zaczną się bić, to nieraz przez kilkadziesiąt dni spadają z nieba ich białe pióra, które lud tamtejszy nazywa śniegiem i które pokrywają całą ziemię grubem i miękiem futrem. Nareszcie po skończonej walce aniołowie w nocy zlatują i zbierają te piórka, a wszystkie rośliny odzyskują życie i nastaje wiosna.
 Orla. Są takie złe anioły?
 Lida. Są, ale nie u nas, nasze wszystkie dobre.
 Orla. Gdyby one chciały pomódz Arjosowi i Tylonowi w podróży! Im coś się stało.
 Lida. Ręczę ci, że są już blizko.
 Orla. Ja bym ich przeczuła, a szczególnie Arjosa. Tymczasem zdaje mi się, że jakaś siła coraz dalej go odrzuca i zarazem mnie pociąga. On z pewnością jest w tej stronie, na zachodzie, bo chciałabym tam biedz. Mateczko, mnie znowu coś w tej chwili szarpnęło — Arjos oddalił się.
 Lida. Tak zwykle tęsknota drażni się z ludzkiem sercem.
 Orla. Tyle razy już rozstawałam się z Arjosem, a nigdy nie wsuwała mi się do duszy taka trwoga, jak dzisiaj.
 Lida. Od wczoraj dopiero jest twoim mężem.
 Orla. Alboż ja go przedtem nie kochałam? Bogom, tobie, Tylonowi pozostawiłam zaledwie cząstkę moich myśli, a jemu oddałam wszystkie. Wy nie gniewaliście się za to na mnie, ale bogowie?
 Lida. Oni o miłość nie są zazdrośni, tylko o cześć.
 Orla. Mateczko, ja Arjosa także czciłam.
 Lida. Bogowie ci to przebaczyli. Nie trap się, moje dziecko. Z Arjosem poszedł Tylon, a wiesz, jaki on mężny. Kiedy go nosiłam w łonie, ciągle śniły mi się lwy, które on ujeżdżał i do wozu zaprzęgał. Będąc małem chłopięciem, strzelał z łuku tak celnie, że strącał jarząbki w locie. A potem! Czyżby go Mirowie obrali wodzem obrony rodu, gdyby nie ufali jego waleczności i rozumowi?
 Orla. Prawda.
 Lida. A i Arjos nie jest bojaźliwym królikiem. Czy ty myślisz, że on umie tylko ładne pieśni układać i czule w twoje oczy patrzeć?
 Orla. Wiem, nieraz bywa tak straszny, jak gdyby nagle zdziczał. Zwłaszcza gdy wspomni o Moronie. Ale wtedy kładę mu rękę na głowę i natychmiast się uspokaja. Bogowie nie stworzyli go do gniewu, lec[7] do kochania. On chciałby wszystkich miłować.
 Lida. Jak ciebie?
 Orla. O, nie, dla mnie ma osobne uczucia. Powiada że nawet ode mnie nie zaczyna najlepszyeh ludzi liczyć. Pytam go kiedyś, ile zna ładnych dziewcząt. Wymienił mi kilka. A ja? — wtrąciłam zalękniona. Ty — odrzekł — nie jesteś pierwsza, lecz jedyna, koło ciebie żadna nie stoi i żadna po tobie nie nastepuje. Często mi to powtarza. Ja bym tego nie rozumiała, gdyby on nie wydawał mi się także niepodobnym do innych.
 Lida. To dobrze, moje dzieci, że się tak kochacie. Miłość wszystko zastąpi, a jej — nic.
 Orla. Nie pojmuję, czemu ludzie tak rzadko się kochają. Gdyby oni bodaj przez chwilę doznali tej rozkoszy, co ja... Chociaż przysięgam ci mateczko, że Arjos dopiero wczoraj po raz pierwszy mnie pocałował.
 Lida. Dziwię się...
 Orla. Kiedy ja bym mu była nie pozwoliła.
 Lida. Albo to prawda!
 Orla. Mateczka wątpi? No, chyba by się był bardzo uparł, albo bardzo prosił.
 Lida. Naturalnie, ale właśnie dziwi mnie, że ani się nie uparł, ani nie prosił.
 Orla. Może bogowie byliby nas za to nie pobłogosławili... Zresztą zapytam go. Gdzie on się podział! Niedobry, jeśli się nie spieszy. Przecież wie, jak niecierpliwie go czekam. Co ja mówię! Arjos jest dobry, on zawsze przychodził wcześniej, niż obiecał. Mój najdroższy kochanku, nie usłyszysz nigdy skargi mojej, bo na nią nie zasłużysz. Ach, ta noc, ta noc... dłuższa i czarniejsza od innych! Jeśli bogowie nie mogą ludziom oszczędzić smutków, powinni je przynajmniej zsyłać na ludzi w dzień... Powiedz mi, mateczko, po co jest na świecie noc?
 Lida. Ażeby wszyscy odpoczęli.
 Orla. Gdyby dzień trwał ciągle, każdy pracowałby wolniej i nie męczył się. Ja nocy nie lubię, ona mi wcale niepotrzebna.
 Lida. Dziś.
 Orla. Wyrzeknę jej się na zawsze.
 Lida. Żałowałabyś...
 Orla. Więc niech sobie będzie, niech ciągnie się bez przerwy, aby tylko Arjos mi w niej świecił. Zdaje mi się, że ktoś do drzwi puka...
 Lida. Rzeczywiście.

 0rla. Arjos!...


Widok 15.
 Gdy Orla szybko pobiegła i otworzyła drzwi, wszedł Gotar. Pot mu skropił czoło, na którem troska wyorała bruzdy.
 Gotar. Nie wrócili?
 Orla. Nie.
 Gotar. Miałem jakąś nadzieję, że ich już tu znajdę.
 Orla. Co to znaczy, Gotarze?
 Gotar. O, to może bardzo wiele znaczyć. Naprzód, że zaszli daleko, a wracając podczas nocy, idą wolno... Powtóre...
 Orla. Co takiego?
 Gotar. W górach łatwo zmylić drogę...
 Orla. I wpaść w przepaść... Czy tak?
 Gotar. Zapewne, ale można spotkać się z drapieżnym zwierzem...
 Orla. Gotarze, tobie chyba doniesiono już coś złego.
 Gotar. To bym ich tu nie szukał.
 Lida. Moje dziecko, nie trwóż się bezpotrzebnie. Gotar mówi tylko o najnieszczęśliwszych wypadkach.
 Gotar. Zdarzają się jeszcze gorsze.
 Orla. Jeszcze gorsze? Jakie?
 Gotar. Arjos mógł np. skłamać swoją życzliwość dla nas i wprowadzić Tylona w zasadzkę.
 Orla. On mnie poślubił!
 Gotar. Wielu by cię poślubiło na całe życie, a cóż dopiero na jeden dzień!
 Orla. Czy to tylko twój domysł?
 Gotar. Tylko, ale wobec niepewności tak dobry, jak każdy innny.[8]
 Orla. Nieprawda, Gotarze. Ty również nie wiesz, dlaczego bogowie pozwalają istnieć złodziejom, a jednak nie przypuszczasz, że dlatego, ażeby z nimi dzielić się łupem; ty nie wiesz, dlaczego twoja matka umarła, a jednak nie przypuszczasz, że ją skrycie otruł twój ojciec; ty nie wiesz, dlaczego śniedź wyżera zboża, a jednak nie przypuszczasz, że ją sieje królowa. Czemuż więc o zdradę posądzasz Arjosa?
 Gotar. On nie jest człowiekiem naszym.
 Orla. Nie jest waszym, chociaż go usynowiliście? Niech tak będzie! Ale jest moim. Wy znacie jego ciemne włosy, szare oczy, prosty nos, a ja przez pół roku patrzyłam w jego duszę, która nie ma dla mnie żadnej tajemnicy.
 Gotar. I ty słuchałeś tylko jego słów, jak wszyscy, a nie widziałeś duszy.
 Orla. Czy ty mu nie ufałeś, kiedy z nim mnie łączyłeś a Tylona wysyłałeś na zwiady? Czy może potem bogowie ostrzegli cię z nieba? Czy ktoś cię wywiódł z błędu?
 Gotar. Nie.
 Orla. Nie? A pomimo to masz w pogotowiu kamień na mojego Arjosa? Oj, Gotarze, lekko ten kamień waży w twojej ręce, ale zbyt ciężko spada w moje serce. Arjosie kochany, przybądź co prędzej, niech podejrzenia przestaną kłuć twoje imię!
 Gotar. Bodajby twoja wiara okazała się słuszną, a moja wątpliwość niesprawiedliwą! Tak pragnę tego, że gdy tu Arjos stanie, pochylę moją siwą głowę kornie do nóg jego. Ty bronisz niewinności męża, a ja bezpieczeństwa ludu, który jest moim oblubieńcem, którego od lat wielu strzegę, jak ojciec dzieci. Ród Arjosa jest rodem szakalów, a od chwili, gdy spojrzał na nas pożądliwemi ślepiami i odsadził się do napastniczego skoku, nie ufam nikomu, w kim jego drapieżna krew płynie. Cały wieczór przepędziłem nad brzegiem rzeki, wypatrując Arjosa i Tylona. Cieszyłem się każdym szelestem, witałem radośnie każdą majaczącą postać w nadziei, że oni się zbliżają; noc już przebiegła połowę swej drogi — a ich nie ma. Szalonym wirem otoczyły mnie złe przeczucia, uciekłem przed ich pogonią i szyderczem śmiechem. Cała osada śpi, ja tylko jeden w niej czuwam, jak drop na czatach drzemiącego stada. Niepokój pogniótł mi w głowie wszystkie myśli. Nie mogąc go zwalczyć, schroniłem się do was, ażebyś go odegnała ode mnie swoją wiarą w Arjosa. Dziękuję ci za nią, jestem spokojniejszy. Spieraj się ze mną, Orlo, chłoszcz mnie każdem słowem oburzenia, wyrzucaj mi niegodziwe domysły: wolę to, niż wątpliwość. Dobrze, dzieweczko, dobrze, żeś się oparła moim podejrzeniom. Przekonywaj mnie, ile umiesz, że twój Arjos jest dobry, prawy, do ciebie i do nas przywiązany!
 Orla. On tak niedostępny przewrotnym zamiarom, jak bóg grzechom. Może złe obchodziło go zdaleka, ale nie zbliżyło się do niego nigdy i nie rzuciło mu pokusy. On was wszystkich szczerze umiłował. Żegnając się wczoraj ze mną, rzekł mi: niech bogowie zazdroszczą sobie wzajem rozkoszy obdarzania dobrodziejstwami twojego rodu za to, że mi dał ciebie... A do matki mojej powiedział: tyś matką mojego szczęścia...
 Lida. I całował mi nogi ze łzami...
 Gotar. Jakże mi lekko po tych waszych zapewnieniach! Teraz już tylko przypuszczam, że nasi chłopcy zbłądzili.
 Lida. Trzeba wysłać ludzi z pochodniani.[9]
 Gotar. Właśnie o tem myślałem. Oprócz pochodni dam im trąbki i każę grać sygnały, znajome Tylonowi.
 Orla. Ja z nimi pójdę.
 Lida. Nie, Orlo, to jest niepodobne.
 Gotar. Zamiast pomagać, zawadzałabyś im.
 Orla. Gdyby można było włożyć w trąbkę mój głos, Arjos by go zaraz usłyszał.
 Gotar. Wy połóżcie się spać, bo już niezadługo noc zwinie swoje skrzydła i odleci.
 Orla. Niech ta czarna szatanica opuści ziemię co prędzej. Gdy po niej przybędzie biały dzień, powitam go jak anioła.
 Lida. We śnie tęsknota się kurczy, w czuwaniu — rozciąga. Jesteś znużona, moje dziecko, połóż się...
 Gotar. Więc idę zbudzić kilku chłopców. Życzę wam dobrego jutra.
 Lida. I my tobie, Gotarze.



Widok 16.
 Orla usłała sobie łóżko, odwiązała sandałki i zdjęła zwierzchnią tunikę. Kaganek, jak gdyby chcąc lepiej przyjrzeć się jej urokom, odsłonionym na ramionach i stopach błysnął żywszym płomieniem. Usiadła na łóżko i złożyła błagalnie ręce.
 Orla. Dobry duchu, patronie serc kochających, rozkaż jednej gwiaździe, ażeby spadła na ziemię i znaczyła drogę Arjosowi. Uczyń go niewidzialnym dla złych ludzi i zwierząt i przyprowadź do mnie. On ci za to podziękuje pieśnią, a ja codzienną modlitwą. Wysłuchaj prośby mojego czystego serca i zamień w niem łzy żalu na łzy radości. Dobry duchu, niech twoje wielkie miłosierdzie spojrzy w moją smutną miłość!
 Skłoniła głowę i zamilkła.
 Lida. Uśnij, dziecinko, bogowie cię nie skrzywdzą. Arjos jeszcze przed świtem nadejdzie. Rozpalę ogień i ugotuję mu mleka, bo pewnie będzie głodny.
 Orla. O tak, wziął z sobą kawałek chleba, ale mu to na cały dzień nie wystarczyło. Jaki ten ogień jest zawsze żarłoczny: patrz, mateczko, jak on chwyta drzewo, gryzie, pożera, warczy i syczy. Nigdy nie dotknie łagodnie — zawsze ukąsi. Ja go się boję... Woda poczciwsza: głaszcze, pieści...
 Lida. Ale zdradliwsza od niego: pieszczotami zwabi i utopi.
 Orla. Nie, ja ją wolę... Po co ludzie wymyślili drapieżny ogień?
 Lida. Bogom wypadł z nieba, ludzie go znaleźli i nie oddali.
 Orla. Posłuchaj, mateczko, jak drzewo, ginąc, skarży się...
 Lida. Spij, Orlo kochana.
 Orla. Już mi się mrużą powieki... Czemu ja się trwożyłam?... Arjos wraca zdrów i wesół... Widzę go doskonale... Świętojańskie robaczki lecą przed nim długą wstęgą i wskazują mu drogę... On do nich śmieje się, łapie je w garść i puszcza, a one znowu rozpościerają swe skrzydła i świecą. Gdzie Tylon? Wyprzedził go, czy pozostał w tyle?...
 Lida. Przestań mówić, bo nie uśniesz.
 Orla. Zaraz mateczko. Widzę już i Tylona... Co on dźwiga? Upolował jakieś duże zwierzę... Dlatego idą powoli... Powinien rzucić ten ciężar i nie spóźniać się. Nie, niech go już doniesie... niedaleko. Brzydkie robaczki świętojańskie — zniknęły... Ciemno... A, nie!... Przed Arjosem fruwa ogromny motyl, który błyszczy jak gwiazda... Dobry bóg go zesłał.
 Lida. Orlo, ty jeszcze nie śpisz?
 Orla. Dobrze mi, mateczko, takie śliczne przesuwają się widoki... Arjos spostrzegł mnie... twarz mu się rozpromieniła... Skoczył! Wolno, wpadniesz w wodę!... Przecież u brzegu czeka na was czółno!... Wsiedli... Tylon zdjął z ramion swą zdobycz... Jakiż on blady ze zmęczenia... Jadą... już jadą...
 Lida. Moja dzieweczko, śpij.
 Orla. Robią wiosłami, a czółno się nie porusza... ugrzęzło w piasku... Zepchną je... Nareszcie ruszyło się... Płyną... Ach, jakże ta rzeka dziś szeroka!... Ciągle są na środku... Czyżby tam była mielizna?... Co to?... Przyleciał do rzeki olbrzym z ognia, położył się na brzegu i pije ją... pije... On całą wypije... Woda już opada, ledwie cienką warstewką na dnie leży... Mateczko, wypił!
 Krzyknąwszy, usiadła na łóżku wylękniona.
 Lida. Tem lepiej, przejdą suchą nogą.
 Orla. Ten olbrzym jest przerażający.
 Lida. Nie jest, ale był, bo z widzeniem twojem zniknął.
 Orla. Wpadł potem do naszej osady... Mateczko, ja nie śnię... Słychać jakąś wrzawę... To on!
 Lida. Zdaje ci się...
 Orla. Nie!
 Lida. Czy przygłuchłam? Wyjdę przed dom i zobaczę.
 Gdy Lida otworzyła drzwi, wdarł się przez nie potok łuny pożarowej, a za nim fale zmieszanych głosów, które nabrzmiewały coraz silniej i rozlegały się coraz szerzej.
 Orla. Widzisz, że on tu jest.
 Lida. Pali się gdzieś dom... może nawet kilka... Pobiegnę i dowiem się... Zaraz wrócę, moje dziecię...



Widok 17.
 Wrzawa rosła i przysuwała się. Z jej skotłowanego odmętu wytryskały co chwila pojedyncze rozpaczliwe krzyki lub dzikie wycia. Czasem znowu zrywał się tuman rozdartych bólem głosów, żałosnych błagań, zwierzęcych ryków, jak gdyby je wicher zgarnął, zmieszał i cisnął w przestrzeń. Czuć było pochód wielkiej burzy, która miażdżyła okrwawionemi stopami istnienia ludzkie i zmiatała ich schroniska pożogą. Przez małe okienka i przez szpary domu wślizgiwały się coraz liczniej złowrogie smużki łuny, a wkrótce już można było rozpoznać chrapliwe warczenie ognia, rzucającego się na sąsiednie budynki,
 Orla, utkwiwszy skamieniałe oczy w drzwi, przez które matka wyszła, nie oderwała ich ani na chwilę. Ciało jej unieruchomił bezwład śmiertelnej trwogi, na twarz wystąpiła liliowa bladość, usta roniły jakieś szepty, podobne do szeptów kwiatu. Tylko w obnażonej nieco piersi drgało serce mocnym przyśpieszone ruchem. Nagle przed domem przeleciało w popłochu stado ludzi z okrzykiem:
 Moronowie! Arjos zdradził!
 Orlę krzyk ten targnął gwałtownie i wyrwał z odrętwienia. Zrzuciła nogi z łóżka, jak gdyby chciała biedz.
 Orla. Arjosie... tyś zdradził?
 Pytanie to usta jej powtórzyły kilkakrotnie coraz ciszej. W długich przerwach z gorączkowym jej oddechem zaczęły wypadać szepty.
 Nie... Potwarz zabiła prawdę... i przebrała się w jej szaty.. Mój dobry, czysty Arjos... Nie... Przyjdź, kochanku, i powiedz. Nie... On?... Niech bogowie poświadczą, nie uwierzę... Wszystko kręci się wirem około niego... On stoi i milczy.. Przemówił... Nie!...
 Ogień, przeskakując z budynku na budynek w szalonych pląsach, zaczął lizać swymi palącymi językami ściany domu Orli. Ale ona odurzona boleścią, nie pojmowała niebezpieczeństwa, czuła tylko bezwiednie, że jej powietrza do oddechu braknie. Nagle drzwi, roztrącone silną ręką, rozwarły się, i na żółtem tle płomieni zewnątrz ukazała się czarna postać.
 Zebor. Jest!
 Orla. To nie ty, Arjosie!
 Zebor. Ha, ha, ha!
 Śmiech ten gruby, ciężki, bezdźwięczny, miał szczekające tony drapieżcy, który stanął oddalony już tylko na jeden rzut od swej zdobyczy i nie spodziewa się ani przeszkody, ani oporu. Po tym krótkim śmiechu Zebor wydał głos, jak gdyby zgrzytnął gardłem, skoczył do Orli, krótkim mieczem przebił na wskróś jej pierś, zdarł z niej płat koszuli, umoczył we krwi i wybiegł. Tymczasem ogień z wielu stron uczepił się domu, po słupach i węgłach wlazł na dach, a wężyki jego wsuwały się wszyskimi otworami do wnętrza. Zabójczy cios ożywił chwilowo Orlę. Próbowała ona podnieść się i zrozumieć okropną prawdę swej śmierci. Ale z każdą kroplą krwi wyciekały jej siły. Zwisła na poręczy łóżka, a mdlejący jej wzrok uwiązł nieruchomo w wejściu, zasłoniętem firanką płomienia. Wreszcie zasłona ta rozdarła się, i wpadł przez nią Arjos z osmalonymi włosami, z zażegniętem w kilku miejscach ubraniem i z obłędem w oczach.
 Arjos. Orlo, Orlo! Ja, Arjos!
 Z trudem odemknęła nieco powieki, spojrzała na niego, chciała coś wymówić, ale tylko na martwych jej ustach zastygł słaby uśmiech i skonała. Arjos, uniósłszy ją, spostrzegł krew zakrzepłą na piersiach.
 Zabita? Orla moja zabita?! Ty to widziałeś, boże, i nie powstrzymałeś morderczej ręki? Jej śmierć była potrzebną dla twojej chwały i szczęścia świata? Odpowiedz, niebo, jeśli nie jesteś puste!... Chodźcie tu co prędzej, ogniste żmije, które tak wokoło syczycie, obwińcie nas palącymi splotami i uduście moje obmierzłe życie!
 W długim pocałunku przyłożył usta do rany Orli i tak pozostał. Zgruchotane zębami ognia belki i wiązania domu runęły i zamknęły ich w gorejącym grobie, strzeliwszy ku niebu słupem iskier.



Widok 18.
 Moron, stojąc na górze, śledził uważnie pochód swego rodu i przebieg napadu. Twarde jego oblicze czasem złamało się wzruszeniem, a ręce ścisnęły kurczowo; natychmiast wszakże odzyskiwał spokój. Dopiero gdy z osady Mirów błysnęły płomienie, gdy z niej buchnął wielki ryk zwycięzców i wielki jęk zwyciężonych, gdy widocznem już było, że miecz w przymierzu z ogniem dokonał zagłady, skalista twarz arcykapłana zajaśniała niehamowaną radością. Milcząc, nie odpowiadając na ciągłe pytania niespokojnego Tylona, który skrępowany z zawiązanemi oczami leżał przy stosie suchych gałęzi, śród dwóch zbrojnych stróżów, stary patryarcha poił wzrok wymarzonym a rzeczywistym widokiem. Krzyki mordowanych grały w jego uszach hymn potęgi Jama, a łuna pożaru oświecała zorzą szczęścia przyszłość jego ludu. Dał znak — strażnicy położyli Tylona na stosie. Moron wzniósł natchnione oczy do nieba i mówił.
 Moron. Boże nasz, spełniła się wola twoja i okazała się moc twoja, a my spożywać będziemy owoce nowej łaski twojej. O Panie, Panie, jakżeś wielki w sile i szczodry w hojności swojej! Wszystko stworzenie, sławiąc cię od wieków, nie może wypowiedzieć, kim jesteś, tem mniej uczynić to zdołają usta moje. Ale nie wzgardź, Ojcze, tą dziękczynną ofiarą, którą ci ubogie dzieci składają!
 Długim i szerokim nożem przerznął gardło Tylona, nabrał w dłoń krwi i pokropił nią stos, który, podpalony w tej chwili przez strażników, rozgorzał bujnym płomieniem. Już świt dnia przecierał się na wschodzie przez opony nocy. Mgła poranna otoczyła szerokim kołnierzem szczyt góry, na której Moron złożył bogu całopalenie, a z tego lotnego kręgu dobywała się gorzel stosu, niby ognista kiść wulkanu. Pogromcy Mirów, ujrzawszy tę ofiarę, odpowiedzieli na nią grzmiącym okrzykiem uniesienia. Moron, wciąż nieruchomy, z głębokim zachwytem patrzał na rozpostarty w dole obraz zniszczenia. Wszystkie budynki leżały w zgliszczach, tu i owdzie czerwonawe płomienie, niby warczące nad kośćmi lamparty, ogryzały głownie, a śród nich czarne i bure dymy włóczyły się jak hyeny na pobojowisku. Moron wodził za nimi wzrok radością napojony. Wreszcie podniósł ręce i błogosławił swój lud. Wówczas od dymów stosu Tylona i zgliszcz osady zaczęły się odrywać obłoczki ludzkich kształtów, które podążyły w jednym kierunku i niby wianek gołębi zawisły nad jednym zgorzałym domem. Po chwili uniosły się z tego miejsca dwa inne białe obłoczki, przybierające coraz wyraźniej postacie mężczyzny i kobiety, które wzbiły się wysoko i wraz z tym orszakiem popłynęły w przestrzeń. Moron je rozpoznał i błogosławiące ręce opuścił. Wzeszło słońce, przystanęło na niebie i zdumionem okiem spojrzało na cmentarz Mirów. Natura nie powitała swego monarchy zwykłym hymnem porannym. Zdawało się, że wszystkie w niej głosy oniemiały, wszystek ruch zdrętwiał, że nawet czas zatrzymał się na chwilę, obejrzał i spieszniej odszedł drogą ku wieczności.



koniec części drugiej.


Część trzecia.


ZWIASTUN.



ZWIASTUN.




