Władysław Tarnowski


Przechadzki po Europie



(List z Wiednia.)
I.
Styczeń, 1871. 
 Pragnąłeś z daleka przyjrzeć się intelektualnemu profilowi Wiednia mój Rudolfie; i z bliska nie pochwyciłbyś od razu jego stron subtelnych, bo acz prawda absolutna będzie zawsze jednią, albo czarną albo białą, a nigdy popielatą, choć w zasadzie ostatecznej tylko jedno ma oblicze, jednak czasem fizjonomia tutejszej społeczności nim się ją pozna, zda się przypominać starożytne popiersia o dwu twarzach, z których jedna poważna myśląca, z samowiedzą wzrok przed siebie wytężająca, i mierząca skutki miarą przyczyn, druga śmiejąca się o poglądzie na świat błękitnym Anakreonta ideałom odpowiednia nie przewidująca skutku w przyczynie. — Życie wiedeńskie jest tak pełne sprośności, tak subtelne w szczegółach, tyle czynników poważnych ma z drugiej strony, że puls jego nigdy prawie jednostajny, bije raz rytmem gorączkowym bachantki, a raz poważném tętnem arystarcha, ale zwykle rytmem ¾ Straussoskiego walca…
 Nad tymże Dunajem żyło i żyje tyle lekkich trefnisiów wytykających dowcipem spaczone strony społeczne, lub spekulujących tylko na humor prywaty i słabostki, skąd inąd niemało poważnych pracowników na polu myśli i sztuki — tu zrodzony Mozart — tu pochowany przy Beethovenie Szubert! — a te same miasto długo krzywdziło Grillparcera, choć późno oddało mu hołd z tak wieszczém uniesieniem, że to może jedyna apoteoza za życia człowieka, która niczém niemiłem nie razi.
 Jeszcze Eneasz Sylwiusz Piccolomini pisał in illo tempore, że nie zna gwarniejszej, bardziej za zabawami goniącej i weselszej, od Wiednia. — Takim on pozostał, a od czasów pani Stael, która naiwnie przesądziła, że w Wiedniu nie może być rewolucji, bo o 12 każdy idzie na obiad, od tego okresu, a! jakże się wszystko zmieniło. — Wiedeń moralnie i materialnie przebudowany, zewnętrznie świetny, choć może pozornie, zbytku pełen jak Warszawa za Augustów Sasów, drożyzną się odznaczający, napiętrzony mnóstwem gmachów jak na drożdżach rosnących, okazałych, choć bez wybitnej myśli architektonicznej i ujętego typu, jak zwykle w naszym giełdowym wieku, który konserwować umie to, co inne wieki stworzyły. — Pełno ulic szerokich, placów, wystaw, stowarzyszeń, cechy życia, w których pani Stael filistertumstwa pierwiastki dopatrywała, całe inne od 1848, cechy lokalne nikną, typ miasta ustępuje kosmopolitycznej stolicy, tyle imion cudzych, zwłaszcza Słowiańskich, że z czasem najmniej znać będzie samych Wiedeńczyków — nemeza dla miasta, co tak długo ssało żywotne soki tylu prowincji. Buchające gwarem codzienne życie ugania za użyciem. — użycie zaś, za zużyciem. — Kółko rodzinne rzadko istnieje de facto chyba, jeśli je nędza zespoli, spędzić wieczór w domu, to pańszczyzna dla Wiedeńczyka — za to poza domem zgotowano mu wszystko — znajdzie tam i szybkę z okna i kafel z pieca, których brakuje w domu własnym. — Teatra, koncerta, bale najrozmaitszych odcieni, wszystko to jak kalejdoskop co dnia inaczej, a w rzeczy tak samo się obraca i przewala. Dotkniemy stron poważniejszych życia, czas od setnicy Beethovena, do uroczystości na cześć Grillparcera. Nie radzi byśmy pominąć żadnego szczegółu odnośnego do życia tych kilku tygodni, które bez wątpienia przyniosły wiele, choć poszumiały tym samym prądem w otchłań, jak wszelkie objawy życia skoncentrowanego w gwarnej stolicy, gdzie działa spotęgowana masa umysłów i kapitałów. Co do życia muzykalnego; Setnica urodzin wielkiego Beethovena, nie mogła się nigdzie stosowniej i nie powinna była z większym podniesieniem ducha odbyć, jak tu, gdzie żył i nieśmiertelnie umarł śpiewak Leonory… Dzień ten bez wątpienia żywo i pięknie odbił się w społeczeństwie. — Tłumy ożywione wzruszeniem, oblegały mrowiem gmach konserwatorium muzycznego, długi czarny soliter pojazdów, wił się podwójnym rzędem wśród mozaiki głów i twarzy o cechach różnych narodowości i klas społecznych, place i ulice w chorągwie i barwy strojne przy uroczystym pochodzie zdały się fatamorganą karnawału rzymskiego… Czy i wewnętrznie nastrój tej uroczystości był równie wysokim, czy ta publiczność choć przez chwilę stała się jednym mężem, stojącym przed ołtarzem arcy-kapłana tonów, i uniesionym duchem w sfery najwyższe tak wysoko, by z nim stanowił jeden wielki oddźwięk liryczny, a zwłaszcza, czy nastrój ten do końca dotrwał na jednej wysokości odpowiedniej geniuszowi wieszczemu? to inne pytanie — nam się zdaje że nie — ale o tem później. — Cóż rzewniejszego jak ten tłum nieprzebrany rojący się po stopniach szerokich ku świątyni sztuki, ten przybytek świetlany, a najwyżej nad głowami słuchaczy i lasem kwiatów śnieżne, olbrzymie popiersie mistrza, którego czoło jak Sinai bezchmurny zdało się pogodne i bez piorunów zemściwszy się na ludzkości za życie pełne boleści i szamotania, jej uszczęśliwieniem w wypowiedzeniu uczuć tych, których słowo nieme nie wypowie! ta orkiestra falująca jak ciche morze, by za chwile buchnąć potopem tonów wypowiadających niewypowiedziane — ludzkości skargi, lamenty, szały radości i wybuchy rozpaczy, zgrzyty szyderstwa, przekleństwa walki — i tryumfujące hymny modlitwy w missa solemnis, tak jakby je się słyszało, stojąc u szczytu Mont Blanc, falujące i z padołu płaczu wstępujące w nieskończoność błękitów niebieskich…
 Ten pierwszy rzut oka, już musiał być wielkim dla każdego — nawet nie muzyka, a cóż dopiero dla muzyka znającego warunki nierozłączne z Boskiem a strasznem słowem. — Cóż więc prostszego nad to, że ktoś z naszych, młody chłopiec, który pierwszy raz szeroka piersią odetchnął i słysząc raz pierwszy te utwory, poczuł się artystą a wobec tego popiersia i hymnu rozpłakał się pełen świętego uniesienia. Nie każdemu to dane, nie mniej czują i ci niekiedy, co płakać nie umieją.
  Prolog Weilena wzniosły co do pomysłu i formy wygłosił spiżowym głosem pan Lewiński.
  To było pierwszą iskrą, która rzucona słowami: „Seid umschlungen, Millionen,“ zapaliła wulkan słuchaczy. — Świetlana sala zagrzmiała jednem hurra! złożonem z długiego grzmotu oklasków. Uwertura świętalna (Fest ouvert. op. 124) wykonana con amore, i z jednego odlewu przez orkiestrę pod dyr. Deshofa, zyskała jej słuszny oklask za którym powstać musieli wszyscy artyści. Następnie koncert es dur (op. 73) z orkestrą odegrał biegle i dojrzale P. Door, także wywołany. Nastąpiła IX symfonia; tu punkt kulminacyjny koncertu, któż jej nie zna choćby z sławy tylko, kto nie dojrzał choć z daleka szczytu tej piramidy na drogach życia, dochodzi ona szczytów niebieskich i zbiega znów na ziemię by ją uczynić szczęśliwszą piękniejszą — lepszą. — Całość była bez wątpienia pięknie oddana i ujęta, w pewnych odcieniach jednak czuliśmy słysząc ją w Lipskim Gewandhauzie jeszcze więcej tradycji i kolorytu indywidualnego. Część pierwsza zdała nam się za powoli rytmizowana w skutek czego nie była tak elektryzująca jak zwykle bywa, crescenda wtórej części marzylibyśmy jeszcze bardziej potężnie, jeszcze szerzej ramiona melodii rozwierające, Scherzo wykonane było z zupełnem mistrzostwem. Część wokalna równie imponująca, sopran pani Wilt celował nad inne jak jasny promień śród świateł, partię altową śpiewała pani Gonperz Bettelheim, tenor Labalk, bass Schmitt. Chóry celowały doborem, wszystkie stowarzyszenia wiedeńskie, wokalne, zlazły się tą razą ku wspólnemu działaniu. Wieczorem w teatrze opery dany był Fidelio poprzedzony uwerturą (op. 115) wykonaną tak jak rzadko w życiu słyszeć się zdarzy, nie było tam tonów, ale jedna — polifoniczna harmonia. był to najlepszy produkt orkestry tutejszej jaki słyszałem.
 Poczem alegoryczny prolog przez p. Wolter wygłoszony, z sceną efektową mniej szczęśliwą, przy hymnie z „Ruin Ateńskich“ (op. 113 i 114). Wykonanie Fidelia odpowiadało wszystkim oczekiwaniom, pani Dustman z partii Leonory wywiązała się bohatersko, i jeżeli kiedy to w on dzień dowiodła, że wielka jest artystką. Jej partia w Don Juanie Donny Anny, o ile nam się zdaje z ról jej najświetniejsza, zbladła tą razą. Pan Wolter choć czuć było zmęczenie ładnie śpiewał, a p. Beck (pierwszy Florestan, drugi Pizarro) jak zwykle rolę swoją do potęgi podnieść umiał. Chór więźniów odznaczył się doborem i siłą, grupy jeńców były prześliczne.
 W drugi dzień zapełniła program sama Missa Solemnis, ten utwór Beethovena, który nie ma podobnego sobie, jeśli jest drugi szczyt muzykalny tej wspaniałości i rownie wysoki, to chyba jedna pasja S. Mateusza Bacha, — i jako taka mieć się może do mszy Beethovena jak kopuła Florencka Bruneleschego do kopuły rzymskiej Michała Anioła!... Te same sola wokalne co wyżej, z dodatkiem pana Rokitańskiego wspaniałego basisty, skrzypiec pana Grüna znakomitości w swoim rodzaju, organów Brucknera i Franka, równie jak Massa wokalna, odpowiedziały swemu zadaniu pod dyrekcją pana Hellmesbergera — chóry działały potężnie, choć w pewnych chwilach znać było obawę i zmieszanie, ale cóż dziwnego wobec tych stromych trudności, na których wyżynie o zawrót nie trudno, — słyszeliśmy mszę tę parę razy, ale nigdzie lepiej, i bez wątpienia ślady niezatarte zostaną po niej w pamięci słuchaczy.
 Dzień trzeci poświęcono muzyce komnatnej, (Kammermusik) Wielkie Trio B dur (op.97) Epstein, Grün, Popper, szereg pieśni do oddalonej kochanki pani Walter, trzy pieśni pani Gomperz Bettlheim, wreszcie pamiętny kwartet smyczkowy Cis-moll (op. 131) zakończyły ten trzeci poranek, mile przyjęty, choć w nim już brakło pierwotnego nastroju ducha. Zdaniem naszem jedna, wielka próżnia pozostała niezapełniona, to opuszczenie uwertury z Coriolana, najelastyczniejszej może kompozycji Beethovena. Walka, zemsta i namiętność Coriolanowa, głosy błagalne Weturii i Wolumnii, czasem głos jego dziecka się odzywający, za zapowiedź grzmiące tupniecie o jęczącą ziemię, jedno nie — żelazne, a topniejące w ogniu miłości ojczyzny, stopione wreszcie, ale też pochłaniające z przebaczeniem jego jaźń w przepaści zguby i żelaznego obowiązku, oto obraz oddany w tej muzyce, której opuścić się nie godziło, — bo Beethoven stanął tam na równi z tragedią Shakspeare’a, jak Schuman z Byronem w swoim Manfredzie. Egmont Goethego w nowej operze z muzyką Beethovena, nadto znana, by i słowo o niej dodać, zapełnił wieczór ostatni. Gra aktorów w Burgu zgubiła się w przestrzeniach olbrzymiego, nie dość akustycznego przybytku, świetnością zewnętrzną czas swój cechującego. Uwieńczono to wszystko Schmaussem całonocnym o licznych toastach, sądzonych różnie i Strausoskich walcach… Tyle o Jubilacie Beethovenie. Co do koncertów jak zwykle odznaczył się i tutaj precyzją i delikatnościa swoją kwartet Florencki podróżny. Ostatni koncert filharmonijny celował doborem programu i wykonaniem. Uwertura Cherubiniego (Wasertraäger). Następnie koncert fortepianowy z orkestrą Brahmsa. Zarysy szlachetne tej kompozycji, jędrna melodia, i odegranie rzeczy znamionujące świadomego siebie muzyka, nie goniącego za ślepem wirtuozostwem, zjednały popularnemu artyście ogólne uznanie. Mniej co do oryginalności pomysłów celował koncert, co instrumentacja barwna i świetna, często Beethovena, często Schumanna wpływ znać było, najpiękniejszą zdała nam się część trzecia o smętnym nastroju, miękko i jednem tchnieniem odegrana. Krytyka bezwzględna a stronnicza, rzuciła się niesłusznie na ten utwór mający lat 8 życia, odmawiając mu zupełnie samodzielności. Koncert pana Brahmsa już jako dzieło znamionujące ogromną wiedzę muzykalną, która wszystko dane umiejętnie przetrawiła, pozostanie nie bez zajęcia dla muzykalnego słuchacza. Geniusz jak zwykle, tak i w osobie Schumanna optymistyczny, przepowiedział Brahmsowi przyszłość zwrotnikową — mesjanistyczną niemal w muzyce. — Przypuśćmy, że się nie mylił, ale jakże niebezpieczne takie wróżby, jak je podnoszą źli ludzie i czy nie lepsze zupełne choćby zapoznanie doczesne? Pan Brahms odrzucił posadę nauczyciela kompozycji w konserwatorium by spoko9jnie komponować, znać nie uważa muzyki za dojną krowę.
 Biały kruk — i tego mu darować nie mogą. Stąd też łatwo pojąć stanowisko buntownicze artystów tutejszych do krytyki, którzy ją uważają za nierządną trąbę sławy, ona zaś ma się do jak apteka, drżąca by chorych nie brakło, bo cóżby się z nieboraczka stało. „Sen nocy letniej“ Mendelsohna zakończył koncert. Pianissima skrzypcowe i solo fletowe, mianowicie ostatnie było godne mistrza (p. Doppler). W utworze tym choć tak świetnie traktowanym, nieco przeszłości, nieco powierzchowności wdzięków przebijać się już poczyna. — Kto wie za lat 50 jakie będą te efekta… czy nie jak loczki słynnej niegdyś… piękności? ale to za zuchwale rzucać takie wnioski, idźmy dalej — W operze: Afrykanka, Wesele Figara, Freischütz, Faust Gounoda stanowiły pierwszą połowę repertuaru, drugą Żydówka Haleviego, Romeo Gounoda — Tannhänser, Lohengrinn (dwa ostatnie pod dyrekcją Herbeka) i Hugenoci. Żydówkę Haleviego słusznie tu podniesiono do kilkunastorazowej prezentacji — im więcej się zna tem wyżej ceni się to dzieło. Duet i finał I-go aktu, (panna Elw. i pan Labatt), solo Eleazara w IV akcie, i cały piąty akt podniesiony grą pana Labata wypadły świetnie, kardynał (p. Rokitański) co do głosu jak zawsze znamienity ale na grze i powadze mu zbywa, znać że nie był we Włoszech, „qu’il n’est pas papable ce cardinal.“[1]
 Romeo Gounoda (panna Elw., pan Water) bardzo sympatyczne sprawił wrażenie. Krok to wielki naprzód od Fausta tak w sposobie traktowania przedmiotu, instrumentacji, jak i pozbycia się dydaktycznej, że tak powiem liryki predominującej w Fauście. Dziwnym jest reformatorski wpływ Wagnera! i jako taki wielkim — zachodzący Majerbeer posługuje się jego efektami w uwerturze Afrykanki, choć się pewno swej koszuli do tego nie przyznawał, a wschodzący Gounod także mimowolnie ich zawarł. To co się zowie mową uczucia, głosem serca przepadającego z zbytku uczucia, to jest iście wyrazem muzyki Gounoda, i to zapewne go unieśmiertelni dokąd zostanie uczucie. On równie dał się w całości wymówić wiolonczeli, i w skrzypcowych tematach sceny balkonowej, i sceny porannej jest jedynym, pełnym natchnienia czerpniętego z sfer najszlachetniejszych. Przedśpiew trzeciego aktu na tradycjach Bacha zaszczepiony spornością swoją wywołuje poczucie pewnej inkongruencji… Scena ostatnia w której nikt kochankom nie przeszkadza umierać równie pełna ziemskiego nastroju, nie nowa, nie tragicznie dramatyczna, ale taka jak on poczuł od początku te indiwidma według swej indywidualności muzykalnej — taką też miarą mierzyć go trzeba. — Pan Herbek niektóre tylko dyryguje opery, mianowicie Wagnerowskie. Nie znano też lepszego Tanhäuzera jak teraz, a Lohengrin przeszedł wszelkie oczekiwania, i w tej operze Herbek prawie dorównał jedynemu Bulowowi. Cała uwertura Lohengrina — jak cicha wód powierzchnia, bez pyłku ujemnego była oddaną. Panna Malinger dotąd jedyna Elsa z Brabantui znalazła szczęśliwą rywalkę w pani Dustmann, nie tylko śpiew, ale rolę swą dramatycznie zrozumieć potrafiła — wejście niewinne spotwarzonej na scenę, miało coś z tradycji greckiej błagalnic Eschylesa, każdy ruch i draperia miały swe znaczenie. Demoniczny epizod II aktu trochę przeszedł siły śpiewaków (pani Materna i p. Kraus), za to recitatiwa orkestry były pełne energii, równie śpiew i chór o łabędziu ukoronował to całe przedstawienie majestatyczne w pełnem znaczeniu wyrazu. Z koncertów prywatnych bliżej obejdzie nas część koncertu pani Passi Cornet w którym wystąpiła raz pierwszy z wielkiem powodzeniem pani Maria Grottger-Sawiczewska (siostra Artura) odśpiewała duo Donizettego i Fides arię z Proroka. Wyrobienie znakomite altowych partii wróży jej przyszłość niepospolitą. koncert pani Markowskiej, kompozytorki i pianistki, zyskał także uznanie ogólne w salonach Boezendorfera. Tyle o muzyce. Dodamy jeszcze, że na uroczystość Beethovena, zjechała się garstka Polaków, wśród nich pan Władysław Żeleński zaszczytnie już znany kompozytor, którego koncert instrumentalno-wokalny zapowiedziany na 30 stycznia w Krakowie. Programu nie mamy pod ręką. Równie znajdował się w kole słuchaczy młody wirtuoz na fortepianie pan Aleksander Tchórznicki, który we Lwowie z orkiestrą odegraniem koncertu Henselta wstępnym bojem wziął słuchaczy, a ostatniemi czasy zyskał uznanie Liszta w Peszcie i Brahmsa w Wiedniu. Ten młody człowiek tak na stanowisku obywatelskiem jak artystycznem, wróży piękną i zacną przyszłość, której mu dla pociechy kraju i rodziny życzemy…
