Władysław Tarnowski


Wyjątek z listu z Bombaju


Władysław hr. Tarnowski

 Na początku maja r. b. nadeszła do Warszawy pierwsza wieść smutna o śmierci młodego jeszcze, a wysoko utalentowanego muzyka, poety i podróżnika, hr. Władysława Tarnowskiego. Wieść owa, przyjmowana zrazu z niedowierzaniem, wkrótce, niestety, znalazła urzędowe potwierdzenie, gdy konsul austriacki w San-Francisco zawiadomił rodzinę nieboszczyka, zamieszkałą na Wołyniu, że hr. Władysław wracając do Europy z ostatniej swej podróży po Indyach, Chinach i Japonii, zmarł w drodze na parowcu „Pacific“, dnia 12 kwietnia r. b., z przyczyny niewiadomej.
 Strata-to rzeczywiście niemała nie tylko dla rodziny, ale dla kraju, któremu zmarły, pędząc życie gorączkowe w nieustannych prawie podróżach, nie mógł jeszcze dostatecznie dać poznać różnostronnego talentu swojego. Korzystając więc z uprzejmości czcigodnego J. I. Kraszewskiego, który przesłać nam raczył wizerunek hr. Władysława w stroju wschodnim, oraz widok Wróblewic, posiadłości jego w Galicyi, dajemy, obok drzeworytów z obu tych fotografii, króciutki rys życia za wcześnie zmarłego pracownika na polu piśmiennictwa i sztuki, o ile na to pozwalają bardzo szczupłe materyały.
 Władysław Tarnowski, wnuk Jana Feliksa z Dzikowa, a syn Waleryana i Ernestyny hrabiostwa Tarnowskich, urodził się r. 1841 we Wróblewicach, dziedzicznej majętności swej rodziny. Młodzieniec, objawiający wcześnie niepospolitą zdolność do muzyki, kształcił się w tej sztuce najprzód w konserwatorium Paryzkiem, a potem w Lipsku, pod Moschelesem i Lisztem, który w technice fortepianowej stawiał go niemal na równi z Rubinsteinem i Bülowem. Zetknięcie się bliższe z Lisztem i Wagnerem wywarło podobno pewien wpływ na kierunek artystyczny młodego adepta sztuki, nie do tego jednak stopnia, aby stać się miał wyznawcą okrzyczanej w Niemczech „muzyki przyszłości“. Talent-to był zbyt samodzielny, ażeby ulec mógł naśladownictwu.
 Jako kompozytor napisał operę Achmet, z tekstem własnym, drukowaną w Lipsku, kilkanaście sonat na orkiestrę, oraz fantazye na fortepian i pieni. Uwertura jego i śpiewy do dramatu Joanna Grey wyszły w Wiedniu. We Wrocławiu, Lipsku i Lwowie wykonywano z wielkiém powodzeniem kilka utworów orkiestrowych ś. p. Tarnowskiego.

 Na polu piśmienniczem, oprócz pięknego dramatu Joanna Grey, wydrukował liczne poezje pod pseudonimem Ernesta Buławy, oraz Archiwum wróblewieckie. Z jego także zbiorów ogłoszone są we Lwowie „Listy pani Kossakowskiej kasztelanowej kamienieckiéj do Ignacego Potockiego“, a zapowiedziane pozostałości rękopiśmienne po samym tym znakomitym mężu stanu. Niemałéj również wartości są listy Tarnowskiego z wędrówek jego po Włoszech i Wschodzie; w ostatnich bowiem latach zwiedził nieboszczyk Konstantynopol, Ateny, Kair, Teby, Balbek, Palmirę, Damaszek i pustynię, a w roku przeszłym odbył podróż do Indyj, Chin i Japonii, w powrocie z której właśnie śmierć niespodzianie go zaskoczyła. Szczęśliwym trafem jeden z listów, pisanych do rodziny z ostatniej jego podróżny, znajduje się w naszych rękach; drukujemy go więc, aby czytelnikom naszym dać poznać gorącą duszę tego człowieka, który dziwnym jakimś blaskiem poetycznego uroku otaczać umiał wszystko, czegokolwiek się dotknął.