Widok 1.
 Morze wykopało sobie pod progami olbrzymich skał półkuliste łożysko, w którem drzemało uśmiechnięte w blaskach słońca, poruszając spokojnie piersiami swych fal. Dzikie wichry północne, rozdarte w przelocie na ostrych szczytach, rzucały czasem oderwany strzęp lodowego podmuchu w dolinę i wyjąc, uciekały pokaleczone. Nawet wiatry zachodnie, wyczesane z cierpkich prądów grzebieniem gór, spadały w pasmach lekkich powiewów na obnażone i gorące łono zatoki, które orzeźwiały miłym chłodem. Było w niej zwykle jasno, ciepło i cicho; to też ulubione dzieci losu tłumnie szukały w Datali wygody, rozrywek i zdrowia, zamieszkując przez czas wiosny małe, śliczne domki, które usiadły w gaju, jak stado pardw. Wczesny ranek nie zaludnił jeszcze wybrzeża, które było miejscem spotkań i zabaw. Na pustej krawędzi placu stali tylko Heron i Astjos, a w dali od nich wyzwoleniec i niewolnica, którzy przed chwilą pożegnali odpływającą na okręcie Orlę.
 Astjos. Gdyby była wstrzymała się choć parę tygodni, odwiózłbym ją do rodziców. Ale zaledwie tu przyjechałem i jeszcze nie zdążyłem nawlec trzech paciorek, już musiałbym wrócić do domu na przeklętą nudę z niewolnicami, które wyczerpałem u siebie i u wszystkich znajomych. Czy jesteś pewien, że Orla sama z załogą bezpiecznie dojedzie?
 Heron. Bądź spokojny, to bogini sług. Każdy z nich nie pozwoli mewie głośniej zaskrzeczeć koło niej. Uważałeś przecie, że szła do portu obok lektyki, bo nie chce ich trudzić, gdyby ją nieśli. Widzisz tego młodego gawrona, który ściga wzrokiem okręt: jest to Tarlon, wyzwoleniec, mój rządca; ręczę ci, że sobie w tej chwili przemywa brudne oczy łzami. A za nim stojąca niewolnica, której kazałem pozostać, bo mi potrzebna, zapewne także skomli. Tak wszyscy domownicy i czeladź za nią przepadają. Ci, którzy ją rzadko widują, uważają za święty ten dzień, w którym ją zobaczą. Podobno nawet krąży między moimi majtkami opowieść, że jest ona córką fregaty, ptaka morskiego, który nigdy nie siada na ziemi i ciągle buja w powietrzu, a raz w roku spada na wodę i znosi dwa jajka, z których się wylęga para najlepszych ludzi. Naturalnie ja nie pochodzę z tego gniazda.
 Astjos. Zdaje mi się, że przesyła z pokładu ręką pożegnanie.
 Heron. Ha, ha, ha! Ty jesteś młodszy ode mnie nietylko o kilka lat, ale o wiele doświadczeń: dopiero wiesz, do czego kobieta służy, ale jak jeszcze nie wiesz, czem jest.
 Astjos. A jednak, wczoraj przybyła mi do zbioru setna dwudziesta paciorka.
 Heron. Jeszcze mało. Musisz przynajmniej raz ożenić się. Więcej mądrości nauczy cię jedna żona, niż tysiąc kochanek.
 Astjos. Przesada!
 Heron. Według ciebie tedy, Orla, stojąc na pokładzie okrętu, pozdrawia mnie?
 Astjos. No, może i mnie.
 Heron. Żadnego z nas. Ona prawdopodobnie pozdrawia słońce, morze, góry, ryby i ptaki, które się uwijają około statku, albo ja wreszcie wiem — co! Żyjąc z nią przez lat osiem, ani razu nie zgadłem, dokąd zwróci swój zachwyt. Zapamiętałem tylko troszkę, czego nie lubi: niewolnictwa, wystawnego życia, zbytku, zabaw, wszystkiego, co jest związane z naszem położeniem społecznem. Wysilam się na najwyższą dla niej grzeczność — zadąsana; jestem obojętny — zadąsana; siedzę w domu — kaprysi; wyjeżdżam — kaprysi. Niby niczego nie żąda — a ciągle niezadowolona. Gdy do spełnienia jej woli zbraknie jakiejś cząsteczki, wpada w niemą rozpacz. A przytem ciągle uroczysta. Wszystko zamieniałaby na świątynie i wszędzie stawiała ołtarze, chociaż dotąd nie wybrała sobie boga. Cokolwiek powiem — zawsze wysłucha z lekceważącem zdziwieniem. Gdybyś dmuchając we flet, wydobył z niego ryki piorunu, nie miałbyś większej niespodzianki nad te, jakich ja codzień od niej doświadczam. Poprostu nie rozumiemy się.
 Astjos. A przecież ty tak umiałeś opanowywać kobiety!
 Heron. I umiem, tylko wobec tej jednej, wobec żony, zawodzi mnie cała moja sztuka do tego stopnia, że prosty ogrodniczek, który jej poda bukiecik kwiatów, bardziej ją zadowoli, niż ja wszystkiemi mojemi staraniami. Przynajmniej uśmiechnie się do niego i podziękuje. Czy ona i w dzieciństwie była dziwaczką?
 Astjos. Miała odmienne od nas wszystkich upodobania, ale była wesoła. Zresztą nie obserwowałem jej uważnie, gdyż mnie wogóle nie zajmowały kobiety bezużyteczne, a do nich należy siostra. Po co ona pojechała do rodziców, kiedy ją upewniłem, że są zdrowi?
 Heron. Pytałem. Tęsknię do innego życia — odparła — chciałabym także odwiedzić kilka drzew, które mi są drogie. Bądźże mądrym z tej odpowiedzi!
 Astjos. Nie podejrzewasz jej o jakąś ukrytą miłość?
 Heron. I o tem myślałem, ale chyba w waszej okolicy nikogo nie ma...
 Astjos. Ile razy przyjedzie, ciągle chodzi samotna po polach i lasach.
 Heron. Przed kilku dniami zaczęła z niezwykłem ożywieniem mówić o tym waryacie, czy oszuście, który w waszej okolicy zabrał gromadkę oberwańców i uczy ich nowej religii — jak on się nazywa?
 Astjos. Arjos.
 Heron. Tak, Arjos. Ten włóczęga, który już dawno powinien zawisnąć jako owoc suchego drzewa, olśnił ją. Bo ona zawsze ma jakąś słabość do najgorszych mętów ludzkich.
 Astjos. E, to chwilowy kaprys. Nie opierają się jej w niczem — więc grymasi.
 Heron. Gdzie tam! Wiesz, co mi powiedziała przy rozstaniu? Bądź szczęśliwy beze mnie, bo ja już nie wrócę.
 Astjos. Zwykłe pogróżki żon, które mają uległych mężów i dobrych rodziców.
 Heron. Że też bogowie, stwarzając kobietę, nie mogą nigdy ustrzedz się, ażeby im zły duch czegoś do niej nie domieszał. Ja kocham Orlę i rozdział z nią sprawiłby mi wielką przykrość, ale — wyznam ci szczerze — zraniłby też śmiertelnie moją dumę. Być wzgardzonym i porzuconym przez każdą kobietę — nieprzyjemnie, a przez żonę — okropnie.
 Astjos. Po co ty koniecznie dorabiasz tragiczny sos do drobnego nieporozumienia? Ja, niedość jeszcze ukształcony twój uczeń nie pojmuję, ażeby mnie jakakolwiek kobieta lub okrywka opuścić mogła. W stu dwudziestu paciorkach nie mam ani jednej z takiem wspomnieniem.
 Heron. Pokażże mi raz ten zbiór, którym tak się przechwalasz.
 Astjos uchylił tunikę, pod którą na gołem ciele nosił dwa sznury paciorek, przewieszone skośnie przez ramię piersi.
 Rozmaitość wielka — tylko troszkę za dużo drewnianych.
 Astjos. No, mój drogi, trudno, ażeby dla mnie rodziły się tylko owoce z cienką wełną, zwłaszcza że te, od których dostałem kulki drewniane, były nieraz więcej warte od tych, które mi ofiarowały złote. Jedna niewolnica, którą dostrzegłem u Kripona, warta bogini! Dawałem mu za nią pięć wołów — nie chciał. Zresztą, jak widzisz, są tu i perły od pięknych pań.
 Heron. Więc każda musi dać ci taką pamiątkę?
 Astjos. Każda, bo wszystkim przyrzekam, że pod tym tylko warunkiem będę im wierny.
 Heron. A sam nie nawłóczysz sobie paciorek dla zwiększenia liczby?
 Astjos. Za kogo ty mnie masz, Heronie! Na honor przysięgam, ani jednej! Cóż to, nie jestem dość ładny na to, ażeby mieć u kobiet wielkie powodzenie?
 Rozpiął i zsunął do bioder tunikę.
 Przypatrz się! Nawet śród Godonów jeszcze takie ręce, piersi i ramiona mają znaczenie.
 Heron. Prawda, ale posłuchaj mojej życzliwej i doświadczonej rady — bądź w stosunkach z kobietami oszczędniejszym, żebyś nie potrzebował, jak ja, przedwcześnie być skąpym.
 Astjos. Mam jeszcze dużo czasu, w którym mogę być rozrzutnym. Co dziś robimy? Już okręt z Orlą zniknął — jesteś swobodnym.
 Heron. Dziś nie podoba mi się ta swoboda. Czuję jakiś ochwat.
 Astjos. Nie poznaję cię, mój szwagrze. Skrzypisz, jak wóz nienasmarowany. Pamiętaj, że przyjechałem po to, ażeby się bawić i liczyłem, że ty mi pomożesz.
 Heron. Niech tak będzie! Bierz licho żale! Alboż to ja komin, w którym byle wiatr jęczeć może! O ile pamiętam, nigdy w życiu nie płakałem, więc już uczyć się tego nie będę.
 Astjos. Tak, to co innego.
 Heron. Jeżeli nawet Orla mnie opuści, to ja jej pokażę, że jeszcze ładne kobiety mijać Herona nie będą.
 Astjos. Naturalnie!
 Heron. Tarlon! Tarlon! Hej! Nie mówiłem ci, że i ten wyzwoleniec posłał za nią duszę. Utopił oczy w morzu i stoi głuchy, jak słup do przywiązywania łodzi. Tarlon! Nie słyszy. Wreszcie niewolnica go obudziła. Tarlon!
 Tarlon. Jestem.
 Heron. Dwa konie z jednym niewolnikiem tu dla nas zostaną. Ty wracaj do domu.
 Tarlon. A Ega?
 Heron (do Astjosa). Czy chcesz ją zatrzymać?
 Astjos. Po co? Domową kurę zawsze zjeść można, zwłaszcza gdy gospodyni nie ma. Trzeba tu zapolować na dziką zwierzynę.
 Heron (do Tarlona). Zabierz ją z sobą.
 Astjos. Ale nie dla siebie.
 Tarlon. Słucham.
 Heron. Nie obawiaj się. U mnie jest porządek, i gdyby niewolnik, a nawet wyzwoleniec tylko, pocałował niewysortowaną niewolnicę, kazałbym te zaloty opisać na jego skórze.
 Tarlon z Egą odeszli, rzuciwszy raz jeszcze spojrzenie na morze w kierunku, w którym odpłynęła Orla.
 A teraz przedewszystkiem dla poprawy humoru musimy coś zjeść, bo jestem tak głodny, jak głowa plotkarki rano. Niedaleko stąd ma zakład kucharz, który przyrządza doskonałą pieczeń z płatków, odkrawanych żywcem żółwiowi i smażonych na jego skorupie.
 Astjos. Czy nie za wcześnie jeszcze na ten przysmak?
 Heron. Więc co innego?
 Astjos. Może gorące wino z daktylami?
 Heron. Za ciepło. Poczekaj, idzie ku nam stary Pirus, mistrz dobrego życia, który siedemdziesiąt lat wysysa z niego najlepsze soki — on nam poradzi.



Widok 2.
 Przyszedł do nich starzec mały, suchy, łysy, z przymrużonemi oczyma, ustami zapadłemi w szczęki bezzębne któremi ciągle poruszał, przesuwając co chwilę przez wargi cienki język.
 Heron. Dzień dobry, Pirusie.
 Pirus. Kto to? A!... Heron, miły oku Heron...
 Heron. I brat jego żony, Astjos.
 Pirus. Śliczny chłopiec!... Gdybym mógł być nim od zachodu do wschodu słońca, dopiero następne pokolenie tej okolicy szczyciłoby się cnotliwemi żonami. Skądże to?
 Astjos. Z Oksyny, w Protoryi.
 Pirus. I wielu jest tam takich?
 Heron. Całe wsie i gromady.
 Pirus. Cicho, przez bogi! Gdyby niewiasty to usłyszały, puściłyby się wpław przez morze. Tymczasem miłosierdzia, piękny Astjosie, nad niemi, to jest nad nami... Co to za uda! Czy go Satar widział?
 Heron. Nie. Żeby jednak nie schudł, powiedz, Pirusie, co mamy teraz zjeść i jak się potem zabawić?
 Pirus. Naprzód zjeść obfitą porcyę powietrza.
 Heron. Jużeśmy to zrobili.
 Pirus. Tak, ale pewnie połykaliście je, jak byczki serwatkę.
 Heron. Powoli... z uwagą...
 Pirus. No to powiedzcież mi, jaki ma smak powietrze dzisiejsze?
 Heron. Źródlanej wody.
 Pirus. A według ciebie, Astjosie?
 Astjos. Rosy.
 Pirus. Widzę, moi przyjaciele, że umiecie tylko wytarzać się na darach boskich, ale o ich wartości nie macie żadnego pojęcia. Dzisiejsze powietrze ma smak ananasu. Skosztujcie je nosem... prawda? Przyjemne, ale za mocno podnieca młodych; za to dla starych wyborne. Wczoraj rano było twarde i mało soczyste, jak niedojrzała rzepa, to też mi zaszkodziło. I gdyby nie wieczorne, które przypominało świeżą oliwę, nie mielibyście dziś przyjemności korzystania z moich nauk.
 Heron. Słuchając ciebie, zdaje mi się, że jem obfite śniadanie.
 Pirus. Nie żartuj... Człowiek często ogląda się w życiu, ale nigdy nie może wrócić, chociażby chciał podnieść szczęście, które w pośpiechu minął. Ja rzucam przed was mądrość, w której jak w owocu granatu tkwią jagody szczęścia. Powietrze jest najpierwszą i najważniejszą potrawą w pożywieniu człowieka.
 Heron. Wierzę, wierzę, ale co mam zjeść potem?
 Pirus. Trzy gołębie jajka rozbite i zagotowane w szklance dobrego wina.
 Astjos. Po takiej uczcie nie miałbym siły mrugnąć jednem okiem na kobietę.
 Pirus. Co? Zaraz po śniadaniu mrugać na kobiety?
 Astjos. Więc cóż robić?
 Pirus. Spożyć dużo powietrza.
 Heron. Ależ, Pirusie, my nie jesteśmy bębny do nadęcia!
 Pirus. Jak wam się podoba. Pożerajcie sobie wszystko, jak morze, ja nie będę tego trawił. Wreszcie z waszymi żołądkami odważyłbym się zjeść węgorza w słonym sosie z mlecza makreli. Wyśmienita trucizna! Uważajcie, jak tylko podniebienie poczuje ją na języku, zaraz spłaszczy się, potem wypukli i opadnie chciwie na lubą zdobycz. Są to jedyne dwie ryby, które się godzą na talerzu, chociaż w żołądku znowu się kłócą. Winien temu głównie węgorz, swarna bestya! Ja już go pokonać nie mogę, ale wy, którzy macie w brzuchach tak gorące piece...
 Heron. Zatem idziemy na węgorza.
 Pirus. Tylko wracajcie prędko, bo zaraz ze wszystkich domków wysypie się na wybrzeże cała bogini piękności, rozmieniona na drobną monetę ładnych kobiet.
 Heron. Przybyły nowe?
 Pirus. Wczoraj przyjechało kilka z Ontaru. Zwłaszcza jedna, żona dowódcy wojsk tamtejszych.
 Astjos. Jala?
 Pirus. Znasz ją? Mój drogi, powiedz mi, czy dobrze zgaduję: musi ona w dotknięciu być podobna do śliwki, a w smaku do brzoskwini?
 Astjos. Postaram się zaspokoić naprzód ciekawość moją, a potem twoją.
 Pirus. Uciekajcie chłopcy, idzie Satar, rzeźbiarz, który zacznie oglądać Astjosa i nie puści was na śniadanie. Wyobraźcie sobie, ten potworek czeka, aż bardziej schudnę, a wtedy obiecuje mnie ulepić z gliny.



Widok 3.
 Satar, który na wątłym korpusie i krótkich nogach niósł ogromną, obficie uwłosioną głowę, mijając Astjosa i Herona, zatrzymał ich długo w spojrzeniu.
 Satar. Kto ten drugi?
 Pirus. Brat żony Herona, który mi nieco przypomina, jak wyglądałem za młodu.
 Satar. Gdyby jego łydki wilk wyssał z krwi i mięśni, jeszcze byłyby tęższe, niż kiedykolwiek twoje. Ty się nie znasz na tem.
 Pirus. Ja się nie znam na łydkach? He, he, he... Miałem takie, że w jedną schowałbyś się cały, a głową swobodnie poruszał w mojem kolanie.
 Satar. To musiałeś chyba na nie wciągać szczuplejszą skórę, bo nie widzę zmarszczek.
 Pirus. A te fałdy na nogach i rękach, jak u słonia?
 Satar. Prawda, co za wały i wąwozy! W tych przepaściach niewątpliwie mszyca by się ukryła. Mógłbym już umrzeć, bo nic wspanialszego nie zobaczę, ale skoro żyć mam, powiedz mi, dokąd odjechała najpiękniejsza kobieta — Orla?
 Pirus. Żona Herona odjechała?
 Satar. Odpłynęła statkiem.
 Pirus. Nie słyszałem. Heron nic mi nie wspomniał.
 Satar. Jestem zrozpaczony. Kiedy tu przybyła z mężem, starałem się zobaczyć ją codziennie i zapamiętać jakiś szczegół z jej twarzy, ażeby go natychmiast wyrzeźbić w marmurze. Miałem nadzieję, że tym sposobem odrobię całą jej głowę i że sława tego dzieła przeniesie moje imię do nieśmiertelności. Bo rzeźbiarz, któryby zdołał odtworzyć wiernie tę cudowną kobietę, byłby pierwszym artystą po bogach.
 Pirus. I dużo już wyrzeźbiłeś?
 Satar. Prawie nic, chociaż od trzech tygodni pracuję i po sto razy dziennie wybiegałem, ażeby jej się przypatrzyć. Nie możesz mieć pojęcia, jak trudno uchwycić te szczególne linie i płaszczyzny. Zdaje się, że bóg wcielił w niej nierozwiązalne dla geniuszów zagadnienie. Zacząłem rzeźbić jej nos: przyjrzałem się mu niezliczoną ilość razy, a chociaż mam w pamięci tak dokładny jego odcisk, że nie brak ani jednego zgięcia, ani jednej kreski w siatce skóry, nie mogę go skopiować. W ustawicznych przeróbkach wychodzą mi z pod dłuta nawet ładne, ale żaden z nich nie jest nosem Orli. Wczoraj wreszcie jedną szczęśliwą poprawką osiągnąłem znaczne podobieństwo i dziś właśnie, kiedy chciałem je sprawdzić, wyjechała.
 Pirus. Zostawiła ci na pocieszenie łydki brata, które możesz studyować.
 Satar. Gdybym był tak głupim, jak ty, Pirusie, to bym się wstydził żyć tak długo.
 Pirus. Naprzód głupoty na świecie nie ma, są tylko odmiany mądrości z rozmaitym smakiem; powtóre, jeżeli tacy ludzie istnieją, to należą do nich przedewszystkiem nieudolni rzeźbiarze, którzy, nie umiejąc wykuć w marmurze ładnego nosa, żądają od znajomych, ażeby wraz z nimi nad tem płakali.
 Satar. Nieudolny rzeźbiarz!... Tobie, sucharku, zdaje się, że twarz pięknej kobiety tak łatwo wymodelować jak ten dziurawy garnek z dwoma uszami, który nazywa się twoją głową. Prawda, daremnie usiłuję wydobyć z marmuru nos Orli, ale potrafię dziś do południa dziesięciu małych chłopców, którzy wyławiają muszle z morza, nauczyć lepienia z iłu twojej postaci. Przed wieczorem jeszcze ustawią wzdłuż ulicy szereg posążków, z których każdy będzie podobniejszy do ciebie, niż ty do twego ojca.
 Pirus. Wierzę, wierzę, ale po co ten gniew? Nie myślałem ci zaprzeczać talentu.
 Satar. Owszem, myślałeś, chociaż wiesz, że w Godonie nie ma ani jednej większej świątyni, w którejby nie było statuy, wykutej moją ręką. Bo łatwiej artyście stworzyć nawet boga, niż piękną kobietę.
 Pirus. Więc przepraszam cię, już nie karć starego przyjaciela i nie ucz chłopców...
 Satar. W ciebie świat wchodzi przez gębę, a we mnie przez oczy, dlatego...
 Pirus. Dobrze, dobrze, mój drogi, tylko uspokój się.
 Satar. Ach, gdybym ja mógł ją wyrzeźbić!... A przecież ona w każdej bryle marmuru jest ukryta, trzeba tylko umieć zdjąć osłony!
 Pirus. Słyszałeś, że poławiacze najsmaczniejszych ryb mają być uwolnieni od podatków?
 Satar. Nie zaśmiecaj mi głowy! Co mnie to obchodzi!
 Pirus. Dziś o niczem nie można z tobą rozmawiać, żebyś się nie oburzał... Żegnam cię. Wolę spożyć trochę świeżego powietrza, niż twoje wymysły.
 Satar. Poczekaj stary. Przepraszam cię, jestem rzeczywiście dziś tak rozstrojony, jak pradziadowska lira. Widok tej uroczej kobiety rozmarzył mnie do szaleństwa. Gdyby była przynajmniej nie odjechała, możebym wreszcie zdołał przenieść jej rysy w marmur.
 Pirus. Zapewne niezadługo wróci.
 Satar. Cóż z tego, kiedy dusza moja zwiędła w promieniach tego słońca, jak kwiat powoju! Ja to przeczuwałem. Piękno zawsze ożywia mnie, wzmacnia energię, rozbudza siły. Tymczasem ujrzawszy ją, doznałem jakiegoś pognębienia, niemocy. Jej twarz zdaje się mówić: bóg mnie stworzył, a żaden człowiek nie odtworzy; geniusz ludzki przekonawszy się, że mu ręka zdrętwieje bezwładem, gdy zechce mnie powtórzyć, tylko ze czcią i pokorą przede mną uklęknie.
 Pirus. Wprawdzie nie jestem artystą, ale też nie przypuszczałem, że to taki wysoki gatunek urody. Co za wyśmienity prąd powietrza teraz przepłynął! Zauważyłeś?
 Satar. Ty jej dobrze nie widziałeś, bo starość zamgliła ci oczy. Gdybyś miał tak czyste, jakie posiada młodość, rozumiałbyś mój zachwyt.
 Pirus. Może... może... chociaż ja i w młodości zapalałem się trudno, jak mokre drzewo. Wszelkie uniesienie, zachwyt narusza równowagę fizyczną i umysłową, czego się strzegłem, i dlatego mam czerstwą starość.
 Satar. Nigdy ci z serca nie buchał płomień?
 Pirus. Broń boże! Każde mocne uczucie, jak mocny napój, sprowadza niestrawność duszy, a nawet ciała, tak... i ciała.
 Satar. Nie wiem, czy ci zazdrościć, czy też...
 Pirus. Zależy od tego, czy chcesz żyć długo, czy krótko.
 Kobus (do Satara). Słuchaj Pirusa, bo on filozofuje brzuchem.



Widok 4.
 Niespostrzeżony przez mówiących zbliżył się do nich mężczyzna z krótkimi, kędzierzawymi włosami, od których odchylały się duże uszy, a z gęstego zarostu twarzy wyskakiwał hakowaty nos i małe, ruchliwe oczy.
 Pirus. Kobus, figlarz, który schował przed ludźmi prawdę i nie chce jej oddać... Jak się masz, wesoły filozofie! Skądże to?
 Kobus. Z Cykady miasta wielkich mędrców, którzy właśnie znaleźli ową prawdę i zawiązawszy sobie oczy, grają z nią w ślepą babkę, ale dotąd nie zdołali ani razu jej złapać. Znudziła mnie ta zabawa, więc dowiedziawszy się, że tu jest liczny zlot ładnych ptaków wędrownych, przyjechałem. Cieszę się, że spotykam cię, Pirusie, rówieśniku nieba i ziemi, w lepszem od nich zdrowiu, bo niebo ma gorączkę, a ziemia wymioty.
 Pirus. Co znowu?
 Kobus. Pod Cykadą wulkan zaczął wyrzucać lawę. Może uczuł nudności, nasłuchawszy się rozpraw w tamtejszej akademii. Czemuż to Satar tak strapiony?
 Pirus. Uciekł mu śliczny nos.
 Kobus. Ach, jaki ja widziałem nosek w kompletnym garniturze innych wdzięków! Gdyśmy dopływali do portu, przesunął się koło naszego okrętu jakiś statek, a na nim prześliczna, młoda kobieta, sama śród niewolników.
 Satar. To ona, to ona!
 Kobus. Kto taki?
 Pirus. Żona jednego z możnowładców tutejszych.
 Satar. Czy wyrzeźbiłbyś jej nos?
 Kobus. Jedynem dłutem, którego umiem używać, jest język, a tem narzędziem, jak ci wiadomo, można tylko lizać marmur.
 Satar. Ale gdybym ci pokazał kopię tego nosa, dostrzegłyś w czem jest wadliwa?
 Kobus. Nie mam takiej wprawy, gdyż kobietom wogóle przypatrywałem się mało i dotąd nie wiem, na co im natura dała głowy, a cóż dopiero nosy.
 Satar. Jakiż z ciebie barbarzyniec! Widziałem nawet raz wołu, który oglądał z zadowoleniem posąg pasterki gwiazd, a ty...
 Kobus. To dowodzi jedynie, że ja nie jestem wołem. Ale niech cię ta okoliczność nie zniechęca do mnie, kochany Satarze, bo można posiadać jakąś wartość, nie będąc w żadnem pokrewieństwie z tem zacnem zwierzęciem. Więc ciągle żyjesz zatopiony w ładnych nosach, uszach, nogach?
 Satar. Przestań na chwilę drwić i powiedz szczerze, czy znasz coś wyższego nad piękno?
 Kobus. Owszem, znam — dojrzałą figę.
 Pirus. Ha, ha, ha, Kłóćcie się, kogutki, ja taką walkę bardzo lubię.
 Kobus. Nie patrz, kochany Satarze, na mnie ze wzgardą, bo mój rozum nie lękliwy. Widzisz, przyjacielu, dojrzała figa jest to dla wszystkich ludzi dojrzała figa — słodka, soczysta pożywna. Piękno zaś jest to albo nic, albo coś, co może być również brzydkiem. Żaden człowiek nie nazwie dojrzałej figi narownym koniem, natomiast ty sam niejedną ubóstwianą przez kogoś kochankę nazwiesz czarownicą.
 Satar. Jednakże i ty, jak ja, uznałeś za piękną tę kobietę, którą widziałeś na morzu.
 Kobus. Przypuszczam, że znalazłoby się wiele takich, ale sprowadziłbym ci cały lud, mieszkający niedaleko Cykady, który oświadczyłby, że ona jest brzydka, bo nie ma ciemnej twarzy i spiłowanych śpiczasto zębów.
 Satar. Więc piękno nie istnieje?
 Kobus. Rozumie się, że nie, istnieją tylko pewne przedmioty, które przez pewnych ludzi w pewnych warunkach ich życia uważane są za piękne.
 Satar. I prawd powszechnych nie ma?
 Kobus. Naturalnie, tak samo, jak nie ma powszechnych żon. Każdy człowiek posiada własną żonę i własną prawdę, z którą czasowo lub stale żyje, którą nagina do swej woli i potrzeb, z którą ma dzieci, chrzczone imionami zasad, pewników itd. Ta tylko zachodzi różnica, że mężowie nie lubią, ażeby się kochano w ich żonach, ale bardzo pragną, ażeby się kochano w ich prawdach.
 Satar. Mnie się zdaje, że ty masz liczny harem tych... prawd.
 Kobus. I wszystkim, jak wogóle kobietom, nie wierzę. Według mnie, daleko większy wstyd twierdzić, że coś się wie niewątpliwie, niż że się nic nie wie. Pierwsze bowiem okazuje zuchwałego głupca, drugie — skromnego mędrca. Wolę przez całe życie szukać i nigdy nie znaleźć boga, niż złapawszy krokodyla, wrzeszczeć, że trzymam za ogon stwórcę świata.
 Satar. Czy ta trzęsionka słów nazywa się także filozofią?
 Kobus. Jedź do Cykady, dostaniesz lepszej. Tam co łysa głowa, to filozof, a każdy chodzi z kramikiem wszechwiedzy, z którego za tanie pieniądze sprzedaje niewzruszone prawdy. Jeden przysięga, że świat powstał z ognia, drugi — że z wody, trzeci — że z kichnięcia boskiego, czwarty — że z kaszlu i t. d. Jeden radzi się tuczyć, drugi — zachudzać, trzeci — śmiać, czwarty — płakać, a piąty zaleca patrzeć się ustawicznie w swój pępek, z który mają płynąć najcenniejsze myśli. Ciemny tłum, w który można wmówić, że powinien malin używać jako spinek, a rubiny zjadać, wszystko przyjmuje z równem zadowoleniem. Pewnego dnia dla żartu zacząłem uczyć, że szare chmury są to zbrudzone ubrania bogów, które ich służąca pierze, a wylawszy na ziemię wodę deszczem, rozwiesza ja potem na niebie, jako czyste białe obłoki. W kilka dni miałem już liczny zastęp uczniów, a jeden z kapłanów zaproponował mi do współki zbudowanie świątyni dla owej praczki. Zastrzegł tylko, że ze względu przyzwoitości nie należy utrzymywać, jakoby bogowie podczas tego prania siedzieli w niebie nadzy, lecz mają na zmianę drugą odzież.
 Satar. I może zgodziłeś się?
 Kobus. Nie, bo by mnie ta komedya nudziła.
 Satar. Tylko dlatego?
 Kobus. Czyż nie dostateczny powód?
 Satar. Myślałem, że cię powstrzymała również uczciwość...
 Kobus. Zapewne, mój Satarze, ostrożny człowiek nie włazi w gęste krzaki nietylko z obawy, że może w nich spotkać tygrysa, ale też, że może nadeptać zgniłą bedłkę.
 Satar. Jest nią, według ciebie, cnota?
 Kobus. Ach, cnota! I tej mocnej liny, która ma krępować nawet olbrzymów, szukałem i znalazłem pasma babiego lata, które lata z wiatrem po świecie, czepia się wszystkiego, ale nie posiada żadnej siły.
 Satar. Teraz rozumiem, że możesz jako obrońca wygrywać najgorsze sprawy, jeżeli w ten sposób mącisz sumienie sędziów.
 Kobus. Naśladuję ciebie, który mącisz wodę w łaźni bogów.
 Satar. Ja?
 Kobus. Zdziwiłeś się, bo ta łaźnia nie istnieje? Otóż i ja się dziwię, bo to sumienie także nie istnieje.
 Satar. Bądź szczery, dodaj, że i bogów nie ma.
 Kobus. Nie mogę o tem rozprawiać z człowiekiem, który ich wyrabia. Kochany Satarze, dajmy pokój filozofii, która nie jest jeszcze twoją mamką, a która już dawno jest moją matką. Lepiej mówmy o przedmiotach, na których oba się znamy. Powiedz mi, co tu przyjechało ładnego, wesołego, bogatego?
 Satar. Jest tu ładna suka do tropienia przepiórek, jest wesoła małpa, która rzuca w przechodniów orzechami i jest bogaty osioł, który spaceruje ze złotym dzwonkiem. Bądź zdrów.
 Trzęsąc swą wielką głową odszedl wzburzony.
 Kobus. Czy on chodzi ze złotym dwonkiem?
 Pirus. Ubawiłem się, szczerze ubawiłem. Schwycił biedak iskrę, jak hubka, i zapalił się, a tyś w niego tak mocno dmuchnął. Żal mi go. Dobry to mazgaj, tylko niepotrzebnie zgęszcza powietrze swemi westchnieniami. Rzeźbiarz jednak genialny...
 Kobus. Po co takie istoty na świecie żyją? Ażeby gorzej robiły to, co natura robi lepiej? Przecie on nigdy nie stworzy z marmuru takiego jagnięcia, jakie stworzy baran, chociaż go nikt nie nazywa genialnym i nie wieńczy wawrzynem. Dziwne są te sławy ludzkie! W Protoryi grasuje jakiś pasterz owiec, który przebiega kraj, ucząc, że młodzieńcy powinni kochać stare baby, a panowie niewolników. I ciągną za nim tłumy, które zachwycają się swym mistrzem.
 Pirus. Chyba waryaci.
 Kobus. Mój niewolnik, który stamtąd niedawno wrócił, objaśnia to prosto: Czy podobna — mówi — ażeby bogowie, fabrykując codziennie tylu ludzi, nie pomylili się i nie włożyli w jedną głowę dwu rozumów, a w inną — żadnego?
 Pirus. A ja czuję, że zapomniałem w swój żołądek włożyć śniadania. Dość już świeżego powietrza, trzeba się posilić. Do widzenia się Kobusie... Patrz, patrz, jak ku nam sunie naiwna sarenka... Czy jej mąż może być spokojnym, jeśli ja, pomimo zasłony na jej twarzy, poznaję ją zdaleka po rzutach bioder? Jest to Jala... żona Krotosa... smaczna kobietka, ale ja teraz wolę polewkę winną... Nie złapiesz mnie, kusicielko! Później... później.



Widok 5.
 Jala szybkim zwrotem zabiegła drogę Pirusowi, który usiłował jej się wymknąć i zatrzymała go.
 Jala. Dzień dobry, Pirusie, nie poznajesz mnie?
 Pirus. Kazałbym sobie oczy wyłupać, gdybym cię nie poznał, piękna Jalo.
 Jala. Czy chciałbyś dla mnie być grzecznym?
 Pirus. O ile tylko pozwolisz...
 Jala. Dziękuję ci. Bawi w Datali przyjaciel mojego męża, Astjos. Otóż bądź łaskaw mu powiedzieć, że ja tu jestem.
 Pirus. Rozumiem, pragnęłabyś, ażebym stanął na placu, jak drogowskaz i gdy on przechodzić będzie, wyciągnął jedną rękę w kierunku twego domu...
 Jala. Ja jeszcze o nic cię nie prosiłam.
 Pirus. I nie potrzebujesz prosić tak doświadczonego człowieka. Ha, trudno, kiedy na nic innego nie mogę być przydatny pięknym kobietom, będę przynajmniej ich drogowskazem. Tylko nie w tej chwili, bo jestem tak głodny, że aż zmniejszam się. Czy pozwolisz, cudna Jalo, ażeby mnie wyręczył stojący tam mój przyjaciel, Kobus, dopóki nie zjem śniadania?
 Jala. A, fe, Pirusie! Poufna prośba kobiety nie powinna być dla przyzwoitego mężczyzny mokrem sianem, którą on roztrząsa, ażeby przeschła na ludzkich językach.
 Pirus. Daruj, zapomniałem się. Zrobię, czego sobie życzysz, tylko mi nie powtórz tej wymówki, bo przykra. Ale wprzódy posilę się. Nie, służę ci zaraz. Widzisz tych trzech mężczyzn, którzy ku nam idą? Jeden z nich jest Astjos. Szepnę mu, że go czekasz w lasku. Co ja teraz zjem?