 Co do dramatu: niestety zdaje się, że ma się pod koniec jego apoteozie, robią co mogą, pan Dingelstedt został naczelnikiem z władzą zupełna, a sam Burgteater ma być przeniesiony do dawnej opery. Szkoda — takie przybytki jak ów teatr wiedeński, klasyczny w całem znaczeniu tego słowa, lub jak Gewandhaus lipski, powinny być przedmiotem pietyzmu sztuki dokąd się nie rozsypią. Kto pamięta panią Rettich, Anschüza, Loewego, Larocha, Wagnera, Dawisona, i piękny okres dyrekcji Laubego, pod pewnem względem genialnej dyrekcji, temu nic tych wspomnień nie zastąpi. (Laube uzyskał koncesję na budowę nowego teatru). Obecne pokolenie artystów jak panie Wolter, Gabillon, Baudins, pan Sonental i Lewiński postąpili daleko, ale są jak potomkowie wielkich imion co protoplastom nie dostoją a z czasem lękać się dla nich maniery… lękać by dla samej zabawy nie chodzono do teatru. — Z sztuk nowych Maryna (Mniszchówna!) Mosentala zwróciła wiele uwagi, raczej obraz dramatyczny niż dramat, ciągłe efekta, ruch bez odetchnięcia i miary, i wieczne pif, paf, puf. Przesadnie jednak potępia krytyka ten utwór, są w nim chwile potężne, i charakter Maryny z żelaza kuty, ale jak zwykle zachodnie pióro kruszy się ilekroć potrąci o nasze dzieje, przepada w lesie anachronizmów i nieznajomości obyczaju. Momenta Agaychana przypominają się czasem… a wszystkie przymioty po stronie Moskiewskiej. — Izabella Orsini przedostatni dramat Mosentala o całe niebo wyższym, bo autor znał regiony w których się obracał. Nowy dramat Weilena hrabia Horn, oceniła niepospolitem piórem współpracowniczka Biblioteki Warszawskiej, odsyłamy czytelników do tego ustępu, który moglibyśmy chyba przepisać. Dalej znane Nibelungi Hebbla, nieprzedawnione sztuki Bauernfelda i Benedixa — ale gdzie ten czas gdy w tygodniu grano Shakespeare’a, Szyllera i Kalderona? Kto pamięta Hamleta w Burgu z Wagnerem (jedyny i ostatni Hamlet) p. Retich królową, Loewen królem, temu nie dziwiłbym się, temu nie dziwiłbym się, gdyby nie wrócił doteatru, przypomniał się tu mimowolnie fakt z życia pierwszego starego Dewrient, który raz odegrał Leara, publiczność berlińska dwie godzin z miejsc się nie ruszała pod wrażeniem gry jego. Świadkiem tego był Ryszard Wagner. Sztuka pani Sand Marquis de Villmer oddana była z wirtuozostwem salonowem przez panią Hebel i Baudius, głównie przez Sonentala, — na chwilę zdało nam się być przeniesionym w przeszłości Burgu, zapomnieć o scenie, a zwłaszcza o nieszczęsnej manii nicowania powieści na dramata, jak sukni na spódnice. — O Egmoncie Goethego wspomnieliśmy wyżej, gra pana Wolter (Clärchen) była znakomicie pojętą, można ją sobie czytając inaczej wyobrażać, czuć że studiowanie przeważa nad genialnością, ale nie można odmówić artystce siły, męskości i typu flamandzkiego — zdała się wyjść z ram rodzajowych Gerarda E. Dow — ruchy jej nawet były nie tegoczesne. — Pan Lewiński jako książę Orani stanął u szczytu, historycznie zrozumiał tę rolę a ma takich kilka, wielki i jedyny jest Franz Moor, jako Carlos w Clavigo, kapłan w Nibelungach Zanga, (w Sen życiem) Grillparzera, — Książę Wirtemberg (Carlschüler Laubego) Medyceusz w Izabelli Orsini, — za to słaby jest jego Mefisto, i tak blady po Dawisonie, jakby go zrodził Gounod w tej części swego Fausta. Na diabła nie stać Gounoda, i nic dziwnego.
 Sceny ludowe z Egmonta były klasyczne. — Zwłaszcza Laroche i Meixner, mógł ktoś o nich powiedzieć: Ich kenne meine alten Pappen keine. Główną ozdobą repertuaru stały się na nowo utwory Grillparzera, jak Safo, Sen życiem, Matka rodu, Fale morza a fale miłości. Szkoda, że ich nie posiadamy po polsku, nie równając ich z Grekami ani Szekspirem, sądziliśmy, że utwory te są wyborną szkołą dla artystów, że pod wielu względami wyższe od tego, co się dziś pisze, bo pisane z gorącem natchnieniem chwilami genialném, pełnem miłości prawdy i ideału — jako takie są dziełami sztuki niepospolitemi i pozostaną pewnie jako pomnik swego wieku i literatury. Wiadomo, że Grillparzer, szarpany przez policjantów krytyki, i jak nasz Fredro zniechęcony, przez lat 30 w Wiedniu żadnej ze sztuk swych grać nie pozwolił i zawarł w tej tece, co odtąd napisał. Na uroczystość zgotowaną sobie nie przyszedł starzec 80 letni, uznając ją raczej jako zwycięstwo zasad, prawdy i liberalizmu, które głosił i dotąd głosi pełen życia i ruchowi postępowemu zawsze obecny. Sztuki jego, zwłaszcza „Sen życiem“, był łudzący prawdą sceniczną, i wymowny, do głębi wzruszający potęgą niektórych obrazów. Sen to śniący się młodzieńcowi pełnemu samolubnej ambicji, mającemu nazajutrz dom rodzinny pełen cichego szczęścia i sprawiedliwego spokoju opuścić. — W ciągu snu czyli dramatu przebiega wszystkie stopnie wiodące do wielkości i sławy — ale okupione kosztem drugich i czystością sumienia — jako zbrodniarz staje u szczytu pragnień, koronowaną głową, i zmuszony w coraz nowe wikłać się zbrodnie ma runąć w przeszłość — kiedy się budzi — przerażony — wyrzeka się podróży i pozostaje w domu otoczony radością ojca i narzeczonej — cała woń, cały koloryt w scenach nie dających się tu ująć, a tytuł odwrotny od każdorazowego dramatu, zostawia autora zupełnie samodzielnie twórczym, i nieraz dorównującym jaskrawym barwom Kalderona. Rolę Rustana ładnie oddał pan Krastel, Zangi zaś murzyna, będącego jego Mefistofelesem w ciągu snu całego, z mistrzostwem i prawdziwą potwornością pan Lewiński. — Od dramatów Grillparzera przejdziemy do uroczystości na cześć jego podjętej. Odznaczyła się ona nastrojem ogólnym tak wieszczym, nowszym, a co główna poważnym, jakiego od lat nie pamiętają w Wiedniu. Uwertura Beethovena pod dyr. Harbeka, nec plus ultra wykonana, i śpiew Schuberta (chór), stanowiły część muzykalną; mówił Laube — mowę sądzono różnie. Oto jej główne momenta i zwroty: Rzut oka na położenie Austrii i wojnę niemiecką — smutne wyniki dla Niemiec i cywilizacji — smutniejsze dla moralności — (ogólne potakiwanie).
 Charakterystyka chronologiczna pism Grillparzera. Człowiek-wieszcz-obywatel — — w końcu doliczył go Laube do dwóch geniuszów Niemiec, Szyllera i Goethego, mówiąc, że z dumą Austria dolicza go do tej trylogii. — Ostatnie słowa Laubego dotyczące cierpień, walki i zasług jego życia wobec liberalizmu i literatury wzbudziły zapał nie do opisania, i łzy zabłysły wszędzie.
 Mowa dr Foglar, słynnego poety, stanowi epilog tej uroczystości, ogłoszona drukiem tylko w gazecie Zellnera. Ta jeszcze bliżej dotknęła zapasów jego żywota. Grillparzer, jak rzekliśmy, nieobecny na obchodzie, przyjął w domu liczne deputacje, i odpisał wszystkim w kilku słowach, gdzie dziękując mówi: Jeśliście ziomkowie moi, przecenili tą razą moje zasługi literackie, to oddaliście sprawiedliwość uczciwemu człowiekowi, co znaczy niemało w tych postępowych czasach, w jakich żyjemy. Vortgeschrittene Zeiten. Smutne i przerażające słowa. W dodatku order cesarski i roczny dochód 3000 złr. z prywatnej strony cesarza, i list jego własnoręczny otrzymał poeta, i przyjął. — Przed laty trzydziestu, z tamtemi aktorami, jakiż zapał musiały budzić dramata jego! ależ i myśmy mieli Smochowskich, Nowakowskich, i wielką, zapoznaną Aszpergerową; gdzie oni?!...
 Co do malarstwa i plastyki nie miejsce tu do rozpisania o skarbach Belwederu, Liechtensteina, rycin A. ks. Albrechta (jedynego w swym rodzaju zbioru), o utraconej dla Wiednia galerii Esterhazy, O Canowie u Augustianów i świątyni Tezeusza, o mozaice wieczerzy Leonarda da Vinci u Minorytów, o Maria Stiegen, i t. d., dotkniemy tylko, że około zabytków sztuki w ogóle zasłużono się umiejętnem odnowieniem wieży św. Szczepana, tego zabytku gotycyzmu, który żadnym, nawet hiszpańskim (w swoim rodzaju) miejsca nie ustąpi — równie o naprawie pysznego nagrobku cesarza Fryderyka III w tymże kościele. Przechodzimy więc do nowszych okazów z dwóch wystaw. A najprzód główna wystawa obrazów w tak zwanym domu Schöbrunn czyli Künstlerhaus. Perłami tej wystawy są dwa Calamy: Calame (n. 19) Jungfrau o brzasku porannym; — obraz zaiste godzien swego mistrza, blaski świateł, twardość opromienionych śnieżnych mas granitowych, jednym rysunkiem, jaki tylko on posiada, zdumiewają i żywcem przenoszą cię w świat alpejski. Calame (n. 22) Jezioro czterech kantonów w wieczornem oświetleniu. Ten obraz przechodzi oczekiwanie wszystkiego, co można marzyć o pochwyceniu na płótnie prawdy i poezji w naturze — cicha, błękitna szyba jeziora, turkusowo rozpostarta, zda się szmerem fal rozmodlona w zachodniem słońcu — od brzegu olbrzymie drzewa pochylone rozłożyście ku głębiom tak pełne życia, plastyki i powietrza, światełek calmoskich wśród szmeru tysiąca listków przeglądających, główny zaś temat obrazu, epilog jego niebieski stanowią napiętrzone olbrzymy skał alpejskich, całe w aureolach rzuconych od spadającego słońca, oświetlonych tak ciepło i rzewnie, że grzać się zdają widza, — niższa zaś część skał, z lekka okwefiona powietrzem alpejskiém, którego mgły dziewicze ulatujące w przestrzeniach, chuchnięto czarodziejsko pędzlem Calama… Wystudiowawszy niegdyś Calama w muzeum bazylejskiem i lipskiém owe cztery pomnikowe jego obrazy, (Paestum, burza w Alpach, las dębów w wichrze a zwłaszcza Monte Roza) nie wierzyłem, by jeszcze któren z odcieni natury nie został przezeń pochwyconym — o też jeszcze jednym wyrazem z tajemnic piękności jest owa Jungfrau Calama — hymn natury, do którego człowiek tylko „Amen“ dołożyć może. (Cena każdego z dwóch powyższych płócien po 50,000 franków.). Po nich trudno przejść do innych, jednak chcąc być sprawiedliwym sprawozdawcą. — trudno przemilczeć obraz o obrazie Riedmüllera z Sztuttgardu (35) — Staw po zajściu słońca — poczuty niezmiernie ciepło — cisza — zmierzch — promienno przygasającem niebem, ptactwo wodne do gniazd ciągnące, zapadające w szuwar bagnisty, świat usypiania i rozmarzenia, chwycony prawdziwie i gorąco.
 Vöscher (24) z Monachium: Rzeka Etsch w Tyrolu, głębia perspektywy tego obrazu, z sumieniem pędzącym dalekiego wąwozu, przypominającym nasz drogi biały Dunajec w Zakopanem, wybornie oddana. Ferrari z Mediolanu (21) Plac jarzyn w Weronie, celuje szczególniej oddaniem archeologicznem ozdób architektury. Rozgłos największy uzyskały charakterystyczne obrazki wodnemi farbami pędzla Eduarda Steinle, będące ilustracją powiastek gminnych Grimma, pod tytułem: Schueewitchen und Rosenroth. Za daleko odwiodłaby nas szczegółowa charakterystyka powiastek i obrazów. Są one ideałem liryki rodzajowej, pokrewnej utworom Schwinda, choć samodzielniejszej od siedmiu kruków. Rysunek mistrzowski grupy, śmiałość, a głównie wdzięk i polot fantazji będący podstawą w bajce gminu, czynią te kreacje małemi arcydziełami. Program ich taki: Matula miała dwie córeczki — wdowa — w małej chatce, w której ubogiem podwórzu rosły dwa krzaki róż — jeden śnieżny, wtóry różowy — jedna z dziewcząt zwana Białuchą, druga Różową, posiadały te krzaki róż — jedna z nich była żywa, i tylko latała w las po kwiaty i łowiła śpiewające ptaki — wtóra cicha i spokojna, przędła przy matuli i czytywała jej, gdy nie było nic do roboty — na tem tle osnuł malarz swe pomysły — obrazek I. Diwe siostry, biała i różowa i ich przyjaciel niedźwiedź z niezmierną obieśnością, liżący ich ręce za to, że go w zimie przyjęły do płonącego komina — ten gruby jegomość, jego niemiecka Gemütlichteit, jako sporność z dwojgiem idealnych dziewcząt wyśmienicie chwycona. Obrazek II. Dziewczęta ratują karła od utonięcia. Karzeł z siwą brodą, ów myth codzienny w podaniach germańskich, to małe arcydzieło, pełne humoru. Obrazek III. Zapasy dwu karłów. Obrazek IV. Dalsze przygody z karłem i jego koniec. Obrazek V. Dziewosłęby. Ten obraz przeszedł się w uroku gracji… nie znam nic podobnego. Dwaj rycerze na pysznych rumakach dziarsko z swym orszakiem wjeżdżają w dziedzińczyk. W ganku stoi mateczka zapłakana, sfrasowana, a jednak rada ich odwiedzinom — po bokach obie siostrzyczki, śnieżna i różowa — przed każdą kwitnie krzak jej róż — fałdy szat obu córek rzucone prześlicznie, i włosy, i ręce, i główki jak u kwiatków zwieszone melancholicznie, a jednak z uśmiechem ciekawym… jak wiśnie krasne poza mur wychylone ogrodu… postacie ich delikatne jednak bardzo germańskie idą z tradycji Nibelungów — a w życiu zawsze te same z umysłem otwartym na piękno, a z mrówki pilnością około spraw domowych. Par exellence niemieckie. Rodzaj to zbytkowny malarstwa i nie początek wróżący, trzeba wszystko wyczerpnąć, by się tych subtelności chwytać w sztuce. — Dalej kilkanaście pięknych akwarelów Goebla. I znakomita akwarela p. Thibeaux (56) według belwederskiej z Rigauda — skopiowana, pod t.: Kirchenfürst. — W tej postaci ujemnie, a z mistrzostwem ujętej, zeszła się cała trafność rodzajowa — olbrzymia peruka Louisa XV, wyraz pełen wyrazów, rysy spiczaste, dowcipne — i Mazarina uśmiech gotowy w tem, czem nie dopisze Richeliemu, i ministerialność Alberoniego, i Metastazja bonwiwanteria (na nią nie ma polskiego wyrazu, i nie szukamy go) i przebiegłość prymasa Poniatowskiego i t. d. wszystko tam gra żywo, jaskrawo, a słodziutko i namiętnie. Nos Est[e]ry i nie głupi, sourir d’un lettré[2], oczy ciężkie i ospale przymrużone, ale czujne i żywe nie żurawią ale sowią czujnością — ręka alabastrowa, fiolety pełne kokieterii — woń salonu — muzyczka dla konkokcji, teatrum dla ziewania i zabawki…Między portretami odznacza się Grillparzera p. Axmana z Salzburga (89). Wśród historycznych, niepospolite miejsce zajmuje obraz naszego ziomka p. Eljasza, Krakowianina: Czarnieckiemu 1655 r. broniącemu Krakowa, chłopięta znoszą kule szwedzkie. P. Eljasz bez wątpienia czyni wielkie postępy, życząc mu przede wszystkiem jeszcze więcej plastyki dziejowej, jaka wysiłkiem nadludzkim prawie zdobył Matejko — a głównie pozbycia pewnego szarego, w brudne wpadające kolorytu, tu może on ujść za kurzawę wojenną, ale to tło brudnawe, jakiem obraz cały powleka, nie czyni miłego wrażenia. Z rodzajowych, jeszcze walka tygrysa z bawołem Verlata (85) przypomina werwę Rubensa, Schwertchakowa (99) obraz, podróżni ścigani przez stado wilków, przerażający obraz zimy bardzo trafnie oddany — trzy konie gnające galopem w rozpaczy o lepsze w zawody z wichrem zimowym, za lada chwilę ugrzęzną w zaspie śniegowej — kilku podróżnych w saniach broni się strzałami z samopału — cała zgraja wściekłych wilków, czująca swe zwycięstwo ściga ich zajadle — cała północna natura w swej grozie oddana — autor Moskalem, oddajemy tem bardziej sprawiedliwość. Obraz ten blednieje tylko wobec jednego — to jest wobec epilogu „Tułaczy“ Bolesławity — ale tam ofiary tak święte i zwycięskie świętością swoją, że pożerające je bestie, mogły by się uświęcić krwią, którą żłopią — i nawet… ale to nieco trudniej — śnieg i szron wsteczności który je przepada, rozpływa się w łzy anielskie, obmywające winy tej ziemi…
 Jeszcze jeden obraz Valaperta Franciszka z Florencji (108), wyobraża ciało króla Manfreda Sycylijskiego po bitwie pod Benewento z grobu wyrzucone, w śmiertelnej nagości, dla szyderstwa purpurą nakryte — wyraz twarzy woskowo pośmiertny jeszcze pełen szyderczej pychy — a brzegi mórz z za krawędzi skał w nieskończoność błękitniejące — świadki błędów i nieszczęść jego, one co tyle pamiętają -- zdają się szumieć głosem nemezy dziejowej.... Różnie sądzą o tem obrazie — śmiałości i niepospolitego traktowania nikt mu nie odmówi. Są też trzy rzeźby z Mediolanu p. Argenti — Skromność, biust marmurowy, — Nadzieja, biust — i Męczennica chrześcijańska — ostatniej wyraz najwięcej do nas przemówił, bez wątpienia i natchniony i znakomity mistrz tylko mógł stworzyć tę grupę — ale jest w niej coś, co grozi manierą Berniniego, — co nawet przypomina jego nieszczęsnych aniołów z mostu Rzymskiego i Św. Franciszka w podziemiach Asyżu.
 Jeszcze słowo o wystawie nieustającej — (Genossenschaft der bild. Künste). Celuje ona kilką głów znakomicie pięknych, na czele portret damy przez Lembacha. Artysta ten dość ma sławy, mianowicie jako kopista, by go wysławiać potrzeba, dosyć znać jego kopię dwóch miłości z Tycjana, którą do prywatnej galerii hrabiego Schach do Monachium, w Rzymie (Borghese) skopiował, równie kopie, które dla tegoż zbioru z Hiszpanii przywiózł. Portret wymieniony, con amore w flamandzkim rodzaju traktowany, zastanawia swą wdzięczną prostotą, godną mistrza, co nie potrzebuje całej sfory niesfornych efektów. Jako studium przepysznie też skopiowana z Rembrandta głowa staruszki p. Pentera. — Goebla aquarelle, Gunermana rodzaj, Wilberga połów ryb — cichy staw z łodzią — okryty mnóstwem pływających roślin, (20) studium sympatyczne każdemu kto bliżej zna naturę, przypominające niepospolity pod tym względem, temiż roślinami i wodną ciszą celujący obraz Schirmera w galerii Lipskiej. Mały Eras Corregia (?), gdyby nieco mniej apokryficzny, miałby prawo domagać się gościnności w Belwederze. Osobny salon mieści kilkadziesiąt wzorów do pomnika Szyllera — niektóre bardzo piękne. Równie model gipsowy kolosalny, statuy Dürera, pojęty nec plus ultra, i drugi Michała Anioła słaby i przyzwoity — oba do frontonu tegoż gmachu przeznaczone.
 Jeszcze — radzi byśmy choć słowo o życiu Polaków tutejszych nadmienić, — o ile z ustronia patrząc, pochwycić je można. Jest ich tu niemało — przejezdnych i stale osiadłych. Głównie młodzież kształcąca się, prawnicy, medycy, technicy, artyści — — schodzą się chętnie u ulubionego Dauma, gdzie znajdziesz polskie dzienniki, a nieraz gorącą i poczciwą rozmowę o sprawach krajowych… Na czele tej garstce polskiej liczemy ustronie żyjącego profesora Duchińskiego, imię zbyt popularne i szanowne, by o nim cokolwiek śmieć dodać, żyjący w pracy ciągłej a cichej, z stoicyzmem o najzacniejszej, cześć budzącej tradycji emigracyjnej, pracuje p. Duchiński obecnie nad dziełem w języku niemieckim, dotąd nam nieznanem — wpływ jego teorii na ziomków przeważnie skonstatowany, tu głównie podnieślibyśmy wpływ na cudzoziemcach wywarty, rozbudzenie w znakomitościach francuskich i niemieckich interesu dla naszych kwestii żywotnych. — Ku temu głównie przyczyniła się osiemnasta z jego konferencji (w Paryżu 1862) między innemi, oparta na własnym memoriale Katarzyny II, do ministra oświecenia, z przyczyny dzieła Strittera, dowodzącego że Moskale są Finami, pisze tam sama Katarzyna 4. uwagi, które winne być umieszczone w książkach elementarnych — oto jej własne słowa:

  I. Ce cerait un scandal pour toute la Russie si Vous admettiez l’opinion de Mr. Stritter sur l’origine finoise des Grands Russes.
 II. Le scandal et la repulsion ne sont pas des preuves de peu d’importance que leurs origines sont differentes.
III. Quoique les Russes different des Slaves naturellement, par les origines, vous ne trouvez pas entre eux de repulsion.
IV. Mr. Stritter de quel pays est-il? Il a certainement un système de nationalité un profit du quel il de nature les faits prener garde a lui.[3]

 Autor pomnika Nowogrodzkiego, w kraju, z zapasami swej specyalnej wiedzy, z katedry mógłby z niemałą korzyścią odzywać do miłujących naukę, a chcących zbadać prawdę dziejową. — — Cichą też i skromną, ale znaną i uczciwą pracą odznacza się jego małżonka, zasilająca prócz tego swą znakomitą korespondencją Bibliotekę warszawską, nie dość u nas liczną, w porównaniu z Królestwem Polskiem.
 O młodzieży pracującej w zaciszu domowem, można by też niemało dobrego powiedzieć, kierunek zwykle wytknięty i cel poważny, niektórzy za mało ufni w swe siły lub zbyt lękliwi o wsteczne przeszkody. — Dlaczego na przykład cichy pracownik jak p. Mar. S., bez posady i inicjatywy, biernie trzyma się na uboczu? nagromadził wytrwale mnóstwo materiałów krytycznych, filozoficznych i dziejowych, pragnął zająć się dziełem: „Historii cywilizacji w Polsce,“ dzieło wielkiej wagi, wymagające iście ogarnięcia i przyswojenia sobie całej wiedzy ludzkiej, — ależ ona mu już nie jest obcą — niechże raz wyjdzie z biernego stanowiska.
 Czynnikiem wielkiej zacności wśród kółek młodych i szlachetnej inicjatywy jest niemniej p. Wac. D. i jako taki czynnik, bez wątpienia użyteczny, wróci jako człowiek samodzielny do prac krajowych. Znaleźliby się i inni, ale i tak lękamy się ubliżyć skromności tych — cośmy dotknęli, czyż nie lepiej na te smutne, a moralistów szczepiących na wierzbie gruszki, tak płodne czasy, podnieść dobre, niż wciąż grzebać w ujemnych stronach społecznych. Nolite sacra miscere profanis…. [4]

