Aleksander Świętochowski


Zenonek w zbroi

Moja mateczko, jeżeli prowadzimy wojnę, jeżeli naszę twierdzę cudze wojska oblegają, jeżeli mój tatuś jest na polu bitwy, to i ja, chociaż mały jego syn, powinienem być uzbrojony, co najmniéj jak Tadzio felczera.
 — Tatuś — odpowiedziała pani Bolecka, skubiąc szarpie — nie poszedł zabijać, ale opatrywać rannych.
 — Więc dobrze — mówił dalej Zenonek — ja, jako żołnierz, będę nieprzyjaciołom wstrzeliwał kule, a ojciec, jako lekarz, będzie je wyjmował.
 — Nie trzeba być tak okrutnym — rzekła matka. Wojna nie jest zabawką, ale nieszczęściem.
 — Nieszczęściem jest także — prawił Zenonek — gdy kto nie ma tego, czego pragnie, i gdy z niego jeszcze w dodatku drwią. Tadzio felczera, który od rana do wieczora chodzi w zbroi, wyśmiewa mnie ciągle: nazywa tchórzem, szczurem fortecznym, zającem na dwu nogach, a nawet obiecuje, że mi kiedy swoim pałaszem obierze głowę jak cebulę. I co ja wtedy zrobię? Pogroziłem mu, że jeśli mnie dotknie, to go zakłuję sztyletem jak prosię, ale go nie zakłuję, bo sztyletu nie mam. On o tem wie i zaraz też mi powiedział: dudek może przebić tylko czubkiem. Widzi mama, jak dumnie na mnie patrzy z dziedzińca. Tadziu!
 Wszedł Tadzio.
 Na głowie miał żółty hełm papierowy z czarną kitką, na piersiach złotawy pancerz z tektury a na ramieniu strzelbę.
 — Więc takiéj chcesz zbroi? - spytała matka, podczas gdy Tadzio maszerował sztywnie przez pokój.
 — Takiéj — odrzekł Zenonek — tylko jeszcze przydałby się rewolwer i sztylet.
 — Dobrze — kupię ci.
 — Zobaczy mama, jak będę pięknie wyglądał. Pozwól no mi, Tadziu, przymierzyć.
 I zaczął z niego kolejno zdejmować a na siebie wkładać przybory wojenne. Pani Bolecka, porzuciwszy szarpie, chodziła niespokojna, wyglądając co chwila przez okno kogoś, kto by doniósł o ostatecznym wypadku porannéj bitwy.
 — Co tam się dzieje — co tam się dzieje — powtarzała w zamyśleniu.
 — Patrz mamo — przerwał jej wreszcie Zenonek — dobywając zamaszyście pałasz z pochwy.
 Jeszcze matka nie zdążyła odpowiedzieć synowi, gdy do pokoju wsunął się żołnierz, okurzony, poczerniały, blady, z plamami krwi na koszuli, z prawą ręką owiniętą i zawieszoną na pasku. Mężny Tadzio, ujrzawszy tę nagle jawiącą się postać, wlazł naprzód pod stół, ale nie czując tam dostatecznego bezpieczeństwa, wybiegł, przeraźliwie wrzeszcząc.  — Cóż tam? zapytała pani Bolecka.
 — A dobrze, proszę pani — mówił żołnierz. E, albo to była bitwa: jakby głupi drażnił kijem psa w budzie, pies wyskoczył i łydki mu oberwał. Podlazło tych robaków pod twierdzę wszystkiego dwa tysiące; to téż gdy armaty nasze kilka razy dmuchnęły, my z karabinów kropnęliśmy kulami a jeszcze pan jenerał z boku na pomoc przyszedł i trzepać zaczął, nieprzyjaciele tak zmiatali, że się w plecy bili piętami.
 — Gdzie mąż mój?
 — Właśnie mnie przysłał, ażeby pani ze służącemi zabrała wszystkie szarpie, bandaże i przyszła do wałów, bo jest dużo rannych, swoich i cudzych.
 Pani Bolecka przywołała służące i wziąwszy opatrunki, wyszła spiesznie. Ponieważ w domu nikt nie został, Zenonek podążył za matką. Na dziedzińcu dostrzegł bojaźliwie wyglądającego z za węgła Tadzia.
 — Bądź zdrów — zawołał — do niego — idę na wojnę!
 — Oddaj mi mą zbroję — pisnął płaczliwie Tadzio.