Widok 6.
 Pirus szybkim krokiem oddalił się, podczas gdy Jala znikła między drzewami gaju. Kobus wszedł po krętych schodach na wieżyczkę przybrzeżną i zaczął rozglądać się wokoło, jak jastrząb z wierzchołka suchej sosny. Astjos, zatrzymawszy się chwilkę przy Pirusie, podążył za Jalą, pozostawiwszy Herona z Ptelonem,
 Heron. Masz zupełną słuszność, ale cóż począć! Jeżeli mizerny pismak ułoży komedyę, to nie wolno nikomu jej uznać za swoją, a nawet obejrzeć w teatrze bez jego zgody. Tymczasem jeżeli kucharz wymyśli jakąś nieznaną przedtem potrawę, wolno każdemu przyrządzić sobie taką samą i zjeść. Rząd nie chce dać żadnej opieki tym wynalazkom.
 Ptelon. Tak, to powinno być zakazane, inaczej najznakomitszy kucharz traci wartość dla swego pana.
 Heron. To też musisz zachowywać ścisłą tajemnicę i nie dopuszczać do swej komnaty nikogo. Mnie bardzo wiele na tem zależy, ażebym miał potrawy nietylko dobre, ale jedyne, których nawet królowie nie jadają. Jeżeli tego dokażesz, powiększę ci pensyę dwukrotnie.
 Ptelon. Postaram się, czcigodny panie.
 Heron. Będziesz zajmował się tylko rybami. Wracaj zatem do Krotosa i oświadcz mu, że od nowego miesiąca zostajesz moim kucharzem. Poczekaj no: dziś wieczorem będę u was na kolacyi, prawdopodobnie z kilkoma przyjaciółkami. Otóż przygotuj jakieś smaczne danie z pobudzającą przyprawą... rozumiesz?
 Ptelon. O, tak, czcigodny Heronie.
 Heron. Ażebym zaś poznał ten półmisek, przystroisz go kwiatkami jaśminu. Tylko nie zapomnij.
 Ptelon. Ależ, nigdy.
 Heron. Bądź zdrów. Po co ci robotnicy znoszą na plac deski i płótna?
 Ptelon. Przyjechał Skit z gromadą atletów, aktorów, sztukmistrzów, tancerek i urządza namioty dla różnych zabaw.
 Heron. On tu jest?
 Ptelon. Nawet za tymi ludźmi idzie
 Heron. Zawołaj mi go.



Widok 7.
 Skit, niezgrabny olbrzym, jak gdyby grubo ociosany z odłamu skały, rzuciwszy jakiś rozkaz swym służącym, przysunął się ciężkim krokiem do Herona.
 Heron. Jak się masz.
 Skit. Jak zajezdny dom chorób.
 Heron. Ty?
 Skit. Ja, szanowny Heronie. W wielkim gmachu nie zawsze mieszka zdrowie, a ze mnie już dawno się wyprowadziło. Natomiast rozstawia swoje graty starość. Czem mam służyć waszej wielmożności?
 Heron. Potrzebuję dziesięciu niewolników.
 Skit. Kosztowne to teraz bydło.
 Heron. Jak zwykle.
 Skit. O, nie, bardzo zdrożało.
 Heron. Dlaczego?
 Skit. A no dzięki temu pastuchowi, do którego ucieka. To niepojęta rzecz: mamy nad wszystkiemi krajami władzę, mamy nad Godonem króla, mamy nad każdą prowincyą wielkorządcę, mamy wojsko, przed którem drży świat cały i jeden prosty chłopak wypowiada tym siłom walkę, ogłasza równość i niepodległość wszystkich ludzi, gromadzi koło siebie tłumy zbiegów i bezkarnie przechadza się z nimi po miastach i wioskach.
 Heron. Mówisz o Arjosie?
 Skit. Tak.
 Heron. Jest to szkodnik, ale niegroźny.
 Skit. Niegroźny? Z jednej partyi niewolników, którą nabyłem dla Girona do kopalń cyny, uciekło mi dwudziestu — po 30 złotników każdy, proszę zliczyć. A co będzie jutro, pojutrze, gdy się ta zaraza rozszerzy? Ja moim zapowiedziałem: wszystkich, którzy zbiegną do Arjosa, wyłapię, wsadzę związanych na statek z dziurami, które każę pozatykać czopami z soli i puszczę ich na morze. Słyszę, że zewsząd zmykają, a wkrótce i szanowny Heron nie doliczy się swoich. Już dziś nie można dostać taniej, niż 50 złotników za sztukę, a będą jeszcze drożsi. Bo robotnik pewny, spokojny, który nie pomyśli o ucieczce, poprostu nie ma dziś ceny.
 Heron. Ja jednak kilku kupić muszę.
 Skit. Do czego? Jeżeli do robót na ziemi — stracony wydatek, bo nikt ich nie dopilnuje; jeżeli do robót pod ziemią — łatwiej, bo można wejście do kopalni obstawić silną strażą i nie wypuszczać ich nawet w nocy.
 Heron. Ja potrzebuję ich do czego innego. Kilku z nas zakłada hodowlę niewolników wyścigowych.
 Skit. Ładna zabawka, tylko skończy się na tem, że wyścigowce prędzej uciekną do Arjosa.
 Heron. Dostaną wszelkie wygody.
 Skit. Ależ Arjos daje im całą ziemię i niebo. Nie jestem pewien, czy którykolwiek z nich nie oświadczy się o moją córkę, albo nawet o twoją siostrę, szanowny Heronie. Tak, o twoją siostrę.
 Heron. Jestem spokojny.
 Skit. A ja — nie.
 Heron. Pomimo to, postaraj mi się o młodych i zdrowych chłopców, jeżeli można, zupełnie niewinnych.
 Skit. Po 60 złotników.
 Heron. Dobrze.
 Skit. Kiedy?
 Heron. Chociażby dziś.
 Skit. Za tydzień dostanę świeży transport, będzie z czego wybrać.
 Heron. Masz ładne niewolnice?
 Skit. Mam dwie — poziomki! Jedna lat trzynaście, druga — piętnaście. Ale jak wykończone!
 Heron. Można je obejrzeć?
 Skit. Będą wieczorem obie tańczyły.
 Heron. Po czemu?
 Skit. Dla Herona po 20 złotników.
 Heron. Drogie!
 Skit. Mogę je wydzierżawić na rok za 10 złotników, i odbiorę bez pretensyi; aby tylko nie były okaleczone.
 Heron. Zobaczę.
 'Skit. Występować będą w tym namiocie na lewo, który robotnicy teraz rozpinają — wejście tylko dla mężczyzn.



Widok 8.
 Skit oddalając się do swoich ludzi, spotkał po drodze Astjosa. Przystanął, objął go długo znawczem spojrzeniem, a z ożywionych jego oczu trysnął podziw.
 Astjos. Jedną paciorkę nawlokę dziś wieczorem, ale jaką! Myślałem, że będę musiał ścigać Jalę, a ona mnie goni. Już pozwoliła rozpiąć sobie staniczek i pocałować się w śliczną dolinkę. Ostatecznie dochodzę do przekonania, że nie ma rozkoszniejszej woni nad czyste ciało młodej kobiety. Co teraz robimy?
 Heron. Będziemy szukali owych pachnideł. Jest to pora rannego spaceru i tokowania. Za chwilę wszystkie samiczki wylegną na wybrzeże. Chociaż przygotuj się na to, że są między niemi bardzo poślednie i że niektórym zrobisz zaszczyt, gdy im pozwolisz z sobą upaść.
 Astjos. To mi obojętne. Abym nie potrzebował z niemi się podnosić, upadnę z każdą.
 Heron. Dla mnie jednak te domieszki towarzyskie są wstrętne.
 Astjos. Boś się postarzał. Każda ładna kobieta jest szlachcianką.
 Heron. Tak, ale zwykle ma ona męża, brata, ojca, kuzyna, który licho wie skąd wylazł, a natrętnie przysuwa się do ciebie, ociera się, czepia.
 Astjos. Trudno, mój drogi, jako wkup do wyższych sfer plebejusze dali nam swe piękne kobiety. Co do mnie, za tę cenę godzę się ich dopuścić, zwłaszcza że przyjąwszy daninę, mogę ich potem każdej chwili odpędzić.
 Heron. Gdy będziesz mniej potrzebował tych ofiar, częściej wzdrygać się będziesz na ich przydatki. I ja dawniej nie zwracałem na to uwagi, dziś mnie razi ten swąd, który się wciska wszystkiemi szparami do szlachty. Kto tu dziś nie przyjeżdża i nie miesza się z rodami arystokratycznymi? Wyzwoleńcy, kupcy, zbogaceni rzemieślnicy, zarządcy, którzy okradali swych panów, cały muł społeczny, który dawniej leżał na dnie a dziś wypływa na wierzch. Za rok Skit, handlarz niewolników i przedsiębiorca zabaw, Ptelon kucharz, którego przed chwilą zgodziłem i inni im podobni będą naszymi przyjaciółmi.
 Astjos. I owszem, aby tylko mieli ładne córki. Zresztą o co ci chodzi? Pomiędzy tobą a kwiczołem zachodzi większa różnica pochodzenia, niż pomiędzy tobą a Skitem lub Ptelonem. A jednakże kwiczoły lubisz — jeść. Czemuż w podobny sposób nie zachowujesz się wobec niższych urodzeniem? Jeżeli nie są ci na nic przydatni, patrz na nich, jak na wrony, które siadają i kraczą w twoim ogrodzie; a jeżeli możesz ich zużytkować, postępuj z nimi tak, jak ze smaczną zwierzyną. A że ona przysuwa się do strzelca zamiast od niego uciekać — tem lepiej.
 Heron. Ale niech się nie nazywa ludźmi!
 Astjos. E, mój drogi, jesteś przesycony, więc wybredzasz. Ja jestem głodny życia, więc mi to wszystko jedno, z jakich naczyń będę pił rozkosz. Zresztą czasem przyjemniej położyć się na murawie, niż na dywanie.



Widok 9.
 Słońce, wspiąwszy się wysoko, zaczęło z morza zieleni wyławiać perły rosy i nakładać na cienie dnia gorące blaski swego światła. Poranek krył się pod rozłożyste drzewa i w gęste zarośla, a ci, którzy przeciągnęli swe pieszczoty ze snem i teraz dopiero spłynęli na wybrzeże, chwytali juz tylko ostatnie tchnienia orzeźwiającego chłodu. Mieszanina rozmów, nawoływań, szczebiotów i śmiechów rozlała się szeroko potokami gwaru, gdy na placu stanął poseł i uderzył trąbką trzykrotny sygnał. Wszyscy zbiegli się około niego ciekawie — a on czytać zaczął.
 Poseł. »W imieniu władcy zjednoczonych ziem i ludów Mory i z rozkazu króla zjednoczonych dzielnic Godonu, wielkorządca Padory czyni wiadomem: Do uszu monarchów, państwa i jego dostojnych doradców doszła skarga wielu szlachetnie urodzonych obywateli, że ich niewolnicy i wyzwoleńcy, pozostający w poddaństwie, bądź uciekają samowolnie do innej służby, bądź gromadzą się w bandy grasujące swobodnie po okolicach. Dla zatamowania tego nadużycia dozwala się panom karać śmiercią bez sądu niewolników własnych, którzy zbiegli, pozostałym wypalać lub wykłuwać na czołach z napuszczeniem farby imiona swoje lub swoich posiadłości. Co do wyzwoleńców, ci mają odtąd nosić krótką tunikę żółtą z jednym rękawem i wyszytem na niej grubą czarną nicią nazwiskiem patrona. Wzywa się obywateli, aby ten dzień upamiętnili zabawami, a nazajutrz złożyli ofiary bogom z prośbą o błogosławieństwo dla niniejszego edyktu«. Podpisał wielkorządca Padory — Intos.
 Głosy. — Niech żyje!
 — Nareszcie!
 — Należało to uczynić wcześniej.
 — Będziecie wypalać, czy wykłuwać?
 — Ja nie jestem oprawcą, szanowny obywatelu, mam służbę, która to załatwi.
 — Nie wątpię, ale wolno spytać o gust.
 — Dzień dobry, Heronie. Zajdźże do winiarni Kerbila. Sprowadził dwa pyszne koguty z okrutnymi pazurami. Wściekle z sobą walczą, ale równe w sile i zręczności; to też zgrywamy się w zakładach strasznie!
 — Obawiam się, ażeby niewolnicy, przestraszeni tem rozporządzeniem, jeszcze bardziej nie uciekali.
 — A, i piękny Astjos tutaj! Kobiety ołtarz ci postawią.
 — On przyjmie od nich ofiary bez ołtarza.
 — Ostrożnie, niewiasty stoją niedaleko i słyszą.
 — Nie wypożyczaj im swoich rumieńców.
 — Heronie, podobno masz dużo w tym roku kuropatw. Wybieramy się do ciebie na polowanie. Kupiłem ułożonego lisa.
 — A gdzie niewolnicom wypalać znaki?
 — Na podeszwach stóp, ażeby ich nie szpecić.
 — To tylko będą potrzebowali robić starzy panowie młodym dziewczynom.
 — Każdy stary pan ma młodego kuzyna.
 Głosy kobiece. — To będzie okropnie boleć.
 — Czyż ty sądzisz, że niewolnicy mają tak wrażliwe ciało, jak my?
 — W każdym razie czują.
 — Trochę ich zaszczypie i przestanie. Moja droga, ileż to zwierzętom robią bolesnych operacyj, bez szkody dla ich zdrowia.
 — Ale jaki to będzie przykry swąd z tych przypalań!
 — Ja widzieć tego nie będę.
 — Naturalnie.
 — Mamy kilku ładnych chłopców, których mi bardzo żal. Uproszę męża, ażeby ich nie piętnował.
 — A zazdrosny?
 — Bardzo.
 — To daj pokój, bo ich jeszcze bardziej okaleczy.
 — Przypuszczasz, że mógłby mnie podejrzywać...
 — Ach, moja kochana, oni do tego są zdolni. Miałam pawia, który mi siadał na ramieniu. Cóż paw może przeszkadzać mężowi? A jednakże kazał go struć.
 — Widziałaś Astjosa? Śliczny!
 — Mąż Jali powinienby go otruć.
 — Kiedy on jej nie siada na ramieniu.
 — Ej, złośnico!
 — Podobno Skit urządza dziś wieczorem świetne zabawy.
 — Tak zapewnia. Z wyjątkiem dwu namiotów, do wszystkich będzie nam wolno wejść.
 — Co będzie w tych dwu?
 — Mężowie nam opowiedzą.
 — A jeśli która, jak ja, nie ma męża?
 — To niech się na dzisiejszy wieczór postara.
 — Proszę mnie nie obrażać.
 — Ja ci tylko, moja duszko, dobrze życzę.
 — Cicho! Mężczyźni nadchodzą. Ten z brzegu od nas Astjos, obok niego Heron, mąż jego pięknej siostry, Orli; dalej stary urwis Kobus, za nim komedyopisarz Anor.
 Heron. Jakaż jest treść tej komedyi?
 Anor. Przyrzekłem Skitowi, że nie zdradzę jej przed wystawieniem.
 Astjos. Ale wesoła i krótka? Bo inaczej nie pójdę do teatru.
 Anor. Zadowoli cię.
 Kobus. Zaręczam, bo ją czytałem.
 Anor. Czytałeś?
 Kobus. Skit mnie prosił o przejrzenie jej, czy będzie dość zajmująca.
 Anor. To niepodobna! On by mnie nie ufał?
 Kobus. Widocznie.
 Anor. Skoro znasz mój utwór, to możesz go tym obywatelom opowiedzieć.
 Kobus. Tytuł: Długi język.
 Anor. Ha, ha, ha.
 Kobus. Treść: Poeta sceniczny zbiera po mieście nowinki dla utkania z nich komedyi. Wyczerpawszy je zupełnie, zaczyna puszczać złośliwe plotki, które wywołują śród mieszkańców zabawne nieporozumienia i swary. Ale pewnego dnia poeta spostrzega, że nie może wsunąć do ust całego języka, który mu wyrósł nagle i dużym kawałkiem wystaje na zewnątrz. Przerażony moczy go w soku cytrynowym, ażeby się skurczył — ale to nie pomaga. Wtedy zwraca się do lekarza, który mu daje taką radę: złap wszystkie plotki, które rozpuściłeś, sparz je gorącą wodą w woreczku i przyłóż na języku — niezawodnie zmniejszy się.
 Anor. To ma być treść mojej komedyi?
 Kobus. Najrzetelniejsza.
 Anor. Ażeby was przekonać, jak ten uczony mąż kłamie, objaśnię tylko, że utwór mój ma tytuł: Artystka i przedstawia żonę bogatego obywatela, wielką miłośniczkę sztuk pięknych, która każe młodym i ładnym niewolnikom stać bez odzieży w różnych pozach na podstawach kamiennych w ogrodzie podczas jej spaceru i udawać posągi.
 Kobus. W każdym razie moja opowieść jest prawdziwa, bo gdybyś nie miał za długiego języka, to byś dotrzymał przyrzeczenia Skitowi i nie wtajemniczał nas w osnowę swej sztuki.
 Heron. Złapał cię.
 Astjos. Zgrabnie.
 Anor. Ale to podstęp nieuczciwy, gdyż Skit zastrzegł, że mi nie zapłaci, jeżeli komukolwiek zwierzę się z tajemnicą.
 Kobus. Nie martw się, wynagrodzi cię podwójnie. Po dzisiejszym edykcie komedya będzie miała u mężów powodzenie.
 Astjos. Poszedłbym na nią, gdyby rolę artystki grała kobieta, a niewolnicy byli żywi.
 Anor. Tak będzie.
 Astjos. No, to idziemy wieczorem do teatru.
 Anor. Będziecie mi wdzięczni, szanowni obywatele i spodziewam się, że po przedstawieniu wynagrodzicie mnie bodaj skromnym wieńcem.
 Kobus. Nie odmówcie mu tego niewinnego i taniego zaszczytu. Dziś w Godonie już nie potrzeba laurów dla uwieńczenia poetów, wystarczy jakakolwiek zielenina.
 Anor. Nie, obywatele, proszę przynajmniej o dębowe liście.
 Kobus. Niebaczny człowieku, zgódź się na wieniec z sałaty, będziesz go mógł przynajmniej po wyjściu z teatru zjeść.
 Anor. Co ja ci złego zrobiłem, Kobusie, że mnie tak ciągle bodziesz?
 Kobus. Piszesz komedye i wystawiasz je na scenie — czy to nie dosyć?
 Anor. Możesz ich nie słuchać.
 Kobus. Kiedy ja chcę bywać w teatrze.
 Anor. Więc dlatego, że tobie nie podobają się moje duchowe dzieci, mam rozwieść się z moją muzą?
 Kobus. Powinienbyś to zrobić jak najprędzej, gdyż ona zdradza cię dla innych, a tobie podsuwa swoją niewolnicę.
 Anor. Obywatele, zrzekam się wieńca, abyście tylko po przedstawieniu powiedzieli temu śmiałkowi, że jest potwarcą.
 Heron. Zacni mężowie i kochankowie muz, uspokójcie się, bo idzie ku nam jakiś wspaniały orszak. Niewolnicy niosą tu kogoś w lektyce. Kto to być może? Jakiś magnat. A! poznaję... Wir-Wir...
 Astjos. Ten najbogatszy człowiek w Godonie?
 Anor. Rzeczywiście on?
 Heron. Tak, ten, potomek najstarożytniejszego rodu, właściciel niezliczonych warsztatów, kopalń, dóbr ziemskich. Musimy z nim się poznać.



Widok 10.
 Wolno, jak gdyby posuwały się nie ciała ludzkie, lecz płat ziemi, na którym one nieruchomo stały, szedł orszak, śród którego sześciu niewolników dźwigało lektykę z białej błyszczącej blachy srebrnej, wewnątrz wysłanej puchowemi poduszkami z żółtem, jedwabnem pokryciem. Siedział w niej z opuszczoną głową i z obrzękłą twarzą starzec, którego obwisłe usta, mrucząc niezrozumiale, wykrzywiały się co chwila bólem. Po obu bokach lektyki jeden niewolnik chłodził pana wachlarzem ze strusich piór, a drugi płasko rozpiętym zielonym parasolem zasłaniał go od promieni słońca. Przodem czarnoskóre karlice niosły na głowach szeroko otwarte naczynia, z których rozwiewały się mocne, orzeźwiające wonie. Z tyłu kroczył olbrzym brązowej cery, z wysoką, czarną trzciną. Starzec syknął krótko — orszak zatrzymał się.
 Wir-Wir. Ruf!
 Idący za lektyką olbrzym przysunął się.
 Ruf. Jestem.
 Wir-Wir. Czy oni są zupełnie równi?
 Ruf. Jak sześć jednakich miar.
 Wir-Wir. To ich obij, bo kołyszą lektykę.
 Ruf. Słucham.
 Wir-Wir. I nogami kurz podrzucają. Obij ich.
 Ruf. Słucham.
 Wir-Wir. Patrz, jak ten łotr trzyma parasol! Chce mnie żywcem upiec. Aj! Szpik mi gotuje się w kościach. A ten znowu wachluje, jak wicher. Powoli! Nie zięb mnie, podła duszo!
 Heron. Cześć moja Wir-Wirowi.
 Wir-Wir. Kto mówi?
 Heron. Heron.
 Wir-Wir. Syn?
 Heron. Andra.
 Wir-Wir. Dobre gniazdo. Witam. A kto obok?
 Heron. Astjos, brat mojej żony.
 Wir-Wir. Syn?
 Heron. Mira.
 Wir Wir. Także ród zacny. Witam. A kto dalej?
 Heron. Kobus filozof i Anor poeta.
 Wir–Wir. Aha!
 Heron. Czy nie lepiej byłoby ustawić lektykę pod drzewem? Tu za gorąco.
 Wir-Wir. Ja nie pies, przyjacielu, ażebym potrzebował szukać cienia pod drzewem. Powinienem go mieć wszędzie, gdzie się zatrzymam. Ale ty pewnie zauważyłeś, że ten niewolnik nie umie obchodzić się z parasolem? Ruf go nauczy.
 Astjos. Rzeczywiście, słońce tu zbyt dopieka.
 Wir-Wir. Słońce jest wielki pan — wolno mu. Zresztą szlachetnej skóry nie uczerni. Już tyle lat, obywatelu, cię smali, a jednak jesteś biały, bo pochodzisz z dobrego rodu. Tymczasem dziecko podłej krwi w tydzień się zabarwi, chociażby nawet w zimie na świat przyszło. Aj! Gdybym nie był Wir-Wirem, myślałbym, że kret śmiał wleźć w moje nogi i ryje w nich sobie norę. Ruf, wysuń mi poduszki z pod nóg. Choroba, to także wielka pani — jej wolno dotknąć każdego. Moi obywatele, powiedzcie mi, dlaczego tu nie widzę tłumu ludzi i nie słyszę wesołego gwaru?
 Heron. Owszem, przechadza się dosyć mężczyzn i kobiet.
 Wir-Wir. Wam młodym już dosyć, mnie staremu — nie. Dziś choroba od rana piłuje mi stawy najostrzejszymi bólami, ale kazałem się tu przynieść, ażeby zobaczyć tę wielką radość obywateli z ogłoszonego edyktu o niewolnikach.
 Heron. Istotnie wszystkich on ucieszył.
 Wir–Wir. Tak? A gdzież są krzyki wesela, gdzie głośne zachwyty, gdzie rozpromienione twarze? Po wysłuchaniu takiej nowiny ludzie spokojnie przechadzają się i może mówią o najnowszych szlakach na sukniach kobiecych?... Stygną dusze w nowszych pokoleniach. Za 50 lat nawet bogowie niczyjej krwi nie rozeznają, tak się pomiesza. Żaden z tych sześciu moich niewolników, których tu widzicie, od czasu jak mnie noszą, nie przemówił do mnie ani jednego słowa, a gdyby się poważył otworzyć usta, oniemiałby pod chłostą. Nie ręczę, czy z moim wnukiem nie będą rozprawiali przy wspólnym stole. Aj! Wolę śmierć, niż widok tego poniżenia. Ale było ono naturalnem od chwili, kiedy panom odjęto prawo karania niewolników śmiercią. Mamy śliczne rezultaty tej wyrozumiałości. Tysiące niewolników poszły sobie na spacer.
 Astjos. Chyba nie twoi, dostojny obywatelu.
 Wir-Wir. I moi. Ale ja ich wyłapię i wszystkich własną ręką napiętnuję. A nie będę znaczkował — przypalę zbójom mięso do kości. Chybabym umarł, zanim mi ich przyprowadzą. Aj! Pordzewiały mi zawiasy w nogach... a bogowie nowych wprawić nie chcą. Czy tego herszta, który niewolników buntuje, jeszcze nie poćwiertowano?
 Heron. Nie słyszałem.
 Nadbiegł Tarlon.
 Tarlon. Wszyscy niewolnicy porzucili robotę i odeszli.
 Heron. Dokąd?
 Tarlon. Nie wiem. Podobno mają odpłynąć z innymi, którzy zgromadzili się w lesie, do Arjosa.
 Wir-Wir. Ha, ha, ha. Czy to prawda, że twoja żona chciała ich osadzić w pięknych klatkach i karmić siemieniem konopnem, ażeby jej ćwierkali, jak szczygły? Trzeba było to zrobić, to by ptaszki nie odfrunęły. Do widzenia się, moi obywatele.
 Orszak z lektyką oddalił się w poprzednim porządku.
 Heron. Co tu począć?
 Astjos. Złapać ładną dziewczynę i przy niej o wszystkiem zapomnieć.
 Heron. Muszę jednak pojechać do domu i wysłać pogoń.
 Astjos. Nie kłopocz się, dogoni ich edykt.
 Heron. Jadę.
 Astjos. I na wieczornej zabawie nie będziesz?
 Heron. Wrócę, tylko się trochę spóźnię.



Widok 11.
 Ziemia spotniała obfitą rosą, kwiaty i zioła swojemi woniami zatopiły wyziewy skwarnego dnia, które już tylko cienką warstwą unosiły się nad ziemią. Gwiazdy rozsypały się po niebie w licznych stadkach. Co chwila zrywały się one pojedynczo i szybkim lotem przerzynały przestworze, jak gdyby w swawolnej gonitwie. Plac wybrzeża wrzał głośną rozmową mężczyzn i kobiet, chodzących i siedzących przy marmurowych stolikach, muzyką i śpiewem w namiotach, krzykami w sąsiednim gaju, śmiechem wszędzie. Przystojniesza wesołość wychodziła na widok, nieskromna kryła się w zacienionych ustroniach.

OBRAZ PIERWSZY.
 Mężczyzna. Prawda, ty ulubienico bogów, ale czy pod czarem twoim mogę o czemś więcej pamiętać, niż o tem, żeś piękna? Czemuż mąż cię nie ukrył przed światem, jeśli chciał, ażebyś tylko jego wzrok olśniewała?
 Kobieta. Nie rzucaj mi w serce słów tak palących.
 Mężczyzna. Zgasisz je łatwo.
 Kobieta. Ach, gdybyś wiedział, ile wysilków kosztuje mnie to gaszenie!
 Mężczyzna. Po co one! Droga moja, nie opóźniaj mnie i sobie dni szczęścia. Wszakże między nami stoi już tylko twój upór.
 Kobieta. Nie... rozejdźmy się. Pomóż mi do tego zwycięztwa nad sobą, bom słaba.
 Mężczyzna. Więc żegnam cię na zawsze...
 Kobieta. Nie... nie... tylko na godzinę. Skoro żądasz koniecznie, przyjdę...

OBRAZ DRUGI.
 Kobieta. Nie puszczę cię, chociażby mnie walka z tobą zdradzić miała.
 Mężczyzna. I co na tem zyskasz? Mąż cię z domu wypędzi, a ja nie przyjmę.
 Kobieta. Tak ci zbrzydłam?
 Mężczyzna. No, nie żądaj, ażebym wyręczał twego męża nawet w wierności.
 Kobieta. Tylko dzisiejszy wieczór jeszcze spędź ze mną.
 Mężczyzna. Odczep się i nie przeszkadzaj mi w zabawie.
 Kobieta. Dlaczegoś ty do mnie przed miesiącem tak nie mówił?
 Mężczyzna. Bo wtedy chciałem cię mieć, a dziś nie chcę. Jasne i proste.

OBRAZ TRZECI.
 Mężczyzna I. Czy ty umiesz odróżnić u kobiet znaczenie słów: tak i nie?
 Mężczyzna II. Doskonale! Kiedy na coś pozwalają, mówią: nie; a kiedy z pozwolenia skorzystałeś, mówią: tak.

OBRAZ CZWARTY.
 Jala. Tęsknota? O, nie, ani ty, ani ja tęsknić nie będziemy. My musimy często się widywać.
 Astjos. Czy to możliwe? Tu długo bawić nie mogę. Mieszkamy przedzieleni znaczną odległością, a gdybym nawet przyjeżdżał do was, nasunąłbym domysł twojemu mężowi.
 Jala. Nie obawiam się. On dopóty ma podejrzenia, dopóki nie powiem: pocałuj mnie.
 Astjos. Próbowałaś tego środka wielokrotnie?
 Jala. Tak, już mnie nieraz posądzał o słabość dla ciebie.
 Astjos. Tylko dla mnie?
 Jala. Nie podchwytuj mi słów, jak dzieciak piłkę, bo ja mam jeszcze większą odwagę, niż ta, jakiej potrzebowałabym do przyznania się, że nie jesteś drugim moim mężczyzną. Lepej[1] szukaj ze mną sposobu spotykania się. Mam myśl: podobno twoja siostra nie znosi swego męża i często przebywa w waszym domu u rodziców. Gdybym się poprzyjaźniła z nią, mogłabym do was przyjechać, a gdybym ją do siebie zaprosiła, mógłbyś ty jej towarzyszyć. Zresztą jest piękną, mój mąż zaś na wdzięki kobiece wrażliwy...
 Astjos. Nigdy... nigdy... To byłoby czemś gorszem, niż lekkomyślnością.
 Jala. Dlaczego?
 Astjos. Naprzód Orla jest surowszą w moralności od wszystkich patronek cnoty. Powtóre, nie oddałbym jej nigdy na taką zabawkę.
 Jala. Więc ty byś nie dopuścił, ażeby ona z kimkolwiek zrobiła to, co ja z tobą? Śmiało! Wyznaj!
 Astjos. Trudna odpowiedź.
 Jala. Nie odpowiedź trudna, ale szczerość. Znam te wasze dwie miarki. Mężczyzna wobec lwa potrafi być lwem, ale wobec kobiety jest zawsze lisem. Drwię sobie jednak z tych wykrętów. Moralność musi być gorzkim owocem, kiedy go nie zjadacie sami, tylko oddajecie swoim żonom i siostrom. My jesteśmy lepsze, bo gdy nam nie smakuje, nie częstujemy nią naszych mężów. Pozostawiam ci twoją niepokalaną siostrzyczkę dla bogów, ale ty za to musisz wynaleźć możność naszego widywania się.
 Astjos. Nie przyrzekam...
 Jala. Ha, jeśli nie będzie lepszej, to uciekniemy gdzieś daleko...
 Astjos. Co ty mówisz?
 Jala. Oświadczyłeś, że mnie kochasz, że pragnąłbyś być zawsze ze mną, że dzień dzisiejszy przedłużyłbyś do końca swego życia, ja — również, więc co cię właściwie dziwi?
 Astjos. To wywołałoby zgrozę.
 Jala. Czy ten puch zdołałby zważyć nasze szczęście?
 Astjos. Nie, Jalo, to niepodobna.
 Jala. Ha, ha, ha, niepodobna! Biedny lis znowu zwinął się ze strachu. No nie drżyj, nie będę tego żądała. Zatrzymam cię tylko w pułapce, w którą dobrowolnie wpadłeś. Widzisz, mój piękny, ja nie należę do tych kobiet, które godzą się na to, ażeby mężczyzna zaczął je kochać o zachodzie słońca, a przestał o wschodzie. Nie idzie mi zaś o przyjemność posiadania go długo, ale także o nieprzyjemność stania się ofiarą jego oszustwa. Ze wszystkich podłych własności człowieka najbardziej nienawidzę kłamstwa. Jeżeli powiesz otwarcie, że zapragnąłeś mnie dla chwilowej rozrywki — mogę uledz lub przebaczyć ci tę zniewagę; ale jeżeli powiesz, że mnie kochasz, a chcesz tylko udaną miłością pokonać mój opór, to jesteś w moich oczach nikczemniejszym od kapłana, okradającego świątynię. Takiego mężczyznę ścigałabym zemstą przez całe życie, otworzyłabym jego grób, wyjęła urnę z jego popiołami i kazała praczkom narobić z nich ługu.
 Astjos. Ależ ty jesteś straszna?
 Jala. Pytam cię jeszcze raz: kochasz mnie?
 Astjos. Kocham.
 Jala. Pamiętaj o tem, bo ja nie zapomnę.
 Astjos. Usuńmy się, nadchodzi tu Pirus.

