Mark Twain



Wizyta kapitana Stormfielda w niebie

I
Gdy rozpoczął się trzydziesty rok od dnia mojej śmierci,
zacząłem się trochę niepokoić. Zwróćcie uwagę, że cały ten
czas leciałem w przestworzach niczym kometa. Kubek w
kubek jak kometa! Tak, tak, Peters, całą kupę komet
prześcignąłem w drodze. Co prawda żadna z nich nie
odbywała podróży razem ze mną, gdyż podróżują one, jak
wiadomo, po obwodzie elipsy, podobnej do pętli lassa, ja zaś
leciałem cały czas prosto jak strzała. Ale od czasu do czasu
spotykałem komety, które przez dwie albo trzy godziny leciały
tą samą drogą co i ja; wówczas robiliśmy coś w rodzaju
wyścigu. Ale wyścig ten był zwykle, że tak powiem,
jednostronny, bo wymijałem je tak szybko, jak gdyby stały w
miejscu. Zwykła kometa robi nie więcej niż dwieście tysięcy
mil na minutę. Dlatego też, gdy trafiała mi się kometa tego
gatunku — w rodzaju na przykład komety Enkego lub Halleya
— spotkanie nasze trwało bardzo krótko; czas jego trwania
wyrażał się zazwyczaj w bardzo małych ułamkach sekundy.
Nie wiem nawet, doprawdy, czy można to nazwać wyścigiem.
Kometa podczas takiego „wyścigu” wlokła się jak pociąg
naładowany piaskiem, ja zaś mijałem ją z szybkością ekspresu
północnego. Za to kiedy wydostałem się poza obręb naszego
systemu słonecznego, miałem sposobność spotkać komety o
innych właściwościach. U n a s takich komet nawet nie
fabrykują; nasze w porównaniu z nimi... to zwykłe partactwo.
Raz w nocy walę sobie pełnym biegiem przy pomyślnym
wietrze, robiąc dobry milion mil na minutę (może i więcej, ale
na pewno nie mniej), aż nagle widzę o trzy rumby w prawo 
jedną z owych niebiańskich podróżniczek niezwykle wielkich
rozmiarów. Z położenia jej świateł na rufie wywnioskowałem,
że kieruje się na północny wschód z odchyleniem pól rumba
ku wschodowi. Kierunek ten był tak zbliżony do mojego
kursu, że postanowiłem nie tracić okazji. Skróciłem ster o dwa
rumby i popędziłem wprost na nią. Szkoda, żeście nie
widzieli, jak leciałem i iloma iskrami elektrycznymi
promieniowałem! Nie upłynęło półtorej minuty, gdy byłem
już otoczony elektryczną mgłą, świecącą wokoło mnie na
odległość mili i oświetlającą przestworza niczym światło
dzienne. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę kometę,
błyszczała w oddali niebieskawym światłem jak pochodnia
pogrzebowa, w miarę zaś mego zbliżania stawała się coraz
większa. Pędziłem ku niej tak szybko, że po przebyciu około
stu pięćdziesięciu milionów mil znalazłem się tak blisko, iż
wpadłem w jej fosforyzujący ślad; oślepiony jego blaskiem,
nie widziałem nic. Uznając, że nie mam po co zagłębiać się
weń dalej, skręciłem trochę ster i wziąłem kierunek
równoległy z kursem komety. Wkrótce szybowałem już nad
jej ogonem. Jechałem pełnym biegiem, ale mimo to na
zewnątrz musiałem wydawać się pchłą pełzającą po
kontynencie Ameryki. Przebyłem około stu pięćdziesięciu
milionów mil, ale nie dostałem się jeszcze nawet do jej talii,
jeżeli można się tak wyrazić o komecie.
Tak, tak, Peters, my tutaj na dole guzik wiemy o
kometach. Jeżeli chcecie zobaczyć prawdziwe komety,
musicie wynieść się z naszego systemu słonecznego tam,
gdzie jest dość miejsca, żeby mogły sobie poigrać. Mówię ci,
mój przyjacielu, widziałem komety niemogące równać się z
żadną z n a s z y c h; choćby je nie wiem jak do siebie
przykładać — zawsze będą się różniły ogonami.
Odwaliwszy nowe pół setki milionów mil, znalazłem się
ponad plecami mojej podróżniczki. Czułem się świetnie, mogę 
to powiedzieć z całą uczciwością, ale akurat w tej samej
chwili zobaczyłem, jak oficer znajdujący się na pokładzie
podszedł do burty i zaczął obserwować mnie przez teleskop.