Ernest B*** 




(List z Wiednia.)
II.
Marzec, 1871. 
 Chciałaś dalszego ciągu tych przechadzek samotnych wśród społeczeństwa Europy i naszego wieku, kochana Cecylio; uzupełniam więc jeszcze kilką rysami list pierwszy — rad, że choć z tak daleka pisany, nie uszedł twej uwadze — nie dziw — zawsze jesteś tą samą — na pozór lubiącą świat i gwar jego, który przygłusza nie jedno niepotrzebne uczucie, w rzeczy jednak, zawsze tak samo wyrozumiała, zatem wszystko rozumiejąca, i zawsze schylająca głowę przed ideałem, jak polna róża łzami nocy zroszona, którą tchnienie poranku z lekka kołysze o wschodzie słońca... piękniejszą nad inne, bo o własnej woni niewiedzącą.
 Obecnie stolica tutejsza bardziej niż kiedy szaleje i wiruje ostatkami karnawału — trzysta balów w tygodniu, to nic. — Dwie rzeczy sobie podobne: duża i mała, krążą arteriami ulic — omnibus i katarynka. - Otwórz jedno i drugie, wysyp figury duże i figurki małe, jedne i drugie złapią się i po smyczku Straussa walcować będą do końca, i poznasz w nich chętnego, wesołego Wiedeńczyka, który cię zbłąkanego wyprowadzi do końca ulicy i jeszcze podziękuje, Wiedeńczyka z hasłem znanem — leben und leben lassen![1] — Wiecie, czém jest odwieczny a zawsze młody, feniksowaty typ Strausoskiego walca. Wielkiego wdzięku jego melodiom, osobnej poetyczności jego polotowi chyba i zawistny młodości pedant odmówi — wyszydzali walc ci, co walcować nie mogli z żalu ile się zdaje (Byron). Ma on nieskończoności powabów sobie właściwe, jeśli dwie istot sobie podobnych, jedno prawie myślących, poleci jego wirem — czując jednako, i lecąc bez myśli kędy się zaleci. Tak myślałem - ale niestety strony mniej kwieciste ludzkości nawinęły się nieproszone, i widząc gerlandę nieskończoną par kołujących, doznałem pewnej wizji przejrzystości, przez ciała i kwiaty, wizji szkieletów wijących się tanem szalonym, w upojeniu lecących na pochyłości otchłani, by całą kaskadą białych kości, chaosem szału runąć w otchłań czasu — skąd nie ma powrotu; wspomnienia tylko, te jaskółki przeszłości, wracają stamtąd z ironią nie wiosnę wróżąc — — ale czem są wspomnienia? orszakiem melancholij — od niej smętniejszym, choć tak pięknym, w tak cudne fałdy żałobne okwefionym, uroczym... nieocenionym, gościem, którego nie wiedzieć czemu, choć nas zasmuca, nigdy się nie odpędza, bo taki słodki smutek nam przynosi, a jednak — wspomnienia — to gadziny, które się kładą w gniazdo orła opustoszałe i orła udają — a serce wspominające, wmawia w siebie, że to orlę, choć wie dobrze, że na zawsze orzeł odleciał... więc precz z wspomnieniami.
 Cechą też wybitną w życiu Wiednia są teatra drugorzędne — żywioł ich jednak nadto plaski, byśmy się nad nim zastanawiali — jest ich mnóstwo, a wszystkie na jedno kopyto, dowcip, zawsze charakterystyczny, jeśli nie jest rzemiosłem. Milej nam wspomnieć o jednym niedostrzeżonym teatrzyku, miniaturze teatru: To szkoła dramatyczna wiedeńska, nie dawno prywatnemi środkami założona, niekiedy publiczności otwarta. Dla kogoś, co zna nieco ludzi i badał człowieka, arcy zajmujące to i rzewnego wrażenia, widzieć te stopniami kiełkujące talenta przyszłości, (i naturalnie bez skalpelu krytyki) patrzeć na dzieci prawie, grające dzieła, jak: Lear, Makbet, Faust —, one co nie mogły czuć jeszcze tego, co oddają a jednak już intuicją artystyczną wznieść się zdolne do swego zadania, jak wieszcz opisujący nieznaną sobie a przemiłą krainę — najwyższe zadanie artystyczne. — Dziecinna lady Makbet i bezwąsy Lear, to ma także swoją cechę i znaczenie. Exempli gratia[2], widzieliśmy tam Hamleta, który nas głęboko wzruszył i zdaje nam się, że w tej roli występujący młody człowiek (Meixner) ma przyszłość niepospolitą, jeśli takiemi kroki naprzód iść będzie. Od śmierci Józefa Wagnera nie wierzyliśmy w drugiego Hamleta — dziś kto wie? cóż powiecie? dwoma pierwszemi aktami wyszliśmy więcej wzruszeni jak — z Burgu. Tylko w chwili, gdy ma zabić tyrana nie pojął swej roli, która jest nie mściwością wyrafinowaną, ale udawanem, drapowanem przed sobą samem wahaniem się. Taka szkółka dramatyczna może przynieść owoce. Przejdźmy raptem do wielkiej szkoły — oto czarny całun i wieńce laurowe. — Lew uśpiony — na zawsze — wspanialszy niż lew Kanowy — to Wielki Loewo, tragik z Burgu — nowa — niepowetowana strata dla Niemiec artystycznych. W mowie pogrzebowej, głęboko poczutej, rzekł p. Dingelstedt, że młodzieńcem grał starców, mężem oblubieńców, starcem bohaterów — i zmarłemu Romeo przekazał świeży jeszcze grób jego Julietty (pani Rettich). Do jakiego stopnia przejmował się rolą, dowodzi wymieniony fakt, że raz grając Franca Moora w Weimarze, strzałem z pistoletu, o którym nie wiedział, że nabity strzaskał sobie dwa palce — jednak do końca aktu dograł rolę tak, że nikt się nie dopatrzył, — a palce kazał sobie spoić na zawsze krzywo, by sztywnie przy złożeniu ręki w rolach nie wyglądały, kto go pamięta a ma atom artyzmu, zasmucić się musi, i dla tych tylko to piszemy. Druga strata, ciężka dla malarstwa Niemiec, to — Maurycy Schwind, malarz-liryk, Wiedeńczyk, który dla braku chleba powszedniego opuścić musiał miasto dziś się szczycące autorem Melusiny, Siedmiu kruków, dekoratorem swej wspaniałej opery, której jego ręka dodała ostateczną ozdobę. Od tej bolesnej straty przejdźmy do nowej, okrzyczanej zdobyczy, — tą są obrazy Makarta, jest ich dwa, nabytych w gmachu stowarzyszenia artystów, tak nazwane Abundanzia. — Pierwszy przedstawia dary ziemi, drugi dary morza. Bez wątpienia Makart zajął wielkie stanowisko w nowoczesnej szkoło niemieckiego malarstwa —. Już walka wzbudzona jego dziełami świadczy o ich niepospolitości. — Zastanowimy się nad nim głównie, jako nad malarzem charakteryzującym swój czas i wiek — w formie nec plus ultra, charakteryzującym materializm, doczesność w całej jej istocie i tryumfie (doczesnym) bez żadnej żądzy ni tęsknoty za innym lepszym światem — nie uśmiech to pogody helleńskiej, mającej swe filozoficzno znaczenie, ale uśmiech zmysłowy, pochwa przepyszna, bez miecza.
 Dary ziemi, pierwszy obraz przedstawia ziemię, siedzącą w pośrodku grup ją otaczających — dziecię pełne życia i zdrowia na jej łonie, drugie starsze plecami do jej kolan przyparte, kilka innych w koło bliżej i opodal symboliczne postacie użycia w młodzieńczych i niewieścich kształtach — życie, materia, której Makart wielkim śpiewakiem tryska zewsząd jak z rogu obfitości, użycie uśmiecha się i wabi — gerlandy kwiatów i owoców, mistrzowsko oddane, — otaczają to wszystko i błyszczą właściwą ponętą. — Ziemia uśmiechnięta lubieżnie raczej niż po macierzyńsku, Aspazij raczej niż Cererze lub Izydzie podobna, powiada: Chodźcie i używajcie póki czas. Dary morza z podobną symboliką ujęte i grupowane. Najpiękniejsza z nich postać kobiety, Afrodyty jak się zdaje. Ta plecami tylko zwrócona i połową tylko oblicza dostrzec się dająca, oddana z mistrzostwem nieporównanem, światło karnacji, jej miękkość i plastyka dochodzą do szczytu, jakiego dosiądz może technika malarza. Równie plastyczne geniusze wodne, trytony, nimfy i Syreny w grupach gracją o lepsze współzawodniczących rozsiane. Filozoficzną treścią są dary materialne ziemi i morza — dzisiaj — jutra niema — tu cel, tu koniec. Pracą, siłą, przebiegłością dobijcie się wszystkiego, czego kto może, i używajcie samolubnie na laurach waszych trudów. — Co do artyzmu, Makart jest despotą formy, opanował ją jak niewolnicę, każe jej się wić, płaszczyć, błyszczeć, rość, topnieć i twardnieć za swojem skinieniem — przetapia ją i wskrzesza — włada nią jak Słowacki językiem, jak machinalni wirtuozi gammami. Obraz jego zdaje nam się jak gmach okazały, który przy kombinacji najmisterniejszej wszystkich architektur i systemów ornamentystyki, przy znajomości wszystkich arcydzieł budownictwa, które łączy, ma wszystko — prócz własnego typu! i tak, użył najprzód złotego tła bizanckiego — rzecz oryginalna, nadająca się do zbytkownego uwydatnienia jogo plastyki, o pulchnych, mięsistych, błyszczących kształtach. Koloryt jego podobno dziś nie ma równego sobie, purpura jego z konchy tkana, błękit turkusa, i fiolet i słoneczne złoto z natury — zbliżony świadomością cery do Velasquesa, ciepłem weneckiej szkoły do Tycjana, karnacje Rubensowskie, choć delikatniejsze, przypominają niekiedy słoneczny puszek Correggia — idealność szkół włoskich, i realizm flamandzkich, wszystko to pożyte, przyswojone, i zażyłe ze świadomością siebie. Na rysunku nie dość się znamy, przeto nie śmiemy sądzić, ale rezultatem wszystkiego pogaństwo, o jakiem nie śniło się żadnemu z filozofów epikurejskich — uśmiech zadowolnienia — o smętności chrześcijańskiego świata, o życiu jakiemkolwiek przyszłem, ani słychu, ani jego potrzeby, ani znaku zapytania — przesyciwszy się formą i złotemi owocami, z których żaden nie jest zakazanym, — odeszliśmy od obrazu: z przerażeniem! — Gdzieś ty o naiwny Giotto, Danta przyjacielu! i ty na biblii i Dancie wzrosły Buonarotti!...
 Są podobne twory w świecie sztuki — n. p. w pezij, liryka wschodnia lub Don Juan Byrona — ale pierwsza mniej materialna, a ostatni na pozór cyniczny, ciągle pełen łez, goryczy i tęsknoty — za utraconym światem, który odzyska, a który stracił, bo poczuł, że ludzi opromienił tylko aureolą swego ideału, swej szlachetności, że bez niej są... Tej tęsknoty za ideałem w Makarcie na lekarstwo, bo ideał — już tu, na ziemi osiągnięty, przyniosła go cywilizacja, na cóż innego? Tajne zapewne byłby przed temi obrazami w większem zadowoleniu jak przed Rafaelem i Apollinem. Drugi obraz, który głębokie sprawił wrażenie, to anatom Maxa (z Monachium), wprost przeciwny w zasadzie Makartowi. Pamiętają wszyscy z wystawy paryskiej po dziś dzień płótno oryginalne, tyle podziwiane, które mogłoby ujść za pracę polskiego natchnienia, za poród boleści narodu dziś wydrwiwanych nikczemnie. Obraz ten zwany Świętą Julią, przedstawia męczennicę niewieścią, na krzyżu wielkim rozpiętą, u stóp jej przypadły do ziemi klęczy młodzieniec żalu pełen, trzymający wieniec laurowy. Tym obrazem artysta od razu zajął stanowisko w Europie. — Jakżeż inne pojęcie świętej męczennicy od utopionej Delarocha, a jednak jaka boska łączy je analogia co do natchnienia i pomysłu. Tą razą Max przysłał do Wiednia swego anatoma. — Z dzieła tego widać głębokie wpatrzenie się w najgłębsze zagadnienia serca i ducha ludzkiego — tu sporność z obrazami Makarta świadcząca, że jeszcze nie koniec wszystkiemu, tu właśnie ta tęsknota za ideałem, to doławianie się tonów arf anielskich, innego świata, to śledzenie drżące, bolesne, wątpiące ale wierzące w samem zwątpieniu, w którem śledzi w zgasłem ciele — pierwiastku ducha — który uleciał.
 Co do formy, zwłaszcza kolorytu, nie dostoi ten obraz Makartowi, ale pomysłem, pojęciem i traktowaniem rzeczy jest wznioślejszy o całe niebo. W skromnej, samotnej pracowni siedzi mąż przedwcześnie zestarzały — jednak młody, o łagodnem i myślącem obliczu — przed nim na ławie drewnianej — ciało dziewicy — obnażone — zimne, w biały całun do połowy otulone — jak dziecko — lub mumia, to dziecko śmierci nowo narodzone — rysy jej niegdyś cudne... noszą już pierwsze ślady rozkładu... uśmiech zwiędły jeszcze świadczy o życiu, oczy przygasłe — o wdzięku — anatom w nią wpatrzony, jakby mu niegdyś była znaną, znaną blisko... jak człowiek przerażony, który nie przeczuwał, że ją tak — obaczy — że to ciało będzie sekcjonował... skalpel jeszcze drży w jednej ręce, a drugą przesłonięte oczy zdają się zapłakane... w piersi dziewicy blizna, i w głowie blizna — snąć jak ów anatom z „świat i poety“ badał serce — i badał mózg, w jednym i drugim śledząc pierwiastku ducha, którego nie znalazł, zdaje się dumać gdzie duch ten uleciał?.. oto treść obrazu — głównie uderzyło nas skostnienie przerażające, jakie z mistrzostwem oddał malarz. Zimno już grobowo — śmierć, sztywność, i stężenie, które już nie dałoby się przegiąć podjętej kibici,. przerażają do żywego... mniej zachwyca żywość kolorytu w tym obrazie, który tak ogólne wzbudził zajęcie i tak różnie był krytykowany. — Rysunek, koloryt, grupowanie i traktowanie to wielkie i pierwotną podwalinę stanowiące rzeczy, nie zbywa na nich temu obrazowi, ale to co najwyżej stawiamy, idea jego pomysł psychiczny, odznacza przede wszystkiem artystę, i dzieło, jak gładka poezja, nie stanowi jeszcze poezji bez pomysłu, jak kompozycja z eleganckich przejść i fiorytur złożona mimo wykwintności tonów stanowi jeszcze przepaść między muzykiem istotnym a wirtuozem, tylko tęcza natchnienia, po której duch stąpa, stanowi most łączący brzegi tej otchłani.
 Osierocony teatr w Burgu, który znowu w dawnym gmachu, odnowionym pozostanie, nie wiele przyniósł nowego. Głównie odznaczył się dramat Kruzego p. t. „Hrabina“ dany z powodzeniem, a polemika świadczy za nim. W operze "Judith" Dopplera przyjęto sympatycznie, co zawistna jak zwykle krytyka skonstatowała jako succès d’estime. Judith (podług Debla) nie stanowi epoki oryginalnością pomysłu, ale jako dzieło o poważnym stylu i nieskazitelnej formie świadczy o ciągłym postępie kompozytora Wandy i Ilki, niezłamanego poniesioną właśnie stratą syna jedynaka, a już znakomitego artysty!... Najwybitniejszym faktem w rocznikach opery, to gwałtowny tryumf „Błędnego Holendra“ p. Wagnera (Fliegender Holländer) Wszystko co mistrzowska orkiestra p. d. Herbeka, i przepyszne dekoracje zdołają, złożyło się na to przedstawienie. Opera ta, z Wagnerowskich, następuje po Rienzim, w niej autor Lohengrina a Tristana nie jest jeszcze sobą, jednak utwór ten, którego sam z tego powodu nie lubi, niepospolite sprawia wrażenie. Sam bohater, rodzaj wiecznego żyda tułacza na morzu, symbolizujący myth każdego istotnego artysty, oddany był z posągowym i demonicznym spokojem przez p. Becka, równie pani Dustman, jako Senta, mniej odznaczył się Gunz w gościnnej roli jej ojca. Chór prządek był po mistrzowsku złożony, oddanie morza bajecznie łudzące (do którego falowania użyto aż kilkudziesięciu parowych kominów) błyskawic, burzy i okrętów, to wszystko z muzyką połączone porwało publiczność i szturmem zdobyło sobie stanowisko, przyniósłszy wielkie summy, (a tém tutaj mierzą). Co dzień jaśniej się widzi, że Wagner wielkim reformatorem muzycznym, nie sądzimy, by utworzył specjalną szkołę, owszem, byłoby śmiesznem i niedołężnem małpiarstwem, gdyby wszyscy na Wagnerowski kaliber komponować zaczęli, (już kilku padło ofiarą tego „Zauberlehrlinga“) ale sądzimy, że Wagner zdziała więcej, niż gdyby szkołę utworzył oto: on zreformuje wszystkie szkoły nowemi postępowemi pierwiastkami, jakich przysporzył, i w tem jego stała zasługa w przyszłości.
 Godzi się też wspomnieć o mistrzowskiém oddaniu Figara Mozarta; dawano też „Flet czarodziejski,“ „Lucię“ i „Fausta,“ w których śpiewała panna Sessi z Cowent garden i Wł. opery paryzkiej. — Jako kolorystka nie zniesie porównania z panią Artot, a w Lucji pamięta Wiedeń Adelinę Pati i Murską. Z tego powodu nie zbyt świetne były jej występy, i dla tego zdaje się pani Sax z Paryża zachowała w Wiedniu ścisłe incognito. Kilka razy też świetnie powtarzano Hugenotów! to arcydzieło, w którém Majerbeer stanął u szczytu, jakiego później już nie dosięgnął. W „Robercie“ i „Proroku“ jeszcze wytęża potężne skrzydła, zadziwia środkami, któremi rozporządza, ale lot geniuszu już nie dopisuje. Czem jednak tak celują Hugenoty? prócz efektów wokalnych i instrumentalnych, prócz kolorów bogatych, jakiemi tony farbuje, co głównie podniosło i trzyma ich znaczenie? oto oryginalność rytmu! w rytmizowaniu tej opery nikt go dotąd nie przeszedł. Cały olbrzymi akt IV. i duet Raula z Valentyna, ten najświetniejszy z duetów dobrze były oddane przez p. Waltera i panią Wilt — ale dobrze i temu kto Rogera i pani Viardot nie słyszał.... Równie orkestra do najdrobniejszych odcieni była wierną swemu zadaniu. Piosenka Starego Marcella w 1. akcie, z fletem i odległym bębnem przerażająco była oddana, pan Scaria w Dreźnie jednak jeszcze potężniej ją śpiewa. — Jak demoniczne może być wrażenie fletu w orkestrze, jak bogate jego użycie, dowodzi prosta paralela między śpiewką Marcelin z Hugenotów, a toastem Gaspara z Freyschütza! — Panna Elm nie bez szczęścia podjęła roli Elizy w Tannhauzerze. W antraktach ostatniej Lucji zachwycił grą na arfie pan Zamara, członek orkestry wiedeńskiej — opanował on arfę tak bajecznie, takie brylantowe wysnuł z niej tony, że nawet Berlioz, co do arfy tak wymyślny, bez wątpienia byłby go zrównał z panem Parisch Alwars, pierwszym arfistą. — Ostatni koncert filharmonijny nie świetnym odznaczył się programem Ouwertura Mehula Chasse du jeune Henri, — symfonia Mozarta (bez Menuetu) i symfonia nowa Forstera — nie bywszy, konstatujemy tylko wyjątkowym obyczajem sprawozdawców, którzy najlepiej zdają sprawę o koncertach na których nie byli. — Niedawno wykonano Magnificat Bacha w opracowaniu Roberta Franza przyniosło chlubę stowarzyszeniu śpiewaków. — Ciekawych artystów, nie mogących słyszeć tego utworu odsyłamy do broszury o tem dziele, którego niebiańska polifonia zdaje się być przepełniona chórami aniołów Wita Stwosza, i Świętemi Durera!
 Z koncertów prywatnych odznaczyły się panny Regan śpiewaczki, pana Epstein, pana Rudolfa Sieber, pianisty (ucznia Rubinsteina), panny Fichtner, pianistki, która też z wielkiem powodzeniem w polskiém towarzystwie dała się słyszeć na wieczorze u państwa S. Koła polskie także dość ożywione były w czasie karnawału. Najmilej bawiono się w domu hrabstwa Re..., po staropolsku gościnnym, małe ściany salonów rozszerzały się jak w pieśni o ziemi naszej, i pod wpływem serdecznego przyjęcia było się żywcem przeniesionym do kraju. Z prac polskich na polu literatury donosimy, cośmy zasłyszeć mogli. I tak Anna Oświęcimówna, p Antoniewicza, słynnego tłumacza Uriela Akosty, ma wyjść w nowem, zmienionem wydaniu, zbogacona ilustracjami Artura Grottgera, które tenże jeszcze w Wiedniu autorowi ofiarował. Kółka młodzieży zawsze te same, odznaczają się w tym roku szczególniej cichą i skrzętną, pracą. Śród nich szczególniej p. Maur. Str., dr fil., pracujący wytrwale na polu filozoficznem, głównie pod egidą profesora uniwersytetu Zymmermana, nad dziełkiem o ekonomiście Smith, słynnym twórcy systemu podziału pracy. — Pan Str. ocenia w tej pracy Smitha ze strony czysto filozoficznej, strona nowo podjęta i oryginalna, na polu u nas zupełnie odłogiem leżącém. Oby ta praca utorowała mu drogę, na której pragnie być użytecznym krajowi. — Korespondentka do Biblioteki Warszawskiej z Wiednia podaje kilka nowych rysów z najbliższego życia Mickiewicza p. t. Ewunia, postać Ewuni i epoka włoska z życia Mickiewicza skreślone bardzo wdzięcznie i z talentem tylko jej niepospolitemu pióru właściwem. Istotna zasługa, i niestety odwagi cywilnej nawet wymagająca dziś wyświecać żywoty wieszczów naszych, kiedy chwilowo (przeklętą) modą stało się naszczekiwać na wszystko drogie nam i wielkie, co się czciło wczoraj i jutro czcić będzie... więc szydzić i plwać na najświętsze wysiłki narodu w największej z jego walk o życie, którą dowiódł krwawo, że żyw nieśmiertelniejszy jak wielu co łudzą pozorami życia, dla czego nie! w czasach gdzie bezkarnie wolno Adama i Zygmunta zwać łudzicielami narodu, gdzie zanieczyszczono miejsce przeznaczone na posąg Słowackiego...! ale gdzie byłby dziś naród i czém bylibyśmy gdyby nie oni?.. co nas wychowali i wykarmili, co nas wypieścili osieroconych z pieszczot macierzyńskich nim przyszła kolej na kolce żywota? Czy bylibyśmy byli Polakami dotąd, gdyby poezja siedząca u grobu Polski świętości zwłok jej nie strzegła, i nie mówiła o niej i jej krzyżu jej dzieciom, przed któremi ją na wsze strony spotwarzają? gdyby ich nie wiodła do boju, do pracy, a dała zatyć w dobrobycie cywilizacji materialnej z uśmiechem zadowolnienia i wsteczności!? Stan ten literatury naszej podobien wielkiemu piątkowi, kiedy na odartych ołtarzach powywracane lichtarze, dzwony milczą, a wszystko czarnym całunem pokryte — przy grobie zaś stoją na straży żołdaki w spiczastych czapkach i ze wszystkich sił swoich pozują — na niepozujących. Kiedy dzwon na alleluja uderzy, taki i siaki to samo krzyczeć będzie, nam się zdaje, że siaki i taki dziś mówić winien co czuje, jeśli prawdę kocha, — choćby z zaszczytem narażenia się na najjadowitsze obelgi.
 Ale odeszliśmy od przedmiotu — wśród prac polskich w Wiedniu głównie wspomnieć pragnęliśmy o dramacie „Marta z Nowogrodu.“ J. K. Brodzica (pseudonim). Wyznajemy, że polskiego dramatu na tej wyżynie tak formy jak treści nie znamy, przeto życzyć mu prędkiego na świat wyjścia i pojawienia się na scenie ojczystej. Tem kończę list mój może zbyt chaotyczny i żegnam Cię Cecylio; jak widzisz nigdy nie byłem dobrym korespondentem — pozdrów Raula, i powiedz niech przestanie być płochliwą sarną a idzie swoją drogą spokojnie, a przypominaj mu, że tylko wszechstronnie wykształcony artysta do jego celu zajść może. Nie dziw się bardzo pretensjom Telimeny, są istoty przypominające mi krzywą wieżę w Pizie, gdyby była prostą nikt by o niej nie mówił — a tak...
 Do widzenia, może się ozwę z Sycylii, niech Cię strzeże twoja patronka.