OBRAZ PIĄTY.
 Pirus. Moja przyjaciółko, my dziś możemy grzeszyć tylko wspomnieniami.
 Kobieta. Ty.
 Pirus. I tobie radzę na tem poprzestać. Co najmniej pięćdziesiąty piąty roczek ogryza cię z wdzięków.
 Kobieta. Nieprawda.
 Pirus. Jeżeli lubisz dobrze jeść, to jedz. Jest to miłość starości.
 Kobieta. Zapewnie utrzymujesz teraz stosunki głównie z kucharkami.
 Pirus. O ile dobrze gotują.
 Kobieta. Czy znasz Astjosa.
 Pirus. Co? Na niego chcesz galopować? Szanowna matrono...
 Kobieta. Nie pleć, tylko odpowiedz mi, czy go znasz?
 Pirus. Od dziś dopiero. Wspaniały samiec!
 Kobieta. Mieszka dotąd w swych dobrach ze starymi rodzicami, z którymi się nudzi, a chciałby użyć młodości — czy tak?
 Pirus. No, tak, ale cóż z tego?
 Kobieta. Moja córka już dorosła, wierzaj mi, prześliczna dziewczyna.
 Pirus. Przypuszczasz, że ten bogaty młodzieniec ożeniłby się z biedną, nawet ładną...
 Kobieta. Byłoby to bardzo dla mnie pożądanem, ale w ostateczności idzie mi o to, ażeby ją poznał. Zrób to.
 Pirus. Mogę, ale uprzedzam cię, że on zjada trzy kobiety dziennie.
 Kobieta. Jeśli go stać na to...

OBRAZ SZÓSTY.
 Satar. Zdaje mi się, że zanim rozpocznie się przedstawienie twej komedyi, uśniesz.
 Anor. Nie, nie usnę. Muza ciągle we mnie siedzi. Ile razy się zdrzemnę, ona zaraz mną wstrząśnie i obudzi. A chociażbym jak najwięcej wlał w siebie wina, nie zatopię jej, bo ona nie ma żadnej ciężkości i pływa po wierzchu. Upijają się tylko ludzie, którzy nie mają w swem wnętrzu muzy.
 Satar. Czemuż ona nie pomaga ci nóg prosto stawiać?
 Anor. Bo mówię ci, że teraz we mnie pływa i znajduje się w głowie. Kiedy jestem trzeźwy, wypełnia całą moją postać i wtedy trzyma mi nogi w porządku, prosto.
 Satar. Wiesz co, pójdź na chwilę do mnie: potrzebuję właśnie modelu do twarzy, z której przegląda muza namoczona w winie.
 Anor. Pójdę, bracie, bo nieśmiertelność dawno mi się należy. A jest na czem u ciebie się przespać?
 Satar. Bardzo wygodnie.
 Anor. To prowadź mnie. Śpiewasz »Srokę«? Nie?

Schroniliśmy się w gęstwinę
Z przed ludzkiego oka.
Ledwie ścisnąłem dziewczynę,
Zaskrzeczała sroka,
 Kra, kra!
Z wierzchu brzozy mnie dojrzała
I moją pieszczotkę,
Wnet kontenta odlecieła,
Zanosząc w las plotkę.
 Podły ptak! Trochę za wiele piłem... Wino wzbiera mi już do głowy... boję się, ażeby muza nie utonęła. Skit wszystkiemu winien. Po co dał pieniędzy? Kra, kra! Podły ptak!
 Satar. Choć prędzej, ażeby twoja twarz nie straciła wyrazu.
 Anor. Kra, kra!

OBRAZ SIÓDMY.
 Heron. Nie wiesz przypadkiem, obywatelu, gdzie jest mój szwagier, Astjos?
 Kobus. Zapewnie gdzieś gnije.
 Heron. Co to znaczy?
 Kobus. Wszyscy tu gniją i ja także, czemużby więc on nie miał temu ulegać?
 Heron. Z lepszego materyału stworzony.

 Kobus. Rozumiem: jego ojcem był heban.

Widok 12.
 Skit przygotował tyle i tak rozmaitych rozrywek w namiotach, budynkach i na otwartem powietrzu, że goście Datali zaledwie nadążyć mogli w czerpaniu z nich uciechy. Tu uczone łabędzie tańczyły przy dźwiękach piszczałki, tam atleci toczyli z sobą zapasy, gdzieindziej węże tworzyły słupy ze swych zwojów lub wiewiórki jak strzały przeskakiwały przez szereg żelaznych pierścieni. Głębiej do lasku wsunięto szałas drewniany, gdzie słynne dowcipem towarzystwo aktorów odgrywało dyalogi komiczne z życia bogów. Skit uzyskał pozwolenie na tę zabawę od kapłanów pod warunkiem, że dla nich urządzi na boku widowni zamkniętą lożę, z której, niewidziani przez nikogo, mogliby napawać się również przedstawieniem. Przybyła na nie przeważnie młodzież męzka, gdyż starsi sromali się żartami z władców nieba. Dziś miały wystąpić na scenę „Żony bogów”. Jeden z aktorów objaśnił uprzednio, że one zbiorą się na najbardziej oddalonej od ziemi gwieździe, ażeby pomówić o swoich wspólnych troskach. Po tym prologu wpadły z rozmaitych stron, krzycząc, śmiejąc się, witając i nalewając pełne uszy słuchaczów piskliwego szczebiotu. Każda z nich miała przywiązany do ręki promień słońca, którego drugi koniec ginął w przestworzu.
 Wszystkie. Jak się macie, moje drogie!... Stęskniłam się za wami, jak trawa za deszczem...
 — Nareszcie możemy sobie swobodnie wytrząsać serca, dopóki nasi małżonkowie nie wrócą i służące nas nie ostrzegą...
 — Ach, ci mężowie, sami oblatują codziennie świat cały, a nam nie pozwalają ruszyć się z domu... Zazdrośni!...
 — Czują starość i obawiają się, ażebyśmy nie zawiązały stosunków z młodymi ziemianami!...
 — Musi przyjść do tego... Lepszy, śmiertelnik młody, niż bóg stary.
 — Naturalnie!...
 Maja. Wszystko to, moje przyjaciółki, możnaby znieść, gdyby nie dokuczała bieda.
 Inne. O, tak.
 Maja. Wiadomo wam, że mój mąż, Jam, trzymał w swem ręku wszystkich ludzi...
 Ota. Tak nie było.
 Maja. Było! Każdy wierzył, każdy go się bał i każdy składał mu ofiary. Dziś rzadko kto poczuwa się do tego obowiązku. Wiara znikła, kapłani nas oszukują, a my żyć musimy.
 Ota. I mój mąż, Toon, jako duch wiedzy, miał licznych wielbicieli; teraz mijają tygodnie i żaden badacz do niego się nie zwróci.
 Napota. Tegoż samego doświadcza Topan; ludzie zgnuśnieli, nie prowadzą walk i dla zapewnienia sobie pomocy mojego męża nie składają ofiar.
 Dora. I rozradzać się nie chcą. Dawniej kobieta wyprowadzała na świat tyle dzieci, co gęś i za każde wynagradzała boga; dziś już trzeci płód usiłuje zrzucić.
 Nojra. Nam dochody w ostatnich czasach wzrosły, chociaż mogłyby być większe. Bo wprawdzie ludzie śmieją się ze wszystkiego, ale nie dziękują za to Ironowi.
 Bojs. Tak samo u nas. Nie można zaprzeczyć, że ludzie szybko postępują w samolubstwie, ale idą w niem tak daleko, że zapominają nawet o bogu, któremu tę cnotę zawdzięczają.
 Lia. Tak, tak, twoja radość jest moim smutkiem. Niedługo ja i mąż zemrzemy z głodu. Dziś nikt się nie kocha, nikt nie czci Eliona, nikt nie zastawia jego ołtarzów.
 Rota. Wam przynajmniej kiedyś wiodło się lepiej; mój Tor zawsze był lekceważony.
 Serika. Mój Kres jeszcze bardziej. Ciągle mnie pociesza, że przyjdzie czas, kiedy dobrzy bogowie zamieszkają w szczęśliwych ludziach i będą karmili się ich pomyślnością, ale czy to kiedy nastąpi!
 Lia. Elion twierdzi nawet, że już dla niego ten czas błogosławiony się zbliża. W tej nadziei właśnie pospieszył na ziemię do Protoryi, gdzie jakiś Arjos wzywa ludzi do powszechnej miłości.
 Napota. O nie, on uczy ich nienawiści, dlatego Topan podążył.
 Maja. Nie wiecie obie: rozpala w nich wiarę. Dlatego Jam się wybrał.
 Inne. — Nieprawda! Plotka!
 — Nam doniesiono!
 — Głupie kury, gdaczą z cudzem jajkiem!
 — Z mojem!
 — Nie obedrzecie nas, jędze!
 — Upasły się jak foki i jeszcze im mało!
 — Jedz sobie chmurę i popijaj deszczem!
 — Ty gryź kamienie i wyłuskuj z nich sobie ziarna!
 — Chce im się ofiar! A kiszeczki z trzciny nadziewane komarami — nie łaska?
 — Milcz, bo ci łakome ślepie wyrwę!
 Wyrzucając spienionemi ustami coraz obfitsze potoki przekleństw i złorzeczeń, szarpiąc się wzajemnie palcami zagiętymi w szpony i usiłując z płonących gniewem oczu miotać śmiertelne gromy, zwaśnione boginie długo walczyły z sobą, gdy nagle wszystkie wydały krzyk i stanęły nieruchomo z blademi twarzami.
 Maja. Uczułyście szarpnięcie promieniem?
 Inne. Wyraźnie.
 Maja. Czyżby już mężowie wrócili i służące dają znak umówiony?
 Targnięcie powtórzyło się.
 Wszystkie. Och, tak!
 I znikły jak blaski księżyca, który się spotkał z obłokiem. Widzowie pożegnali je chóralnym śmiechem, który najmocniej zagrzmiał grubymi głosami z zakrytej loży.



Widok 13.
 Przed obszernym i wysokim namiotem z purpurowej tkaniny stał niewolnik z tablicą na piersiach, która zawierała napis: „Zabawa dla mężczyzn.” Kobiety omijały ten przybytek z widoczną zazdrością, rzucając nań ciekawie przelotne spojrzenia, mężczyźni zaś wchodzili tłumnie i skwapliwie. Zajęli oni wszystkie siedzenia, rozłożone półkręgiem, przed którym na małem podwyższeniu urządzona była scena.
 Astjos. Wszyscy?
 Heron. Zostało kilkunastu starych.
 Astjos. Dokądże poszli?
 Heron. Zapewnie kryją się jeszcze gdzie w okolicy, ale powiedzieli, że idą do Arjosa.
 Astjos. I ktoby się spodziewał, że ten nicpoń taką burzę wywoła!
 Heron. Ale co ciekawsze, są przekonani, że do niego pojechała również Orla.
 Astjos. Czyż ty temu wierzysz?
 Heron. To byłoby potworne, ale — o ile ją znam — jest możliwe.
 Astjos. Eh, nie! W każdym razie muszę prędko odpłynąć do domu, bo i u nas z pewnością niewolnicy się zbuntowali, mając tak blizko swego przywódcę.
 Heron. Niewątpliwie. Może i ja z tobą się wybiorę, bo jeżeli prawda, co mówią, trzeba od szaleństwa powstrzymać Orlę.
 Astjos. Czy dałeś znać władzy?
 Heron. Zawiadomiłem wielkorządcę.
 Astjos. Wojsko przypędzi ich nazad.
 Heron. Inaczej groziłaby nam ruina. Czy byłeś na przedstawieniu komedyi Anora?
 Astjos. Byłem, ale prawie nic nie słyszałem, bo mi Kobus ciągle jakąś ładną dziewczynę w oczy wtykał.
 Heron. To już Jalę odstawiłeś?
 Astjos. Ach, co ja z nią mam! Dyabelnie mnie piecze ta nowa paciorka! Wystaw sobie, każe mi siebie kochać do śmierci, inaczej grozi mi zemstą. Tymczasem ja już od trzech godzin przestałem ją kochać.
 Heron. Przewidując to, zamówiłem u Skita dwie niewolnice, które będą teraz tańczyły — jedną dla ciebie.
 Astjos. Zabierzemy je i odjedziemy, a Jala niech sobie siądzie na statek i płynąc do męża, dmucha ze złości w żagiel.
 Heron. Ale czy mi wypada wieźć z sobą tę dziewczynę do was?
 Astjos. Obie pójdą na mój rachunek.
 Dwaj niewolnicy weszli na scenę i wnieśli kosz, z którego zaczęli wyjmować i puszczać ogromne, żywe raki morskie. Zamknięte w niewielkiej przestrzeni wazką plecionką drucianą, pełzały po podłodze w skupieniu, tworząc prawie łączną tarczę.
 Głosy. — Co to będzie?
 — Zobaczymy. O i Wir-Wir wjeżdża. Stary łobuz chce sobie przypomnieć młodość.
 Niewolnicy wnieśli go w lektyce, za którą szedł Ruf i stanąwszy, osadzili ją nieruchomo w swych dłoniach, jak w mocnych klamrach słupów.
 Na scenę wbiegła z lekkością wiatru naga dziewczyna. Smukłe jej ciało było pięknym pąkiem świeżo rozkwitłej lilii, niepokalanej w barwie i upajającej w uroku. Czarne włosy, skręcone w jeden sznur i zwinięte w nizki stożek na wierzchu głowy, tworzyły jak gdyby śpiczastą czapeczkę. Duże, ciemne oczy w delikatnej twarzy, wązki, prosty nos i drobne usta wskazywały, że krew tej niewolnicy pamięta jeszcze dobrze swobodę jej wolnych przodków. Rozdawszy widzom wdzięczne ukłony, wskoczyła w obwódkę drucianą i rozpoczęła taniec na rakach. Były to widoki wdzięcznych, szybko zmieniających się póz, ponętnych układów ciała, które uwydatniały całe bogactwo jego pięknych form. Tancerka kładła się, pochylała w najrozmaitszych zgięciach lub zawisała w powietrzu, jak gdyby ono dawało dostateczne oparcie jej lotnej postaci.
 Na twarze widzów wybiegły namiętności, które bądź rozpalały je ogniem, bądź wykrzywiały rozbestwieniem. Tylko Wir-Wir siedział w swej lektyce niezmieniony, ponury, z przymkniętemi oczami. Nie drgnął również, gdy dziewczyna po skończonym tańcu, odtrąciwszy drucianą ogródkę, z której rozlazły się raki, okazała, że żadnego z nich swą lekką stopą nie zgniotła, i gdy wszyscy sypnęli jej za ten tryumf rzęsiste oklaski. Natomiast Astjos zerwał się z siedzenia, jak gdyby za nią chciał biedz, ale ona szybko znikła.
 Na uprzątniętą scenę wbiegła druga. Młodsza, wątlejsza, okryta była płaszczem bujnych, rozpuszczonych włosów, które sięgały jej aż do kostek. Zaczęła ona wykonywać pantominę, udając ściganą przez niewidzialnego ducha, który ją usiłował porwać, a ona mu ciągle z rąk się wymykała. Twarz jej, jak gdyby pod naciskiem rzeczywistych uczuć, wyrażała kolejno z zadziwiającą prawdą przestrach, błaganie, szyderstwo, zalotność, chęć przedłużenia walki i zwyciężenia napastnika. Nęcąc go, gdy zaprzestał pogoni, uchylała ponętnie swój płaszcz włosiany i drażniła wdziękami. Podnieceni już poprzednim występem widzowie zaczęli cisnąć się do sceny. Dziewczynka, jak gdyby przewidując istotne niebezpieczeństwo, zakończyła pantominę i uciekła.
 Wkrótce wszakże weszły obie, lecz zaledwie stanęły do łącznego tańca, odezwało się chrapliwe wołanie.
 Wir-Wir. Skit! Skit!
 Wszyscy zwrócili oczy ku starcowi — na scenie ukazał się przedsiębiorca.
 Skit. Jestem.
 Wir-Wir. Czy te niewolnice są do sprzedania?
 Skit. Zamówił je Heron.
 Wir-Wir. Zapłacił?
 Skit. Nie.
 Wir-Wir. Daję za nie dwa razy więcej, niż żądałeś od niego.
 Skit. Osiemdziesiąt złotników.
 Heron. Osiemdziesiąt jeden.
 Wir-Wir. Dwa razy tyle.
 Skit. Sto sześćdziesiąt dwa.
 Heron. Sto sześćdziesiąt trzy.
 Wir-Wir. Dwa razy tyle.
 Astjos. Ależ on je chyba potrze sobie na deski do trumny.
 Heron. Dlaczego obywatelu chcesz mnie przelicytować?
 Wir–Wir. Dlatego, ażebyś ani ty, ani żaden potomek zacnego rodu nie pokalał swego ciała nawet chwilowym związkiem z temi podłemi gadzinami. Powiedziano mi, że wystąpią dziś kusicielki, którym się nikt nie oprze, widziałem, że was wprawiły w szał — postanowiłem nie dopuścić, ażeby ładne mięso niewolnicze zetknęło się z ciałem szlachetnem. Nabywam je dla moich najwierniejszych sług, którzy stoją na przodzie lektyki. Oni będą z nich mieli właściwy pożytek.
 Obleciał widownię krzyk oburzenia. Astjos z Heronem bryzgali ku starcowi wyrzutami, tancerki drżały blade na scenie, jak płomyki w wietrze — tylko Skit uśmiechał się zadowolony.
 Ruf! zapłać, ile powiedziałem.
 Ruf wręczył Skitowi pieniądze i śród nabrzmiewającego coraz bardziej gwaru wyniesiono lektykę Wir-Wira. Długo jeszcze naokoło szałasu biegała głośna rozmowa, potrącając echami drzewa gaju. Wreszcie noc nakryła wszystkie miejsca zabawy milczeniem.



Widok 14.
 Ziemia przespała już połowę nocy snem twardym i ku świtowi miała lżejszy. Ciągle budziła się to w szmerze liści, to w trzepotaniu się lub krótkich i cichych pogwizdach ptaków, to w żywszych ruchach fal morza. Księżyc schodząc ze swej straży, zapatrzył się w zbocze jednej góry i oświecił je szerokiemi smugami. Od domu, w którym mieszkał Wir-Wir, pomknęły cztery postacie.
 Pierwsza kobieta. Dokąd nas prowadzicie?
 Pierwszy mężczyzna. Do swoich.
 Druga kobieta. Ulitujcie się nad nami i nie zabijajcie.
 Drugi mężczyzna. Dzieciaki jesteście! Na cóż mielibyśmy to robić?
 Pierwsza kobieta. Ja się boję.
 Pierwszy mężczyzna. Cicho, żabki, bo Wir–Wir siedzi jeszcze na tarasie.
 Druga kobieta. Czy wy tylko ukryjecie nas, a sami wrócicie?
 Pierwsza kobieta. Cóż my poczniemy same? Złapią nas, ochłoszczą, napiętnują...
 Druga kobieta. Och!
 Drugi mężczyzna. Nie opuścimy was...
 Pierwsza kobieta. Wir-Wir was lubi, darował wam nas... Czemuż nie zostaliście?
 Druga kobieta. Bogowie, dokąd ci ludzie nas wiodą?
 Pierwszy mężczyzna. Ot tam!
 Wskazał ręką środkową fałdę góry, po której w blasku księżyca przesuwał się po przełęczy długi łańcuch cieniów ludzkich. W tym kierunku cztery postacie pospieszyły i wkrótce znikły między drzewami i bruzdami skał. Długo nie było nic słychać, tylko grzechot kamyków, usuwających się im z pod stóp na stromej ścieżce; wreszcie wybiło się z dołu przeciągłe i słumione[2] hasło:
 Ar-jo-os!
 W odpowiedzi z góry padło:
 Ar-jos!



Widok 15.
 W spokojnem morzu leżał z nieruchomemi wiosłami statek na kotwicy, niby wieloryb, który schwytany hakiem wypłynął martwy na wierzch i rozpostarł swe długie płetwy. Księżyc skradł tej nocy słońcu pełną tarczę światła i oddawał je swej kochance — ziemi. Drobne fale, osrebrzone tymi blaskami, tworzyły na powierzchni wody ruchomą i migotliwą łuskę, jak gdyby zdzierganą z ogników. Cisza nie trącała nawet żagla, zwieszonego na maszcie, jak zwiędły kwiat na łodydze.
 Wiankiem postaci ciemnych usiedli na pokładzie majtkowie i śpiewali chórem przyciszonym pieśń smętną, jak gdyby łzami nasiąkłą. Ostatnie jej tony ledwie odrywały się od ich ust i ginęły w niewyraźnym szmerze. Po długiem milczeniu zawiązali rozmowę.
 — Mnie się zdaje, że niebo musi być dnem morza, że gwiazdy — to świecące rybki, które w niem pływają i które księżyc co wieczór łowi aż do świtu.
 — Kiedy te same nazajutrz się pokazują.
 — Może on ich nie zjada, tylko bawi się i złapane wpuszcza.
 — E, to by mu się uprzykrzyło.
 — To też on często wcale nie wyjeżdża na łowy.
 — A ja przypuszczam co innego. Niebo jest zapewne podłogą pałacu bogów, a księżyc i gwiazdy to są ich klejnoty, które oni zdejmują z siebie na noc i rozrzucają.
 — Po cóż by rozrzucali? Może gwiazdy gubią po drodze, a księżyc, ich niewolnik, przez noc je zbiera i rano oddaje.
 — Lekką ma pracę.
 — Kto to wie! I on zapewnie bywa bity, bo wychodzi nieraz z twarzą obrzmiałą i czerwoną.
 — Niewolnik nie może być szczęśliwy nawet w służbie u bogów.
 — Prawda, zawsze jednak bóg jest sprawiedliwszy, miłosierniejszy, nie tak chciwy i okrutny, jak człowiek.
 — O, tak, najgorsze dusze nie wlazły w ciała lwów, hyen, lampartów, ale w ludzi. Poprzednio byłem u pana, który pozwalał dzieciom kreślić nam na grzbietach kółka i strzelać do nich z łuku. Zanim niewprawny malec trafił w cel, utkał strzałami całe plecy. Dotąd mam jeszcze znaki tej zabawki.
 — Ja miałem takiego, który za najmniejsze przewinienie kazał nas smagać drutami i rany przez trzy dni smarować octem.
 — A co ja wycierpiałem! Przez lat kilka byłem własnością pewnego obywatela, który wydawał się niezłym. Ale raz zdechł nagle wół, którym orałem, a wyzwoleniec, zarządzający gospodarstwem, doniósł, że ja zwierzę otrułem. Pan kazał odrąbać głowę wołu i zawiesić mi na szyi, na której musiałem ją nosić dopóty, dopóki wszystko mięso z niej nie ogniło i nie opadło. Cztery tygodnie miałem pod nosem robaczywą padlinę. Nie wiem, co było gorsze: jej widok, czy odór. Wolałbym śmierć, niż drugą taką karę.
 — Mój pan, u którego się urodziłem, był dosyć łagodny, ale jego żona! Wściekła kocica! Rozgniewawszy się na niewolnicę brzemienną, kazała ją wysiec rózgami i tylko pod brzuch podłożyć poduszkę, nie przez litość, ale przez skąpstwo, ażeby ta nie urodziła przed czasem dziecka, któreby się zmarnowało.
 Biała postać, niedostrzeżona przez rozmawiających, wyszła z kajuty i stanęła po za żaglem.
 Sternik. Moi kochani, to są katusze okropne, ale ja przeszedłem chyba jeszcze cięższą. W młodości należałem do strasznego okrutnika, który znęcał się nad nami, jak najdziksze zwierzę. Moja matka doglądała kurcząt. Otóż kilkoro z nich porwał jastrząb. Pan kopnięciem powalił ją i kazał trzymać za nogi mnie, a dwom najsilniejszym niewolnikom bić prętami. Gdy skończyli tę kaźń, moja stara matka leżała martwa, a ja byłem cały obryzgany jej krwią.
 — Kto służył u Wir-Wira, ten się napatrzył niedoli ludzkiej. Tak dręczył i mordował niewolników, że mniej wytrzymali jedli ziemię, ażeby się nią otruć! Jednego dnia dwudziestu w ten sposób się zabiło. Nie pozwolił ich ani spalić, ani zakopać, tylko kazał wrzucić do stawów dla nakarmienia ryb i raków.
 — Tego wilczyca urodziła.
 — Nasi państwo są lepsi.
 Sternik. Po co ty ich razem wymawiasz! Ona czysta jak źrenica boga, dobra jak słońce, mięka jak woda, troskliwa jak ziemia. On gładki, zimny i ostry jak nóż. Ciągle mu się zdaje, że drabina, na którą wlazł, nie jest jeszcze dość wysoka, więc sztukuje ją i wprawia nowe szczeble.
 — Głupiec, raz na rok każe nas wszystkich lekko obić, ażebyśmy nie zapomnieli, że jesteśmy jego niewolnikami.
 — Ona chyba o tem nie wie!
 Sternik. Niech bogowie bronią, ażeby się dowiedziała! Od niedawna jesteś — pamiętaj nie poskarżyć się jej nigdy.
 — On by się zemścił?
 Sternik. Mniejsza o to, ale ona by się zmartwiła. Kiedy niewolnik zasłabnie — ona z nim choruje. Nas bolą różne części ciała — ją zawsze serce. My cierpimy za siebie — ona za wszystkich. A gdyby jeszcze usłyszała, że nas biją!... Umarłaby!...
 — Cóż za szczególna pani.
 Sternik. Bardzo dziwna. W święta czterech pór roku wyprawiają nam uczty, na których dają tyle wina, ile żądamy. Myśleliśmy, że to łaska pańska; tymczasem poczciwy Tarlon objaśnił nas, że pan chce, ażebyśmy tańcząc pijani i śpiewając sprosne piosenki, obrzydzali się jego domownikom i gościom, którym nas wtedy pokazuje. Pani nigdy nie patrzy na te paskudne zabawy, chociaż nie wie, dlaczego mąż je urządza.
 — Czy on ją kocha?
 Sternik. On tego nie umie, ale jej ustępuje.
 — To może by nie dokuczał niewolnikom, gdyby go poprosiła.
 Sternik. Nie, niech ten anioł nie domyśla się naszych utrapień. Jeżeli nawet który z nas zginie, to mniejsza szkoda, niż gdyby wszyscy stracili tę opiekunkę. Heron wydał rozkaz, ażeby niewolnicy pili i jedli tylko ze skorup lub stłuczonych naczyń, ażeby jeździli wierzchem tylko na osłach, ażeby nosili odzież tylko po zmarłych, ażeby nie posiadali nic błyszczącego. Niedawno spotyka mnie pani pijącego żur z rozbitego garnka, z którego mi wyciekał. Dlaczego nie weźmiesz miski? — zapytała. Bom leniuch — odrzekłem i nie chce mi się poszukać. Skąd masz te pręgi na plecach? Orzechy — mówię — rwałem w gęstej leszczynie i podrapałem się. Tsk trzeba zawsze przed nią wykręcić. Przysięgam, że gdyby który nie wstrzymał przed nią języka, to bym mu go przeciął. Raz tylko wyrwał mi się ból z ust do niej, kiedy jej brat chciał wziąć sobie moją dziewczynę, Egę. Poprosiłem panią o litość — zabroniła mu surowo.
 — Więc ty nie uciekniesz do Arjosa?
 Sternik. W każdym razie nie teraz. Skoro pani zdała się na naszą opiekę, zawieziemy ją do rodziców i odwieziemy do męża tak wiernie, jak ta igła magnesowa, która jej nie zdradzi i drogę wskaże.
 — A potem?
 Sternik. Nie pytaj, bo jest to ogień, który mi serce przepala i którego zgasić nie mogę. Od kilku tygodni rozdziera mnie chęć ucieczki i żal, a gdy wieczorem legnę na posłaniu, myśl o tem rozcina mi mózg przez całą noc, jak piła.
 — Innym radziłeś...
 Sternik. Tak, zbuntowałem wszystkich niewolników w okolicy i naszych, którzy pracują w winnicach i kopalni, podburzyłem nawet lękliwą czeladź Wir-Wira, naznaczyłem im dziś w nocy miejsce zebrania na jednej z gór Datali, skąd mają wyruszyć i przygotowanemi krypami przepłynąć morze; wam powtarzam: po powrocie pani biegnijcie za gwiazdą, świecącą na niebie Protoryi, ale co ja z sobą zrobię — nie wiem. Gdybym był pewny, że nigdy mojej pani nie będę potrzebny... Zresztą w ten kawałek czasu, który mnie od grobu dzieli, nie zmieści się już wiele szczęścia, chociażbym go nawet gdzieindziej znalazł. Wy młodsi... wam ta gwiazda może jeszcze rzucać długie smugi światła
 — Czy ty wierzysz, że Arjos nas wyzwoli?
 Sternik. I tego nie wiem, moi bracia. Czuję tylko, że od niego biegną ku nam jakieś zapowiedzi lepszej doli, że on jest zwiastunem nowego dla nas życia. Może to bóg w człowieka wcielony, może siłą z nieba przyniesioną rozbije nasze kajdany, zetrze z nas piętna hańby i nada nam prawa ludzkie. Na jawie i we śnie odurza mnie to marzenie. W tej strasznej ciemności, która nas otacza, błyszczy tylko to jedno światełko — do niego dążyć musimy. Chociaż więc ja, jak stary wierny pies, położę się u nóg mojej pani, wy idźcie do Arjosa. Tylko nie teraz, aż wrócicie do domu.
 Cicho, jak duch, przesunęła się od głównego masztu ku niewolnikom niedostrzeżona przez nich postać kobieca w białej powłoczystej szacie, po której na plecach i ramionach spłynęły fale bujnych, ciemnych włosów. W obliczu księżyca nie było tyle jasności, w źrenicach gwiazd nie drgało tyle promieni, ile w jej pięknej, bladej twarzy i rozmarzonych oczach. Zdawało się, że z jej delikatnego ciała prześwieca niepokalana i czuła dusza, że na jej usta składa pocałunki tylko święty smutek, że w łzach, zawieszonych na jej długich rzęsach, krysztali się bezmierna litość, że jej biała ręka samem dotknięciem zagoiłaby śmiertelną ranę. Stąpała po ziemi, jak po cierniach i wznosiła głowę ku niebu, jak gdyby wierzyła, że ono wkrótce dla niej się otworzy.
 Niewolnicy. — Tak mówisz o tej pani, że mnie odbiegła ochota ucieczki.
 — I mnie.
 Sternik. Jak chcecie. Myślę znowu, że ja sam jej przecież nie wystarczę. A kto zgadnie co się dziać będzie... Nastają czasy groźne... Zbliża się burza...
 — No, to chyba zostaniemy.
 — Czy wszyscy?
 — Wszyscy.
 Orla. Pójdziecie...
 Niewolnicy Pani!
 Orla. Słyszałam wasze krwawe żale...
 Sternik. Niech pani z tego się śmieje, to były żarty, bajki, które sobie zwykle opowiadamy.
 Orla. Przebaczcie mi... nic o tych męczarniach waszych nie wiedziałam.
 Sternik. Bo ich wcale nie było. Ach, jakie z nas barany! Beczymy sobie dla zabawki, a pani myśli, że z bólu. Orędowniczko i pocieszycielko nasza, lepsza od wszystkich bogów i ludzi, zapomnij o tych kłamstwach!
 Uklękli i wznieśli ku niej błagalnie ręce. Ona objęła ich rzewnem spojrzeniem i położywszy rękę na głowie sternika, rzekła głosem dźwięczącym tak mięko, jak gdyby był brzmieniem strun z promieni gwiazdy, która nad Protoryą świeciła.
 Orla. Wstańcie, biedacy... Nie korzcie się przede mną... Uklękniecie przed tym człowiekiem, czy bogiem, który was chce wyjarzmić.
 Niewolnicy. My go nie znamy... On może nie ma żadnej siły... Może nas zdradzi.
 Orla. On musi posiadać jakąś moc i musi być duchem dobrym, kiedy tak przyciąga nieszczęśliwych. Idźcie do niego.
 Sternik. Więc niech się stanie wola twoja, pani. Ale ja zostanę przy tobie.
 Orla. I ty udasz się z nimi. Dałeś im zacną radę, więc pomóż ją spełnić. Bądź dla nich ojcem i przewodnikiem. I sam zobacz szczęście, którego nie widziałeś.
 Sternik. Za stary już jestem, ażeby je dogonić.
 Orla. Tem bardziej spiesz się. O twoją Egę bądź spokojny.
 Sternik. I ja mam ciebie, pani święta, opuścić w ostatku dni moich! Własną ręką położyć sobie na słońce chmurę! Umrzeć i nie zobaczyć tej, która była ucieszeniem duszy mojej i oczu moich!
 Ryknął płaczem, rozdzierającym jego suche piersi i przyczołgał się do jej stóp. Za nim rzucili się inni niewolnicy, których szlochania zagłuszył plusk fal, odbijających się od ścian statku.
 Orla. Nie płaczcie, dzieci moje, my się jeszcze spotkamy.
 Sternik. Gdzie, pani najdroższa, gdzie?
 Orla. Odwieziecie mnie do rodziców, podążycie do Arjosa, a ja wkrótce...
 Sternik. Co?
 Orla. Za wami.. do niego...
 Klęcząc, wyprostowali się nagle, spłakane oczy ze zdumieniem i radością utkwili w jej smutnie uśmiechniętą twarz, a po chwili z ust ich wyrwał się bezsłowny krzyk, niby głęboki, przez lat wiele tłumiony oddech, niby pobożny zachwyt i niby rzewne dziękczynienie.
 Brzask już przesiąka na wschodzie... Jedźmy.
 Spiesznie podjęli kotwicę, ujęli wiosła i uderzając niemi w rytm pieśni wesołej, posuwali statek, który odpłynął w dal, jak śpiewający łabędź.