Niezwłocznie usłyszałem jego komendę:
— Hej, wy tam, w dole! Ruszać się, chłopcy! Dawajcie
tutaj sto milionów miliardów ton siarki.
— Tak jest, sir!
— Zawołać wachtę z prawej burty! Wszyscy na górę!
— Tak jest, sir!
— Posłać na górę dwieście miliardów ludzi do lin
i żagli!
— Tak jest, sir!
— Postawić całe ożaglowanie, jakie jest na burcie!
Nie upłynęła sekunda, gdy zacząłem zdawać sobie
sprawą, że zwróciłem na siebie uwagę dość niemiłego
osobnika. Mniej niż w ciągu dziesięciu sekund kometa
zamieniła się w ognisty obłok purpurowo-czerwonych żagli.
Czubki ich ginęły w wysokościach — zdawało się, że
staruszka kometa nagłe spuchła i zajęła sobą niemal całe
przestworza. A ten dym siarczany walący z kominów! O, nie
ma na świecie pióra, któremu by się udało opisać, jak dym ten
zwijał się w kłęby i unosił do nieba, a woni, jaką wydawał, ani
w połowie nie można sobie wyobrazić. Niepodobna również
opisać tego, z jaką wściekłością ruszył teraz naprzód ten potworny
statek! A tysiące gwizdków bosmańskich, a
wymyślania i przekleństwa załogi, równej zaludnieniu kuli
ziemskiej, uwielokrotnionemu setki tysięcy razy! Przysięgam,
że nie zdarzyło mi się słyszeć przedtem niczego, co dałoby się
porównać z tym niebiańskim koncertem.
Pędziłem tuż obok komety, starając się rozwinąć jak
największą prędkość, bo nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać
komety, która by mnie wyprzedziła; ze względu na to
powinienem był dać i tej dobrą nauczkę. W tym celu gotów 
byłem nawet zaryzykować katastrofę. Miałem podstawę
sądzić, że zdobyłem sobie w przestworzach jaką taką reputację
i bynajmniej nie miałem zamiaru jej stracić. Zauważyłem, że
wyprzedzam teraz kometę nie tak znacznie jak przedtem, ale
jednak wyprzedzam. Na burcie komety widać było wielkie
poruszenie. Z dołu wyskoczyło dobre sto miliardów
pasażerów; cały ten nieprzeliczony tłum rzucił się do burty i
zaczął robić między sobą zakłady o rezultat wyścigu. Dzięki
temu obciążeniu burty kometa przechyliła się i straciła trochę
na szybkości. Ale jej sternik był po prostu szaleńcem! Rzucił
się na tłum, wymachując rękami i krzycząc na całe gardło:
— Marsz na dół! Na dół wy...* [Kapitan Stormfield nie
pamięta, co to było za słowo; twierdzi, że to był jakiś wyraz
obcy — przypis autora]! Żeby mi momentalnie wszyscy byli
na dole, bo inaczej czaszki wam porozbijam, wszystkim! Od
pierwszego do ostatniego!
A więc, Peters, ciągle wysuwałem się po trochu naprzód,
aż wreszcie dostałem się na wysokość dziobu tego starego
statku. W tym czasie wyszedł na pokład i kapitan komety; stał
teraz obok sternika, w zarękawkach i kapciach, z potarganymi
włosami i obwisłą jedną szelką. Ależ oni obaj żałośnie
wyglądali! Doprawdy, nie mogłem się powstrzymać od
zagrania im na nosie, huknąwszy przy tym na całe gardło:
— Do widzenia! Do widzenia! Może zawieźć od was
jaką wiadomość żonie i dzieciom?
Peters, to był błąd z mojej strony. Tak, później nieraz
żałowałem tego powiedzenia — było ono naprawdę błędem.
W tym sęk, że kapitan całkiem już był zrezygnował z
wyprzedzenia mnie, ale moja ostatnia uwaga wydała mu się
nazbyt obraźliwa. Takiego ciosu nie mógł znieść. Odwrócił się
do sternika i powiedział:
— Czy wystarczy nam siarki na tę sztuczkę?
— Tak jest, sir!
— Na pewno?
— Tak jest, sir, mamy jej więcej, niż potrzeba.
— A ile ładunku zabraliśmy do przekazania szatanowi?
— Milion osiemset tysięcy kwantymilionów
„kazarków".