WYJĄTEK Z LISTU Z BOMBAJU.
24 grudnia, 1877 r. Dzień wigilii.
 „Chcieliście miéć list z Bombaju; otóż macie nie tylko list, ale i wieści o mnie w dodatku; a najprzód życzenia pomyślności na rok nowy i następne!.. Co do mnie, przybyłem zdrów i cały cztery morza świata: Adryatyk spokojny, Śródziemne wzburzone wspaniale przez dni kilka — Czerwone rozpalone jak piekło — i cichy ocean Indyjski, spokojny w swéj bezbrzeżnéj wielkości.
 Dotąd wszystko pomyślnie. Trudy mną się strudziły, upały najgorsze zniosłem w puszczach Palmiry i Egiptu. Podróż zda mi się spacerem i gdyby nie wzrok po za siebie i tęsknota za krajem, co czasem szarpnie serce zębami rekina, nie byłoby w niéj ani chmurki.
 Z Tryestu do Korfu morze było ciche, jak kołyska śpiącej dzieciny. Śródziemne za to, najgroźniejsze z mórz świata, rozlało się z całą grozą majestatyczną, która mnie zachwyciła!.. Trzy dni burzy przebyłem na pokładzie, gdy wszyscy chorowali i krzyczeli; przyznacie żem tęgi chłopiec, kuty na cztéry nogi, jak mój Pegaz. Czwartego dnia, zacząwszy chorować zawinąłem się w płaszcz i zasnąłem, modląc się nie więcej jak co dzień, by Pan Bóg nie pomyślał, że się doń modlę się ze strachu!.. W sześć dni do Aleksandryi, stamtąd koleją do Suez, gdzie parę dni czekałem na statek.
 Suez jest prześliczne dziecko pustyni; cały oprawny w ogrody palm i wiérzb babilońskich, ujmujących w cudne kulisy bursztynowe piaski pustyni, do których przyległy śpiące szafiry Czerwonego morza, zataczające się w półkola harmonijnie i puszkiem dyamentowym muskające swe brzegi. Puszek ten, ucałowany przez słońce, zamienia się w tęcz miliony.
 Siedząc do północy nad morzem i dokazując z Arabami, dostałem gorączki dwudniowéj, o sile 4-ch koni, jakiéjby się w naszym klimacie nie zniosło. Zniecierpliwiony tym prologiem podróży, zerwałem się w paroksyzmie i zabiłem febrę, wsiadłszy na wielbłąda i zrobiwszy w trzy godziny puszczą jedną z najcudniejszych w życiu wycieczek do Źródeł Mojżesza (Rinn Mussa). Jest to miejsce, kędy Mojżesz miał ze skały dobyć wodę dla Izraelitów. Źródło to jest dla wszystkich zagadką, skąd się tu więło i jak wśród tych piasków istniéć może. Od wieków płacze tu po piaskach, a chociaż skały Mojżeszowe już zasypane, ono tętni życiem i ożywia całą oazę palm olbrzymich, których bukiet, jak szmaragd, z oddali zieleni się na bezbrzeżach pustyni. Kitami ich ogromnemi wiéw od morza przybywający porusza na tłach gorejącego błękitu z dziwną, niewymowną gracyą, którą nazwałbym tańcem natury… Tę gracyę w naturze mógłby człowiek studyować w artyzmie swych tańców.