Widok 16.
 Zatokę Protoryi, oddzieloną od Datali długą listwą Morza Niebieskiego, okrążyły wydłużoną podkową skały nagie, poszarpane i zanurzone w morzu dość stromą pochyłością. Na kamienistej opoce, w gruzach jej odłamków, w cienkiej warstewce jej pyłu znaleźć mogły dla siebie pokarm zaledwie mchy ubogie. A jeżeli gdzieś w szczelinie uczepił się jakiś karłowaty krzaczek, to drżał ciągle w obawie, ażeby go przelatujący wicher nie wyrwał i w kotłujące się na zakrętach ścian fale nie wrzucił. Nigdy tu nie zatrzymał się duch płodności, a przebywał chętnie duch zniszczenia. Na wszystkich wyskokach, garbach, zgięciach i zębach skalnego półkola rozsiadł się tłum ludzi, niby stado alk, obsychających po kąpieli. Zmieszały się w nim najrozmaitsze barwy skóry ludzkiej: białe, żółte, brązowe i czarne, rozmaite stopnie wieku od dzieci do starców, rozmaite warstwy społeczne, śród których jednak najwięcej było niewolników pół nagich lub łachmanami pokrytych, zdrowych lub wynędzniałych, pokaleczonych i wypalonymi znakami napiętnowanych. Cała ta rzesza, skupiona w wielu grupach i przyrastająca od dwóch dni ustawicznie, szemrząca cichym gwarem, miała oczy zwrócone na małą, niedaleko od brzegu rzuconą wyspę, dokąd prowadziła wązka grobla, wychodząca z wąwozu, który rozpruł skały aż do miasta Omal, położonego na ich grzbiecie.

W pierwszej grupie.
 — Ale czy on tam jest na pewno?
 — Żegnając się z uczniami, rzekł do nich: »Aż do drugiego nowiu księżyca przez dni trzydzieści nie szukajcie mnie. Duchy z grobów powstały i żądają, ażebym ich wysłuchał. Pójdę do nich.« Ta wyspa była dawniej cmentarzem, gdzie składano ciała zmarłych. Podobno na niej niema najdrobniejszego zwierzątka, nie rośnie ani jedno źdźbło trawy.
 — Czemże on się żywi?
 — Jeden bóg Elion go karmi.
 — Mówią, że sam zasiał rano garść zboża, które na południe wyrosło i dojrzało; sam je zebrał, sam starł kamieniem na mąkę, sam z niej upiekł bochenek chleba, sam ulepił z gliny dzbanek, który napełnił wodą. Ten chleb i tę wodę wziął z sobą.
 — Czy dziś wypada nów?
 — Tak.

W drugiej grupie.
 — Ciężko nam było wędrować taki kawał drogi, ale widać dobry bóg prowadził nas do niego, bo niewiele błądziliśmy.
 — Jakże wy się rozumiecie, kiedyś ty ślepy a on niemowa?
 — Z początku nie mogliśmy wcale się rozmówić. On wył i szarpał mnie, a ja próbowałem krzykiem przebić jego uszy i pokazywałem mu moje myśli rękami. To tylko wiedzieliśmy obaj, że chcemy uciec od naszego srogiego pana, który mnie biciem pozbawił wzroku, a jego słuchu. To pragnienie nauczyło nas osobnej mowy, on mnie odgaduje z ruchu ust, a ja jego — z naciśnięć palcami na mojem ciele.
 — Czegóż wy się tu spodziewacie?
 — Arjos nas uleczy, a gdy będziemy zdrowi, uciekniemy za najszersze morze.

W trzeciej grupie
 — On nie odszedł, ale znikł. Posiada taką moc, że w jednej chwili przerzuca się dalej, niż jaskółka w ciągu dnia ulecieć może.
 — I jest człowiekiem?
 — Albo bóg w nim siedzi, albo otoczył go zastępem niewidzialnych duchów, którzy go noszą i sił mu dostarczają.
 — Dlaczego schronił się na wyspę?
 — Kto to wie! Podobno co noc zlatują na nią bogowie i odbywają sądy nad ludźmi. On przed nimi oskarża winnych.
 — Kiedy opowiadają, że on tylko jednego boga uznaje.
 — To nieprawda. Ja przypuszczam, że on ukaże się na czele wojsk niebieskich, pokona wszystkich królów, zdobędzie wszystkie ziemie i ogłosi się ich władcą. Niewolników uczyni panami, a panów — niewolnikami.
 — Niech go bogowie wesprą.

W czwartej grupie.
 — Radziliśmy się lekarzów i czarodziejów — żaden nie pomógł. Udaliśmy się nawet do sławnego pustelnika w górach, Aleba, ale ten tylko zalecał pokutę. A czyż człowiek, dotknięty bezwładem, nie pokutuje samą swoją chorobą? Nareszcie ludzie nam powiedzieli, że w Protoryi jest człowiek, który cuda czyni. Przyjechaliśmy.
 — A dawno wasz syn w niemocy?
 — Blizko pięć lat.
 — Nie może wcale się dźwignąć?
 — Leży tak ciągle nieruchomy, jak kłoda.
 — Zobaczycie, że on stąd pieszo pójdzie do domu.
 — O, niech wasze słowa bogowie w wolę swoją włożą.

W piątej grupie.
 — Jeżeli go nawet tam niema, to skądinąd do nas przybędzie. On przecież wie, że lud się tu zebrał i oczekuje go.
 — A może nie wie?
 — Bogowie dali mu takie oczy, że widzi wszystko, co się na ziemi dzieje i dziać będzie.
 — Czemu oni upodobali sobie właśnie jego, biednego pastuszka?
 — Zapewne uznali, że miał najczystszą duszę.
 — Jak to się stało?
 — W Omalu mieszkał bardzo poczciwy tkacz, imieniem Notos, z rodu Podlotów. Miał on jednego syna, którego wraz z żoną bardzo kochali, nie zmuszali do żadnej ciężkiej roboty i nazwali imieniem bohatera sławionego w pieśniach. Chłopak był dziwnie ładny i dobry, nigdy nie wyrzekł brzydkiego lub złego słowa i ciagle szukał samotności. Gdy podrósł, z woli własnej i rodziców został pasterzem owiec kilku wsi okolicznych. Właściciele trzód z początku obawiali się czy on je upilnuje, ale wkrótce spostrzegli z radością, że owce ciągle koło niego się trzymały, że żadna nie zginęła i nie zachorowała, że dzikie zwierzęta, zbliżywszy się do stada, jak gdyby przerażone uciekały i kryły się w zaroślach, chociaż on dla odstraszenia ich nie miał przy sobie ani psa, ani zbroi, ani nawet kija. Ludzie, którzy go spotykali, zauważyli, że rozmawiał ze wszystkiem i wszystko do niego mówiło: niebo, ziemia, drzewa, kamienie, owady, ptaki, twory żywe i martwe. Nietylko wszystko mówiło, ale śpiewało. Gdy przyłożył do ust liść lub słomkę, wydobywał z nich tak cudne melodye, że cała natura milkła i oczarowana słuchała tej pieśni. W środku rozległego pastwiska był krąg częstokołem obwiedziony, gdzie owce nocowały i gdzie sypiał przy nich pasterz, któremu ojciec lub matka przynosili wieczerzę i śniadanie. Raz w nocy mieszkańcy Omala ujrzeli nad owym otokiem wielką łunę. Sądząc, że schronisko się pali, pobiegli i zobaczyli dziwo: młody pasterz spał, a wszystkie owce przy nim klęczały w jasności, która szeroką rzeką wlewała się z nieba. Nie śmieli go budzić i nie wiedzieli, co czynić mają. Nareszcie dzień zaświtał: wtedy jasność zgasła, wrota same się otworzyły, a owce powstały i wyszły w pole. Gdy się już nieco oddaliły, spostrzeżono, że przed niemi postępuje jakaś dzieweczka w długiej, białej szacie, z koroną gwiazdek na głowie Pasła ona trzody przez dzień cały, wszyscy widzieli ją z daleka, ale ile razy ktoś się zbliżał, znikała mu z przed oczu. A młody syn tkacza ciągle spał. Wieczorem owce przyszły do zagrody, o północy jasność znowu zabłysła, rano stado znowu wyszło prowadzone przez dzieweczkę i wróciło o zmierzchu. Drugiego dnia rodzice pasterza nagle zmarli bez choroby; kiedy ich składano do grobu, mieli oboje na ustach taki uśmiech, jak gdyby w otwarte niebo się wpatrywali. Ponieważ wieść o tem zjawisku rozgrzmiała szeroko, zbiegli się ludzie z odległych stron, ażeby je oglądać. I widzieli wszyscy jasność, owce klęczące, dzieweczkę białą i spiącego pasterza, którego twarz ku większemu jeszcze zdumieniu znających go z każdą niemal chwilą starzała się. W pierwszym dniu była jeszcze młodą, w trzecim już zgrzybiałą. Po pogrzebie tkacza i jego żony, czwartej nocy cudu, kiedy oczekiwano owej zorzy, spadł z nieba jak strzała promień światła i uderzył w czoło pasterza. On drgnął, ocknął się, powstał znowu młodzieńcem, a wzniósłszy oczy ku słońcu, które nagle, przed zwykłą swą porą weszło, rzekł:
 »Oto jestem, ojcze nasz, dla ukochania dzieci twoich, oto jestem, panie nasz, dla spełnienia woli twojej.«
 A objąwszy wzrokiem zgromadzoną rzeszę przemówił:
 »Bóg odwołał z ziemi rodziców moich, ażebym nie miał żadnej istoty, którąbym miłował więcej, niż inne. Jestem teraz sam. Bóg, który we śnie kazał mi zakończyć żywot doczesny, jest obecnie ojcem moim i matką moją, a wszyscy ludzie braćmi i siostrami mojemi.«
 Słuchający dziwili się, skąd on wiedział o śmierci rodziców swoich i nie pojmowali, o którym bogu mówi. Ale zanim zdążyli zapytać go, znikł i tejże nocy objawił się w różnych miejscach Protoryi.
 — To nie może być człowiek.
 — I mnie się tak zdaje.

W szóstej grupie.
 — Słyszałaś?
 — Otucha we mnie wstąpiła. Zresztą niech nas los zdepcze, jak słoń biedronki, abyśmy tylko nie dostały się w łapy Wir-Wira. Już nigdy tańczyć nie będę.
 — Chyba na grobie tego potwora.

W siódmej grupie.
 — Jakżeś drugi raz uciekł? Nie pilnowali?
 — Pan myślał, że napiętnowani nie będą już śmieli ruszyć się. Naprzód dlatego, że nas rozpalonem żelazem okropnie zranił, ażeby litery nie zarosły, a powtóre dlatego, że wszędzie znaczonych niewolników natychmiast zatrzymują i odsyłają do właściciela. Tymczasem ja pomimo bolącego okaleczenia umknąłem, a szedłem tylko nocami. Jeżeli mnie teraz złapią, zażyję truciznę, którą mam przy sobie, i skończę przeklęty żywot.
 — On nas jarzmić nie pozwoli i wszystkim da swobodę.
 — O, gdyby już raz się pokazał, gdybyśmy z własnych ust jego usłyszeli to, co ludzie powtarzają.
 — Dziś ma powrócić do swych przyjaciół i uczniów, którzy tu na niego czekają.
 — Gdzie oni są?
 — Siedzą tam na dole, przy grobli.
 — Więc tą drogą ma przyjść do nas zbawienie! Świętym niech będzie każdy jej kamień, każde ziarno piasku, którego on dotknie swemi stopami. Mniej wody ją oblewa, niż my wypłakaliśmy łez bólu w niewoli i wypłaczemy łez radości w wyzwoleniu. Przyjdź i wyprowadź nas z piekła, zwiastunie szczęścia naszego. Arjosie, Arjosie, człowieku czy boże, ratuj nas!



Widok 17.
 „Wyspa milczenia” wynurzyła się z morza wysokiemi, stromemi ścianami, jak ogromna czasza boga oceanu. W jednem tylko jej miejscu, do którego dobiegała grobla, otwierał się głęboki wrąb, a w nim wązkie schody. Tędy mieszkańcy Omala wnosili trupy swych zmarłych i pozostawiali je na pożarcie sępom, dopóki według zmienionego obrządku nie zaczęto ich grzebać na cmentarzu. Drapieżce szybko objadały ciała nieboszczyków, więc po powierzchni wyspy pozostały tylko szkielety, rozrzucone między {pp|szare|mi}} szaremi bryłami skały, opierającej się swą jałowością wszelkim warunkom życia. Żaden ptak nie zawisł nad tem grobowiskiem, nawet żarłoczne kormorany omijały je zdaleka a fale morza, dotknąwszy się ponurych ścian wyspy, odbiegały przerażone. Tu od trzydziestu dni, sam jeden śród niemych wcieleń śmierci, przebywał Arjos na rozmowie z niebem i ziemią. Przyniesionego z sobą chleba nie zjadł, wody nie wypił, widocznie ciało jego zasnęło i czuwała tylko dusza. W duszy tej Elion porwał już wszystkie struny, oprócz dwu: smutku i kochania, na których miał odegrać hymn pragnień wszechmiłości. Ostatniego dnia samotnych rozmyślań Arjos siedział nieruchomy, z oczami mgłą powleczonemi, jak gdyby zasłuchany i zapatrzony w tony i drgnienia swego serca. Długie, ciemne włosy utuliły w swych zwojach twarz jego, piękną kształtem i wyrazem, wymowną cierpieniem i łagodnością, a prosta, biała szata łamała się mięko na postaci smukłej, lecz wątłej. Poświt zachodzącego słońca kładł na jego rozmarzoną głowę swe złotawe blaski łagodnie, czule, jak gdyby chciał ją tkliwymi pocałunkami uśpić w śnie świetlanym Nareszcie mroki wieczorne opłynęły ziemię i zalały Arjosa, który jednak odbijał się ciągle swą białością w ich przezroczystej toni. Nagle przed oczami jego, na czarnem tle nocy, zawisł jasny obłok, a w nim zaczęły kolejno ukazywać się i skarżyć chóry widm ludzkich.

Chór I.
 Zginęliśmy na polach bitew, w więzieniach i poddaństwie, jako dzieci rodu słabszych i jako ofiary rodu silnych; zginęliśmy za naszą ziemię, za nasze niebo i wodę, za naszych bogów, przodków i ich spuściznę. Pożądliwa nienawiść przeszła po nas ze swą zagładą, jak ogień po bujnej niwie ze swymi płomieniami. Miłosierdzia dla żyjących!

Chór II.
 Nosiliśmy na swych grzbietach pomyślność naszych panów, jak morze nosi na swych falach łodzie rybaków. Za tę pracę, za ciężką i wierną służbę, za poświęcenie wszystkich sił nie zapłacono nam opieką, przyznaną wołom roboczym, krowom dojnym, owcom strzyżonym i rzeczom pożytecznym. Wyzuci z wszelkich praw ludzkich, odarci z najdrobniejszych okruszyn szczęścia, skazani na sromotną poniewierkę, przeklęci na wieki w nasieniu naszem, padaliśmy pod ciężarem trudów, pod chłostą okrucieństwa i toporem niezasłużonej kaźni. Obrąbywano nas i ścinano jako bór, a my padaliśmy bezbronni z głuchym jękiem powalonych drzew, a z bólem skrzywdzonyoh ludzi. Nie było na ziemi czucia, któremuby zadano tyle ran. Znienawidzeni przez ludzi, opuszczeni przez bogów, wyciągaliśmy błagalne ręce ku śmierci, jako jedynej naszej pocieszycielce. Ziemia nas upodliła niewolą, niebo przyjąć nie chce dusz naszych, bo nie rozpoznaje w nich dusz ludzkich. Miłosierdzia dla żyjących!

Chór III.
 Goniliśmy przez całe życie chleb, który przed nami uciekał, przytulaliśmy się w chłodzie do ziemi, która nas ogrzać nie chciała. Nie mieliśmy ani ojców, ani matek, ani braci. Spłodzili nas ojczymowie, urodziły macochy a ogłodzili bratobójcy. Zbytek nie pozwolił, ażebyśmy byli psami, zjadającymi resztki jego biesiad, rozpusta nie pozwoliła, ażebyśmy z naszej nędzy uratowali przynajmniej naszą godność. Karmiono nas tylko shańbionych. Miłosierdzia dla żyjących!

Chór IV.
 Chociaż byłyśmy matkami rodzaju człowieczego, chociaż kochałyśmy go zarówno wtedy, kiedy dojrzewał w naszych łonach, jak wtedy, kiedy z nich na świat wyszedł, musiałyśmy żyć w pogardzie naszych ojców, braci, synów, mężów i kochanków. Świeciłyśmy im jako gwiazdy w nocach życia, towarzyszyłyśmy im jako anioły opiekuńcze w niebezpieczeństwach, niosłyśmy im pomoc jako przyjaciółki najwierniejsze w nieszczęściach, z serc naszych tryskały im nigdy niewyczerpane zdroje uczuć czystych, poświęceń bezinteresownych, natchnień szlachetnych, a oni uważali nas za jedwabnice, które wysnuwszy z siebie oprzęd delikatnej nici, zdechnąć powinny, za półzwierzęta, które posiadały w sobie tylko tyle człowieczeństwa, ile dla zadowolenia ich żądz było potrzeba, za czarodziejki w młodości, które shańbić wolno, stawające się czarownicami w starości, które już odtrącić należy. Kupczono naszem ciałem zawsze, nie uszanowano naszej duszy nigdy; gwałcone, zużywane, poniewierane, wygnane ze świątyń i uwięzione w sypialniach, odsunięte od ołtarzów i rzucone na łoża, umierałyśmy zduszone niewolą, zdeptane tyranią i zabite bezwstydem. Miłosierdzia dla żyjących!

Chór V.
 Zarówno poczęte z gwałtu, jak z miłości, dzieci nieprawe, od kolebki do trumny niosłyśmy na okrwawionych czołach cierniowe wieńce klątwy. Ojcem naszym był wstyd, matką — hańba. Przychodziłyśmy na świat nie jako ludzie, ale jako żywe grzechy. Matki w rozpaczy i strachu przed własną bezcześcią i naszą niedolą mordowały nas, ciskały zwierzętom na pożarcie lub ludziom na wzgardliwą litość. Karano je za to, że nie pozwalały nam istnieć, a nas za to, żeśmy istniały. Żadną zasługą i pokutą nie mogłyśmy wyjednać sobie przebaczenia tej zbrodni, że z łona matek nie przeszłyśmy odrazu do łona ziemi, lecz po krótkiej lub długiej drodze życia. Dobrzy opluwali nas wstrętem, źli kamienowali potępieniem, najgorsi smagali szyderstwem. Miłosierdzia dla żyjących!
 Chór następny, który składał się z mar drobnych, bezkształtnych, zaledwie przpominających[3] postacie człowiecze przesunął się milcząco, nie wydał żadnego głosu jako widma, bo go nie miał jako ciała. Były to zalążki ludzkie, płody niedojrzałe, które matki w trwodze przed okrutnymi wyrokami świata wydarły z siebie i owinięte tajemnicą miłości lub omyłki ukryły w ziemi, zanim on je przed swój sąd powołał.
 Arjos zrozumiał te nieme mary, a usta jego drgały jak gdyby potrącane niewyrzeczonemi słowami ich skargi. Powstał, mgła oczu skropliła mu się w łzy, a podczas gdy z odlatującego obłoku widm odciął się krąg świetlany i otoczył jego głowę, on złożył ręce na piersiach, odchylił natchnioną twarz ku niebu i zawołał:
 Arjos. Eljonie, boże jedyny, daj sercu mojemu tyle miłości, ile jest w sercach ludzkich cierpienia!
 Jak gdyby ogrom tej miłości w sobie uczuł, opuścił wyspę i przez jej szczerbę wstąpił na groblę, po której szedł ku brzegowi krokiem wolnym, z niegasnącą jasnością około głowy, niby duch świtu dnia słonecznego, niby żywa a upragniona pochodnia nadziei.



Widok 18.
 Oczekująca na stokach brzeżnej skały rzesza, ujrzawszy Arjosa, wydała przeciągły okrzyk bolesnej radości który wlał się w morze jak ogromna fala nagłego przypływu. Z tą falą wpadły również głosy niemych, sparaliżowanych, dotkniętych wszelką niemocą, którzy wstrząśnięci urokiem zbawcy i wiarą w jego nadziemską władzę, odzyskali mowę i siły ruchu. Potęga czaru i dowodów cudu przykuła jednak wszystkich do miejsca, a po gwałtownym wybuchu nastąpiła taka cisza, że słychać w niej było oddechy piersi, rozrzewnieniem wezbranych. Arjos, wpatrzony w masę ludzką, którą bezksiężycowa noc skropiła zaledwie rozcieńczonem światłem gwiazd, przebył groblę, wszedł wraz z kilkoma uczniami na najwyższą płaszczyznę wybrzeża i wyciągnąwszy ręce nad rozpostartym pod jego stopami tłumem, przemówił:
 Arjos. W imię boga miłości, niech będą błogosławione wszystkie światy i twory, którymi on napełnił przestrzeń, bezgraniczne mieszkanie swoje. Największe zaś błogosławieństwo niechaj spłynie na ród człowieczy, który jest najszlachetniejszem ciałem jego ducha. Elion przedłużył siłę wzroku mego aż do tych granic, do których myśl moja sięgnąć mogła, otworzył przede mną naoścież niebo — nigdzie nie widziałem innych bogów, prócz niego. A jako Elion jest jedynym stwórcą, tak miłość jest jedyną duszą stworzenia. 0n także otworzył przede mną wnętrze życia ludzkiego: nie widziałem w niem innej krynicy szczęścia, prócz miłości. Wtedy rzekł bóg: weź światło prawdy, idź z niem przed ludźmi, ażeby dłużej nie błądzili i ażeby każdy mógł przy niem zapalić kaganek żywota swojego. I oto staję śród was jako zwiastun nowego czasu, który nastanie na ziemi i ciągnąć się będzie do końca pobytu człowieka na niej. Kto wierzy słowom moim, ten pójdzie ze mną i wyrzuci z serca wszystkich bogów, które są złudzeniami niewiadomości jego, i uczci jedynego, który mnie przysłał.
 To rzekłszy, poszedł w głąb lądu, a za nim pociągnęła rzesza, która wkrótce straciwszy go z oczu, ciągle widziała zdala jasność okrążającą głowę jego.



Widok 19.
 Kiedy Arjos wraz z rzeszą zbliżał się do Omala, skowronki dzwoniły już w górze ludziom na pracę a gwiazdom na spoczynek. Mroki nocy, usłyszawszy tę pobudkę i spłoszone pierwszymi złocistymi strzałami, które rzuciło ku nim niewidzialne jeszcze słońce, zaczęły zwijać swe zasłony i pierzchać. Z miasta wydobywał się coraz głośniejszy tentent kopyt, wreszcie wyjechał spiesznie oddział zbrojny. Jego dowódca, mijając tłum, zapytał Arjosa:
 Dowódca. Czy i ty, hetmanie, prowadzisz tę swoją bosą armię na wojnę?
 Żołnierze parsknęli śmiechem.
 Arjos. Niech wam bóg pomaga, dobrzy ludzie, kiedy jedziecie włóczniami zdejmować z drzew orzechy palmowe, a mieczami krajać chleb biednym.
 Dowódca. Włóczniami będziemy zdejmowali głowy koczownikom, którzy się podkradają pod tabuny naszych koni, a mieczami pokrajemy im brzuchy.
 Arjos. Jeżeli ich stworzyłeś, zniszcz. Każde życie do ciebie należy, które dałeś i utrzymujesz. A z czegóż poznamy, żeś bogiem, który sam tylko uczynić to może?
 Dowódca. Nie traćmy czasu na rozprawę z waryatem. Dalej — marsz!
 Popędzili cwałem.
 Arjos. Nie bądźcie jako ślepe gromy, biegnące w chmurze orkanu, bo w nich miłości nie ma, lecz bądźcie jako tuman nasion, któremi wiatr ziemię obsiewa, bo w nich miłość jest. Czy widzicie czerwony kurz, dobywający się z pod kopyt końskich tego oddziału?
 Głosy. Widzimy, mistrzu.
 Arjos. To zeschła i rozpylona krew ziemi, która wzniesie się purpurowym obłokiem do boga. On nad nią zapłacze, a z łez jego powstaną nowe gwiazdy, które pociechą świecić będą ludziom smutnym po wieki wieków. Strasznym jest płacz ojca nad nieszczęściem ukochanych dzieci, a bóg tyle razy więcej cierpi, ile razy jest większym od człowieka. Lecz on nie mści się za boleści swoje. Czyliżby nie mógł w gniewie odsunąć słońca od ziemi i pogrążyć jej w ciemnościach? A jednak ani razu nie dotknął jej tą karą i pozwala mu codziennie wschodzić. I teraz z jego rozkazu wstępuje ono na niebo z obliczem nieprzesłoniętem najrzadszą kanwą obłoku, czyste, uśmiechnięte, jak gdyby spodziewało się przyświecać tylko cnotom i jak gdyby bóg nie pamiętał i nie przewidywał żadnego grzechu. Elionie, ojcze nasz, niech to promienne oko ujrzy dziś naprzód wdzięczność dzieci twoich.
 Rzesza uklękła i odmówiła modlitwę poranną, po której z Arjosem na czele weszła do miasta. Z domów wybiegli mieszkańcy, którzy przypatrywali się ciekawie temu pochodowi, a niektórzy z nich wołali:
 Głosy. — To pasterz trzód naszych, do którego jasność zstępowała.
 — Ale przemieniony.