— Doskonale. Niech ich mieszkańcy pomarzną do
przyjścia następnej komety. Odciążyć statek! Prędzej, prędzej
się ruszać, chłopcy! Cały ładunek za burtę!
Patrz mi prosto w oczy, Peters i staraj się zachować
spokój. Przekonałem się, że „kazark" jest niczym innym niż
tylko planetą o pojemności 169 kul ziemskich! Otóż całą tę
ogromną masę wyrzucili za burtę. Padając, pociągnęła za sobą
znaczną ilość gwiazd; znikły, jak gdyby zgaszone czyimś
gigantycznym dmuchnięciem. Co zaś do wyścigu — ten
skończył się w jednej chwili. Kometa zaledwie pozbyła się
ładunku, ruszyła naprzód i w ciągu sekundy wyprzedziła mnie
tak, jakbym stał na kotwicy. Kapitan przeszedł na rufę, na luk,
zagrał mi na nosie i krzyknął:
— Do widzenia! Do widzenia! Może i od ciebie
przesłać coś przyjaciołom twojej babci?
Potem podciągnął sobie szelkę i po upływie trzech
kwadransów jego statek zamienił się w blade, połyskujące
pasmo na horyzoncie. Tak, to był błąd z mojej strony, Peters,
że wypowiedziałem taką uwagę. Nie sądzę, żebym kiedyś
miał przestać tego żałować. Gdybym umiał utrzymać język za
zębami, wziąłbym górę nad tym niebiańskim natrętem. Ale
widzę, że odbiegłem od wątku opowiadania; zaraz wezmę z
powrotem właściwy kurs. Teraz już mogliście się przekonać,
jaką ja tam rozwijałem szybkość. A więc, jak już wam
mówiłem, w trzydziestym roku mojej podróży zacząłem czuć
się trochę głupio. Tak, tak, podróż sama przez się była
przyjemna, ale trzydzieści lat zupełnej samotności... wyobraź
no sobie, Peters. Oprócz tego chciałem wreszcie dokądś 
dotrzeć. Ruszyłem w drogę, wcale się nie spodziewając, że
będzie to trwało całą wieczność. Z początku podobało mi się,
że podróż się przeciąga, bo miałem pewne podstawy sądzić, iż
wyląduję w dość ciepłej okolicy, ale z czasem zacząłem
uważać, że lepiej już wylądować gdziekolwiek, byleby
skończyć z tą niepewnością.
Tak więc pewnej nocy (zresztą teraz cały czas była noc, z
wyjątkiem tych momentów, kiedy mijałem jakąś gwiazdę,
oświetlającą swymi promieniami całą przestrzeń, ale trwało to
sekundę, a najwyżej dwie, gdyż natychmiast zostawiałem je za
sobą i znów na dobry tydzień pogrążałem się w ciemności) …
Gwiazdy wiszą w przestworzach wcale nie tak blisko siebie,
jak nam się to wydaje… Ale o czym to ja zacząłem mówić?
Aha! A więc pewnego razu w nocy zobaczyłem na wprost
dzioba na horyzoncie niezmiernie długi szereg drgających
świateł. W miarę jak się zbliżałem, zaczynały się one
zwiększać i stawały się coraz bardziej podobne do pieców o
gigantycznych rozmiarach. Natychmiast pomyślałem sobie:
Na świętego Jerzego! Nareszcie przybyłem i to na pewno
nie tam, gdzie należy. Wiedziałem, że tak będzie!
Wówczas zemdlałem. Nie wiem, doprawdy, jak długo
pozostawałem w omdleniu; widocznie długo, bo gdy się
ocknąłem, wokoło zamiast ciemności ujrzałem wspaniałe
światło słoneczne i odczułem miły, świeży wiaterek. I jaka
cudowna miejscowość rozpościerała się wokół mnie — było
to coś połyskującego, cudownego, zachwycającego! Ja się
okazało, to co brałem za piece były to bramy milowej
wysokości, zbudowane z połyskujących klejnotów i
znajdujące się w murze z kutego złota. Szczyt tego muru, jak
również jego końce, ginęły w niezmierzonym oceanie
przestworzy. Leciałem prościutko na jedną z tych bram,
spiesząc się jak przy pożarze. Wtedy zauważyłem, że niebo
czerniało od milionów ludzi zdążających do tej bramy. Co za
hałas robili, unosząc się w powietrzu! Ląd również był
szczelnie pokryty tłumem ludzi. Były ich tam chyba całe
miliardy.
Podleciałem do bramy razem z całą chmarą ludzi. Kiedy
przyszła kolej na mnie, starszy urzędnik mruknął tonem
urzędowym:
— No, prędzej, prędzej! Pan skąd?