 
Ś. p. Władysław hrabia Tarnowski, w stroju wschodnim.
 Jest tu domek Beduinów, którzy mnie kawą gościnnie przyjęli; jednak gorączka tu doszła do najwyższéj siły i kiedy, w chwili słabości, rzuciwszy się na dywan, zawołałem: „Ana meslim!..“, co znaczy po arabsku: „Nieszczęsny jestem“ — po twarzy Beduina łzy jak groch się stoczyły i powiedział mi, że jego dom jest moim domem, poczém przyniósł mi wody ze zdroju Mojżesza. Po niéj długi sen — i patrzcie, febra poszła i nie wróciła.
 Przejechałem znowu przez puszczę z powrotem, a przepłynąwszy kanał łodzią, wróciłem do Suez; stąd nazajutrz parowcem udałem się w dalszą drogę i w 15 dni w Bombaju stanąłem. Czerwone morze, które z każdego prawie okrętu porywa ofiary z powodu upału, było punktem kulminacyjnym niebezpieczeństwa; w razie powrotu gorączki byłbym zginął, jak mucha.
 Widać jednak że mi jeszcze żyć przeznaczono, bo była dość dyskretną, by nie stanąć na pokładzie. Piérwsze dwa dni były w istocie trudne: zdało mi się z gorąca, że wszystko we mnie zamiera, że więdnę, usypiając. Trzeciego dnia powiał wiatr, rzadki gość, od oceanu i pustyń; wszystko ożyło, a czwartego dnia pokazywałem już Anglikom na pokładzie, jak wywija polskiego hołubca. Przytém jedna z nich tak zaczęła manewrować swoim wachlarzem, że uznałem za stosowne dostać morskiej choroby i zamknąć się na dobę w méj kabinie, na czém studya moje przygotowawcze co do Indyj wyszły wyśmienicie… Sześć dni i nocy Czerwonem morzem, między wybrzeżami Persyi i Arabią Felix, przebyłem więc szczęśliwie. Ujrzałem z zachwytem, jakiego każdemu życzę choć raz w życiu, górę Synai, królową puszcz i mórz, z koroną w błękitach, jaśniejącą wspomnieniami wieków, niemo a wymownie głoszącą imię Jehowy, co wiedzie narody… Mały przystanek w mieście Aden, gdzie piérwszy raz byłem otoczony prawdziwie dzikimi ludźmi, w strusich piórach, potém 9 dni oceanu — a żegluga skończona.
 Ocean jest najpiękniejszém dziełem Stwórcy w naturze. Cichy, bezbrzeżny, błękitny, chwilami jak lew spieniony, pełen znowu spokoju, jak mędrzec w zadumie. Fala jego długa, spiętrzona wspaniale, niesie okręt, jak grzywa rumaka, w słońcu tęczujący… Noce mieliśmy przepyszne księżycowe; wiew ciągły, chłodzący powietrze; pokład był oświeconym, płynącym salonem, w którym, w blaskach księżyca, ślicznie grupowało się towarzystwo pań w lekkich tunikach, Arabów i Persów w barwnych szatach, Indyan o malinowym turbanie i Turków o płonącym fezie, wreszcie Europejczyków rozmaitych. W tych blaskach miesiąca fala morska była jak jedna szyba perłowej masy. Niebo, jaśniejące gwiazdami, nie blademi, jak na północy, ale całe gwiazdo lite, jak iskrami zasiane… W takich nocach musiała się znaleźć i pieśń, i gitara, i chór majtków, i niejeden sopran lub tenor, a nawet raz, w noc jasną, wywindowano pianino na pokład i wyobraźcie sobie, że na niem dwie godziny improwizowałem, płynąc w blaskach świetlanych w nieskończoność; ale myśl moja ku wam zwróciła się w tych chwilach i szła po falach morza, w stronę rodzinną!..
 Tak zwolna płynąc Kolumbowemi szlaki, witając ptaki latające i kawały drzewa, czuliśmy bliskość ziemi. Wreszcie o wschodzie słońca, zawołano: ląd! ląd!.. i Indye, upowite w różane zorze, z lasami palm i pomarańcz, wyłoniły się z błękitów morza, jak motyl stubarwny… Port Bombaju, olbrzymich rozmiarów, piękny swemi wyspy i skałami, nie odpowiedział jednak, równie jak sam Bombaj, moim oczekiwaniom. Przesadnie porównywano go z Neapolem, do którego się nie umył… bo Neapol szpeci Wezuwiusz, którego tu niéma — tak jak na przykład kuzynkę P… szpeci pewien wdzięk wrodzony, i to je ne sais quoi, do którego inne się nie umyły, jak Bombaj do Neapolu. Przepraszam kuzynkę za to zuchwałe porównanie; na moją obronę powiem „si non e ben trovato, e vero.“
 W szalony upał porwało mnie na łódź indyjską czterech dzikich, o brązowych ciałach muskularnych, szamoczących się rytmicznemi wiosły z morzem, tak że łódź strzałą przelatywała przestrzenie. Dowódca ich wołał ciągle: „Czwadzi! czwadzi!“ to jest: naprzód! i rad jestem, że to jest pierwsze słowo, jakiego po indyjsku się nauczyłem. Dwukołowy powozik powiózł mnie pędem, wśród namiotów palm i czarnych ludzi, tak iż na chwilę zdało mi się, żem zapadł na chorobę Tysiąca nocy i jednej!
 Stanąłem w hotelu Esplanade, olbrzymiem apokaliptycznem straszydle cztéropiętrowém. Gmach ten, cały z żelaza, mieści 2,000 osób, godny miasta Bombaju, którego ludność podobno już przechodzi 800,000. Taniość mnie tu zadziwiła: za 5 rupij (rupia indyjska = dwom frankom) dziennie mam piękny pokój na morze i trzy pożywienia na dzień tak obfite, że połowie rady dać niepodobna; w dodatku usługę, światło i co dzień zimną kąpiel, bez któréj tu żyć nie można.
 Co dnia odbywam wycieczki; zabytków jednak staroindyjskich tu niewiele, angielskie zaś, nowe, mniéj niż nieciekawe. Rzeczą przepyszną jest ogród botaniczny, w którym z rozkoszą oka bujają rośliny wszelkich stref tropikalnych, z całym przepychem natury.
 Wczoraj odbyłem łodzią jedną z wycieczek pamiętnych mi na całe życie — na wyspę Elefantę, której groty, kute ludzką ręką, są największym pomnikiem sztuki staroindyjskiej, a natura, z drzewa i kwiatów, ptaków i motyli barw najrozkoszniejszych złożona, jest rajem ziemskim. Takiego śpiéwu ptaków nigdzie nie słyszałem. Oto listek z kwiatka na pamiątkę.
 Groty Elefanty, na cały świat sławne, są dziełem wielkiego artystycznego znaczenia i godnie postawiłbym je w środku, między sfinksami Egiptu, a lwami Mycen w Grecyi, z pelazgijskiej epoki… Wyrazem ducha jedne ni drugie im nie zrównają, a znam jedne i drugie. Mitologie indyjska, tak jak inne mitologie, dziwnie licują z naszą biblią tém, że mają swą trójcę, czyli Trimurti. I tak: Brahma, Bóg stworzyciel; Wisznu, syn jego, który zszedł na świat i wrócił do nieba; wreszcie Sziwa, który po wiekach przyjdzie świat cały zburzyć. Sziwie światoburcy i jego żonie poświęcone są groty Elefanty; wieńczą je jednak i inne bóstwa. Wyraz twarzy Trimurti jest niezmiernego znaczenia na swe czasy, wyraz Sziwy tak pełen grozy i życia, że one mnie naw skroś z tych ruin przebodły… że się w nocy zrywałem z przerażenia.