 Arjos zatrzymywał się przed większemi zbiegowiskami ludzi i uczył ich miłości.

Widok 20.
 Słynni ze swej mądrości nauczyciele szkoły w Omalu, widząc mnogą rzeszę, zgromadzoną około Arjosa, zaprosili go, ażeby im wyłożył swoje zwiastowanie. W najobszerniejszej komnacie gmachu, przy stole założonym księgami, zasiedli na wysokich krzesłach, ustawionych półkręgiem, a przed nimi stanął młody mistrz. Naprzód zapytał go Certus, przewodniczący uczonemu ciału, potem badali inni, a przez otwarte okna szkoły ze stłoczonemi w nich głowami przysłuchiwały się grupy ludzi, ciekawych tej rozmowy.
 Certus. Mówią, że głosisz jakąś naukę, dotychczas nikomu nieznaną...
 Arjos. Bóg ją objawia wszystkim.
 Certus. Ale tylko ty ją rozumiesz?
 Arjos. On jeden na to odpowiedzieć może, bo przenika każdy twór swojej woli i miłości.
 Certus. Z jakichże ksiąg tę wiedzę zaczerpnąłeś?
 Arjos. Z żadnych, bo w żadnych jej nie ma.
 Certus. Przeczytałeś wszystkie?
 Arjos. Żadnej, pisanej ręką ludzką.
 Certus. Gdzież znalazłeś inne?
 Arjos. Bóg mi otworzył księgę dzieł swoich i nauczył mnie w niej czytać. A tylko ona zawiera całą prawdę, a tylko on się nie myli.
 Certus. Więc nie wierzysz zupełnie wielkim mistrzom?
 Arjos. Wierzę największemu, przy którym inni są mniejsi, niż wobec słońca źdźbła pyłu, drgające w jego promieniach. Zeschły listek wrzosu kryje w sobie więcej mądrości, niż wszystkie księgi, które tu dumnie spoczywają na waszym stole, bo w nim nie ma ani jednego fałszu, a w nich tyle, co słów. Wasi filozofowie i zakonodawcy opowiadali wam swoje sny, domysły i przywidzenia i wy to czcicie jako przykazania, a od słów boga, wypisanych własną jego ręką w naturze, odwracacie się z lekceważeniem. Wasze księgi — to są szkła zakopcone, przez które patrzycie na słońce prawdy, nie mogąc znieść gołem okiem jej mocnego blasku.
 Anato. Skądże wiesz o tem, kiedy ich nie czytałeś?
 Arjos. Wszakże wykładacie je w szkołach i świątyniach, w prawach i zwyczajach, w obrzędach i modlitwach. Nie byliż rodzice moi ludźmi waszego ciała i kości? Nie byłaż wasza nauka karmicielką ich syna? Ale bóg wyrwał z duszy mojej wszelki chwast szkodliwy, a zasiał w niej ziarno wszechwiedzy swojej, które wzrosło, dojrzało i owocuje w ustach moich.
 Anato. Kimże tedy jesteś?
 Arjos. Zwierciadłem, w którem odbija się jedyny bóg, Elion, jego wiernym cieniem, który on rzucił z nieba na ziemię i w ciało przyodział, tłomaczem jego wyroków, zwiastunem jego miłości, która świat stworzyła, a teraz światem rządzić będzie.
 Anato. Nie bóg miłości, ale szatan pychy wszedł w ciebie. Pierwszy nie zmieściłby się w zwyczajnym pasterzu owiec, drugiemu taki przybytek wystarcza.
 Arjos. Co w oczach boga jest godnem, to w oczach człowieka bywa nędznem. On sam wybiera sobie postacie objawień swoich. Czyż wy, mianujący się najszlachetniejszymi jego tworami, zdołacie wyrazić każdą cząstkę jego istoty? Czy umiecie tak płonąć, jak drzazgi, tak błyszczeć, jak złoto, tak stwardnieć, jak krzemień, tak płynąć, jak woda? A przecie w tem wszystkiem jest bóg. Jemu podobało się dać ptakowi skrzydła, których odmówił najmędrszym ludziom. Podobni oni są do robotników, którym budowniczy dał materyał i plan domu: zużytkowali materyał, ale zapomnieli o planie. Wtedy on posłał do nich sługę, który w imieniu swego pana rzekł: zburzcie to niedołężne dzieło rąk waszych, bo dach zakopaliście w ziemię, a podłogę położyliście na wierzch: wszakże w tym domu nie będziecie chodzić jako owady.
 Bion. Czemże zaświadczysz, że bóg cię przysłał dla rozwalenia starego i wzniesienia nowego domu?
 Arjos. Rzekł mi: każde słowo twoje będzie świadectwem woli mojej. A gdy kto nazwie się mędrszym od ciebie, niech odpowie na pytania twoje.
 Certus. Pytaj.
 Arjos. Postawię przed wami wszystkie zagadki świata i nie rozwiążecie najłatwiejszej własnym rozumem. Objaśnijcie, uczeni mężowie, dlaczego na drzewie gałązki prostopadłe rosną bujniej, niż poziome?
 Anato. Jeżeli nawet tak jest, o czem wątpimy, wynika to z natury drzewa.
 Arjos. Słowa twoje są drążone i wewnątrz puste, mistrzu. Niczego nie wyraziłeś, choć rzekłeś. Zajrzyjcie do ksiąg waszych, może one wam tę tajemnicę wytłomaczą.
 Anato. One się nią wcale nie zajmują.
 Arjos. To spalcie je w piecu biedaka, niech go przynajmniej ogrzeją. Wszystko, co powstało, istnieje z miłości i żyje nią, wszystko zatem dąży do swej przyczyny i źródła swej siły, którem jest bóg. Dlatego gałązki rosnące ku niebu są bujniejsze od nachylonych ku ziemi.
 Anato. Co on bredzi?
 Dorion. Twierdzisz, że wszystko powstaje z miłości.
 Arjos. Tylko z niej.
 Dorion. Jeżeli więc zrobię nóż, ażeby nim zarżnąć wroga, czy także uczynię to z miłości?
 Arjos. Zrobisz nóż z miłości dla noża, a gdy zabijesz nim bliźniego, nic przez to nie powstanie, ale zniknie. Bo nienawiść jest bezpłodną. Wskaż mi coś, co ona zrodziła i co istnieje przez nią.
 Po tem pytaniu nauczyciele naradzali się długo szeptem, wreszcie Certus przemówił:
 Certus. Na wyspie Kasali panuje tyran, który kazał zbudować żelazny piec, ciągle rozpalony, dokąd wrzuca swoich nieposłusznych poddanych. Piec ten istnieje, a czyż jest dziełem miłości?
 Arjos. Nie pytasz o nic nowego — już na to poprzednio odpowiedziałem. Ów tyran kocha swoją władzę, a dla utrzymania jej ukochał piec, który istnieje, bo powstał z miłości. Ale nie istnieją skazańcy, gdyż ich zgładziła nienawiść.
 Anato. Czemuż jednak bóg karze, chociaż jest samą miłością?
 Arjos. Bóg nie karze nikogo, jak nie karze ogień, który pali, lub woda, która topi. Wszystkie jestestwa krążą wiecznie koło swego stwórcy w promieniu dłuższym lub krótszym. Te, które od niego się oddalą, uczuwają natychmiast chłód sieroctwa swojego — i to jest dla nich karą; te zaś, które się zbliżą, uczuwają ciepło jego ojcowstwa — i to jest dla nich nagrodą. Zbliżają się zaś tylko przez miłość silną, a oddalają przez słabą. Im bardziej człowiek podobnym się staje do boga, tem jest szczęśliwszym. A podobniejszym do niego jest ten, który ukochał jednę mrówkę, niż ten, który znienawidził świat cały.
 Anato. Nie warto słuchać tej paplaniny.
 Bion. Jeszcze jedno pytanie. Przypuśćmy, że miłość uczy żyć, ale przecież nie uczy badać i poznawać. Wszakże wiedza nie wypłynęła z uczucia, ale z rozumu.
 Arjos. Ślepy to orzeł, który tylko tłucze się o ściany skał niebotycznych i ani wzlecieć, ani szerokich widnokręgów z wysoka objąć wzrokiem nie może. Jak czysta dziewica, tak rzecz każda odsłania swoje tajemnice temu tylko, kto ją pokochał. Z nienawiścią nie policzysz nawet nóg liszki, bo na nią uważnie nie wejrzysz. Gdy prawda schowa się głeboko pod pozory, rozumem jej nie dobędziesz. Czemże jest owa dumna wiedza wasza? Pustynią lotnego piasku, który wiatry przesypują w coraz inne kupki. Zbadałeś swoim rozumem biały kamyk i rzekłeś, że jest to grudka wapna; ktoś drugi zbadał ją swoim rozumem i orzekł, że jest to kawałek marmuru; ktoś trzeci rozpoznał, że jest to bryłka gliny; ktoś czwarty zapewni, że jest to skamieniałe jajko. Tymczasem gdy uczujesz smutek, nikt nie powie, że czujesz radość; gdy kochasz, nikt nie dowiedzie, że nienawidzisz. Twój smutek, radość, miłość, nienawiść są pewniejszą prawdą, niż najniezawodniejsze twierdzenie rozumu. Gmachem ludzkiej wiedzy czas ciągle wstrząsać będzie i rozwalać go w gruzy, a najdrobniejszego uczucia serc ludzkich nie wzruszą wieki. Za tysiące lat, gdy wszystkie prawdy wiedzy runą, nie przestanie to być prawdą, żeś cierpiał lub kochał. Więc wołam z woli boga jedynego do was, uczeni męzowie, do wszystkich ludzi, do stworzeń martwych i żywych — kochajcie się!
 Certus. Marzycielu z duszą dziecka!
 Anato. Chyba dosyć mamy tej dziecinnej zabawy.
 Arjos. Już odchodzę i zostawiam między wami miłość, którą mi Elion rozdać kazał.
 Zwrócił się ku drzwiom.
 Bion. Arjosie!
 Arjos. Czy jeden z was mnie wzywa?
 Bion. Pójdę za tobą.
 I wyszedł za Arjosem, który stanąwszy na schodach szkoły, rzekł:
 Arjos. Oto mąż, który rozpoznał głos boga miłości.



Widok 21.
 W tej chwili jedno skrzydło tłumu zwinęło się około mężczyzny, który ciągnął za sobą kobietę z dzieckiem na ręku. Zgiełk wzrastał szybko i zagarniał coraz szerszy krąg ludzi, a przez zmieszane krzyki przebijał się płacz. Arjos pospieszył na miejsce zamętu.
 Arjos. Puśćcie tę kobietę, bo ona w rękach waszych cierpi.
 Kobieta. Ratuj mnie, dobry człowieku!
 Łowiec. Zbrodniarka! Przyszła do rzeki i nie widząc mnie ukrytego w szuwarze, gdzie zakładałem sidła na wydry, rzuciła w wodę dziecko. Szczęściem zawisło na krzaku. Podjąłem je, a ją dogoniłem.
 Arjos. Sedzią jej jesteś. Czy na szalach sprawiedliwości zważyłeś już wszystkie swoje winy, że zaczynasz ważyć cudze?
 Łowiec. Ja ją prowadzę do urzędu.
 Arjos. Skoro ją pojmałeś — potępiłeś i chcesz ukarać. A maszże większą władzę, niż bóg, który nikogo nie karze?
 Łowiec. Jak to nikogo?
 Arjos. Czyż cię ukarał za zdradę wzgledem wyder?
 Łowiec. To nie grzech.
 Arjos. O tem wie tylko on, który może porównać czyny ludzkie z wolą swoją. A ty, niewiasto, czemu topiłaś dziecko swoje?
 Kobieta. Chciałam ukryć swoją sromotę... Jestem niezamężną.. Ono nie ma ojca, któryby się do niego przyznał.
 Arjos. Przyzna się do niego bóg, który jest ojcem jego i kochać go będzie. Czyż ci to nie wystarcza? Każda niewiasta rodząca jest poślubiona bogu. Spojrz, jak twój syn uśmiechniętemi oczkami spogląda w niebo, gdzie widzi ojca swojego.
 Wziął chłopczyka na ręce i podniósł, ażeby go wszyscy widzieli.
 Oto jest zbrodniarz, którego własna matka zgładzić chciała i którym ludzie się brzydzą! Wierzcie mi bracia moi, jeżeli niemowlę to napełni kiedyś serce swoje miłością, żaden dostojnik świata nie będzie od niego szlachetniej urodzonym wobec boga.
 I oddał dziecko matce, która pochwyciwszy je i przycisnąwszy do piersi, wśród wstrząsających łkań, okrywała pocałunkami.
 Kobieta. Przebacz mi, mój maleńki, przebacz, ja cię nie porzucę i kochać będę, O, ja wyrodna matka! Bodajby mnie bóg zamienił na rybę za to, że złożyłam moje dziecko, jak ona ikrę, do wody! Nie, ona lepsza, bo nie na śmierć ją tam składa. Dobry człowieku, dla twoich próśb bóg musi mieć uszy otwarte — wstaw się za mną do niego, niech mi winę odpuści.
 Padła do nóg Arjosowi z błagalnem szlochaniem.
 Arjos. Powstań. Najmilszą bogu modlitwą jest miłość. Kochaj, a wszystko ci odpuszczonem będzie.
 Zrwóciwszy się do tłumu, dodał:
 Odejdźcie do domów waszych. Nadchodzi noc, uśpi ona ciała wasze i przypnie skrzydła duszom waszym, które polecą do nieba i napiją się z czystego źródła miłości, bijącego z pod tronu boga.
 Głosy. Gdzie cię jutro, panie, szukać mamy?
 Arjos. Jeżeli nawet nie będę przy was, będę w was. Znajdzię mię każdy, który w zwiastowanie moje uwierzył.
 I oddalił się ogrodem, dotykającym krawędzi miasta, a za nim poszedł tylko Bion.



Widok 22.
 Naga w swych ogromnych ławicach jałowego piasku i jak rzadkiemi brodawkami pokryta kręgami żyznej ziemi i kępami drzew Protorya leżała oparta południowym bokiem o ściany wielkich gór. Góry te wyglądały z dala jak martwe ruiny zamczysk, w których mieszkali bogowie, zbliska jak stężałe wytryski ciepłego wnętrza ziemi, które potężna siła na wierzch wyparła. W środku owych skamieniałych fal, niby najsilniejszy ich wyrzut, stała najwyższa wyniosłość, niezdejmująca nigdy ze swej głowy i ramion długiej, białej osłony, którą niebo przed wiekami na nią zarzuciło. Kilka sąsiednich niższych szczytów śnieg osypał skąpiej, jak gdyby na nich usiadły łabędzie i wyskubane pióra rozproszyły około gniazd swoich. Śród tych skał zamieszkał pustelnik Aleb, niegdyś pan możny, który rozdawszy swe bogactwa, uciekł od ludzi, ażeby resztę życia spędzić w samotności, umartwianiu ciała i oczyszczaniu duszy. Ludzie jednak, którzy dla leczenia swych serc chorych potrzebowali nowej wiary i skutecznej pociechy, odnaleźli pustelnika i zaczęli do niego pielgrzymować. Świeżo obudzona ziemia śmiała się do pogodnego nieba, blaski słońca uganiały się po skałach za uciekającymi cieniami, a poranny wietrzyk zbierał śród krzewów niedopite przez trawy podczas uczty nocnej krople rosy, gdy Arjos i Bion stanęli przed grotą nad strumieniem, przed którą klęczał modlący się Aleb. Nieczesane proste włosy dosięgały mu bioder, a z wyjątkiem głowy i nagich rąk, tkwił w worku z jeżowych skórek, zszytych kolcami wewnątrz, z pod którego na bose stopy spływały strumienie krwi. Gdy ukończył modlitwę, powstał i rzekł:
 Aleb. Ty zapewne jesteś Arjos, którego imię po ustach ludzkich krąży. Czego chcesz ode mnie?
 Arjos. Przychodzę dowiedzieć się, czy twój bóg jest moim bogiem, a twoja nauka moją nauką.
 Aleb. Nie. Gdyby tak było, mięka szata nie pieściłaby twojego ciała, włosy nie układałyby się zwinięte około twej szyi, ręce nie jaśniałyby delikatną skórą. Podobno twój bóg nakazuje miłość, mój — pokutę.
 Arjos. Gdzie ci się objawił?
 Aleb. Co noc schodzi z niebios i staje na śnieżnym szczycie tej najwyższej góry, niepokalanej oblubienicy swojej. Na całej ziemi jest to jedyne miejsce godne stóp jego, bo nigdy nie dotknięte stopą ludzką.
 Arjos. Słyszysz jego głos?
 Aleb. Słyszę wyraźniej, niż twój. Powiada on: »Płonę w ciemności jako ogień, którego nikt nie zapalił i nikt nie zgasi. Iskry tego ognia spadły na ziemię jako dusze, które szatan uwięził w ciałach człowieczych, ażeby w nich się wytliły. Ale ja nie daruję znikomemu rodowi ludzkiemu tych cząstek istoty mojej, bo one są wiekuiste. Niechaj przeto każdy niszczy powłokę szatana i rozdmuchuje iskrę duszy swojej, ażeby spaliła ciało i wróciła do mnie.« Czynię według rozkazu pana.
 Arjos. Jestże to bóg, który nie posiada ani wszechwiedzy, ani wszechmocy; który niebacznie stworzył sobie wroga i pokonać go nie może?
 Aleb. Nie chce.
 Arjos. Dlaczego nie chce złamać siły, która opiera się jego woli?
 Aleb. Bo wie, że ona, poznawszy słabość swoją, ulegnie w końcu jego potędze.
 Arjos. Alebie, Alebie, zwiodły cię oczy i uszy twoje widokiem i głosem tego, co jest tylko bogiem snów. Ze stwórcą nie walczą dzieła jego, które on wywiódł z miłości swojej. Dusza ludzka jest duszą boską, a ciało ludzkie ciałem boskiem. Nie ma w przestrzeni ani jednej drobiny, któraby nie była objawieniem stworzyciela swego.
 Aleb. Czy już wszyscy uwierzyli nauce twojej, że przyszedłeś dla niej zyskać mnie, najnędznieszego z pokutników?
 Arjos. Przyszedłem do ciebie, boś duch czysty a obłąkany, bo pragnąć zbliżyć się do boga, oddalasz się od niego. Alebie, napełnij serce twoje miłością a usta słowami pociechy, zwołaj lud, który cię czci, i wraz z nim chodź ze mną zwiastować światu przyjście powszechnej miłości.
 Aleb. Nie kuś mnie.
 Arjos. Czyż cię nakłaniam do złego, mówiąc o bogu który wszystkich kocha i wszystkim przebacza?
 Aleb. Nie kuś mnie!
 Arjos. Czy nazwiesz ojcem tego, który skazał na męczarnie dzieci swoje?
 Aleb. Nie kuś mnie!
 Przestraszony działaniem tej mocy, która go coraz bardziej pociągała ku Arjosowi, rozdzielił swoje długie włosy w dwa pasma, skręcił je, zawiązał na gałęzi blizko stojącego drzewa i zgiąwszy nogi, zawisł na niej, modląc się:
 Pomóż mi boże zniszczyć grzeszne ciało, ażeby z niego co prędzej wyszła i wróciła do ciebie cierpiąca dusza moja. Zatruj mi zdrowie wszelką chorobą i wynagródź pokutę rychłą śmiercią. O nic innego nie błagam cię, panie.
 Zamilkł, przymknąwszy oczy, a trupia jego twarz zaledwie zdradzała życie. Arjos patrzył na niego przez chwilę z głębokim smutkiem, wreszcie zbliżył się szybko do drzewa i odłamał gałąź, która upadła na ziemię wraz z wisielcem.
 Kto ci pozwolił opóźnić czas wyzwolenia mej duszy?
 Arjos. Jeżeli sprzeciwiłem się woli boga twego, niech mnie zaraz ukarze. Wtedy uwierzę w niego.
 Aleb spojrzał w niebo, jak gdyby oczekiwał cudu zemsty.
 Nie ukarał — bo go niema. A mój bóg jest, bo pogodnem okiem słońca spogląda na nas z miłością. Alebie, uznaj się synem jego i chodź ze mną.
 Aleb. Boże mój, czy mnie opuściłeś, czy cię rzeczywiście nie ma?
 Arjos. Jeżeli gdziekolwiek dostrzeżesz ślady jego, porzucisz drogę moją. Teraz chodź ze mną.
 Aleb. Boże mój, wstrzymaj mnie.
 Arjos. Jakże ma wysłuchać prośby twojej, skoro nie istnieje?
 Aleb. Nie istnieje? I to jest prawdą? Z nieba nie odzywa się najcichszy szept, któryby temu przeczył? Straszne milczenie... Bądź przewodnikiem moim, Arjosie. Idę z tobą.
 Bion. Widzisz nad głową jego jasność?
 Aleb. Tak, widzę.
 Gdy odejść mieli, z wąwozów i ścieżyn górskich zaczęła zsypywać się do doliny gromada ludzi obdartych, wynędzniałych, poranionych, z rozpaczą lub obłędem w oczach, która otoczyła Aleba.
 Głosy. Nauczycielu ciał... zbawco dusz naszych... dokąd idziesz?
 Aleb. Za tym człowiekiem, który powiada, że znalazł prawdziwego boga i niesie światło jego przed nami.
 Obłąkany I. A do kogo teraz biedny Inek się przytuli? Znowu złapią, powrozami zwiążą i wrzucą do ciemnej piwnicy, ażeby zgnił. Gdyby tę piwnicę wyłożyli marmurem i napuścili w nią czystej wody, wymyłbym się z grzechów. Ale w błocie — brr! Od trzech tygodni moczę się w strumieniu górskim — i jeszcze nie jestem gotów wejść do nieba. Brudu już nie mam na sobie ani odrobiny, ale krosty zejść nie chcą. A krosty są to grzechy najgłówniejsze, bo tylko główkami wychodzą na ciało a mają korzenie w duszy. Zeskrobać ich nie można, bo odrosną — musi je woda wyssać. Mam nadzieję, że już za kilka dni będę zupełnie przezroczysty, jak ten strumień, w którym się kąpię. Wtedy bóg zrobi, co mu się podoba: albo mnie weźmie do siebie, albo zostawi na ziemi dla pokazania ludziom, jak przejrzyście należy oczyścić ciało, ażeby dusza mogła przez nie świat oglądać. Tylko że biednego Inka złapią, powrozami zwiążą i wrzucą do ciemnej piwnicy. Czy po mnie przyszliście?
 Arjos. Tak, bracie, bóg uznał cię już dość czystym.
 Obłąkany I. A pryszcze?
 Arjos położył rękę na głowę obłąkanego i rzekł:
 Arjos. Bóg ci je dał — bóg zdejmie. Chodź ze mną.
 Obłąkany I. Pójdę, boś dobry; nie pozwolisz, ażeby biednego Inka wrzucili do brudnej piwnicy.
 Obłąkany II. I mnie weźmiesz z sobą?
 Arjos. I tyś bratem moim.
 Obłąkany II. Rodzonym? Bóg ma kilka żon: mądrość, władzę i sprawiedliwość, a żadna go nie zdradza. Ja jestem jego synem ze sprawiedliwości, a ty? Nie zbadałeś jeszcze? Łatwo się dowiedzieć, bo żony boga są uczciwe i rzetelne. Nie tak, jak nasze. Słuchajcie, co mówi przeze mnie ojciec świata. Mężczyzn stwarza on w dzień, a kobiety w nocy; to też pierwsi są zwierzętami dziennemi, a drugie — nocnemi. Kobiecie na to tylko jest potrzebne słońce, ażeby mogła lepiej obejrzeć meżczyznę. Gdyby go nie było na ziemi, nie pojmowałyby nawet użyteczności swoich oczu, a gdyby go nie było między bogami w niebie, nie odmówiłaby ani jednej modlitwy. Najświętsze obrazki wiesza zawsze nad łóżkiem. Kocha dzieci o tyle, o ile one są żywemi wspomnieniami jej rozkoszy z ich ojcem. Dzieląc się z przyjaciółkami posiadanym kochankiem, odstępuje im chętnie jego głowę, zachowując sobie resztę. Pielęgnuje go troskliwie we wszystkich chorobach, z wyjątkiem paraliżu. Ma ona większą gębę, niż on uszy i dlatego zawsze więcej słów wyrzuci, niż on wysłuchać może. Woli słuchać zalotnych szeptów złoczyńcy, niż objawień proroka. Nosi długie włosy dlatego, ażeby ją za nie łatwo uchwycił mężczyzna, gdy ona udaje, że przed nim ucieka. W jej moralności większym zbrodniarzem jest zły fryzyer, niż gwałciciel. Dyabeł kupuje od mężczyzny duszę, od kobiety ciało, bo jej dusza z prawa mu się należy. To mi powiedział ojciec świata, gdy go błagałem, ażeby zagoił ranę, która mi serce zryła. Pójdę więc z wami, bracia, ale pod warunkiem, że cofniecie się z każdej drogi, na której widocznym będzie ślad stopy niewieściej.
 Przybyłą gromadę obleciał śmiech dziki. Niektórzy zaczęli przytem krzyczeć i pląsać.
 Bion. Zostaw ich tu, mistrzu.
 Arjos. Czyż nie są nieszczęśliwi?
 Bion. Ale obłąkani.
 Arjos. Tylko sam bóg odróżnić umie rozumy chore od zdrowych. Włóż w serce twoje, kochany Bionie, wszystkich ludzi, a jeżeli ich w niem nie zmieścisz, usuń najmędrszych. Omiń raczej świątynię, niż nędzarza.
 Aleb. Zaiste, mowa jego nie jest mową ludzką.
 I poszli wszyscy drogą, wiodącą ku równinie.