— Z San Francisco — odpowiedziałem.
— Jak?... San Fran...? — zapytał.
— San Francisco.
Podrapał się w głowę, widocznie nie rozumiejąc,
i powiedział:
— Czy to planeta, czy co?
Na świętego Jerzego! Powiedział tak, Peters.
— Planeta? — powtórzyłem. — Miasto, nie planeta. I to
jedno z najpiękniejszych, największych i...
— Tere-fere! — przerwał mi. — Nie ma czasu na
rozmowy. Nam tu nie miasta są potrzebne. Skąd pan jest w
ogóle, że tak powiem?
— O, przepraszam — powiedziałem. — Proszę mnie
uważać za pochodzącego z Kalifornii.
Znów mu zabiłem ćwieka, Peters! Namyślał się
chwilę, a potem stwierdził, wyraźnie zagniewany:
— Nie znam takiej planety. Może to konstelacja?
— Wielki Boże! — zawołałem. — Konstelacja?
Wcale nie. To stan.
— Nic nas tu nie obchodzą stany. Niech mi pan powie
wreszcie, skąd pan jest w ogóle?
— O, teraz zrozumiałem, o co panu chodzi — powiedziałem.
— Pochodzę z Ameryki, ze Stanów
Zjednoczonych Ameryki.
Wiesz, Peters, znów mu zabiłem ćwieka! Niech mnie
diabli porwą, jeżeli mu nie zabiłem! Twarz jego przybrała taki
wyraz, jak twarz manekina, do którego strzelają rekruci.
Zwrócił się do młodszego urzędnika i zapytał:
— Gdzie jest Ameryka? Co to jest Ameryka?
Młody urzędnik natychmiast odpowiedział:
— Taka gwiazda nie istnieje.
— Gwiazda? — powiedziałem przeciągłym tonem. —
Co pan gada, młodzieńcze? To wcale nie gwiazda, to kraj, to
kontynent. Odkrył go Krzysztof Kolumb. Spodziewam się, że
panowie o nim słyszeli? Ameryka, drogi panie, Ameryka,
przecież to...
— Stop! — powiedział starszy urzędnik. — Pytam po
raz ostatni: skąd się pan wziął?
— Doprawdy, nie wiem, co mam więcej powiedzieć,
chyba to, że przybyłem tu ze świata.
— A — pochwycił rozradowany — nareszcie słyszymy
od pana coś, co ma sens! Z j a k i e g o świata pan przybył?
Tym razem, Peters, udało mu się wprawić mnie w
zakłopotanie. Patrzyłem na niego jak głupi, ale w jego oczach
widziałem, że mu się śmiertelnie naprzykrzyłem. Po chwili
milczenia zapytał:
— No więc, z jakiego świata pan przybył?
— Tak, ze świata, powtarzam panu.
— Ze świata! — powtórzył. — Hm! Mamy tu miliardy
tych światów!... Następny!
Ostatnie słowo znaczyło, że mam stanąć z boku.
Wypełniłem to polecenie, zaś na moje miejsce skoczył
jasnoniebieski stwór z siedmioma głowami i jedną nogą.
Wówczas spostrzegłem, że miliardy ludzi, których widziałem
lecących do tej samej bramy, wszyscy co do jednego są
istotami podobnymi jak dwie krople wody do opisanego przed
chwilą stworzenia. Zacząłem szukać między nimi znajomych, 
ale ich nie znalazłem. Przemyślałem całą historię od nowa i,
koniec końców, wyszedłem z powrotem, czując się dość
głupio.
— No i co? — zapytał starszy urzędnik.
— Widzi pan — zacząłem tonem pełnym uszanowania
— w żaden sposób nie mogę się domyślić, co to za świat, z
którego tu przybyłem. Być może rozpozna go pan po tym, że
jest to ten świat, który został zbawiony przez Zbawiciela.
Usłyszawszy to imię, skłonił głowę, po czym powiedział
miękko:
— Liczna światów zbawionych przez Niego równa jest
liczbie bram niebieskich. Nie ma człowieka, który by je
przeliczył. Do jakiego systemu astronomicznego należy pański
świat? Ta wskazówka mogłaby się nam przydać.
— Do tego systemu należy Słońce... i Księżyc... i Mars
— przy każdej nazwie kręcił głową; nigdy o nich nawet nie
słyszał — i Neptun... i Uran, Jowisz...