Ernest B*** 


List z Sycylii.(W pełnem morzu.) III.
Władysław Tarnowski	

Kwiecień, 1871.
  Nigdy rozminięcie się z tobą mój Onorato [1], nie było mi przykrzejsze, jak tą razą – jakżebym rad ujrzeć twoje płótna, już nie szkolne, ale wyemancypowane samodzielnością pracy, potężniejsze siłą rysunku i bogactwem kolorytu – pamiętny tego obrazu morza i Wezuwiuszu, który na pamiątkę zrobiłeś mi z mego tarasu hotelu Washington w Neapolu. Nigdy byłbym był więcej nie potrzebował uściśnienia przyjaznej dłoni artystycznej, jak tą razą, w chwilach niepewnych a brzemiennych pracami młodości, które odważyłem się nieść pod włoskie niebo. Z powodu tego rozminięcia się z tobą w Rzymie, sam przesiedziałem w ciągu jednego dnia niezmierzoną chwilę w Coloseum, w mej dawnej spelunce, i w termach Caracali, wspominając jak mnie tam przez pomyłkę raz na noc zamknięto, i wszystkie myśli do tej nocy wiążące, które ci kiedy indziej opowiem, i moje tamże przechadzki z Lisztem i długie rozmowy; i sam przebłądziłem przestrzenie świętego Piotra, od pomnika do pomnika, od mozaiki do mozaiki, gdzie niegdyś wydeptałem prawie ścieżki od lwów Canowy do grobowca Pawła III., i sam jak ongi przesiedziałem pod moją trzydziestą i którąś kolumną św. Piotra, przy szumie fontan[n], których warkocze księżyc zaplatał iskrami, i sam przewędrowałem Bracio nuovo [2] Vatykanu, i przeleciałem Via appia, by potem cię nie zastać w Neapolu i samemu z piersią, jak nigdy przepełnioną, przeleżeć w złotym piasku na villa reale, patrząc na amfiteatralną zatokę, z błękitnawej Partenopy ziejący Wezuwiusz, i w gerlandach winnic a śnieżnych gołębi festony ruchome otoczony, cichy.. . grób Virgilego [3]... morze szumiało fal milionem, a fale silniejsze wzbierają wszech uczuć i myśli potopem, i czułem w tej chwili, że jeśli ocean jest harfą, to niemniej harfa jest oceanem nieskończończoności, w którym zaklęte wszystkie nieba i piekła jakie przechodzi duch ludzki, po szczeblach drabiny swego postępu, a każdy, który już przeszedł jest mu niczem, i tylko przyszłe są mu pożądane na tych schodach snu Jakubowego, i czułem, że najstraszniejszem z uczuć jest potrzeba kochania, i że jeżeli samotność w nieszczęściu jest groźną, to w chwili szczęścia jest najsmutniejszą z smętności.
  Ponieważ cię nie było, ani w Rzymie, ani w Neapolu, za karę przesyłam ci ten list z za oceanu pisany, często w pełnem morzu, dzielący się z tobą wycieczką do Sycylii. którą chciałem dosnuć mą pielgrzymką po całej Italii, a jej greckiemi zabytkami dopełnić mej podróży dawniejszej po Grecji.
  W ostatnich kilku godzinach w Neapolu, poszedłem do Borbonico raz jeszcze, posiedziawszy u stóp Apollina Kyttarretos, pocałowałem na pożegnanie moją Psyche Capuańską, pozdrowiłem Pompejańską lirnicę, strojącą dwie lutnie na jednaki ton, i zazdroszcząc jej tej harmonii skoczyłem w łódkę. .. Morze wzdycha niespokojnie i miota nią gwałtownie, mrok wieczora zapada, niebo szafirowe coraz ciemnieje, statek długi warkocz dymu rozplata i sieje nim na pożegnanie i już porze [4] piany otchłani, gerlanda [5] dzikich mew, rozpleciona na niebie krzyknęła dziko, odwtórowali jej majtkowie – wznosi się kotwica, ho! hu! ho! hu! płyniemy daleko i dziko, byle nie wracać. Neapol oddala, się w urokach uśmiechniętych bez końca wśród tych czarów błękitnych, i promiennych, tych harmonii linii rytmicznych w naturze, nigdzie piękniejszych ... półkole zatoki spiętrzonej łagodnie, góry San Martino i Kamedułów błękitnieją, nikną otulone mgły powłoką jak postacie drogich osób, które już otacza mgła oddalenia, a które żal idealizuje. Wreszcie, wysuwa się Wezuwiusz, nad jego piekłem hostia księżyca biała zawisła w anielskiem podniesieniu, u stóp jego biała śpiąca Pompeja, śnieżnym całunem mgły pokryta, ta pełna ironii ofiara, której katusza na światło i rozkosz tylu umysłów się stała, a której tak spokojnie w oczy poglądał Pliniusz, zaprawdę nieśmiertelny; gwiazdy zatlone nad nieskończonościami mórz mrugają śród ciszy, a noc nadpływa z daleka i lecąc rozpuszcza włos kruczy, i płaszczem gwiazdo litym otula przestworza samej ziemi. Na jej tle podniósł się Wezuwiusz – oto period jego wybuchania! raz szczyty jego zieją w niebo łoną [6] a piekielną, i przygasają ku śnieżnemu obliczu księżyca płynącego w ciszy niebieskiej, a raz miota strumieniem płomienistym, który w trzech kierunkach pędzi w dół kaskadą stopni kamiennych, błyszcząc falami w oddalach nocy, i świeci ponad cało morze – blaski i okropność cudownego zjawiska, oczyniają mnie tak, że drżę cały, trzymając się lin podrzucanego okrętu. Coraz ciemniej –, coraz ognistsze trzy kaskady w dół pędzą po sobie - coraz ciemniej - wiatr zrywa się od Capri - zawijam się płaszczem s[z]amotanym i dalej, wśród huku pian stoję wśród żeglugi, dopalając ostatnie wiedeńskie cygaro. Skala ognia coraz jaśniejsza, płomienistsza śród ciemności nocnych, niknie we mgłach roztopiona Partenope uśmiechnięta!
  Kolebko ludzkości! gdzie te wieki młodociane, kiedy na łodziach łabędzio-skrzydłych, z śpiewem chóralnym płynęliście syny, natchnionej harmonijnej i bohaterskiej Hellady, roznosząc z osadami waszemi cywilizację i tradycję Bogów Olimpu, pieśń Homera, myśl Platona i kolumny Kalikratesa. Ku Partenopie żeglowały łodzie wasze, wiedzieliście w instynkcie waszym, czemuście te brzegi wybrali! wybór zaiste Greków godzien; śpiewają na łodziach w zachwycie i radości wesoło dobijają lądu, a resztę dzieje dośpiewują, i Apollo Kytharredos, i Psyche Capuańska. Odwraca się i tonie z kolei Wezuwiusz, iskierką niknie, zbliża się ostro-zębiasta Capri i Anacapri z swemi schodami, z których schodziłem raz, nocą najpiękniejsza w życiu – mijamy gruzy świątyni Herkulesa - chowa się Capri i salto di Tiberio, nastaje cicha pełnia morza i nieba - za nami złota szeroka ścieżka rozorana piersiami okrętu, zda się na zawsze rozesłana taka spieniona i wybitna, a wrzekomo się zaciera i ustępuje nowym falom jak uczucia ludzkie, których słowa zwykle fatamorganą życia. W tej nocy i ciszy gwiazdolitej może myślisz, że głównie o Sycylii i Hellenach myślałem. O nie – myślałem o dwóch rzeczach, a raczej przedmiotach, które mnie na wskroś przepełniały, jeden człowiek, którego tylko co poznałem, by znów pożegnać, i jedna książka, którą przeczytałem, by jej nie zapomnieć. Ten człowiek to Teofil Lenartowicz, ta książka to o "Drogach ducha" przez autora Ojczenasza.
  Zanim ta noc na statku przeminie i promień słońca draśnie Sykulskie brzegi, - powiem ci i wyspowiadam, wrażenie doznane po obu, gwiazdy błyszczą i fale szorują, gdzieś pluska Delfin wesoły, a piosnka majtka co nie śpi jak ja rozlega się z jednostajnością melancholiczną nad przestrzeniami fal, ni to głos mewy pustelnicy.
  Szczęście czułem, z poznania tego, któregom w pieśni tyle ukochał, jednego z ostatnich złotej plejady naszej, pierwszorzędnej a niepowrotnej. Trwogę czułem, przekraczając próg Teofila, pieśniarza, którego Zachwycenie zachwyca zamki i sioła, a błogosławiona błogosławi niebieskim spokojem dzieci ludzkie, a którego pszczołobrzęka lira dziś poślubiła dłuto niepospolite. Myślisz, że mnie powitał aforyzmami powagi świecznikom właściwej? nic mniej. Ziomek zacny nasz w Florencji, pan A. W. wprowadził mnie do tego pokoiku, więcej jak skromnego Croce al Trebio, skąd pieśń tyle popularna, przeciekła i wsiąkła w wszystkie serca polskie, a dziś we włoskiej mowie poczyna się rozbrzmiewać. W tej izdebce, atelier razem stanowiącej, jest jakaś atmosfera ciepła, tem serdecznem ciepłem polsko-sielskiem, którą się z cichą łzą wdzięczności opuszcza, a bierze jak błogosławieństwo z wspomnieniami na drogę. Człowiek w niej cichy, z uśmiechem płaczącym, dobroci anielskiej, człowiek o natchnieniu ewangelicznej prostoty, z tradycją bonus pastor [7] z katakumb chrześcijańskich przedświtów, który od razu wita w tobie brata, ogarnia uczuciem, rozrzewnia pieśnią i zdumiewa pracą, a siłą serca nad potęgami cierpienia i samotności, w jakich przebywa. Myśmy z daleka przywykli, po tej srebrnej lirence, co zawisła dla miłości każdego domostwa na ścianach polskich, jak krzyżyk na gwieździe, sądzić Lenartowicza, (po jego kalinie i pieśniach z wonią siana, rosą podzwonną i tęczami łez ludzkich pomieszanych, tylko po szumie lipy czarnoleskiej, słabo nas dolatującym go sądziemy, dudarza miłościwego, tylko myśli kto nie zna człowieka, to tylko jedna jego strona. Lenartowicz, to prócz poety sielsko-lirycznego, człowiek o groźnej głębi ducha, poważnej jak gotycka świątynia, najrozleglejszych wiadomości z brzękiem pszczoły zbieranych, kosztem życia, to orzeł bujający wysoko a tylko głosem skowronka obdarzony - i po tym głosie sądzą go ludzie! W pokoiku tym rozrzucone aparata i prace rzeźbiarskie, tak dziwnie i z taką niespodzianką włoskich nawet artystów poczęte. Wiesz o rzeźbie dokonanej chlubnie: Przejście Izraelitów przez morze – oto druga tylko co pomyślana w modelu: Misa z głową świętego Jana.
  Zaiste poeta rzeźbiarzem a rzeźbiarz wieszczem! i podwójnie jak Francia (malarz) mógłby się podpisywać. Na krągłej dużej płycie wypełnionej płaskorzeźbami, o kształcie życia pełnym i rysunku szlachetnym, nade wszystko o draperiach po starożytnemu pojętych, za któremi nie idą ciała jak dziś, ale które idą za ciałem, wśród szału, wesela i tryumfu materii w historycznie ujętych rapsodach grupami, i alegorycznie przedstawionych z natchnieniem przypominającym Donatella, co za sporność! [8] w środku we wianku kilka słów świętych i proroczych, leży głowa świętego Jana z spoczynkiem już niebieskiego zachwytu, jakie miała niebios narzeczona, z pięknością pośmiertną jakiej nie zna życie.
  Tę samą głowę znam przez Correggia i Guida, przez Carlo Dolce i Schöngauera, a żadna (suum cuique [9]) nie sprawiła mi tego wrażenia – czemu? bo tam sztuka mistrzynią, tu poezja prawdy pełna wcieliła ten prosty kalwaryjski wyraz, pokrewny chuście świętej Weroniki! – Dalej wokoło manuskrypta Teofila, wśród nich ostatni wiersz do Kornela Ujejskiego, który jak ptak przeleciał szybko nad Włochami, czy z tęsknoty za krajem, czy z żądzy wyśpiewania czegoś nowego.... Rozmowa Lenartowicza cicha i rzewna, prosta a głęboka jak zdrój świeży, jakże nam szybko i mile płynęła. . . rzucał w nią wszystkie kwiaty miodowe, jakiemi rozporządza tak hojnie, nie pytajcie o czem mówiliśmy, ale o czemśmy nie mówili! o kraju, o sztuce, o Helladzie, o świecie bizanckim i fantazji wschodniej, o Rafaelu, o jego skrzypku, o Savonaroli i świętej Katarzynie Siennejskiej i ich stosunku, o kopułach Brunenelescego a Buonarottego, o Romie i Egerii, wreszcie o róży i cierniach . . . o sercu i troskach jego, od straty ukochanej żony, i chorobie (kamień!!), która go dręczy mniej, niż kamień co ciśnie serce stęsknione za krajem. .. Zostawiać Lenartowicza samego w tym pokoju, choć w sąsiedztwie Pitti i San Lorenzo, z samotną żałością, której praca nie zagłusza, to się nie godzi. Przebóg! czyżby kraj nie miał jednej użytecznej a wzniosłej posady, która by go ziomkom, a jemu słońce ojczyste wróciła, nim rosa oczy wyje? ... Dni nasze są policzone, i może pomyślą nad tem ci, co czytać umieją. Jednak czy Lenartowicz zniósłby nasz klimat i. . . nieco mroźniejsze usposobienia pewnych koterii? - to inne pytanie - ale dość, łzami dajcie mi pisać, bo atramentem o tem się nie godzi! . . .
  Druga rzecz, kiedy już z tą rozstać się trzeba, to książka "O drogach ducha" Augusta Cieszkowskiego. - I on tylko co był we Włoszech, jeszcze świeże ślady jego we Florencji. Książkę tę przeczytałem z spokojem i dawno nieczutą równowagą ducha, jaką napełnia; zdaje się ona dalszem pasmem myśli Ojczenasza, napisana z tym filozoficznym spokojem myśli słowiańskiej, świadomej dróg dziejowych ludzkości a po przyczynach i skutkach, prawa bytu czasów nadchodzących. . . . Uspokoiła ona mnie pod wrażeniem zgrozy i oburzenia, jakiemi każdy umysł nawet nie polski, byle nieco szlachetny, napełnić musiały bezczelne wyrazy o sprawie naszej wyrzeczone do posłów naszych z szyderstwem szatana, ustami krzyżaka bez krzyża, bluźniącego Opatrzności, której mieni się narzędziem, pijanego zwycięstwy zbyt łatwemi a napojonego posoką nieszczęśliwych. . . . Książka ta była mi odpowiedzią na to - tryumfem myśli polskiej, jaki ją czeka na polach pracy dziejowej i duchowej.
  Tyle myśli treściwych w tak ścisłych ramach tylko tak ujęta, w taki ład spięta dialektyka zmieścić może.
  Drogi ducha, ludzkości przyszłej są osią główną tego systemu, drogi te rozmyślane i przeczute tam są z dziwnym spokojem pogody sokratycznej i doświadczeniem głębokiego rozmyślacza, któremu dzieje polityczne, tak jak dzieje psychiczne i wiedza ludzkości, skarbnica jej uczuć i prawa jej dążeń, znane w przyczynach i skutkach, jak klawiatura, po której spokojnie szybuje ręka mistrza. Jak gamma tęczy znane mu głosy plemion dziejowych. Część pierwsza zawiera rzecz o zawiązku „myśli a słowa" złączonych jak duch z ciałem, w ich wzajemnem uzupełnianiu się. Wszelkie tajniki myśli, – mówi autor – są słowu przystępne, cokolwiek pomyślisz, bylebyś obmyślił, niechybnie wysłowisz. Czego nie wysłowisz, tegoś nie zrozumiał, to poczęło ci się w przeczuciu, lub zaroiło w domyśle, ale do myśli nie dojrzało. . . . na tej zasadzie dalej wznosi swoją budowę dowodząc, że słowo i myśl są sobie powodem i dowodem, że się wzajemnie wołają - mnogie ustępy z biblii i greckie słowo logos, oboje oznaczające, służą jako środki dialektyce o jednakiem rozumowaniu. Zastanowiwszy się nad związkiem i stosunkiem obojga i ich dzieckiem czynem (słowo ciałem), autor przechodzi do pierwiastków myśli słowiańskiej. – Myśl słowiańska – prawi – greckiej powinowata, a więc życie w całej pełni uchwycić zdolna, na tor pierwszy, w tradycji pilnowany, stanowczo nawraca. Aliści [w]skazówka tego myśli słowiańskiej uzdolnienia, tkwi znów w słowiańskich narzeczach, zarówno abstrakcjom jak zamętom wrogich, kędy wszelki wyraz i wszelka składnia miasto ulatniania się w jakąś mglistą nieskończoność żywotną, owszem plastycznością i organicznością się odznacza. Alboż – mówi dalej – sam wyraz myśl, zaklęty umem w słowo, a tym przepływem jedno z drugiem kojarząc u-my-słowo nie zdawałoby się poniekąd odpowiadać temu, co w Grecji wzniosłem pojęciu zrozumieli? Świat więc słowiański, w tym związku pojęty na drogach ducha widzi i wita autor – jako świat myśli Bożej polem będący w przyszłości, świat to Mickiewicza, o którym z uwielbieniem przemawia, ideał to jego prelekcji słowiańskich, z których okazji sromotnie gromi tych, co się ważyli z powodu usterków i błędów zbytecznego mistycyzmu wynikłych z nieszczęsnej Towiańszczyzny, to prorocze dzieło, niestety, psujących, bluźnić i oślepić na jego całość niepożytą. Podobni zaiste do tych, co z Mefistofelesem Goethego odrzekają uczniowi [10]:

Wo ein Begriff? fehlen,
Dort stellt ein Wort zur rechten Zeit sich ein.
[11]

  Tu podziwia autor, do jakiego stopnia duch germański posunął sztukę urągania własnym ułomnościom, i zmierza ku końcowi pierwszej części, konstatując tekstem biblijnym: że mądrość wszystkich wieków nie wahała się przyznać, że wszystko, co się stało, przez słowo się stało – a słowo ciałem, czynem!!!
  Część wtóra. Uczucie a ton. Raczej psychiczno-estetyczną ma cechę. Genialnie pojęta, zwrotnikowa – że tak rzekę – sporność myśli od uczucia.[12] Uczucie (o ile myśl słowem wyrazić musisz) o tyle ono z przyrodzenia nieme jest! Ledwo okrzykiem lub westchnieniem pochwycone, o ile zaś nieme, o tyle na wszelkie słowo głuche. Bo uczucie głuche na wszelkie wyrażenie rwie się natychmiast do wyrażenia. - Wyrazem polskim ton oznaczył Mickiewicz tę drogę w prelekcjach. Jak wyżej słowo myśli, tak tu uczuciu ton odpowiada. Nic trafniejszego! Nie jest-li muzyka wysłowieniem niewypowiedzialnych uczuć i rzeczy?. . .
  Myśl oderwana z oderwanem słowem nic wspólnego nie mają. – Człowiekowi pogrążonemu w boleści przyniesiesz więcej ulgi uściśnieniem dłoni, łzą bratnią, niż potokiem słów najwymowniejszych. Przeciwnie, matematyk wysłuchawszy najcudniejszej symfonii Beethovena, spytałby się: czegóż to dowodzi? – Wiele dowodzi, – kończy autor – tego, że choć niema związku między abstrakcją myśli a oderwanym tonem, to jednak duch jest ten sam i jeden zawsze i wszędzie. Tu analogia między matematyką a muzyką, na dawnych greckich zapatrywaniach oparta, od Pitagorasa począwszy w edukacji młodzieży razem klasyfikowana. – Następnie rozbiór tonu, mowy, czyli stylu, i rzecz o formie zewnętrznej a jej ważności.
  O nastroju ducha narodów w formie ich muzyki rodzimej, z nieocenionem poczuciem mówi autor. Kończemy jego złotoustą konkluzją:
  A jeśli po wszystkie wieki, począwszy od Jubalowych i Orfeicznych pierwiastków aż do dzisiejszych, ledwie zawiązujących się, ale przyszłości pełnych Orfeonów, służba Boża i wychowanie ludzkie świadczą ustawicznie za szlachetną serca i umysłu piastunką; czegóż sobie po jej doświadczonem mistrzostwie, na korzyść opatrzniej niż dotąd wychowanych pokoleń zachować nie możem, skoro nastające wieki stokroć silniej od ubiegłych sprzyjać zaczną jej religijno-cywilizacyjnemu powołaniu? – Jak one wieki harmonii chciwe a rozterkom wrogie, więcej niż ktokolwiek po muzyce wymagać będą miały prawo a nawet potrzebę, tak nawzajem, ona więcej niż kiedykolwiek pomagać będzie miała obowiązek, a domagać – siłę. Społecznie odtąd i pedagogicznie uprawiana, już nie za zbytek, ale za jedne z wzniosłych potrzeb i sprężyn duchowego życia poczytana, żywotnem też przekona nas doświadczeniem, jak dalece ją na to staje, by ducha nie tylko chwilowo unosić, ale i statecznie podnosić; jak słusznie przeto osobliwą między sztukami wniebodążność objawiając we wszelkich liturgiach rej zawżdy wodziła. A tak wywiódłszy się z pochodzenia i przeznaczenia swego, już nie tylko wrodzonym sobie powabem, ani też instynktowem wszech ludów upodobaniem, ale historycznem na chwałę Bożą poświęceniem i ustawiczną na wspólne obyczaje działalnością, rozwiąże nam ta córa niebios zagadkę własnej potęgi – i zrozumiemy dla czego była zawżdy i wszędy człowiekowi tak miłą, skoro go już dobrowolnie i mimowolnie do miłości zaprawiała. . . .
  Zaiste, inne nieco dążności niż n. p. w broszurze: „O sztuce polskiej.” o której zamilczeć wolemy, bo jej dały odprawę „pędzle" Matejki i Grot[t]gera.
  Następnie zwraca autor uwagę na rzemiosła i kunszta, na przemysł i stosunek jego do sztuki. Trafnie wykazuje, jak i o ile przyczyniły się do wyzwolenia ducha ludzkiego. Jednak i całą grozę niebezpieczeństwa wskazuje tym, co by chwilową ułudą materializmu porwani, upatrzyli w tych rezultatach cele a nie środki ludzkości do celu wiodące, zabywszy głównych i świętych jej celów.
  Przemysł podniesiony przez autora do praw obywatelstwa wielkiej wagi, i ekonomicznie jako umiejętność traktowany, jako jedna z arterii społecznych zbadany, z drugiej strony ujęty w karby jako środek służący celowi, jako jeden z taranów torujących drogi ducha. Tu z właściwym sobie darem pogodnego i spokojnego na świat poglądu, uspokaja ducha tych wszystkich, co się tak skorzy trwożyć zawrotem i przewrotem świata, że często nie baczą drogi własnej, – którzy twierdzą, że materia zwyciężyła, że drogi ducha puste i odłogiem leżące, daremnemi pozostaną, przeto że wynalazki chwilowo wzięły górę, że mają to, co sobie trudem i pracą chwalebnie zdobył –, którzy wołają, że oko Opatrzności kataraktę cierpi, nie czując w własnym sangwinizrnie jak ręka olbrzymia i żelazna konieczności prawdziwej dzierży wszechstronne nitki naszych losów narodowych, społecznych i człowieczych. – – Tak więc z pod białego portyku w błękity przyszłości pogląda z pokojem genialnym, z Platońską zaprawdę dialektyką, o tyle cieplejszą od arystotelicznych formułek, zda się z miłością na pozór nieco optymistyczną, bo bardzo szlachetną poglądać w wieki przyszłe, kiedy materia do równowagi się ukołysze, czynnikiem ducha dzielnym i chrobrym, nie tem, za co ją przedają z pychą obmierzłą dzisiejsi materialiści, – a ducha wsparłszy jak Centaura jej grzbietem wzmocnionego, tem silniej dążyć mogącego do celów nieskończoności. – – Stąd też skonstatowanie stanowiska przemysłowca i umysłowca – obaj mają swe ważne uprawnienia i działalności.
  Postęp techniczny niezbędnym jest do postępu sztuki, sztuka zaś główną jego dźwignią –, dla tego głupim byłby przemysłowiec urągający umysłowcowi i sądzący, że świat zawojował, a równie politowania godzien umysłowiec z politowaniem poglądający na przemysłowca, jako takiego, z pewną arystokracją ducha.
  Nic prawdziwszego, – kto był w Niemczech i widział niedogryzka abstrakcji idealno-panteistycznych z jednej, a kupca wjeżdżającego na jarmark w tryumfie do Lipska z drugiej strony, przeświadczy się o pełni tej prawdy. – Wspólnemi więc siłami do wspólnych celów postępować należy, każdemu w swoim zawodzie, czy czynnikiem ważnego mrowiska ludzkiego, czy na orlich wyżynach wielkich powołań.
  Tu zastrzega się autor przeciw nowotnym zasadom teorii sztuki, celem sobie będącej, nie przeczy, że one sobie są wszystkiem i wszystkiem w sobie, a przeto już z zasady się wypełniają, bo sztuka acz nie będzie nigdy służebnicą żadnej i[d]ei, wszystkie idee wielkie w siebie pochłania, i walczyć w imieniu każdej szlachetnej gotowa swym mieczem piorunowym; a karleje dopiero wtedy, gdy schodzi do kosmopolitycznego wyjątkowo użycia, do epikureizmu piękności, zasady jej wypełniają się w sobie –motywuje to autor w sposób arcy-oryginalny, charakteryzujący świeżość myśli słowiańskiej, wobec zużycia germańskiej. Oto powiada: Wszakże już duch jednostkowy, podmiotowy, jakim jest każdy człowiek w społeczeństwie, skoro prawem nieśmiertelnego ducha stanów sui iuris [13] osobę nie zaś żadną alieni iuris [14], jeżeli jest sam w sobie i przez siebie celem, którego nikomu ani za środek uważać, ani wyzyskiwać nie wolno, a przecież nieskończonemu uprawnieniu temu bynajmniej sam nie ubliża, owszem, w duchowem dostojeństwie sam jedno wzrasta, im się więcej sam z siebie bratnim duchom udziela (Rozdawaj siebie samego twej braci. Resurecturis Krasińskiego). Im się lepiej i szlachetniej zbiorowym, zwłaszcza osobistościom rodu, narodu, ludzkości poświęca, słowem, im dzielniej i potężniej z własnej woli służy społeczności ducha (comunitati spiritus). Dalej rzecze, że wspólną konfederacją sztuk z nauką, bez podtrzymania z nich jednej, jak n. p. teologii w średnich wiekach, dojrzeć mogą w skonfederowaną rzeczpospolitą. Rozważa dalej, jak i o ile scholastyka nawet w genezie ducha potrzebną (?) była, jako hartująca w karbach tradycji młodocianego ducha ludzkości, a to z stanowiska nie teokratycznego, ale iście religijnego.
  Szkołą ducha ludzkości jest, jako tenże od reformatorskich zachcianek aż do Carteziuszowskiego Cogito ergo sum. [15] Wyjściem z nie jest to rozsadzanie scholastycznej skorupy, tak zwana epoka odrodzenia renaissance!
  „Tam ci jest duch, a gdzie duch, tam wolność" (do Cor. III. 17). [16] Tu następuje określenie pojęcie wolności. – Prawo jej bytu i celów, paralela między nią a swawolą i sporność a walka z niewolą. Zatem wolność byłaby zrównoważeniem jednej a drugiej, czyli tryumfem woli "nad samą sobą." Tę myśl spotykamy z radością jako potwierdzenie tego, co nam się zawsze marzyło. Niegdyś już uplastycznioną ona została przez autora Ojczenasza w słowach pięknych: Ani pod sromotny znak niewoli, ani pod splugawioną czapkę swawoli nie poddasz pogodnego czoła. – – Dziś przez ironię ironii poddawać je, stało się modą pod splugawioną czapką błazeństwa, która trefnisiom wydwarza [17] wszystko dawniej czczone i sama siebie plugawi.
  Dalej zawraca autor dowodami poparty przeciw abstrakcjom filozofii niemieckiej, przeciw zasadzie sztuki dla sztuki, a kapłańskie powołanie ducha, ukazuje dobitnie w psalmach przyszłości i odzie do młodości, mieni je pasmem proroczych głosów, i począwszy od nie dokończonego poematu, do dziadów, jasno przestrzeniom ducha przewodniczącym przedświtem. Tak tylko w tem miejscu doliczyliśmy jako łącznik filozofij z poezją, jako księgę pośredniczącą między pojęciami doczesnych a wiecznych rzeczy. Ojczenasz, niestety, nie dopełniony w swej całości, i obok dzieł Trentowskiego, jedyny pokładowy kamień gmachu filozofii rodzimej naszej a całym jej zarysem, stanowiący. . . .
  O życie społeczne ludów, – woła dalej, – nie o teorie abstrakcyjne chodzi tym głosom, domagającym się jasnej przyszłości ludów, im siebie poświęca prorok i woła:

„Zgińcie me pieśni, wstańcie czyny moje!”
[18]

i właśnie tem je unieśmiertelnił. Podobnie sztuka i nauka w życie społeczne przejść musi, wsiąknąć w jego pory, i motywuje to podobnie jak wyżej, mówiąc, że jakkolwiek dążenie ku temu choć jest powołaniem i celem a nie środkiem jakiejś teorii, jednak nie jest abstrakcją nauki dla nauki. To nowe światło teorii mających stać się praktyką światów słowiańskich, wróży autor.
  Tak, bez wątpienia, bo wypełnił się pod tym względem duch germański i romański, świeżo schłostany nemezą dziejową. Duch słowiański ma przeto uprawiać to trzecie pole woli, czynu i wolności, jak dotąd pole myśli i uczucia uprawiał.
  Tu nastaje rzecz o narodowości, tej arce przymierza ludów, i o potwornem znamieniu, jakiem piętnuje swego odszczepieńca, zdrajcę ojczyzny, – dalej o wspólnictwie i zaślubinach narodów, których ideał podały nasze dzieje.
  Wsparty o biblią, zatacza ku końcu poglądy swoje prawdy i mądrości, orzeźwiające na spalone umysły obecnego położenia Syzyfów; kończy je z rodzajem natchnionej ekstazy, jakoby z wielkiej góry rzewnie na wędrówkę przyszłych pokoleń, ku ideałowi poglądał – podobnie jak Frycz Modrzewski w natchnieniu dośpiewał swe pomysły o poprawie Rzeczypospolitej, podobnie jak Konarski z ogniem zawiera swe dzieło „o skutecznym rad sposobie”, tak Cieszkowski o poprawie dróg ducha, a w skutek tego o poprawie życia jednostki i wspólnem dojrzeniu do Rzeczypospolitej społecznej, której część niepospolitą ogłosił; kończy. Nie posiadamy zmysłu krytycznego, ani się oń kusimy, wymknął nam się okrzyk zapału pod wrażeniem tej formy i treści, o której i innym powiedzieć mieliśmy ponętę.
  Ależ nie o tem miała być mowa. Oto noc na statku mija, przestrzenie błękitów jaśnieją, nikną gwiazdy, a pierwsze promienie Heliosa już ozłacają wychodzące z mórz brzegi Sycylii – zrazu błękitne, potem zielone, szare, wreszcie dziko-skaliste i majestatycznie spiętrzone, zbliżają się ku nam, rosną szybko, i olbrzymieją im podobnie ludzie nieraz z daleka, zdają nam się niebiańsko-błękitni, bliżej nieco, zieloni, jeszcze bliżej szarzy, wreszcie skaliści, stromi i szorstcy, byle nie karłowaci, Jakichże losów nie przebywałaś w ciągu wieków, syta przygód Sycylio!
  Jak każdy kraj piękny, żyzny a wdzięczny, bywałaś ofiarą a łupem postronnych sępów. Jak Grecja, jak reszta Italii, jak Hiszpania, jak Polska nieustających walk byłaś polem. Starożytność Sycylii, sięga czasów bajecznych, cudowne myty [19] zapełniają tę dziewiczą ustroń, której natura jakby nie tknięta ludzką ręką, i niesprofanowana, tak bujnie się rozwinęła. O ile z pewnych danych wnieść można, Grecy pierwsi zapanowali nad wyspą założeniem swych osad.
  Przeważnie na południu rozciągały się Helleńskie osady, nie zawisłe od miejscowych Sykulów zwycięskich nad Hiszpanami. Metropolią ich stała się Syrakuza w V. wieku po Chryst. Tyranowie Syrakuzańscy w tej epoce władają całą prawie wyspą, przemysł, sztuki zakwitają, imiona poetów Hesichora i Dyonizjusza II., pamiętnego Empedoklesa pseudofilozofa i Epicharma komika Syrakuzańskiego teatru, są zaszczytem tej epoki. W tymże czasie i sztuka plastyczna powstała, stąd datują jej nieszczęsne a piękne okruchy w Palermitańskiem muzeum przechowane. Następnie Sycylia staje się kołem rozdartym przez Kartaginę a Romę, sceną wojen punickich, prowincją rzymską a szpichlerzem Italii i Europy. Z runięciem światowładnego państwa, zdobywają ją Goci wschodni, którym (536) wydziera ją Belizariusz. Niedołężne i okrutne rządy Bizanckiego państwa pękającego w gruzy, zwabiają ku uroczej wyspie Arabów.
  Syrakuza pada, Palermo stolicą Emira. Po spoczynku i latach niewoli Roger z Normandii, szeregiem czynów bohaterskich osobną stanowiących epopeję, opanowuje wyspę. Po przejściu czasów, dziedziczy ją korona Hohenstaufów, pada głowa dziecinna Conradina (1268) dom Andegaweński stawia krwawą stopę na tułubie narodu, a wszystko kończy się łuną krwawą nieszporów sycylijskich, od której blednie i umilkła Etna, lud pokonywa tyranów francuskich, by ulec nieszczęsny, hiszpańskim.
  Nie lepsze dalsze jego koleje, dopiero jedność Włoch od 1848 i 1856 r. przyniosła więcej pomyślności na pastwę słońca i wulkanów wydanym, a wulkanicznym mieszkańcom, którzy jeszcze dwa lata temu pokusili się o republikancką ruchawkę. Sycylia, ten spichlerz dawnej Europy, stanowi epilog Włoch, bez niej Włoch nie ma, ona, według prawdziwych słów Goethego, jest ich kluczem, tam dopiero kończy się życie włoskie. Najpiękniejsza rzecz w Sycylii, to bujność jej dziewiczej, namiętnej natury, wegetacja to, kędy indziej nieznana, ma coś wschodniego, ale przy tem barwy tak potężne, zieloność tak żywą i złotą, tak silnie sprzeciwiającą się błękitom morza i nieba, horyzonty teł złotych, falujących barwy tak jaszczurczerni, błyszczące złotemi owocami i krasą winnic, runami śnieżnych trzód, – wonie pomarańczowych i mirtowych gajów tak upajająco miotane w błękitnym eterze, wzgórza dzikie kaktusów i aloesów na czarnych, skalistych opokach tak bezczelnie w gorący błękit najeżone i rozpędzone ramion milionem, łany zbóż taką falą wiejące, i drzewa tak ugięte pod ciężarem Pomony, winnice takie krasne owocem Marsali, że upojone oko nie odnajdzie kędy indziej tych wdzięków – raz tylko, spuszczając się ku morzu w Hiszpanii, w okolicach Malagi, mającej już afrykański charakter, miałem podobne wrażenie, choć nie tak piękne, bo w motyle barwy mniej bogate. Pierwszy rzut oka na wyspę, a głównie na Palermo nie odpowiada oczekiwaniu. Starość skał i brak harmonii w liniach natury, konturach i zarysach to sprawia, stąd pewne ubóstwo piękności, które czuć daje, że mimo wszystkiego Neapol zawsze pozostanie Neapolem; że on jak Apollo natury w harmonii boskiej, z helleńska uśmiechnięty, zawsze pierwszym pozostanie. Na pierwszy rzut oka, jak dwie kulisy ujmujące Palermo, wychodzą z morza dwa skaliste potwory o mamutowych kształtach, jeden to sławny Monte Pellegrino z grotą św. Rozalii patronki miasta, dźwigający jej z dali błyszczący posąg, z daleka zdający się być boromejskich rozmiarów, drugi - cap Zaffarano, wybiegający w daleką dal nad smugi morza i osadzony raptem nad głębią ostrą piersią, ni to miecz z kła nosorożca zatknięty olbrzymio, pierś jego ostra i szorstka prześlicznie przecina jednostajności fal i nieba. W pośrodku tych kulis czworobok śnieżnych domostw nad niemi parę wieżyc, i kopuł, to Palermo, na które tak czekało oko. Przy odjeździe, niknąc, daleko piękniej wygląda przepadając w toniach, niż z nich się wyłaniając. Ulice miasta szerokie i regularne, ozdobione suchotniczemi posągami hiszpańskich Filipów, z pięknego brązu połyskującego z koryncka, dzieli się miasto na cztery dzielnice, główna arteria Toledo, czyli Corso, smutnie przypomina Toledo Neapolitańskie, i Corso Rzymskie dla mnie pierwszą i ostatnią z ulic świata. Rzut oka jednak od początku . . . .aż do morza jest jedyny w swym rodzaju, i bardzo imponujący. Główna oryginalność, to pewna cecha maurytańska tu i tam, choć słabiuchno się odzywająca, która urozmaica jednostajność domów i przeważne barocco, ale barocco włoskie, więc czasem znośniejsze. Do pałaców przytulone świeże ogrody, wiejące palmami i warkoczami wierzb babilońskich, w źródła w marmurowe pierścienie ujęte, melancholicznie zapatrzonych, ożywione ruchem śnieżnych głębi i girlandami motyli.
  Życie dopiero wieczorem się ożywia, według przysłowia, tylko psa lub Anglika w południe spotkać można; wieczorem na Corso piękne Włoszki z pod kwefów czarnych i motylich wachlarzów wabią cię wdziękiem prostoty tak ujmującej a nadającej się do idealizowania, że pojmiesz jakim sposobem na tej ziemi powstał typ madonny Rafała, tak jak gdzie indziej drugi i ostatni typ narodowy Murylla. Palermo dzieliło losy Sycylii; wzniosło się kosztem Syrakuzy za Normandów. Plac czterech Cantonów, jak cztery pałace stanowiącej, o czterech studniach i czter[e]ma ramionami równo ku morzu w krzyż goniący, jest jedną z ciekawości świata; dalej ku końcu Corso, jedyny w swym rodzaju klasztor, z olbrzymiej massy granitu o eskazicelskiej tradycji, z oknami zakratowanemi, lecz wolno otwartemi z balkonami, na ulicę dającemi, z tych okien wyjątkowe pozwolenie mają zakonnice patrzeć na gwar świata, którego się wyrzekły i białe zakwefione postacie widne tam jak lilie wychylone poza mur ogrodowy, zdające się z smutkiem, może tęsknotą poglądać ku dołowi, co za sporności!
  Najniesmaczniejszą z wspaniałych katedr jakie znam, wydała mi się palermitańska; mikstura gotycyzmu z maurytanizmem; ale tak dziwacznie i z niesmakiem zespolonych mimo pięknych szczegółów, że całość staje się tylko parodią majestatycznej katedry w Toledo lub cudownej Giraldy Sewilskiej. Ta cała zaś mieszanina pokryta kopułą melonowatą a la Bernini, której odpowiadają poniżej małe kopułki takież, krągłe na gotyckich ścianach katedry osadzone. Wnętrze przedstawia czysty piękny renaissance, ale wybielony kasarniano, tęczowe łuki perspektywicznie pięknie spierają, się na przepysznych kolumnach z zielonego marmuru, rabowanych z świątyni Junony Syrakuzańskiej. W kaplicach wspaniałe Sarkofagi Rogera II, jego córki Konstancji, i poetycznej pamięci ces. Fryd. II. († 1250). ,W r. 1781, znaleziono niezmienione, z całym majestatem śmierci uśpione ciało cesarza.
  Reszta kościołów mniej ciekawa, kościół św. Maria delia Spasimo, posiadał obraz Rafaela Spasimo, który tak dziwne przeszedł koleje, i wyrzucony przez morze, w pół pęknięty dostał się do Madrytu, gdzie się znajduje. Grota Św. Rozalii, ukochanej patronki Sycylianów [20], wznosi się na monte Pellegrino nad morzem, jest to ich Częstochowa, o stalaktytowem sklepieniu i rzucie oka na przestworza natury. Zamek królewski, to gniazdo orle Rogera, atmosferą bohaterską przepełnione, maurytańskiemi szczątki wdzięczne, a wstrząśnieniami czasu zniszczone prawie zupełnie. Muzeum nie liczne ale arcyważne, szczątki to z świątyń greckich Girgenti i Selinuntu, metopy o rysunku i plastyce świetnej epoki, odznacza się wśród nich Pallas zalecająca wojownika, Dianna karząca Akteona, a nade wszystko zwycięstwo Heraklowe nad Pentesileą i jedno przepyszne torso. Obrazy głównie szkoły neapolitańskiej. Miejsce najgodniejsze pielgrzymki, to ponad Palermo na wesołem wzgórzu zawiśnięte Monreale; wycieczka parogodzinna, jedna z najbardziej uroczych jakie odbyć można. Zwolna szerokiem, wystawami upstrzonem Corso i placem katedry mija się Palermo, jego fontanny, posągi place i ogrody, nieznacznie a szybko wznosi się gościniec w górę po drodze domki wieśniaków i kapliczki cudotwórcze tak zbudowane, że są studzienkami, zbudowanemi w kształt kwadratowych wieżyczek, z których szczytu po murze sączy się woda. Ruch gościńca ciągły i żwawy, postacie jaskrawe w tumanie złotego kurzu mrowiące się z gestem i wrzawą. Wózki żółte dwukołowe, zupełnie do kibitek podobne, ciągną kupsko nasypanych w nie ludzi lub rzeczy. Dziwna! ten sam kształt wózka przelatującego błyskawiczną komunikacją w ostatecznych krańcach północy, i tu w afrykańskim upale.
  Kibitka ta jest dziełem fantazji ludowej, od kół do dyszla pomalowana, na żółtem tle po czterech ścianach skrzyni siedzeniem będącej, scenami z historii świętej, wskrzeszenia, uzdrowienia, uwolnienia opętanych, świętą Rozalię cudotworną, ewangelistów i t. d. przedstawiających. Każdy kawałeczek wózka, bodaj główeczką Anzoletta zamalowany, dwa jego żółte koła lecą szybko a ciągnie jeden osioł, którego tualeta nie ma równej sobie. Cały w uprzęży błyszczącej blaszkami, upstrzony w piórka cudaczne, u czoła trzy liście kity a chomont jak gotycka wieżyca u szczytu jego zwierciadełko, wśród dzwoneczków a nad niem madonna con bambino! [21] jakże pyszni się ten osioł! żaden tytuł tak nie uwydatnia! Wystawcie sobie całość tego ekwipażu wyładowanego nieraz piętnastu osobami, ciągle krzyczących, gestykulujących, czubiących się serdecznie, a jeśli z góry rozpędzony osioł nosem zaryje, pudło dwukołowe zwraca się dnem do góry i tuzin głów przechylonych ku ziemi, alterum tantum [22] nóg i nóżek fikających w powietrzu. Wózek ten świadczy, że lud ten jest poeta ale o wybujałej, kaktusowej fantazji gorącem słońcem wypiastowanej bez kierunku i miary. Horacy mógłby go poddać zamiast swej syreny na risum teneatis amici. [23] Ta poetyczność ludu przypomniała mi, jak raz jadąc z pewnym nowo utylitarnym Galicjaninem nasłuchałem się jego utyskiwań nad grzeszną skłonnością Polaków do poezji, która z nich zrobi Indian, i pariasów społecznych i nie wiem już nie co. Exempli gratia [24] opowiedział mi bez gracji jako naftą zbogacony włościanin z Borysławia, z pobliskiego miasta aż do domu kazał idąc pieszo, iść przed sobą muzyce, za którą postępując trzymał w ręku lusterko, w które patrzył i tak sobie gościńcem tańcował pod dobrą datą aż do domu. Proszęż pana! cóż to za różnica od kolonisty niemieckiego, który jeśli się zbogaci, jakżeż inaczej swych dochodów używa! u nas nie ma rady! taki on szelma poeta! Zacny obserwator mógłby i w Sycylii podobnie poezją kwalifikować. Wszędzie po drodze gwar i śmiech, po chatach tamborino i saltarello (tarantella) tu znów osioł objuczony piramidą głów kapuścianych kroczy powoli, (czasami dzieje się odwrotnie, głowy kapuściane dźwigają osła) tam znów mały wózek jednym koniem ciągniony pogania bosa kobieta o kruczych opylonych warkoczach z chustą na głowie kwadratową, za wózkiem idzie chłopczyna pięcioletni, który niby popycha go oburącz pod górę, wierzy zaś w całej naiwności, że to nie konia siła lecz jego popychanie posuwa naprzód wózek, o szczęśliwy chłopczyno! ileż w życiu społecznem masz ludzi sobie podobnych! – Jadąc dalej, jak cała morska płaszczyzna podnosi się w górę ni to w mglistem powietrzu uwiśnięta ozłocona tłami słońca schodzącego ku jego głębinom, a ponad nią Moreale dziko rzucone śród winnic, o białych domach i balkonach pełnych ciekawych główek. Nąjwiększe wśród tej drogi wrażenie to amfiteatralnie ku morzu rozłożona dolina – to słynna Concha d'oro [25] otaczająca Palermo, dla swej bujności tak zwana, wygląda na mały raj ziemski, prześcigający się w bujających gajach, sadach kwitnących, falistych łanach, winnicach, o zieloności malakitowej [26] , nad któremi złoto-pomarańczowa łuna słoneczna, sypie się namiętnemi tły i blaski bajecznemi! bujność tej doliny, jej półkole pełne gracji i zaokrąglenia, dwojga nad morzem splecionym ramionym podobne; tyle tam darów Flory i Pomony tyle miłości macierzyńskiej Cerery i Izydy podającej pierś wezbraną ustom tysiąca dzieci, jak ona Caritas nieprzebranej miłości, tajemnic a miłosierdzia. Jednak wyznam, że mimo całego uroku doliny Concha d'oro marzyłem tęsknie o dolinie Kowieńskiej, i że wolę rzut oka z starej baszty Przemyskiej ruiny, dający na zupełnie podobnie zatoczoną dolinę Sanu wijącego się w pięć załomów srebrzystym wężem wśród wiklin słowiczych; może przeto, że te łzawe wody i krwawe brzegi pamiętają nieśmiertelne dzieje nasze, a fala zbóż mąjowych domaszna, westchnieniem łanów pszennych powiewa od pól Przemyśla do pól Sandomierza . . .! Jam wspominał pamiętne i w duszy pozostałe widoki z zamków Czorsztyna, Odrzykonia, Halicza, Kamieńca i Krzemieńca, Trembowli i Jazłowca, Wiśnicza, Melsztyna, Rożnowa i Wawelu! bom je wszystkie widział i zaklął, wspomnieniem mem pociagnąłem ku innym.