Widok 23.
 Blizko Tenery, stolicy Protoryi, przysiadły rozrzucone małe wyniosłości, jak gdyby odbite od stada gór wielkich, które zapadły dalej aż na krawędzi prowincyi. Jedno z tych wzgórz, chudą trawą porosłych, okryło się ogromnem mrowiskiem ludzkiem, oczekującem na Arjosa, którego przybycie wieść zapowiedziała. Znalazła się tu jego rzesza z Omala, ale powiększyło ją wiele nowych dopływów ludzkich, między którymi najszerszą rzekę tworzyli niewolnicy.
 Głosy. — Karawana, która przywiozła tkaniny jedwabne na wielbłądach, spotkała go w wiosce Silon o dzień drogi stąd, pośród tłumu ludzi, których nauczał.
 — Mówią, że z Omala przeleciał powietrzem do pustelnika Aleba.
 — Po co?
 — Może zbiera świętych.
 — Jeden z kupców karawany opowiada, że widział cud jego. Jakiś chory nędzarz, czując nadchodzącą śmierć i nie mając nikogo, ktoby go pogrzebał, sam wykopał sobie dołek na cmentarzu, legł w nim i zasypał się ziemią tak, że tylko głowę i ręce pozostawił odkryte. Arjos, dowiedziawszy się o tem, poszedł do niego, kazał mu wstać i pójść za sobą. Pomimo że człowiek ten już dogorywał, natychmiast wyskoczył z grobu i jest zdrów.
 — Słyszałem także, że umarłych wskrzesza.
 — Ach, czemu on żywych gnębicieli nie zabija! Co to będzie, co to będzie! Dziś znowu wielkorządca Protoryi przysłał rozkaz, ażeby wszyscy rozeszli się do domów, bo inaczej nas rozpędzi.
 — Kim? Wszystkie oddziały wojska wyruszyły na wojnę, podobno nawet niedaleko toczy się od wczoraj bitwa.
 — Co to za sznur ludzi tam się ciągnie?
 Jedni drugich zaczepiali tem pytaniem i wkrótce wszystkie spojrzenia pobiegły w kierunku szarej, podłużnej plamy, która wiła się po skrętach południowego gościńca. Nareszcie, ktoś dalej od innych sięgnąwszy wzrokiem, zawołał:
 — Arjos!
 Słowo to powtórzyły wszystkie usta, z których zerwał się tuman okrzyków. Słychać w nim było gwałtowne wybuchy płaczu i radości, a niektórzy z pielgrzymów, powaleni napadami chorób, tarzali się bezprzytomnie po ziemi. Orszak zbliżył się do góry: na czele jego postępował Arjos w towarzystwie Aleba i Biona, a za nimi kilkunastu ludzi dźwigało na dwojgu noszach nieruchomo leżące i nakryte ciała.
 Arjos. Niech będzie ukochany bóg miłości.
 Zdjęto z ramion i położono na ziemi nosze.
 Z trupów, zaścielających bojowisko, dusze uleciały do Eliona; my znaleźliśmy i zabrali dwa jeszcze żywe ciała dowódców, którzy najechawszy na siebie, przebili się wzajem włóczniami: jeden z nich walczył na czele oddziału wojska Protoryi, drugi przywodził koczownikom pustynnym. Może jest kto między wami, dla kogo oni są dobrem na ziemi?
 Odsłonięto rannych. Leżeli z przymkniętemi oczami w bladych twarzach. Przez półotwarte ich usta przesuwał się ciężki oddech cierpienia, a na obnażonych piersiach z pod liści, przylepionych do ran, wybiegły wokoło przyschłe strumienie krwi. Zstąpiła się koło nich masa ludzi, którzy zaczęli ich rozpoznawać.
 Głosy. On, on, straszny Beg, który zabrawszy raz stado naszych koni, przywiązał im do ogonów dwudziestu pasterzy.
 — Ile on porwał kobiet z pogranicznych wiosek!
 — A ile nabrał pieniędzy od tych, którzy się okupywali przeciw jego napadom!
 — Orio! Spotkaliśmy go pod Omalem, gdy jechał z oddziałem na wojnę.
 Jak klin rozłupujący pień, przecisnął się przez zwarte koło widzów stary niewolnik i stanął przy noszach.
 — Tak, to Orio, mój pan poczciwy. Przez lat pięćdziesiąt karmił mnie resztkami jadła swoich ulubionych psów, okrył mi ciało, jak słodki melon, siatką blizn, kłuł mnie ostrogami, jak ukochanego konia, wybrał moją kobietę do namaszczania go olejkami, zamknął moje dziecko w żelaznym pancerzu, ażeby skarlało. Chciał bogu dorównać i tyle uczynić zła, ile on stworzył dobra. Nie zdążył, choć się spieszył.
 Podczas mowy niewolnika Orio otworzył oczy i wyszeptał:
 Orio. Przebacz mi... jesteś pomszczony... ty żyjesz, a ja... umieram.
 I skonał. Beg, jak gdyby otrzeźwiony podmuchem śmierci, która obok niego zgasiła życie, odemknął również oczy.
 Beg. Gdzie ten dobry człowiek, który mi włócznię wyjął i ranę opatrzył?
 Arjos. Czego chcesz?
 Beg. Połóż mi rękę na ustach.
 Arjos dotknął ust jego ręką, którą on ucałował.
 Żyć będę...
 Arjos. Skoro tamtemu bóg wziął duszę, oddajmy ciało ziemi, a skoro temu ją pozostawia, zastąpmy mu boga.
 W dolinie, która obiegała wokoło górę, wykopano grób i złożono w nim zwłoki Oria. W poblizkiej zaś kępie krzaków urządzono z płaszczów namiot, w którym spoczął Beg. Podczas tych robót Arjos chodził śród rzeszy, słuchał jej próśb i skarg, jednych pocieszał, drugich uzdrawiał, a wszystkim miłość zalecał. Stanąwszy na wierzchu wyniosłości, patrzył długo w słońce, które spieszyło ku zachodowi, jak gdyby mu chciał powierzyć widziane i słyszane tego dnia smutki dla odniesienia ich bogu. Gdy wreszcie zsunął oczy z nieba na ziemię, dostrzegł maleńką karawanę, która podążała drogą od miasta. Przodem na ośle jechała biało odziana kobieta, przy której postępował niewolnik; za nimi szła para ludzi. Arjos nie zdejmował wzroku z tej gromadki. Nagle śród jednej grupy tłumu, złożonej z niewolników i trzymającej się łącznie, zakipiała żywa rozmowa. Kilku z nich wbiegło na pagórek, rzuciło innym krzyk i wszyscy, jak kłąb kurzu poderwany wiatrem, popędzili ku przybywającym. Wkrótce opadli oni tę kobietę, która zsiadła z osła i legli jej u stóp. Powstawszy, otoczyli ją półkolem i ruszyli, śmiejąc się, płacząc, padając co chwila na kolana lub wznosząc ręce do nieba. Arjos zstąpił ku nim z góry.
 Głosy. — Orla, pani nasza, dobra pani nasza!
 — Święta orędowniczka!
 — Ona nas wysłała!
 — I sama przyjeżdża!
 — Poczciwy Sternik, Tarlon, Ega strzegli jej!
 — Bóg zmiłował się nad nami.
 Arjos, któremu łzy w oczach migotały dziwnym blaskiem, spoglądał niby dwiema gwiazdkami na to rzewne powitanie i stojącą przed nim we wzruszeniu Orlę.
 Arjos. Oto jest miłość, która się bogu podoba! Bądź za nią błogosławiona, dzieweczko.
 Orla. Nie poślubiłam dotąd serca mojego nikomu, ale dzieweczką nie jestem. Opuściłam męża i wraz z nieszczęśliwymi jego sługami przychodzę do ciebie nauczyć się nowego życia, którego nie znam, a którego pragnę.
 Arjos. Uczyniłaś według woli boga. Nie masz męża, jeżeli nie masz kochanka. Wierzcie mi, małżeństwem jest tylko miłość mężczyzny i kobiety. Ona jedna ich tylko łączy węzłem, którego nie zdołają rozerwać najpotężniejsze siły. Gdzie jej niema, tam najuroczystsze przysięgi są siątką[4] wątłej pajęczyny. A gdyby kto z was przez całą wieczność powtarzał: muszę kochać, nie zdobędzie się na taką miłość, jaką uczuje ten, kto raz powie: kocham!
 Tarlon zdjął z osła worek i wysypał zeń u stóp Arjosa kupkę złota i klejnotów.
 Orla. Przyjm panie tę ofiarę, która wysiąkła z pracy niewolników naszych. Nie jest ona ani moją, ani rodziców moich, którzy mi ją w posagu dali, lecz należy do tych, którzy ją trudem rąk własnych wydobyli. Rozdaj to złoto i klejnoty na chleb ubogim, na odzież nagim, na wykup pozostającym w niewoli, a mnie naucz tak żyć, ażebym nie była ich krzywdzicielką i dłużniczką, ażeby moja szata, mój chleb i moja swoboda nie była dawaną mi przez nich jałmużną.
 Arjos. Słuchajcie, bóg w nią wszedł i kładzie na jej wargi słowa swoje. To jego czysty, prawdziwy głos, którym mówił do mnie na wyspie milczenia. Ci, co uklękli przed nią, rozpoznawali go w niej. Cała natura jest uzmysłowionym duchem jego, ale jak w języku ludzkim są wyrazy wymowniejsze od innych, tak między dziełami boga są twory, z których on objawia się zrozumialej. Tę kobietę uczynił on ciałem natchnień swoich. Bądź pozdrowiona między nami, oblubienico boga naszego.
 Niewolnicy Orli ścisnęli się koło niej pierścieniem i z uśmiechniętym płaczem całowali jej szaty.
 Miłość im dawała, miłość od nich odbiera. W tej garści złota, wytopionego z ich rąk, przyniosła nam wielkie przykazanie: będziesz spożywał tylko owoce pracy swojej. Wierzcie mi, tego bóg żąda i to robi. Bo czy go kto karmi i odziewa? Czy on żyje z cudzej łaski i mozołu? Bądźcie jako ojciec wasz, który istnieje przez siebie i nie wyzyskuje dzieci swoich. Dotąd był jedynym duchem w przestrzeni światów, który nikogo nie uczynił swym niewolnikiem i niczego sobie nie przywłaszczył. Czyż ma pozostać jedynym na wieki? Całe stworzenie upomina was: ani wół nie pracuje dla konia, ani kot dla lwa, ani gwiazdy nie wyrabiają światła dla słońca. Te drzewa i kłosy zbóż nie byłyby tak bujne i świeże, gdyby same nie dobywały soków z ziemi. Bóg dał słowikowi piękny głos a kolibrowi piękne pióra, ale ich nie uczynił panami wróbla i dzierlatki. Gdy spoglądacie z wyżyn, które są zaledwie zmarszczkami ziemi, nikną dla waszych oczu różnice między chłopięciem a mężem, między dziewczynką a niewiastą; czy może tę różnicę dostrzegać bóg, który patrzy z nieba? On też nie widzi wielkich i małych ludzi, jak szczyt góry nie widzi wielkich i małych traw. Bóg stworzył wszystko i nie zna pychy; czyż może mieć do niej prawo człowiek, który nie stworzył niczego?
 Przerwał. Wzrok jego unieruchomił się na jakimś punkcie w dali, podczas gdy twarz nagle zesmutniała. Drogą ku Tenerze przysuwała się wolno owinięta obłokiem kurzu gromada ludzi i zwierząt. Wkrótce można było rozpoznać ją dokładnie. Między bydłem, końmi i owcami szli związani w pary niewolnicy — mężczyźni, kobiety i dzieci — pędzeni przez kilku dozorców, którzy ciągle potrzaskiwali rzemiennymi batami. Na wozie, płócienną budą krytym, jechał leżąc opasły handlarz ze złotemi obrączkami w uszach i na palcach.
 Głosy. — Prowadzą naszych na targ do Tenery.
 — Dzieci już ustały.
 — Och, jak je ćwiczą!
 Tłum zalał drogę.
 Handlarz. Co to za trzoda? Na bok, hołota!
 Głosy. Odbijmy braci! Teraz wszyscy wolni!
 Arjos. Nie czyńcie gwałtu! Czyżby bóg nie uzbroił rąk waszych, gdyby je stworzył do walki?
 Kobiety. Pić, pić!
 Dzieci. Chleba, kawałeczek chleba!
 Arjos. Dokąd wiedziecie tych ludzi?
 Handlarz. Jakich ludzi? Pędzę niewolników na jutrzejszy jarmark do Tenery. Ale możesz ich dziś kupić, jeżeli masz za co.
 Mężczyźni. Kup nas, panie, bo poczciwie na nas patrzysz. Będziemy ci wierni, pracowici. Jemy cokolwiek, znosimy wszystko.
 — Kup mnie, panie, jestem jak wół zdrów i mocny a nie wybredny.
 — Kup mnie, panie, będę strzegł dobra twojego czujniej, niż pies. Dotąd było mi bogiem wszystko, co pańskie. Modliłem się do konia, osła, gęsi, kury, wozu, sochy, wideł, ażeby nie zdechły i nie zepsuły się. Bogami będą mi również rzeczy twoje, panie.
 Kobiety. — Kup mnie, przędę cienko, jak liszka.
 — Kup mnie, umiem tuczyć jagnięta.
 — Kup mnie, mam ciało zdrowe i młode.
 Dzieci. I nas weź, dobry panie, wyłuskamy ci starannie bób.
 Jeden z niewolników. Po co skomleć! Ten czy inny — wszystko jedno. Zawsze kij będzie waszym panem.
 Arjos stał niemy w dreszczach boleści.
 Handlarz. Kupujesz ich, obywatelu, czy nie?
 Arjos. O, czemuż ich dobrowolnie oswobodzić nie chcesz!
 Handlarz. Ha, ha, ha!
 Arjos. Oblicz złoto, które w nich masz.
 Handlarz. Pięć... dwadzieścia... sto... dwieście złotników za wszystkich.
 Arjos. Tam na piasku leży kupka złota, które święta dusza złożyła w ofierze niedoli. Idź i odlicz sobie zapłatę.
 Handlarz wysiadł z wozu, ukląkł przy pieniądzach, które Orla przyniosła i wziął zeń sztuk dziesięć.
 Handlarz. Nie widziałem jeszcze złota w takiej poniewierce. Zapewne posiadasz go bardzo wiele. A bydła nie kupisz?... Mam także śliczne rubiny... Nie chcesz niczego więcej?
 'Arjos milczał — handlarz wsiadł na brykę.
 Życzę ci, ażeby nie pozdychali.
 Odjechał.
 Arjos. Ziemio, wydobądź wszystko swoje złoto i wykup niem nędzę ludzką!
 Niewolnik. Do czego mnie, panie, przeznaczasz?
 Arjos. Jesteście wyzwoleńcami tej niewiasty, która was ukochała.
 Niewolnik. Za co?
 Orla. Bo wy bracia i siostry moje. Bóg to uznał i Arjos zwiastował.
 Niewolnik. Któryż z bogów jest tak dobry?
 Arjos. Jeden, który jest.



Widok 24.
 Dziesięć dni i nocy Arjos przebył już na tem wzgórzu, wokoło którego zatoczyło się olbrzymie zbiorowisko ludzkie, rozłożone częścią w namiotach, częścią na otwartem powietrzu. Zajrzał on we wszystkie dusze, uleczył wszystkie cierpienia, ukoił wszystkie rozpacze, rozdzielając zarówno chleb, jak pociechę. I dzień dzisiejszy, jak każdy, rzesza rozpoczęła głośną modlitwą poranną:
 Stwórco świata, boże miłości, daj nam dzieciom twoim rozum jasny i serce czułe dla ukochania wszędzie i zawsze świętej woli ojca naszego. Błądzących skieruj ku prawdzie swą mocą, grzeszącym przebacz winy dobrocią i spraw, ażebyśmy wszyscy byli niezmiennie tobie wdzięczni a siebie miłujący.
 Podczas tej modlitwy przybiegł od stolicy Tarlon, który zwrócił się do Orli.
 Tarlon. Nieszczęście do nas idzie.
 Orla. Jakie?
 Tarlon. Przyjechali do Protoryi mąż i brat pani.
 Orla. To jeszcze, mój przyjacielu, nie nieszczęście.
 Tarlon. Oskarżyli Arjosa o to, że wzburzył niewolników, że uprowadził panią... Przybyli również inni obywatele i domagają się, ażeby go uwięziono. W mieście ruch nadzwyczajny, zwołują wojsko... Już nie kupowałem owoców, tylko pospieszyłem do pani co prędzej.
 Orla. Usuniemy się z oczu złym ludziom.
 Tarlon. Pani najdroższa, usuńmy się co prędzej.
 Orla zbliżyła się do Arjosa, który klęcząc trzymał na rękach drgającą w konwulsyach kobietę.
 Orla. Arjosie, tu ma wkrótce przyjść wojsko...
 Arjos. Bóg uraduje się, gdy zobaczy rzeszę większą.
 Orla. Ale ono ma nas rozpędzić...
 Arjos. Więc rozproszy was na wsze strony, jako wiatr garść nasienia, które w różnych miejscach wzejdzie, dojrzeje, zapleni ziemię całą i odda ją Elionowi.
 Orla. Ludzie nienawistni ci wnieśli skargę do władz, że buntujesz niewolników.
 Arjos. Nie wnieśli jej jednak do boga. Tego tylko strzedz się należy.
 Orla. Czyż mało jeszcze niebezpieczeństwa, że możesz być uwięzionym?
 Arjos. Orlo, Orlo, alboż istnieje jakiekolwiek niebezpieczeństwo wobec wszechmocy boga, któremu żadna siła nie odbierze i nie zniszczy nawet jednej drobiny jego stworzenia? Człowiek w największej swej potędze zdoła zaledwie zabić prędzej to, co samo umrze później, a bóg w rachunku swoim odnajdzie zawsze wszystko, co miał i nic mu nie zbraknie.
 Orla. Ciebie, Arjosie, mieliby zabić? O niech raczej zarzucą kir na słońce, żeby nie przyświecało ziemi.
 Arjos. Stanie się, co ustanowiono w przedwiecznej prawidłowości nieba
 Orla. Nie mów tak, mistrzu kochany, nie oczekuj spokojnie złego, ujdź stąd z nami daleko, aż tam, gdzie ono nas nie dojrzy, nie spotka, nie zgnębi.
 Arjos. Mamyż być lękliwsi od brzegów, które nie cofają się i wytrzymują napór fal morza? W duszach naszych nie ukryliśmy prawd kradzionych i nie potrzebujemy chronić się, ażeby ich kto nie odnalazł? Rozdzielimy ten dar boży między wszystkich, którzy do nas przyjdą. A jeżeli nadleci ślepa i dzika burza, to uciekając przed nią, cóż zyskamy, gdy nas doścignie o kilka kroków dalej? Wilk ginie w obronie swych szczeniąt, czyż nasza miłość jest mniejsza, niż wilka, a to, co ukochaliśmy, gorsze od szczeniąt? Nie, Orlo, siostrami miłości są wiara, nadzieja i stałość, ale nie trwoga.
 Orla. O, boże, zachowaj go dla chwały swojej i dla dobra naszego! Jeżeli rzuciłeś na ziemię ten swój odblask, niech on jej świeci jak najdłużej. Arjosie, będziemy ci zawsze posłuszni, ale ty pamiętaj, ażebyś nam nie ubył.
 Arjos. Nie wybierałem czasu swego przyjścia, nie wybiorę również czasu odejścia. Bóg sam to oznaczy.
 Orla. On przecie nas nie skrzywdzi, on cię prędko nie odwoła — prawda?
 Arjos. Cokolwiek uczyni, uczyni z miłości.
 Orla. I ja także, Arjosie.
 Niepewnym jeszcze krokiem, blady, z owiązaną ręką zbliżył się Beg.
 Beg. Jestem twoim niewolnikiem i pozwolę protoryjczykom wbić się na pal, jeżeli każesz, ale wysłuchaj mnie.
 Arjos. Nie mam niewolników, mam tylko braci — mów.
 Beg. Przyjdzie wojsko, które ten tłum rozgoni, ciebie uwięzi, a mnie na dzidach zaniesie do stolicy.
 Arjos. Wolę boga poznamy, gdy ona się spełni.
 Beg. Nie spełni się boska, ale ludzka, której uniknąć można i trzeba. Cała ta rzesza nie posiada innej broni, prócz kijów, którymi podpierają się kulawi. Czemże walczyć będzie? Uprowadź ją do mojego kraju, tam ją uzbroję przeciw napaści, tam znajdziesz gościnę, tam będziesz mógł bezpiecznie wykładać naukę twoją.
 Arjos. Ktokolwiek weźmie do rąk oręż przeciw bliźniemu, nie jest ani uczniem moim, ani wyznawcą boga mojego.
 Beg. Więc zostanę z tobą. Winienem ci życie, oddam je wrogom, kiedy tego żądasz.
 Arjos. Nie, Begu, wróć do swojej ziemi i bądź w niej apostołem miłości, a mnie daj tylko przysięgę, że nigdy krwi ludzkiej nie przelejesz.
 Beg spojrzał w łagodne oblicze Arjosa i uczuł w sobie jakiś dreszcz przemienienia.
 Beg. Przysięgam, a jeżeli nie wytrwam, przyjdę do ciebie, ażebyś ten ślub zdjął ze mnie.
 Arjos. Nie zdejmę z ciebie błogosławieństwa mojego.
 Beg. Połóż mi na ustach rękę, jak w dniu, w którym mnie tu przyniosłeś.
 Ucałował dłoń Arjosa i odszedł. Ale przystanął, obejrzał się i rzekł:
 Beg. Orlo, ty go nie opuścisz?
 Orla. Nie, Begu.



Widok 25.
 Przestraszeni złą wieścią niewolnicy oczekiwali groźnej chmury i piorunu. Jakoż Tarlon, stojący ciągle na czatach, dostrzegł długą kolumnę jeźdźców, która kłusem wysunęła się z miasta. Za nią podążał wóz, zaprzężony w ścigłe rumaki, a na końcu sunął się ogon ciekawego tłumu.
 Tarlon. Koniec marzenia! Jadą po nas!
 Ozwał się długi jęk. Orla przypadła do Arjosa, który tak spokojnie patrzył na cwałującą kolumnę, jak gdyby miał w niej powitać przyjaciół.
 Orla. Arjosie, drogi Arjosie, oni nam ciebie nie wydrą!
 Arjos. Miłości nikt ci nie odbierze.
 Wojsko zatrzymało się, a opodal stanął wytworny wóz, w którym siedział Astjos i Heron.
 Dowódca. Gdzie jest herszt tej bandy — Arjos?
 Arjos. Oto jestem.
 Zołnierze pochwycili go między siebie.
 Dowódca. Przebywa tu rabuś Beg, z plemienia Ibów, który został ranny w bitwie?
 Arjos. Odesłałem go do ojczyzny, żeby w niej miłość rozmnożył.
 Dowódca. Będziesz za niego wisiał. Niewolnicy niech się oddzielą na lewo!
 Rzesza pozostała nieruchomą.
 Słyszeliście? Niewolnicy na lewo!
 Nikt nie drgnął, a wzgórze i doliny wyglądały jak cmentarz, na którym stały wykute z kamienia postacie nagrobków. Dowódca zwrócił się do żołnierzy:
 Wybierzcie niewolników i spędźcie na drogę.
 Żołnierze wjechali w środek rzeszy i rozpoznając niewolników bądź po odzieży, bądź po piętnach i zgarniając w gromady, wyparli ich końmi na gościniec bez żadnego oporu. Dowódca przemówił:
 Wolni obywatele mają się rozejść do domów swoich przed północą; w przeciwnym razie będą jutro siłą rozpędzeni.
 To rzekłszy, wydał komendę pochodu. Jeńców zamknęło wojsko czworobokiem i ruszyło z nimi ku stolicy. Przed niewolnikami pod osobnym konwojem szedł Arjos blady, ale spokojny, z głową w jasności, z oczami w niebie.
 Orla spoglądała na ten pogrom niema, stężała w boleści i zdumieniu, nie zrobiwszy ani jednego ruchu. Pod jej rzęsami błyszczały dwie wielkie, nabrzmiałe łzy, jak gdyby w nich stopiły się i skrzepły kryształem jej oczy. Gdy wojsko odeszło, wyskoczyli z wozu i przybiegli do niej Heroni Astjos.
 Heron. Chyba już dosyć masz tej szalonej wycieczki.
 Astjos. Orlo, nie narażaj się. To gorszące.
 Nic nie odrzekła, nawet na nich nie spojrzała. Oni ją wzięli na ręce, zanieśli do wozu i odjechali. Pozostała rzesza przez chwilę stała w osłupieniu, nareszcie buchnęła głośnym, serdecznym płaczem. Gdy słońce spadło pod widnokrąg, słychać było długie szlochanie sierot na łonie nocy, która ich przytuliła.



Widok 26.
 Obszerny plac przed gmachem trybunału w Tenerze był po brzegi zalany tłumem ludzi, oczekujących sądu nad uwięzionym Arjosem. Masa ta składała się przeważnie z ciekawych widowiska i z obywateli, żądających surowego ukarania przestępcy dla postrachu na niewolników, których zbuntował w kilku dzielnicach państwa. Kogo nie ściągnął ani rozgłos sprawy, ani interes, tego znęciła nadzieja rozrywki.

W pierwszej grupie.
 — Niewolnik Ozeb, wynajęty do szpiegowania, przebywał ciągle w rzeszy Arjosa i dostarczył dowodów.
 — Jeżeli nie nakłamał, to się zbyt nie spracował, bo podobno Arjos przed nikim się nie krył.
 — Tak, ale jego wyznawcy nie chcieliby świadczyć przeciw niemu.
 — Licho wie, co to za człowiek! Jedni widzą w nim boga, inni kuglarza, a inni twierdzą, że podburzywszy niewolników, miał zamiar przy ich pomocy opanować Protoryę.

W drugiej grupie.
 — Co to za niewolnicy?
 — Wir-Wir ich przysłał, ażeby oświadczyli przed sądem, że Arjos namawiał ich do wymordowania wszystkich panów.
 — Rzeczywiście?
 — Tak im zeznawać kazał pod groźbą śmierci.
 — Jest to obywatel poważny, czcigodny, ale trochę za okrutny.
 — Czasem nie można inaczej rany uleczyć, tylko trzeba ją wypalić. A do czego by nas doprowadziło dłuższe grasowanie Arjosa? Ja sam złożyłem trybunałowi rachunek, że przez ucieczkę trzydziestu niewolników musiałem zamknąć kopalnię.
 — Ale teraz wrócili?
 — Nie wszyscy: pięciu uciekło z pod straży, a sześciu się zagłodziło.
 — To duża strata.

∗             ∗
∗
 Safar. Przepiękną ma głowę. Co za sklepienie czoła, jakie głębokie i czyste oczy, jaki dobry wyraz ust! Wniosłem prośbę, ażeby mi pozwolili wymodelować go w więzieniu.
 Anor. On byłby nawet wyborną postacią do komedyi.
 Satar. Do komedyi? Oszalałeś?
 Anor. Mój drogi, bogowie są poważniejsi od niego, a można nimi ludzi ubawić.
 Satar. Spróbuj. Czy prawda, że Orla zakochała się w nim i tu bawi?
 Anor. Tak, ale wyobraź sobie, że ten rogacz Heron sprowadził ją po paromiesięcznej bytności u kochanka i chce żyć z nią dalej.
 Satar. Jesteś barbarzyńcą. Dla samego jej nosa żyłbym z nią przez wieczność. Czy też ja go kiedy odtworzę? {***2}}  Tarlon. Usuńmy się stąd, poznają nas.
 Ega. Z naszych stron nikogo tu niema.
 Tarlon. Co ty mówisz!
 Ega. Jednak trzeba dziś koniecznie odnaleźć panią i uwiadomić, że tu jesteśmy. Chociażbym zginąć miała, zobaczę się z nią.
 Tarlon. Dziś odszukam jej mieszkanie. Widzisz? Astjos.

∗             ∗
∗
 Jala. Siostra twoja umie kochać! Nie zważała na męża, na ludzi i uciekła do prostego pastucha.
 Astjos. Ach, gdybyś zamiast niej ty uciekła!
 Jala. Czy wiesz, że bardzo tego żałuję?
 Astjos. Ja jeszcze bardziej.
 Jala. Na co ty się skarżyć możesz? Że od czasu do czasu przepędzę z tobą kilka dni, kiedy tobie wystarczyłby tylko jeden? Mały kłopot albo żaden. W mizerny sposób drożysz się z sobą i udajesz przesyconego mną, a w rzeczywistości rad jesteś z posiadania ładnej kobiety, którą traktujesz jak niewolnicę. Mnie gorzej: ja gardzę sobą, gardzę moją namiętnością, która mnie upodliła, gardzę nawet tobą, gdy pomyślę, żeś mnie tylko znieprawił. Inny mężczyzna możeby lepiej zużytkował war krwi mojej.
 Astjos. Ręczę ci, że znam najlepsze metody gaszenia tych warów.
 Jala. Jesteś zawsze zuchwałym samcem, a ja wierzę, że są szlachetne uczucia, które nigdy nie dotknęły serca mojego, a które w niem by się rozgrzały. Ten Arjos...
 Astjos. Może go wypuszczą, niech cię kształci.
 Jala. Astjosie, wyświadcz mi łaskę.
 Astjos. Jaką?
 Jala. Cofnij swoje oskarżenie przeciw niemu.
 Astjos. Ha, ha, ha, widzę, że istotnie chcesz go zrobić moim następcą! Nie mogę, droga Jalo, bo przyrzekłem sąsiadom, że będę w tej sprawie działał z nimi zgodnie. Czy dziś się zobaczymy?
 Jala. Nie.
 Astjos. Więc liczę na to. Pamiętaj, żebyś mi nie przeszkadzała, gdy będę się bawił bez ciebie.

∗             ∗
∗
 Kobus. Pomimo wszystkich waszych oskarżeń, założyłbym głowę, że go obronię.
 Heron. Przeceniasz swoje siły. Nie dowiódłbyś, że on nie obalał wszystkich religij w państwie, że nie buntował wszystkich niewolników, że nie przechowywał u siebie rozbójnika — bo na to są wiarogodne i niewzruszone świadectwa.
 Kobus. Szanowny obywatelu, są prawdy starsze i bardziej stwierdzone, niż paplanina głupich bab i kłamstwa opłaconych szpiegów, a jednak rozumny filozof nie uznaje ich za wiarogodne i niewzruszone. Nawet punkt matematyczny można przewrócić na drugą stronę, jeżeli kto umie wziąć się do tego. A cóż dopiero jakieś tam świadectwa.
 Heron. Więc według ciebie Arjos nie popełnił tego, za co go uwięziono?
 Kobus. Nie przeczę. On mógł połykać góry, ale to nie przeszkadza udowodnieniu, że przez jego gardło przeciskają się zaledwie listki szczawiu. On mógł kraść i mordować, ale to również nie przeszkadza udowodnieniu, że jedynie rozdawał jałmużny i opatrywał rany. Od tego właśnie są zręczni obrońcy.
 Heron. Czemuż nie podjąłeś się uniewinnienia go przed sądem?
 Kobus. Bo nie chciał, bo głupi, bo zdaje mu się, że gdy tylko usta otworzy, las stanie się łanem wrzosu, a wilczyca matką jagniąt. Umyślnie tu przyjechałem, ażeby tego gołębia uwolnić z pod noża, nie tyle przez sympatyę dla niego, bo nie lubię naiwnych ptaków, ale pociągnęła mnie trudność zadania. Odwiedziłem go w więzieniu i zaofiarowałem mu bezinteresownie moją pomoc. Przyjął mnie jak dobry bóg grzesznika. Dogadać się z nim nie mogłem. Ja mu przedstawiam niebezpieczeństwo i potrzebę ratowania się, a on mi ciągle powtarza jedno, jak kukułka: kochaj, kochaj. Kogo, za co, po co — nie tłomaczy. To jest bzik!
 Heron. Przebiegły filut, który bzikiem się przykrył.
 Kobus. Więcej ma przebiegłości niemowlę. Uroił sobie, że ludzi zbawi miłością i wtyka ją każdemu, jak słodki migdał. Gdyby świat rzeczywiście leżał na dnie morza, a ktoś mu się przyglądał z powierzchni przez całą głębię wody, widziałby go wyraźniej, niż on. Próbowałem mu przetrzeć zaspane oczy. Daremnie. W końcu żal mi się marzyciela zrobiło, więc zacząłem go przekonywać, że osią życia nie jest żadna miłość, ale samolubstwo. Człowiek powieszony za dwie nogi — mówię mu — ma więcej przyjaciół, niż powieszony za jednę. Szczęśliwy bywa lubiany tylko wtedy, kiedy jego szczęście jest zajazdem, w którym każdy może mieszkać i używać bezpłatnie. Najgorętszy przyjaciel woli leczyć twe rany, niż patrzeć na twe blizny, Pozwalamy innym ludziom żyć dla tego, że nie możemy zająć całej ziemi i zjeść wszystkich jej pokarmów; okazujemy szczególny szacunek starcom dlatego, że oni już niedługo przeszkadzać będą żyjącym. Życie jest cierpieniem i wstrętem, to też pierwszym głosem człowieka nowonarodzonego nie jest śmiech, ale płacz. Wysłuchał tych moich wywodów, wreszcie rzekł: »Ukochaj wszystkich ludzi, a uschnie ci ten język i wyrośnie inny.« »Wszystkich ludzi — odparłem — pomieścić można tylko w mądrości, w miłości zaledwie jednego.« »O Kobusie, Kobusie — zawołał z politowaniem — gdyby blacharz uznał niebo za dziurawy dach ziemi, przez który woda deszczowa przecieka, czyżby go bóg wezwał do naprawy swego siedliska?« Jaki to miało związek z moją uwagą — nie rozumiem.
 Heron. Może on i waryat, ale szkodliwy.
 Kobus. Cóż obecnie mówi twoja żona?
 Heron. To, co tylko mnie obchodzić powinno.
 Kobus. Podziękuj bogom, że ja nie bronię Arjosa, bo wezwałbym ją przed sąd, ażeby opowiedziała i to, co mnie byłoby potrzebnem.
 Heron. Poszukaj sobie innej krętej sprawy, a tej daj pokój.
 Kobus. Już znalazłem: przedstawię sądowi w imieniu Skita pewien kwit pożyczkowy z podpisem twego teścia, który podobno o tym swoim długu nic nie wie.
 Heron drgnął jak ukąszony i chciał przemówić do Kobusa, ale ten szybko odszedł. W tej chwili odezwały się wołania:
 Głosy. — Już idą.
 — Sami kapłani.
 — Czy tylko oni sądzić go będą?
 — Chyba nie.
 — Ale jakże oni się pogodzą, kiedy każdy wyznaje inną wiarę?
 — Bardzo łatwo, bo Arjos nie wyznawał żadnej.
 — Teraz idą urzędnicy.
 — I wojskowi.
 — O, wielkorządca Protoryi.
 — Spieszmy, żeby dostać miejsce.