 — Oddam, jak zwyciężę — rzekł wyniośle Zenonek — i pobiegł.
 Słońce nie dobiegło jeszcze do południa, ale rozrzucało już gorące promienie z nieba, na którem nie uczepiła się ani jedna chmurka. Tylko z ziemi wznosił się i przyćmiewał światło pogodnego dnia szary obłok dusznego dymu prochowego. W twierdzy panował ruch niezwykły: ustawicznie przebiegali na koniach posłańcy, wchodziły i wychodziły roty wojska, przy armatach uwijały się gromadki żołnierzy, wieziono lub niesiono rannych. Gdy pani Bolecka z synem mijała bramę forteczną, jeden z żołnierzy odezwał się żartobliwie, salutując Zenonkowi.
 — Za późno, pułkowniku Zenonie, za późno, już po weselu.
 — Mama nie puściła — odrzekł chłopczyk.
 Po za wałem roztaczała się szeroka płaszczyzna, na której widać było oddziały wojska, skupione w czworobokach, wozy, obszyte płótnami i zbierające na pobojowisku rannych, gdzieniegdzie leżał karabin, tornister, pałasz, trup konia lub człowieka. Od czasu do czasu odzywała się trąbka. Zenonek, pobudzony tym sygnałem, wycelował w przestrzeń strzelbę i huknął: puf! puf! puf!
 Pani Bolecka szukała wzrokiem męża. Nareszcie spostrzegła go w dali na okopie fortecznym: klęczał pochylony i czemś zajęty. Podążyła więc z synem ku niemu. Szli nad rowem, w którym co krok leżeli martwi lub pokaleczeni żołnierze. Ten, dźwigając się z trudem, prosił panią Bolecką o garść szarpi dla zatamowania krwi, drugi błagał o trochę wody do picia, inny wydawał rozpaczliwe jęki, inny tarzał się z bolu, a jeden, w odmiennym mundurze, syknął, grożąc Zenonkowi:
 — Wilczku! — jeszcze od ziemi nie odrosłeś, a już chcesz polować na ludzi!
 — Mamusiu — szepnął chłopczyk, upuściwszy strzelbkę, tuląc się do matki — jak tu strasznie!
 Ale ojciec był niedaleko. Wyjmował on kulę ze szczęki leżącemu na wale oficerowi rozbitego, nieprzyjacielskiego wojska. Ranny, którego blada twarz wyrażała okropne cierpienie, milczał; ale wreszcie drgnął silnie, ujął rękę doktora Boleckiego i ściskając ją, rzekł z wysiłkiem;  — Dziękuję, serdecznie dziękuję, nie trudź się pan daremnie, nic mi nie pomoże, czuję już śmierć blizką.
 Zamknął oczy, a gdy je znowu otworzył i ujrzał przy sobie stojącego Zenonka, krzyknął wzruszony:
 — Kaziu, najdroższy mój Kaziu!
 Po chwili wszakże, rozpoznawszy pomyłkę, opadł na ziemię i wyszeptał:
 — To nie mój Kazio, on został w domu i nie wie, że jego ojciec tu kona. Biedne dziecko, co poczniesz wraz z nieszczęśliwą matką! Na wasze wołania ja z grobu nie wstanę, smutnych twarzy nie ucałuję, chleba nie przyniosę. Kaziu mój! Kaziu!
 — Ty nie Kazio — rzekł, zwracając się do Zenonka — masz na sobie hełm, pancerz, szabelkę, chcesz być żołnierzem. Oj, malutki, nie zabijaj ludzi, bo możesz czasem zabić takiemu, jak ty, chłopczykowi ojca.
 Z ust oficera spływała struga krwi, gardło zarzężało, głowa osunęła się bezwładnie. Jeszcze raz cicho wymówił:
 — Mój Kaziu... Ka...
 Ale nie dokończył wyrazu i skonał.
 — Mamo, mamo — szlochał drżący Zenonek — uciekajmy stąd!
 Pani Bolecka wsadziła syna na przejeżdżający wóz i wróciła do domu.
 Przez całą drogę Zenonek milczał, połykając łzy, hełm mu spadł z głowy, pancerz — z ramion a szabelka się oberwała.
 Matka, usiadłszy, przysunęła go do siebie, pocałowała i rzekła:
 — Nie martw się, kochanku, kupię ci zbroję.
 — Nie chcę, mateczko, nie chcę — wołał, łkając; wreszcie oparł głowę na kolanach matki i długo płakał.
 Czego też Zenonek płakał?