  Kościół w Moreale, jedyny w swym rodzaju, wielkie i niezapomniane sprawia wrażenie. Po zewnętrzności skromnej i prostej nikt nie przypuści wewnętrznego przepychu Wrota główne spiżowe rzeźbione przez Bonanusa z Pizy 1186 nie zachwycą tego, kto widział drzwi Ghibertych Florenckie, i Jowannich [27] z Bolonii w Pizie, (katedra) ale oprawa tych w łuk z Maurytańska zatoczony, w śnieżny marmur i mozaiki oprawny, pyszni się w słońcu jak tysiącem klejnotów, i otwiera tą muzyką barw, wejście do harmonii dalszych mozaik. Mozaiki są głównym skarbem tego zabytku. Nie dadzą się one przyćmić ani św. Zofii Konstantynopolitańskiej, ani Rawennie w mozaiki nie przebranej, a iście bardziej bizanckiej niż dziś samo Bizancjum, ani nawet mozaiki pyszne św. Marka w Wenecji, jeśli w skutek rozwinięcia z czasem rysunku i kolorytu je wyprzedziły, to nie w ujęciu i przekonaniu Bizanckiej tradycji, i grozy miłościwej, w swej prostocie chwytającej ręką żelazną za serce. Groza ta Jehowiczna wprawdzie, a przy tem wyraz miłości tak gwałtowny, ojcowsko surowy, tak artystycznie dokonany w olbrzymiej postaci Zbawiciela świata siedzącego na złotem tle kopuły i patrzącego ku padołom ziemi, że wstrząsa człowiekiem i mimowolnie zgina kolana.
  Wprawdzie to raczej Jehowa niż Emanuel! Ten sam Zbawiciel tak wytworny w kopule św. Marka, acz podług kartonu Tycjana wykonany ręką mistrzowską, nie działa z taką prapotęgą – czemu? – bo znać w nim uśmiechnięty kwiat renesansu, bo odbiegł od tradycji pierwotnej, której niema wewnątrz, mimo tak świetnej zewnętrzności. Od tej kopuły rozchodzą się na litych tłach tysiące figur starego i nowego testamentu, w grupach poważnych i ruchomych, popiersie św. Jana dużo wyszczególnia się nad jedną chrzcielnicą tymże wyrazem, tym mozaikom tylko właściwym, i ikonom Łukaszowej tradycji, i tu śledzić u źródła, jak ten duch grecki jeszcze w grubej „zdziecinniałej” formie panującej światu, wylęga pod kokoszemi skrzydły swego ciepła takie dusze jak Cimabue, jak potem zrodził się Giotto i Giottino i całe ich pokolenie przez Fra-Angelica. Massacia, Francję –. idące aż do Rafała i Buonarottego, jak w Rawennie, gdzie legł Dante, działa na jego poezją. – Kościół ten jest modlitwą kamienną, cześć i uniesienie ducha najpotężniej budzącą. – Krzyk kamieni w tej ciszy olbrzymiej zdaje się wołać z grozą swych czasów: biada światu! i koniec jego wróżyć. A działa raczej postrachem niż miłością, odstrachem złego niż zachętą dobrego, nie ten to słodki i miłościwy Jezus z katakumb Rzymskich, z jagnięciem u ramion, nie ten Fra-Angelica Pan miłościwy, gładzący niezgładzone. Główny jednak cel mój to zabytki greckie i Sycylii.
  Koleją żelazną opuszczam Palermo - wtedy dopiero można objąć cały wdzięk niewypowiedziany tej wyspy, gdy pociąg wąwozami zieloność wić się zaczyna ponad morzem, przepadając w lasach i tunelach, z których wylatuje ciągle, by nowe piękności odsłonić oku; im dalej się zagłębia w kraj, tem kraj piękniejszy, a rzut oka na niknące skały Palermo nie do opisania! Kłosy już pełne i schylone kołyszą się polami, wąsate jęczmiona i wysokie żyta, klasyczne oliwy gonią w niebo, a choć początek Kwietnia, na niebie sady oblepione pszczołobrzękim kwiatem, a łąki i gaje potrząśnięte dużemi koralami poziomek - ta droga przypomniała mi wyspę Corfu [28], królowę wysp całego świata, której nie dostoi Sycylii a, tak jak jej oliwom szeroko-ramiennym, w kulisty konar nieustannie inaczej krajobraz ujmującym, nie dotrzyma oliwka Sykulska. – W parę godzin kolej ustaje, zastąpiona fatalną pocztą, dla bezpieczeństwa eskortowaną przez półtora żołnierza o zbójeckiej minie i czuprynie, który z gorliwości swej służby pieszym wędrowcom nie broni stawać na stopniach karety, i tak sobie całemi milami ułatwiać drogę, aż dokąd ich droga nie zejdzie od gościńca. Na to odpowiadają zdziwionym podróżnym, tonem naszych włościan: taka wże ustanowa – – podobnie rezonuje krowa, gdy wlezie do pszenicy. Dyliżans ten piekielny, jest parodią hiszpańskiego, podobnie pędzi z góry a pod górę, a wlecze się płaszczyzną, tylko że ostatnie mają tuzin mułów i trzech pocztylionów popędzających wymienianiem ich nazwisk lub miotaniem kamieni z kozła, kiedy z skóry sycylijskich biednych szkap mogących śmierci Roetla służyć za wierzchowca, pocztylioni zdają się już nosić gotowe boty.
  Zawsze obecnym pozostanie mi obraz jaki ujrzałem obudziwszy się w powozie do świtu. Natura o zieloności bezbrzeżnej, spiętrzonej szaloną wegetacją pól i lasów, zorza różowa krwawiąca się blado nad morzem, otulonern tumanem mgieł srebrnych - wszędzie barwa natury majowa, uśmiechnięta, o kolorycie o jakim nie śniła cała szkoła Wenecka, a nawet mistrz Bonifacio! a na skale urastającej hardą opoką wśród bujności rażącej aż oczy, pnącemi się po niej palmami i pinnusami [29] włoskiemi, festonami wina, leży w ładnym nieładzie mieścina Girgenti, nadająca sobie ni stąd ni z owąd ton jakiegoś starego metropolu, tak złocą się w szafirach nieba jej domy z granitu o kolorze korkowym wzniesione, z tegoż granitu co świątynie greckie w Paestum i całej Sycylii. –
  Na szczęście miałem dobrych i miłych towarzyszy, pocieszających samotnego turystę i opiekujących się gościnnie, uprzejmych do przesady, że nie mogę tu przepomnieć imion waszych, zacni Enoch Ferrugia, Carlo Morso, Ferdinando la Marca, Grillo Antonino i gubernatora Girgenti, eutyzyasty muzycznego, któremu zawdzięczam dokładne zwiedzenie ruin. Dzień minął na spoczynku i zwiedzeniu miasta. Katedry główny przymiot wielka akustyczność, choć nie tak rozkoszna i zdumiewająca jak w baptysterium Pizańskiem i bawarskiej Walhalli – jest tamże jeden Guido nieco apokryficzny? ... za to po za miastem, gdzie samotną odprawiłem wędrówkę, prześlicznie rozłożone wzgórza, na jednem z nich stoi zamknięty od dawna kościół Karmelitański o wspaniałych schodach, jak klawisze dygocących a z po pod nich [30] widne w ciemnych lukach szkielety dobrodziejów i fundatorów śpiących spokojnie – z góry widok na morze i grupy ruin na trzech pagórkach.
  Dni tych było zjawisko rzadko postrzegane, chmury z niebios zniżyły się tak mocno, że srebrnemi runami pokładły się na morzu, które tylko gdzieniegdzie wyglądało jak błękitna oaza. Tuż obok studnia kamienna, ślicznie zbudowana z maurytańska, przy której gwar dziewcząt sprzeciwiał się szczebiotliwemu ptactwu w gałęziach chórem się kołyszącemu, jedne czerpały wodę i niosły na ramionach i głowach w dużych dzbanach glinianych, urnom starym podobnych, inne prały, inne schodziły po wodę, piękną jest taka postać przypominająca Rebekę, z dzbanem na kruczych włosach splecionych bujnym warkoczem, o ramionach zakasanych, szacie barwnej haftowanej, kwiatkiem we włosach, con fuoco [31] w oku podobnem do węgla niechcącego dogorzeć, o dużych kulczykach, a wolnym chodzie i wyniosłej postaci, gdy idzie w góry ku studni, z piosnką cichą, w złotej kurzawie zachodzącego słońca. . .. Od studni jechał na osiołku chłopczyna niezmiernie malowniczy, w neapolitańskiej płonącej czapeczce, a po bokach dwa olbrzymie snopy raczej wiązki koniczyny, rozkwitłej malinowo, wlokły się aż po ziemi – po chwili odwrócił się tak, że tylko jego plecy, tył osła i te dwie kwitnące wiązki w wolnym ruchu stanowiły gotowe studium dla akwarelisty. – Dalej nadjechał podróżny z waszecia, jakiś nobille [32], czy inteligent przygód świadomy.
  Podróżuje się głównie konno i zbrojno - dla bezpieczeństwa i myśliwskich rozrywek, samotrzeć lub samoczwór. [33] Taki podróżny zwykle na dzielnym koniu, strzelba przez ramiona lub wszerz na siodle przed nim leżąca, kapelusz i płaszcz kalabryjski z gustem rzucony, para pistoletów i sakwa u siodła. – Dziwnie i po średniowiecznemu uwydatniała się ta postać konna, jak ją daje zwykle Wuwerman, lub Lisowczyk Rembrandta, i tak zapewne jeździć musiał swego czasu syt przygód Cellini. – Zwolna jeździec i koń znikli mi w złotej kurzawie. – Zstąpiłem nieco w dół, napotkałem cały las kaktusów tak rozmiłowanych w słońcu i rozpędzonych w błękit gorący, żem się dziwił ich gwałtownym kształtom, nad niemi, dziwna! gerlanda śnieżnych motyli drżała na tle szafirowem się unosząc.
  Drżące motyle, niewysłowionego wdzięku, nie mogąc na kolcach kaktusów przysiąść ani chwili, unosiły się w powietrzu nad niemi, podobne poetom naszego wieku, unoszącym się nad kaktusowem społeczeństwem, niech będą mniej motylkowaci a zamiast kaktusów znajdą kwiat społeczeństwa, jeśli zdołają je przetworzyć dziełami swemi. Ich wina. Niech nie karmią ostrygami z brudnych kanałów społecznych, ani pianką beletrystyczną sentymentalnych kaprysów i koteryjnych mód, ale prawdą a pięknością, której fale jak fale morza zawsze nowe, choć rzekomo te same. . . . Kaktusy te nie społeczne, tylko te, o których mówiłem wyżej, były przedmiotem kamienowania przez chłopczyków miejscowych, rzucali tak celnie, że za każdem miotnięciem przedziurawiony stał liść łopuszysty kolczastego Goliata.
  O świcie stał powóz z dobremi końmi, ruszyliśmy od Girgenti prześliczną, szeroką drogą w dół kręto wiodącą – morze i lasy italskich sosen, błękity nieba rozwieszone nad niemi . .. z godzinę szła droga, cudownie wiła się śród aloesów, kaktusów (fiche d'lndia), willów i sadów migdałowych a oliwnych, i drzewach o strączkach rożkowych, chlebem świętojańskim zwanych, rozłożystych i wspaniałych. Wśród drogi pojawiają się już w ziemi fundamenta ruin zniszczonych zupełnie. Wreszcie wyjechawszy na wzgórze, ujrzałem nad morzem wzniesioną świątynię Concordia – o dwudziestu kilku kolumnach rytmicznie pięknych, doryckich, ponad morzami uniesionych w lekkiej gazie srebrnego obłoczku, który zdawał się z sobą je unosić! Na przeciwległem wzgórzu świątynia Juno Lucina, jeszcze wspanialsza Jowisza Olimpijskiego (Giove Olimpico) ostatnia, o czem niżej, najciekawsza. Wszystkie te świątynie czysto doryckiego stylu, zatem najlepszej epoki, zachowały pierwowzór Partenonu i należą do najwspanialszych zabytków greckiego budownictwa – Celle, belkowania, tryglif, metopy, runęły dawno, ale kolumny harmonią swoją świadczą o całości, którą łatwo odbudować. Przeważnie z żółtego ciosu, nieco bursztynowego w słońcu, a korkowej barwy w cieniu, cios ten czasem i słotą jak gąbka zdziurawiony, i to cała różnica między niemi a marmurowo-świeżym Partenonem. Jednak temu granitowi żółtemu mają te świątynie zawdzięczyć swe istnienie, bo nie łakomiły się nań wandale jak na marmur pantelikoński. Poniżej leżą obalone ściany katakumb, w których niszach stawiano urny z popiołami, dziś gniazda jaskółek i dzikich turkawek odzywających się w ciszy wieków. Świątynia Juno Lucina, równie dorycka, o przeszło dwudziestu kolumnach zachowanych st[i]ukiem, pociągniętych, czella i komora ofiarna w części zachowana. W niej to mieścił się sławny obraz Zeuxisa na cześć Junony przesłany. Dalej świątynia Jowisza (Zeus Olimpikos) największa w Sycylii, olbrzymia, ale cała rozsypana w gruzach, potrzaskanych jak umyślnie. Ta świątynia zdaje się przez Pelazgów zaczęta, a później drugi raz wzniesiona i zniweczona strasznem trzęsieniem ziemi. Spodnie pokłady z brył kwadratowych wielkich, takimże sposobem jak gruzy Micenów spojone sekretem Pelazgów, w jednej pozostałej wydrążonej kolumnie człowiek mieszkać może, a o bajecznym rozmiarze świadczą dwie zgruchotane przy sobie upadłe kariatydy, niewątpliwie egipską tradycją świadczące, wielkość ich cztery razy dłuższa od kształtu człowieka, a wyraz surowego dłuta jak kolosy Etiopów o dziecinnym choć zbolałym wyrazie Heloty. Piętno to najoczywistsze cywilizacji egipskiej, przeniesionej w pierwotnych Grekach do Grecji. Kształty tych Atlantów w kilku miejscach pęknięte na olbrzymie odłamy. Brak reszty jest zagadkowy, wszelkie hipotezy uczonych nie zaspakajają, wyglądają te olbrzymy jakby zaczęte a nie dokończone do przyszłego gmachu, który runął, bo gdzieżby wreszcie znikły inne? czyż tak bez śladu niknie wszystko w czasie jak owe dwieście kolumn Jowisza w Atenach, które powlókł Sulla do Rzymu, tak że ich zostało jedenaście.
  Świątynia Eskulapa tak zniszczona, że nic prawie o niej rzec nie można. Dalej trzy kolumny pięknie zachowane z świątyni Kastora i Polluksa, z belkowaniem ocalonem. Wreszcie czworobok regularny na czterech kolumnach jońskich wsparty, grobowcem Terona zwany, około r. 472 przed Chrystusem wzniesiony, mniej szczęśliwie przypomina wieżę wiatrów Ateńską i pomnik choreograficzny Lisikratesa, także Diogenową latarnią przezwany. Jest jeszcze kościół San Biaggio, przerobiony z starej świątyni Minerwy. Jakże długie a niezapomniane godziny przebyłem w świątyni Juno Lucina! Jak sokole gniazdo zawisła nad morzem, dziś niebo jest sklepieniem nad sterczącemi jej doryckiemi ramiony a w ciszy tej szemrają kwiaty i zioła na mchu wieków porosłe, jednostajny świst konika polnego tęsknie rozlega się w skwarze słonecznym i złoto jaszczurki pełzną pełne humoru od głazu do głazu – to przybytek sztuki – religii – człowieka!!
  Niżej szumi pełna fala morza gubiącego się w liniach dalekich, jak nieskończoność. . . . . łagodnych jak melodia . . . śnieżny maszt sunie samotny, jak człowiek sam ciszą i burzą życia wędrujący.
  Na jednej z zgruchotanycli kolumn spoczywając, wspominałem Hellady Boskiej zabytki, tu epilogiem dośpiewane gruzy Partenonu i Erechteionu, Akrokoryntu, Eleusis, Scali Salony, Delfów, Nemei i Megary! szczyty Parnasu, Helikonu, Kyteronu, i Maratonu pola i Termopylów wąwozy... i wieki sunęły mi się przed okiem ducha – i ujście ich w nieskończoności a przed jej wroty olbrzymi znak zapytania, stróż u wrót prawdy i sprawiedliwości! . . . tymczasem towarzysz mój chodząc swobodnie po gruzach, nie chcąc przerywać mej zadumy, a jednak przypomnieć życie i czas powrotu, zanucił cicho piosenkę. Hiszpańską, którą sobie zapisałem, echo niosło z dziwną ironią te wyrazy, pełne miłości, w przepaści czasu:

          Jo t’amo Nina mia
          Jo t’amo tanto
          Que si tu fueras cielo
          Jo fuero santo! . . .