Widok 27.
 Otwarto podwoje trybunału, przez które tłum wepchnął się gwałtownie do sali aż po marmurową przegrodę, oddzielającą miejsca dla sądzących i sądzonych. W trójboczu krzeseł z wysokiemi oparciami, ustawionych na podwyższeniu, zaczęli siadać członkowie sądu, duchowni, świeccy i wojskowi. Środkowe zajął przewodniczący im wielkorządca Protoryi. Na prawym końcu tego złamanego prostokątnie szeregu stała ławka dla obrońcy, pusta.
 Wielkorządca. W imieniu władzy zjednoczonych ziem i ludów i z rozkazu króla zjednoczonych dzielnic Godonii, nadzwyczajny sąd ma rozpoznać winy niejakiego Arjosa, pasterza mianującego się posłannikiem boga i wodzem zbuntowanych niewolników. Wprowadzić oskarżonego.
 Śród dwu żołnierzy wszedł Arjos. Powiódł wokoło wzrokiem tak bosko czystym i spokojnym, jak gdyby w oczach jego tkwiły nie zwierciadła ziemi, ale światła nieba.
 Jak się nazywasz i kim jesteś?
 Arjos. Jeśli o tem nie wiecie, dlaczego mnie tu sprowadziliście?
 Wielkorządca. Chodzi tylko o formalne stwierdzenie twej osoby. Na podstawie skarg, doniesień i zeznań świadków, oskarżony jesteś o następujące zbrodnie przeciwko religii, moralności, bezpieczeństwu państwa i porządkowi społecznemu. Zebrawszy liczną rzeszę, uczyłeś, że jest jeden tylko bóg Elion, że on ludzi uczynił równymi i wszystkich jednako kocha, a nikogo nie karze, że niewolnicy powinni opuścić swych panów, że należy spożywać tylko owoce pracy własnej, że wrogowie są naszymi braćmi, że kto z nimi walczy, obraża boga i tak dalej. Uwolniłeś od odpowiedzialności kobietę, która chciała utopić własne dziecko, przechowywałeś i puściłeś herszta rozbójniczej bandy, która napada nasze granice, odmawiałeś żołnierzy idących na wojnę — słowem, nakłaniałeś wszystkich twoich wyznawców do niewiary i nieposłuszeństwa zarówno prawom boskim, jak ludzkim.
 Arjos. Za którymże bogiem orędujesz? Bo przecie ich więcej macie, niż was mnie tu sądzi. Każdy z siedzących między wami kapłanów strzeże innej wiary. Jeden widzi w niebie Jama, drugi Soba, trzeci Topana, czwarty całą gromadę stwórców i władców świata. Któregoż więc z tych bogów uznawać trzeba i obrażać nie wolno?
 Wielkorządca. Wszystkich, którzy mają prawo do czci w państwie naszem.
 Arjos. Wszyscy są prawdziwi, choć się wzajem zaprzeczają, wszyscy stworzyli świat, choć sobie wzajem tej zasługi odmawiają, wszyscy są wszechmocni, choć żaden innymi zawładnąć nie może! O, biedne z was dzieci Eliona, żyjące w gęstej chmurze, która nie pozwala przebić się do zmysłów waszych promieniom jego światła.
 Oburzenie zatrzęsło kapłanami.
 Wielkorządca. Więc trwasz w swojem bluźnierczem zaślepieniu? Czemuż milczysz? Odpowiedz.
 Arjos. Czy tak lękacie się własnego na mnie wyroku, że chcecie, ażebym go opóźnił daremnem usprawiedliwianiem się? Gdybym wiedział, że was od niego odwiodę, mówiłbym, bo was kocham. Ale słowa moje padałyby na dusze wasze, jak krople rosy na granit, w który wsiąknąć nie mogą. Jeżeli Elion całą widocznością swej wszechobecności i całą potęgą swej władzy nie przekonał was, że istnieje i rządzi światem, czyż zdołam to uczynić ja, jego syn w postaci człowieczej?
 Wielkorządca. Mianujesz się tedy synem boga?
 Arjos. Wszyscy ludzie są jego dziećmi.
 Wielkorządca. A czemże ty się różnisz od innych?
 Arjos. Jestem zesłanym przez niego zwiastunem miłości, która stanowi jego istotę, pierwszą przyczynę powstania świata i najwyższe prawo moralne rodzaju ludzkiego. Jestem jego językiem, jego okiem, jego myślą i wolą, tylko nie jego władzą.
 Głosy śród sędziów. — Słyszeliście?
 — Opętany przez czarta.
 — Zuchwały.
 — Żaden człowiek dotąd nie śmiał tak mówić.
 Wielkorządca. Ten sam bóg, który ci kazał wszystkich kochać, kazał również uczyć niewolników nienawiści do panów i zasłaniać przed karą matki, które zabijają własne dzieci.
 Arjos. Zamknij usta twoje przed kłamstwem, jeżeli chcesz, ażeby przez nie przeszła sprawiedliwość.
 Wielkorządca. Przywołajcie świadków. Naprzód Ozeba.
 Dowódca straży. Ozeb nie żyje.
 Wielkorządca. Odkąd?
 Dowódca straży. Wczoraj wypędziły go z domu jakieś złe duchy, goniły przez cały dzień po polu i lesie, nareszcie wieczorem nadziały go brzuchem na ostrą suchą gałąź drzewa, na której skonał.
 Jeden z sędziów. Czyż to nie dowód, że Arjos jest niebezpiecznym czarodziejem?
 Wielkorządca. Wprowadźcie kolejno niewolników Wir-Wira.
 Dowódca straży. Stawił się tylko jeden, bo innych również złe duchy gdzieś uprowadziły.
 Wielkorządca. Niech wejdzie.
 Wszedł starzec wysoki, zgarbiony, z głową kudłatą, ze skórą twardą, szarą, miejscami jasną lub ciemną jak kora platanu.
 Czy Arjos namawiał was, abyście porzucali służbę u swych panów?
 Niewolnik. Nie.
 Wielkorządca. Przy śledztwie zeznałeś inaczej.
 Niewolnik. Tak.
 Wielkorządca. Zapewniał was, że wkrótce nadejdzie czas, w którym wszyscy ludzie będą równi.
 Niewolnik. Nie.
 Wielkorządca. Przedtem złożyłeś inne świadectwo.
 Niewolnik. Tak.
 Wielkorządca. Czy przyniósł z pola bitwy rannego Bega, uleczył go i oswobodził?
 Niewolnik. Nie.
 Wielkorządca. Poprzednio mówiłeś co innego.
 Niewolnik. Tak.
 Wielkorządca. Dlaczego teraz zaprzeczasz wszystkim dawniejszym zeznaniom?
 Niewolnik. Nasz pan, Wir-Wir, zakatował stu zbiegłych niewolników; nam dwudziestu darował życie pod warunkiem, że potwierdzimy wszystkie oskarżenia przeciw Arjosowi. Moim towarzyszom młodszym ode mnie poradziłem, ażeby uciekli do dalekich krajów; ja sam zostałem, ażeby odwołać przed sądem nasze oszczerstwa. Jeżeli nie ma zapanować na ziemi to, co nam nasz zwiastun przepowiadał, ostatni okruch mojego życia, którego niedola jeszcze nie zgryzła, nie wart obrony. Dlatego z chęcią, bez trwogi i żalu, położę się pod druciane pletnie i umrę pod niemi.
 Ukląkł przed Arjosem.
 Umrę z radością i uśmiechem, bo oglądałem w tobie dobrego boga i świętego człowieka, wspaniałomyślne niebo i litościwą ziemię, czystą prawdę, niezłomną sprawiedliwość i serdeczną miłość. Niech ci bóg odda tyle, ile nam dałeś. Dusza moja jutro przed nim stanie i o tobie mu powie.
 Niepowstrzymany przez nikogo wyszedł.
 Arjos. Zaiste, tylko bóg miłości mógł stworzyć tego człowieka.
 Wielkorządca. Ponieważ świadkowie bądź zbiegli, bądź za sprawą sprzymierzonych z winowajcą duchów zginęli, więc dalszy ciąg badania oprzemy na dowodach piśmiennych. Przeszło dwustu obywateli wniosło skargi przeciw tobie, Arjosie, o szkody, jakie im pośrednio i bezpośrednio wyrządziłeś. Czcigodny Wir-Wir obwinia cię, że mu zbuntowałeś wszystkich, nawet najwierniejszych niewolników i ukradłeś dwie świeżo kupione tancerki; zacny Astjos wykazuje, że skutkiem ucieczki niewolników stracił wszystkie plony w zbożu i winie; powszechnie szanowany Heron obarcza cię może największym zarzutem, że mu uwiodłeś żonę. Skutkiem braku rąk do pracy prawie nic nie zebrano z pola w całej Protoryi, musiano zawiesić roboty w trzydziestu wielkich warsztatach i dziesięciu kopalniach, a od czterech miesięcy żaden okręt naszych kupców nie wypływa na morze. Sześciuset kapłanów oświadczyło, że odebrałeś im połowę wiernych, że ich świątynie stoją teraz puste, a bogowie są przedmiotem pośmiewiska motłochu. Nadto, jak widać z zaprzysiężonych i zupełnie wiarogodnych zeznań zmarłego Ozeba, nie taiłeś się z zamiarem uzbrojenia tłumu niewolników i zdobycia przy ich pomocy oraz w sojuszu z Begiem najwyższej władzy w naszej prowincyi, a może w królestwie lub państwie. Czy tak?
 Podczas tych oskarżeń Arjos patrzył na sędziów oczami smutnie rozmarzonemi i milczał nawet nieruchomością ciała swojego.
 Co możesz powiedzieć na swoją obronę?
 Arjos ciągle patrzył i milczał.
 Nic?
 Nie przemówił.
 Ponieważ oskarżony nie chce się bronić, więc badanie skończone, a sąd naradzi się nad wyrokiem.
 Sędziowie wyszli do sąsiedniej sali. Z początku śród widzów panowała cisza; powoli rozpoczęły się szepty i głośniejsze rozmowy.
 Głosy. — Patrz, z głowy wytryska mu znowu światłość.
 — Prawda.
 — Uniewinnią go...
 — Dałby bóg.
 — Co mówili obywatele?
 — Że go skażą.
 Astjos. Jesteś przecie! Cóż Orla?
 Heron. Leży nieprzytomna i majaczy.
 Astjos. Kto jej pilnuje?
 Heron. Ega, która się znalazła i której chętnie przebaczyłem. Może ją uspokoi.
 Astjos. Wyobraź sobie, jaką miałem niespodziankę. Przyszły do mnie te dwie tancerki — pamiętasz — które Wir-Wir kupił od Skita dla swych niewolników z prośbą, ażebym je przyjął pod swoją opiekę.
 Heron. Cóż im odpowiedziałeś?
 Astjos. Że je schowam. Pyszne ciała!
 Heron. Możesz się wplątać w awanturę ze starym.
 Astjos. Et, głupstwo, zdechnie, zanim się dowie.
 Heron. Uważasz, jak Jala ssie oczami Arjosa?
 Astjos. Za wątły dla niej.
 Nagle ode drzwi zaczęła się przyciskać jakaś kobieta błagając, ażeby jej otworzono drogę.
 Heron. Orla!
 Obaj z Astjosem rzucili się ku niej, porwali na ręce i wynieśli z sali.
 Sędziowie powrócili i zasiedli na swych miejscach.
 Wielkorządca. Po sumiennem rozważeniu wszystkich dowodów, sąd skazał obecnego tu Arjosa na wystawienie pod pręgierzem publicznym przez jutro i na śmierć przez wypuszczenie krwi w dniu następnym.
 Tłum powitał wyrok tryumfalnym okrzykiem i buchnął z sali na plac, jak kipiące błoto.
 Arjos podniósł głowę i odchodząc ze strażą, rzekł do sędziów.
 Arjos. Ach, jakże wy jesteście nieszczęśliwi!



Widok 28.
 Na głównym rynku miasta zbito z desek rusztowanie, na którem postawiono kosz drobnych a ostrych kamieni. Gdy rano słońce już rozplotło i rozpuściło po niebie swoje promienne włosy, przyprowadzono Arjosa. Miał on na piersiach tablicę z napisem: „Arjos, syn Notosa, potwarca bogów, uwodziciel niewolników, obrońca zbrodniarzy i opiekun wrogów państwa”. Strażnicy więzienni przywiązali mu nogi do żelaznych kółek, wkręconych w podłogę, wywinęli w tył i skrępowali ręce, a herold przemówił do zebranego ludu:
 Herold. Zbrodniarz ten, skazany na śmierć, stać będzie pod pręgierzem przez dzień cały, aż do pierwszej gwiazdy. Każdy kto wniósł przeciw niemu skargę, ma tu dla siebie kamień, którym może w niego uderzyć.
 Tłum szybko narastał wokoło pręgierza.
 Głosy. — Nie wygląda na złoczyńcę.
 — Widocznie jeść mu nie dają, bo strasznie wychudł.
 — Jeżeli każdy rzuci w niego kamieniem, to go zabiją.
 — Hej, mości pastuch, czy to prawda, żeś chciał być wielkorządcą Protoryi?
 — Daj mu pokój, ledwie żyje.
 — Ba, chciał być królem!
 — Dopiął celu: stoi wysoko!
 — Ha, ha, ha!
 — Nie urągajcie biedakowi, który jutro umrze.
 — Co tobie do tego? Czy ci obiecał, że będziesz jego namiestnikiem?
 — Może obiecał.
 — Strzeż się rybo saka, bo teraz podobno zaczną łowić jego pomocników. Obywatele, trzeba jednak pogadać ze skazańcem. Synu boży, hetmanie włóczęgów, dobrodzieju urwipołciów, czy nie pogardziłbyś kubkiem dobrego wina? A jakie lubisz: jarzębinowe, bzowe, czeremchowe? Możebyś dla posilenia się wolał pomyjkowe? Patrzcie, jaki wybredny, nie chce nawet takich przysmaków.
 — Naturalnie, bo zaraz aniołowie z nieba zlecą i podadzą mu puhary, napełnione boskim nektarem.
 Arjos stał niemy, z twarzą tak spokojną i łagodną, jak gdyby tych obelg i urągań nie pojmował, jak gdyby gdzieś w dali inne istoty widział i inne głosy słyszał.
 Anor. Dotąd jeszcze komedya.
 Satar. Nie pozwolili mi go wymodelować w więzieniu. Może igrzyska tłum stąd odciągną, wtedy przyniosę gliny i ulepię go bodaj z gruba. Przyjrzyjcie się, jakie on ma pięknie zatoczone brwi.
 Kobus. Wszystko to mu jutro popsują. A sam sobie winien, byłbym go wykręcił, jak świderek. Ale on wolał wybrać sobie za obrońcę, swego boga. Ach ci marzyciele, zawsze podobni do zajączków, które chciałyby wieszać się na gałęziach krótkimi ogonami, chociaż wiedzą, że nie mogą nimi spędzić sobie z grzbietu muchy. Jednodniowe cielę nie ssie własnego kopyta i nie sądzi, że ma w gębie wymię krowy. A oni się tak łudzą.
 Głosy. Miejsca, miejsca dla pana!
 Kobus. Patrzcie, ten stary słoń tu przyjechał!
 Wązkiem rozwarciem tłumu sześciu wysokich niewolników, przed którymi postępował brązowej skóry olbrzym, przyniosło do pręgierza lektykę, na której siedział Wir-Wir.
 Wir-Wir. To on?
 Głosy. Arjos.
 Wir-Wir. Podajcie mi mój kamień.
 Olbrzym wziął kamień i włożył go w dłoń swego pana, który drżącą ręką zamierzył się i ze złością cisnął.
 Głosy. — Chybiłeś, obywatelu.
 — Ja cię wyręczę.
 Młody człowiek, który rej wodził w tłumie, pobiegł, przyniósł kamień i z wściekłością rzucił go w skazańca. Arjos zachwiał się, a na białej jego szacie z lewej strony piersi odznaczyło się czerwone piętno.
 Celnie! W samo serce!
 Wir-Wir. Zuch jesteś! Ruf, daj mu dziesięć srebrników!
 Niewolnicy skręcili się z lektyką do odwrotu. Ale tłum, podniecony bądź przykładem okrucieństwa, bądź nadzieją otrzymania zapłaty, porwał się do kamieni i zaczął nimi miotać w Arjosa, który oblany krwią, upadł na rusztowanie.
 W tej chwili zabrzmiała trąbka, którą tłum zrozumiał i natychmiast ku niej się odparł. Na rynek wjechał herold, który obwieścił:
 Herold. Za godzinę rozpocznie się wspaniałe igrzysko. Głodny kondor, posadzony na grzbiecie bawołu, wyrywając mu dziobem i szponami mięso, stoczy z nim walkę.
 Tłum uniesiony tą zapowiedzią, popędził jak stado hyen za zwietrzonym żerem.
 Wokoło pręgierza zrobiło się pusto; pozostał tylko wartownik, który od czasu do czasu zwracał na owiśniętego Arjosa obojętne spojrzenie. Jakaś chuda, przygarbiona staruszka, z twarzą pomarszczoną jak suszone jabłko, przechodząc, zatrzymała się przed rusztowaniem i zaczęła coś szeptać do siebie. Tuż za nią nadbiegła kobieta wytwornie ubrana, której oczy pałały głębokim ogniem.
 Staruszka. Skamienowali robaka.
 Jala. Nie żyje?
 Staruszka. Ciało ma jak ciasteczko — może skonał.
 Jala umoczyła chutkę[5] w wodozbiorze, weszła na rusztowanie, przyłożyła ją do głowy Arjosa, a następnie zaczęła mu ocierać krew z ran. On otworzył błędne oczy, dźwignął się z jej pomocą i drżąc stanął.
 Jala. Nie umrzesz...
 Wartownik. Obywatelko, nie wolno ratować skazańca.
 Jala zeskoczyła i spiesznie odeszła. Nieopodal przeciął jej drogę Astjos.
 Astjos. Za kim?
 Ona odwróciła się i wskazując na Arjosa, rzekła:
 Jala. Za nim.
 I pospieszyła dalej.
 Astjos. Ha, ha, ha!
 Nareszcie pierwsza gwiazda zaiskrzyła się na niebie. Przybyli strażnicy, którzy odwiązawszy Arjosa i włożywszy go na wóz dwukołowy, odwieźli do więzienia.



Widok 29.
 Noc już zaczęła blednieć brzaskiem, a Arjos klęcząc w ciemnym lochu, ciągle jeszcze rozmawiał z bogiem, który zstąpił do duszy jego. Nagle drzwi się otworzyły i weszło kilka postaci. Jedna z nich wezwała go przyciszonym głosem.
 Arjos. Jestem tu. Kto mnie woła?
 Bion. Twoi uczniowie, mistrzu: Bion, Aleb, Tarlon.
 Arjos. Jakże tu weszliście przez straże i dzwi[6] żelazne?
 Bion. Kluczy dostarczyła nam pewna zacna niewiasta od przekupionej służby dozorcy więzienia, a upity wartownik śpi.
 Arjos. Czyliż was uczyłem nieprawości? O, bracia, jest to najboleśniejszy kamień, jaki we mnie uderzył.
 Tarlon. My chcemy cię ratować. Za więzieniem czekają na nas konie, mamy bezpieczne schronienie u przyjaciół, wywieziemy cię do innego kraju..
 Arjos. Nie, nie, mną tylko bóg rozporządza. Gdyby jemu podobało się uwolnić mnie stąd, pod tchnieniem jego woli te mury roztopiłyby się, jak lód pod dotknięciem słońca, a jego aniołowie przenieśliby mnie na swych skrzydłach, dokądby im rozkazał.
 Aleb. Mówiłeś przecie, że Elion jest dobry; czemuż tego nie uczyni?
 Arjos. Alebie, Alebie, ten sam Elion stworzył wszechświat pełen tajemnic, których nikt dotąd nie przeniknął, a ty chcesz znać jego zamiary? Gdybyś go całkiem rozumiał, nie byłbyś człowiekiem, a on nie byłby bogiem.
 Bion. Mistrzu drogi, błagamy cię, nie idź dobrowolnie na spotkanie śmierci, lecz usuń się z jej drogi, skoro możesz.
 Arjos. Mogę? Mylisz się, Bionie. Kto miłuje prawdy wiary swojej, nie wyrzeknie się ich, nie opuści, nie ucieknie od nich wobec największego niebezpieczeństwa, bo je kocha, jak matka dzieci, jak oblubieniec oblubienicę. A kto nie jest gotów umrzeć za te dzieci duszy swojej, za te oblubienice serca swojego, ten albo nie jest ich godzien, albo one niegodne jego. Jestże to miłość, która powiada: trwać będę w sytości, zdrowiu, powodzeniu, a zniknę w głodzie, chorobie i niedoli? Jestże to przekonanie, które twierdzi: wyznaję co innego pod błogosławieństwem, a co innego pod karą; co innego przed przyjacielem, a co innego przed wrogiem? Nie bądźcie wiarołomnymi zwodzicielami dla myśli waszych, lecz bądźcie ich niezłomnymi kochankami. Pamiętajcie i uczcie, że choćby kto wszystkie dowody czci i przywiązania wierze swej złożył, a tylko ofiary z życia swego jej odmówił, nie kocha jej. Miłość wymaga wszystkiego, nawet śmierci.
 Aleb. Nie spiesz się z nią. Na dobro tych dusz, które napełniłeś i napełnisz prawdą i cnotą, zaklinamy cię, wyjdź z nami. Któż będzie ludzkie rzesze do boga zbliżał?
 Arjos. Alboż wy nie zostajecie? Czyż daremnie rozdzielałem między was chleb nieba, który mi bóg powierzył? Nie narzekajcie. Nie zginę jako stłuczone naczynie, którego płyn wylał się i wsiąkł w ziemię bez śladu: nie zginę jak grzmot, który odezwawszy się echami, milknie; nie zginę jako błędna gwiazda, która zakreśliwszy świetlaną smugę w przestrzeni, zapada w jej otchłanie. Chociaż ciało, Arjosem zwane, zniknie, duch jego trwać będzie przez wieki, bo jest to duch boski. Rozejdźcie się więc i roznoście go na wsze strony świata, przekazujcie go swoim uczniom i zastępcom, niech oni nie odpoczną w tem świętem apostolstwie, dopóki życie całego stworzenia nie będzie jedną wielką miłością.
 Bion. Zbyt trudne zadanie, mistrzu, wyznaczasz sercom naszym. Bo czyż możemy kochać tych, którzy cię skazali na męczeństwo i śmierć?
 Arjos. Powtarzam wam: kochajcie wszystkich, a sąd nad ludźmi pozostawcie bogu, który ciągle waży winy i cierpienia ludzkie, a nigdy jeszcze szala cierpień człowieczych nie okazała się wobec jego sprawiedliwości lżejszą. Jeżeli nikt dotąd nie stracił prawa do miłości boga, czyż może je stracić do waszej? Kochajcie więc dobrych za cnotę, a złych za nieszczęście. Bo strasznie nieszczęśliwymi są ci, którzy nie umieją czynić dobrze. Gdy dusze ich, wyzute z ciał, spojrzą na swe występki, ogarnie ich tak okropna boleść, jakiej nie zaznał nigdy człowiek uczciwy. No, bracia moi, świt wbiegł przez okienko i każe wam odejść, ażebyście schwytani tu nie dali ludziom powodu do popełnienia grzechu. Idźcie już obudzić wartownika i połóżcie klucze przy drzwiach, niechaj plama nieprawości z rąk waszych się zetrze.
 Bion. Nie masz jeszcze jakiego dla nas rozkazu?
 Arjos. Otoczcie braterską opieką duszę najczystszą, jaką widziałem na ziemi, Orlę.
 Tarlon. Świętą była i świętą nam będzie, panie.
 Arjos. Teraz już odejdźcie, ażeby was nie zastali ci, którzy po mnie przyjdą.
 Bion. O boże, boże, dlaczegóż nam go zabierasz?
 Arjos. Boga słuchaj, zrozumieć się staraj, kochaj, ale nie oskarżaj.
 Aleb. Więc już oczy nasze nigdy cię nie ujrzą, uszy słów twoich nie słyszą?
 Arjos. Spotkamy się u boga.
 Objął ich głowy i ucałował. A oni, zakrywszy twarze rękami, wyszli szlochając.



Widok 30.
 Na wierzchu góry, pod Tenerą, gdzie Arjos przebywał ze swą liczną rzeszą, wkopano słup, przy którym z jednej strony ustawiono kilka zbitych, przenośnych schodków, a z drugiej wysoką drabinę. Tego dnia niebo przywdziało swój wspaniały płaszcz ciemnego granatu, obrzeżony na skrajach rąbkiem białych, kędzierzawych obłoczków, niby oszyciem piór strusich. Promienne oblicze słońca patrzyło na świat dumnie, ale z zadowoleniem i miłością. Już świetlistą swą głowę zaczęło pochylać ku zachodowi, gdy tłum, który szerokim pasem objął wokoło górę, oczekując niecierpliwie krwawego widowiska, dostrzegł czworobok pieszego wojska, przysuwający się od Protoryi, któremu przewodniczył jeździec na koniu.
 Głosy. — Nareszcie!
 — Ach!
 — Gdzie skazaniec?
 — Nie widziałem jeszcze nigdy takiego stracenia.
 — O, ja widziałem nieraz.
 — Nie pomógł djabeł, który ukradł klucze dozorcy i otworzył więzienie. Coś mu przeszkodziło wypuścić swego ptaszka.
 — Podobno wyznawcy Arjosa uzbroili się i mają zamiar go odbić.
 — Dlatego zwiększono oddział wojska.
 — Co wy mówicie! Ukryli się w norach, jak myszy ze strachu.
 — Czy on tu zaraz będzie pogrzebany?
 — Jeżeli ciała nie zabierze i nie pochowa rodzina, to pozostanie ono na miejscu dla ptactwa drapieżnego.
 — Wiecie, ja się boję.
 — Czego?
 Czworobok nadszedł, stanął, rozwarł się, a z wozu, zaprzężonego w osła, dwaj oprawcy wysadzili Arjosa i powiedli go w otoczeniu wojska do słupa, który ono w szerokim kwadracie zamknęło i od tłumu odgrodziło.
 Dowódca. Mocą wyroku i nadanego wam prawa, oddajcie śmierci tego zbrodniarza.
 Oprawcy wprowadzili rozebranego Arjosa na schodki, na których on stanął blady, pokaleczony kamieniami i podjął ręce w górę.
 Arjos. Elionie, boże miłości, przebacz im.
 Jeden z oprawców, który wszedł na drabinę, uchwycił jego ręce i położywszy dłoń na dłoni, wbił przez nie w słup młotem wielki gwóźdź. Wtedy drugi odsunął schodki i Arjos zawisł. Rany dłoni naddarły się, ciało osunęło się nieco i wyprężyło. Następnie oprawcy nacięli mu głęboko nożami zgięcia rąk i nóg. Krew naprzód trysnęła strumieniami, a potem zaczęła wyciekać na ciało i ziemię w grubych kroplach. Arjos bez skargi, bez jęku, bez wyrazu bólu w twarzy, podniósł oczy ku niebu i ciągle je tak trzymał, jak gdyby dojrzał tam swego boga.
 Dowódca wydał komendę, wojsko zstąpiło się w kolumnę i odeszło. Za nim odjechali na wozie oprawcy. Tłum popatrzył jeszcze przez czas jakiś na wiszącego i nasycony widokiem męczeństwa, powrócił do miasta.
 Arjos pozostał sam. Martwy, czy żywy, nie umiałoby powiedzieć nawet słońce, które schodząc z nieba, spojrzało po raz ostatni w jego twarz zżółkłą, zwróconą do nieba, oblekającego się powoli w gwieździstą szatę. Po skwarze dnia ziemia zanurzyła się z rozkoszą w kąpiel rosy, poczem noc owinęła ją do snu w mgły srebrne i mroki.
 Idąc spiesznie drogą, stanęło u podnórza góry kilku mężczyzn. Zatrzymali się przed męczennikiem, a jeden z nich rzekł:
 Aleb. Omyliłeś się Arjosie. On się nazywa nie Elion, ale Topan!
 I odeszli. Wkrótce tą samą drogą nadbiegła kobieta. Pędziła ją jakaś wewnętrzna burza, której błyskawice migotały w jej oczach. Jak ciśnięta potężną siłą bólu, wpadła na wierzch góry i stanąwszy z rozkrzyżowanemi rękami przed męczennikiem, krzyknęła głosem, od którego dreszcze przebiegły noc.
 Orla. Arjosie... mój!...
 Arjos opuścił wzniesione oczy, spojrzał na nią, lekko drgnął, coś wyszeptał omdlałemi ustami i z rozjaśnioną twarzą skonał. Orla objęła jego nogi i targana gwałtownym płaczem, zaczęła je całować. Powoli wszakże ucichły jej szlochania, osunęła się na kolana i ciągle trzymając słup w objęciach, umilka.[7]
 Wysoki mężczyzna, dążący jak gdyby w pogoni za kimś ujrzał zdala, śród gęstej ciemności, na górze krwawy słup, a nad nim tak wielką i olśniewającą gwiazdę, że wszystkie światła nieba razem nie mogły wyrównać jej blaskowi. Stanął i rzekł do siebie.
 — Tam on... i ona.
 Przybywszy na miejsce, długo nie śmiał dotknąć klęczącej kobiety. Nareszcie odważył się.
 — Pani dobra... pani moja... pani święta.. Nie żyje!
 Sternik opuścił rozpaczliwie ręce.



Widok 31.
 Księżyc jeszcze nie obejrzał i nie zliczył gwiazd, gdy stary Sternik, przyciągnąwszy drabinę i łopatę, zdjął ciało Arjosa i wraz z ciałem Orli zaniósł pod oddaloną palmę, rosnącą samotnie śród pola, wykopał grób, złożył umarłych, zasypał ziemią i przykrył znowu murawą tak dokładnie, jak gdyby ona ruszaną nie była. Wziąwszy z sobą statki i zatarłszy ślady, odszedł. Ale jeszcze raz obejrzał się: pień i gałęzie palmy rozgorzały jasnością niby wielki świecznik; nagle wystrzeliły z niej dwa tęczowe kwiaty, które oderwały się i jako dwa duchy odleciały w przestrzeń.



koniec części trzeciej.