.	.	.	.	.	.	.	.	.	.	.	.	.	.	.	.	.	.	.	.
 List, wczoraj przerwany, z powodu pasterki, na którą poszedłem o północy, dziś kończę. Odbywała się w katedrze. Nic rzewniejszego i wspanialszego. Chór Indyan-chrześcijan śpiéwem towarzyszył. Słyszałem Ojcze nasz po indyjsku, przez Indyanina skomponowane. Potężne wrażenie sprawiał widok tych czarnych ludzi, siedzących na ziemi, wokoło celebrującego biskupa; wielkie to dzieło naszych misjonarzy!.. Kościół przedstawiał widok nie z tego świata. Kazanie angielskie było prześlicznie wypowiedziane.
 U arcybiskupa będę z wizytą pojutrze, z jednym Portugalczykiem. Z pasterki do domu idąc o 1-szej w nocy, zbłądziłem; powozów już nie było. Spotkałem dwóch Indyan, którzy mogli mnie najwygodniéj zabić w ciemnym zaułku; najpoczciwiéj jednak zaprowadzili mnie aż do domu i ślubowałem miłość ich narodowi.
 Mam listy polecające do możnych Indian, od mego dobrego przyjaciela, profesora Gubernatis z Florencyi. Przyszedł do mnie arcykapłan Parsów, w mitrze, biało ubrany, w szalu pąsowym z kaszmiru i z asystencyą, oddał mi ogromny bukiet i prosił by mu zagrać. Uczyniłem to na nieszczególnym fortepianie hotelowym; zbiegło się do Sali ze 60 osób i był taki grzmot oklasków, żem uciekł. Sercom i pamięci waszéj się zlecam.
 Dalszy plan drogi: jutro do Goonah na górach, dla powietrza, które tam zupełnie Europejskie; dalej do Madrasu, na wyspę Ceylon i powrót do Bombaju. Stąd do Agry, Delhy, Simla, w Himalaji, do Benares i Kalkuty; ztamtąd, zapewne przez Chiny, Japonią i Amerykę morzem do Neapolu, gdzie mam nadzieję stanąć w czerwcu i miesiąc odpocząć w ulubionym moim hotelu Washington.“



 Oto próbka czem był i czem mógł być jeszcze w przyszłości ten człowiek, zgasły w sile wieku, z ogromnym zasobem energii i talentu, człowiek, o którym słusznie powiedział Kraszewski:
 „Potęga młodzieńcza stanowi cechę i poszyj, i muzykalnych kreacyj autora. Świetne to, barwne, szerokie i silne, tak że często pragnęłoby się więcéj wlać spokoju w te rozkołysane fale…. Całą duszą artysta, Tarnowski, można powiedzieć, żył tylko w świecie poezji i muzyki, w świecie ideałów, snów i marzeń.“
 Niestety! ideałów tych nie urzeczywistniło życie, a sny i marzenia zawczesna pogrzebała mogiła…