T’amo mas que ma vida
T’amo mas que mis Dios. . . .
I, si non fuera peccado
T’ameria mas qu'a Dios.
[34]

  Przy odgłosie tej piosenki opuściłem ruiny i zszedłem do powozu, który mnie odwiózł do portu, gdzie już dymił parowiec. Kilku towarzyszy, którzy mi dowiedli, jakiego zapału Włoch jest zdolny wobec sztuki, mianowicie harmonii tonów, odwiodło mnie łódką na okręt. Żegnaliśmy się jeszcze, gdy statek ruszał, wiejąc ku sobie chustkami, zapewne na całe życie – łódka ich nikła jak punkt czarny – wreszcie w pianach przepadła – oby ich niosła mile i pomyślnie usgue ad finem [35]. . . . . Czasami błogosławieństwo samotnego pielgrzyma co nic nie ma do stracenia, spełnia się na tych, za któremi posłane, jak garść ziarna rzucona na wiatry, co je niosą ku ziemi. Dzikiemi brzegi Sycylii, potem pełniejszem morzem, nocą i porankiem płynął statek ku Syrakuzie. Wyspa smutna i dzika, wdowia po dawnej chwale. Niegdyś potężna łącznia dwóch części świata, dziś podupadła szczyci się tylko ruiną! - co się ostało z zapasów z Kartaginą, Hamilkarem i Rzymiany, Goty i Arabami, to doniszczyło trzęsienie ziemi. Najwspanialszy z tych zabytków, to teatr w ruinie, jeszcze nad wszelkie oczekiwanie świetny, i wspaniały. Sześćdziesiąt rzędów siedzeń mieściło 80,000 widzów, – największy to teatr świata starożytnego, siedzenia jego kute w skale lub murowane. – Coloseum rzymskie szczenięciem ssać by mogło jego biodra, naśladowanie jego czuć w rzymskich teatro Marcello i teatro Pompejo, ale na rzymski sposób. – Scena ku morzu zwrócona, widz zaś odwracając od niej oko, ma widok roztoczony na cudne wzgórza i doliny. Mamut to przeszłości, dziś kudłaty narościami zielonemi natury, co otula i wieńczy macierzyńsko zmarszczki jego czoła, pisane wiekami, a z tej sceny najwspanialszej widać jednego jeszcze aktora – staczającą się w morze miedzianą tarcz słońca i powstającą na nowo! – Wśród miasta wyspy połączonej mostem ze stałym lądem, stoją gruzy doryckie świątyni Artemis, kolumny jej najciaśniejszym ze znanych porządków stawione; na jednej przytarty napis: τώ πέλουι, oznaczający dary niesione Apollinowi. Trzeciem miejscem w Sycylii o gruzach świątyń greckich jest Selinunt. Posiada ich siedem – wszystkie zniszczone do szczętu od trzęsienia ziemi czołem w proch odwieczny zaryły. Znowu z pomocą pary przebyłem Catanię i Messynę, której pędzel Claude Lorraina nazbyt pochlebił. O ile cudna i bogata część palermitańska, o tyle wstrętem przepełniła mnie Calabria – szaro-skalista, przepełniona lawą przyrosłą do ziemi i niweczącą roślinność, natura wszędzie logiczna podała ją mieszkańcom do budowania czarnych domostw, jak sadzą, okopconych, pełno wygasłych wulkanów, odrostków Etny, okolica jednostajnia, ludzie niechlujni i zerkający bokiem, rozboje i zabójstwa zbyt epidemiczne, często z nędzy, częściej z dyletanterii lubiącej dolce far niente [36] i macaroni same lecące do gąbki; – ponad tem Etna, protoplasta wulkanów, którą mają za wygasłą a widok z niej na morze jeden z pierwszych na ziemi. Podobnie o Wezuwiuszu mówiono że wygasł - pali się on naprzeciw swej macierzy – podobnie o narodach mówią że wygasły – a jednak nie gasną one, jeśli je budzi nieszczęście – i tak zerwie się i wróci do życia lud francuski pokarany za Polskę. . .
  Od Messyny raz jeszcze trza było okrętem płynąć ku Palermo i stamtąd dopiero do Civita Vechia. [37] Kiedy mnie łódka odnosiła od Sycylii ku nowemu okrętowi – wspomniałem zajście małe a pełne znaczenia. Wioślarz miał w łodzi ogromnego żółwia, chwalił się nim, mówiąc, że jest na zabicie i że ma dobrą zdobycz, bo jest samicą i że powije wkrótce liczne potomstwo – żal mi się zrobiło biednego żółwia, kupiwszy nieboraka rzuciłem w wodę - z jaką radością hulknął ku głębiom rodzinnym. . . .
  Przed dwoma tygodniami w Wenecji idąc ku sali Ridotto, z mostu pełnego ludzi dojrzałem kota, który zawiśnięty u zamkniętego kratą i deską okna, znajdował się bez ratunku tuż nad stromą ścianą kanału – kazałem mu z mostu podać deskę ku kracie – kot przerażony, jednym susem skoczył w kanał i bohatersko dopłynął schodów pałacu – dobiegłem od drugiej strony, by mu kazać otworzyć, – i cóż powiesz! kot wchodzi do ślicznej sieni marmurowej, w środku której jest duża marmurowa studnia - cóż robi? – oto jednym skokiem skacze w studnię – gramoli się w rozpaczy i stróż z przerażeniem swojem wyciąga nieżywego – cóż zdziałał ten żółw szczęśliwy, co ten kot fatalny wobec przeznaczenia i sprawiedliwości jego? czy nie tak dzieje się w życiu?
  Bądź zdrów mój Onorato, przeprosiłbym cię za długość listu, gdyby nie był jako pokuta dla ciebie przesłany, pisz do mnie, pracuj biernie dokąd czynnie nie możesz, ale się nie daj przemistrzyć swemu mistrzowi, i nie maluj aniołów bez skrzydełek! Rafael skrzydła im dawał. Są ci oni bez skrzydeł ale na ziemi, oto ludzie co w trudach i cierpieniach skwarem życia idą samotnie do końca, którym nikt nigdy nie podał bratniej ręki, a jednak miłość nie wygasła w ich łonach – tym daj piór – by ulecieli precz – – – a jednak, może za gorzko kończę, wszak rzekł mi Lenartowicz, że cierpienie ma kwiat swój, gdy dochodzi do szczytu! – miałożby mieć i owoc, który ludzkość zbiera? . . .
  Adio! kochany mój, pisuj ale nie na Berdyczew, jam już u siebie, gdzie kwitną cicho wiśnie i jabłonie, znam wiosnę, co mi wdzięczniejsza od sycylijskiej, wiejąca falami kłosów, miota wieńce kwiatów i motyli – w dali błękitnieją Karpaty z szczytem Paraszki - a słowikowie nucą bez końca, że piękna ziemia wasza przeszłością swoją, ale nasza zaiste cudniejsza obecnością swego cierpienia i świętości – i do niej przyszłość należy!

Ernest B * * *



(Z przechadzek po Europie).[1][2]

LIST IV.


 Haec est Italia Diis sacra.

Każesz mi pisać prozą drogi przyjacielu!
Jakby na złość ucięła mnie dziś jakaś mucha
By list ten pisać wierszem, mój dobry Kornelu,
Choć wolisz moją prozę, twa Muza niegłucha
Będzie może tym słowom, bo wspomnę obrazy
Któreśmy podziwiali obydwaj niedawno,
I zda mi się żem widział ślady ze sto razy
Kędy twój kij pielgrzymi wspierał się o głazy,
Gdzieś spoczął w laurów cieniu, i w turkus oprawną
Moją drogą Aricyę widział z uniesieniem!
Kędy fale Campanji ścielą się do morza,
Gdzie modra Adrji smuga gra z słońca promieniem!
Wodociągów szkielety tam się prześcigają
A w pustyni szczyt góry złoci jasna zorza —
Góry — którą nad Piotra opoką zesklepił
Mistrz Anioł! w niej harmonje skamieniałe grają!..
Kto u tych źródeł z dłoni własnej wody nie pił
Ten szczęśliwy! bo jeszcze, ujrzy je pierwszy raz,
I uczuje ten w duchu niewysłowion wyraz,
Jak śród tych wszystkich cudów tęskni się za Polską!
Jak dusza, wszystkich tonów jej arfą Eolską!..
Tam jej lica pięknością znikłego anioła
Widać!.. i cierń jej każdy miłościwie kole,
A dumną w obec świata rozkoszą jej bole
I głos jej z wszystkich głosów zespolenia woła!
Gdyśmy jednak wrócili na ojczyste łono,
Wspominajmy pielgrzymkę, by pielgrzymkę życia
Skrócić — niechaj się jego cierniowa korona
Plecie! aż do mogiły od chwilek powicia
Nie oddałbym jej cierni za rajskie ogrody,
Ba jednego bławatka, z moich pól swobody!..
Wędrowcze wytrzymały! wspomnę pięć obrazów
Ze stylu odrodzenia — pięć wielkich obrazów
Kędy geniusz ludzkości, w przejściach odrodzenia
Największe ducha skarby, zstroił w rytm — z kamienia!..

∗
∗             ∗
Najprzód dwie wielkie siostry co dzwonów westchnieniem
Witają się, anielskiem wieków pozdrowieniem!
Obie z otchłani wieków i z mistrzów dumania
Jehowiczne się wzniosły — wpośród urągania!
Jedna — godna Jehowy! ta co Brunelleschi
Wzniósł ją — i „cudem” sklepił pod błękit niebieski!..
Jak modlitwa milionów nagle skamieniała
Biblijna!.. serca ludzkie w górę porywała!
Jak Kolumba — tak jego ochrzcił świat warjatem,
On — kopułą przykrywszy, zemścił się nad światem!
Druga na puszcz Campanji górą się rozległa
Jak mogiła narodu, co popiołów strzegła,
W niej serafów harmonji anioł zaklął prawo
Z pierwszej, Florenckiej rodem — własną stoi sławą,
A że anioł budował, zda się że nie zdoła
Zburzyć jej, chyba trąba drugiego anioła!...
Obie wielkie Sinaju córy, świat im za nic,
Ich wielkość boska! iście nie przygniata, ale
Rwie ducha w górę — że się podnosi zuchwale
I czuje że granica jego — niema granic!...
Brunelleschi! Bramante! Santi! Buonarotti!
Vignolo! Giulo! Lauci! Palladio! Peruzzi!
Po was każda klasyczna kolumna się smuci!
Wam ziemia swe wnętrzności otwarła w wiek złoty!..
By wasz geniusz naturę uszlachetnił sztuką!
Religią waszą piękność! natchnienie nauką!
Wasze ramię natchnienia nieśmiertelną siłą
Ziemię z niebem, zachwytu spójnią połączyło!..
Jakkolwiek ideałem mym gotycyzm będzie,
Jakkolwiek nad Helladę i zawsze i wszędzie
Typu już nienapotkam! choć mi maurytańskie
Gmachy będą muzyką najmuzykalniejszą...
Jednak ty odrodzenia dobo!.. w chrześciańskie
Cuda bogate dziecię! tyś, niemniej cudniejszą!
Chociaż z innych powstałaś, a nie sama sobą,
Masz pomysły, i polot którym nikt nie zrówna!
Córo boskiej Hellady! witaj sztuki dobą
Wielka, milczeniem wieków śpiewaczko wymowna!
Dotąd stoisz u szczytu, dokąd wstrętna blada,
W wnętrzu nie ubożejesz, i zewnętrznie przeto
Lśnić usiłujesz oczu i zmysłów podnietą,
Aż wstrętną barokizmu lunęłaś kaskadą,
Siły, prostoty, i spokoju pozbawione!..
Szamoczą się w kamieniu jak duchy strącone
I z tej walki stoczonej w wielkich mistrzów łonie
Ośle uszy wzrość śmiały — aż na Panteonie!..
I jak wielki Zamojski, niewiedząc, folgował
I puszczał nazbyt cugle szlacheckiej swawoli,
Tak Michał Anioł sam nie wiedząc, zawędrował
Ku granicom przesady, — już inni powoli
Przeszli je — co u niego dzielne — tam — potworne,
Wzniosło się — i skarlało w floresy klasztorne!
Ty mi świadcz o Palladio! ty mistrzu spokoju!..
W twojej piersi boskiego była myśl nastroju!..

∗
∗             ∗
Drugi Pitti! gmach wzniesion teoryą cyklopów;
Czy Pelazgi tu z czasu wróciły potopów
I te głazy w nieładzie ładnym ułożyły!..
Lecz w jakąż się harmonję — jak w pieśń nastroiły!
Proste, wspaniałe, harde Pitti twoje czoło,
Znać że je Brunelleschi godziną wesołą
Założył, bo w twej grozie takeś uśmiechnięty,
Jak pieśnią Orfeusza w jeden gmach zaklęty!
A z daleka pokrewna tobie Farnesina
Tęsknotą pełną wdzięku, wiek złoty wspomina,
Gdy z więzów barbarzyństwa myśl się ludzka spina
Na szczyty nowe, wielkie, pełne odrodzenia
W imię starej Hellady i Greków natchnienia!
Lecz by myślą znowu w świat Hellady znurzyć,
Trzeba było Bizancyum, choć Helleńskie zburzyć!
Nauko wielka dziejów, choć pełna ironji,
Koniec twój wieńczy dzieło, stroi do harmonji,
W której wiek się za wiekiem dziejową koleją
Przesuwa — nad nie ciche niebiosy jaśnieją!
O Farnesino! kształtów ponętnych spiewaczko,
Poemacie w gerlandach, smutna dzisiaj płaczko!
Po tobie męzkich kształtów, kładę rozburzony
Gmach pychy!.. lecz przepyszny!.. jak Babel zniszczony!
I wtóre Coliseum [3] swemi kolumnami
Wspaniałe! choć z sklepieniem zasianem — gwiazdami!!!
To pałacu Karola gruzy granitowe
Co w dziedzińcach Alhambry, sterczą, mamutowe —
On runął — przeszli Maury, i cudzy i swoi,
A Alhambra w swej cichej chwale dotąd stoi...
Dotąd księżyc warkocze jej fontann zaplata,
Kwiat pomarańcz, brzęk gitar, cichy wiew zamiata..
O pałacu Karola! z płaskorzeźb szczątkami,
Ty świadczysz sam o sobie śród wieków wiekami —
Dziś bryzga w jasny błękit jaskółek tysiące,
Ztąd nad szczyt Alpuchary kiedy wschodzi słońce!
Twe kolumny to rytmy, co iście nie mylą,
Wielkie, nieme, tak stoją jak Dawid z Sybillą,
Że nawet prawdy fałszem dopiąć się nie godzi,
Bo z dobrego nemezą – złe się znów wyrodzi!

∗
∗             ∗
I znów wspomnienia powiew nad Adrji falami
Myśl mą przeniósł, stanęła zachwycona cała,
Przed nią dziewiczych kolumn harmonja wspaniała
Jak z melodyi Szopena gracya skamieniała!
To dzieło Pansowina „biblioteką” zwane,
Którą pyszna Piazetta i Wenecya znane —
W gerlandach marmurowych jako panna młoda
Śnieżna — w Adryatyku błękit zapatrzona
Duma — i sama jedna — smutna jej uroda,
Bo wie że drugiej takiej niema śród miliona!
Jedna tylko Palladia [4] bazylika cudna
Z nią się równa — lecz zrównać się o! to rzecz trudna!
Bo przepełnia zachwytem, i tak rozwesela
Że o jasnej przyszłości marzyć się ośmiela!...
Ona jednym z jedynych gmachów na tej ziemi,
Co nie znają tu równych! choć nieco zalotna
Starsza siostro Logietty!.. tyś tu niepowrotna,
Jako myśl — wykonanie — tyś z nieśmiertelnemi!..
Wreszcie — cicha ustroni — o Pawji klasztorze!
Witaj śnieżna Kartuzyo! o zachodu porze,
Kiedy na twych marmurach łamią się promienie
Słońca, Italska lilio!... boskie twe przestrzenie!
Pogoda twego czoła, twych kształtów piękności
Zdają się mówić, że co w twojej się cichości
Zawrze, i w sobie całe, zupełne, spokojne,
Żyć pocznie najwyższemi tony ducha strojne —
I znajdzie — czego szukał próżno na tej ziemi,
Odda wszystko — by wszystko zdobyć! i orlemi
Pióry przebić błękitów słoneczne sklepienie!..
∗
∗             ∗
O pozdrawiam was wszystkie pięć, pełne urody,
Do was się na duchowe przybliżyłem gody,
Wyście mi potwierdziły że samo natchnienie
Jest sumieniem artysty — na czas i przestrzenie!...

1870. Perugia.