— Stop — powiedział. — Niech no pan chwilę poczeka.
Jowisz... Jowisz... Pamiętam, że osiemset czy dziewięćset lat
temu przybył do nas stamtąd jeden człeczyna... Ale ludność
tego systemu bardzo rzadko dostaje się do tej bramy. — Tu
nagle zaczął patrzeć mi prosto w oczy tak badawczo, że przez
chwilę poważnie się bałem, żeby ich nie przedziurawił
wzrokiem. Potem zapytał mnie spokojnie:
— Czy pan tu przybył wprost z pańskiego systemu?
— Tak, sir — powiedziałem, ale trochę, troszeczkę
zaczerwieniłem się, kiedy wymawiałem te słowa.
Popatrzył na mnie surowo i powiedział:
— To nieprawda. Tu nie miejsce na krętactwo. Pan
odchylił się od swego kursu. Jak się to stało?
Znów się zaczerwieniłem i powiedziałem:
— Bardzo mi przykro. Niech mi pan pozwoli cofnąć
moje słowa. Przyznam się do wszystkiego. Raz pozwoliłem 
sobie na wyścig z pewną kometą... Zupełne głupstwo, mogę
zapewnić...
— Tak, tak — zauważył bynajmniej nie słodkim
głosem.
Ciągnąłem:
— Ale odchyliłem się od mego kursu o jakiś rumb,
półtora i natychmiast wziąłem dawny kierunek, skoro tylko
wyścig się skończył.
— To nie ma znaczenia. Przyczyną całego zamieszania
jest właśnie to odchylenie. Ono sprowadziło pana do bramy,
odległej od tej, która panu jest potrzebna, o miliardy mil.
Gdyby pan trafił wprost do swojej bramy, tam zaraz by
określili pański świat i nie byłoby żadnej zwłoki. Ale
spróbujemy to naprawić. — Zwrócił się do młodszego
urzędnika z pytaniem. — Do jakiego systemu należy Jowisz?
— Nie przypominam sobie dokładnie, sir, ale zdaje mi
się, że jest taka planeta w jednym z niewielkich systemów
późniejszej formacji, znajdującym się w bardziej pustej części
wszechświata. Zresztą zbadam to.
Zaopatrzył się w balon i zaczął powoli wznosić się na
nim w górę nad mapą wielkości Rhode Island, aż znikł mi z
oczu. Potem od czasu do czasu zniżał się, brał coś do jedzenia
i znów wzbijał się w górę. Żeby się nad tym nie rozwodzić,
powiem krótko, że na tym zajęciu upłynęło dobre dwa dni. W
końcu opuścił się i oświadczył, iż zdaje mu się, że znalazł ten
system słoneczny. Możliwe zresztą, że to tylko ślady
pozostawione na mapie przez muchy. Zabrał ze sobą
mikroskop i znowu wzniósł się w przestworza. Jego obawy
okazały się nieuzasadnione. Był to właśnie nasz system
słoneczny. Poprosił mnie, żebym mu opisał naszą planetę i
podał jej odległość od Słońca, po czym oświadczył swemu
zwierzchnikowi:
— O, teraz już wiem, o czym on mówi, sir. Jest
oznaczona na mapie! U nas nazywa się „Brodawka”.
Pomyślałem sobie: „Młodzieńcze, nie byłoby pana
bezpiecznie opuścić się na nią i nazwać ją głośno takim
zaszczytnym przezwiskiem”.
Skończywszy ze sprawą mego pochodzenia, przepuścili
mnie przez bramę, komunikując mi, że odtąd mogę być
zupełnie spokojny — żadne dalsze nieprzyjemności mnie nie
spotkają.
Potem odwrócili się ode mnie i zabrali się do swojej
roboty, uważając widocznie, że co do mnie, wszystko zostało
już wyjaśnione.
Byłem tym dość zdziwiony, ale nie zdecydowałem się
powiedzieć im o tym. Bo, widzisz, bardzo nie chciało mi się
tego robić; po prostu żal mi było im przeszkadzać — mieli
takie mnóstwo roboty. Dwa razy zdecydowałem się już
machnąć ręką i zostawić wszystko tak jak jest; dwa razy
zamierzałem ruszyć w drogę i za każdym razem myśl o tym,
jak będę wyglądał, pokazując się publicznie w mych
łachmanach, powstrzymywała mnie. Urzędnicy zaczęli już
wytrzeszczać na mnie oczy, dziwiąc się, że stoję, jak gdybym
przyrósł do miejsca. Nie mogłem dłużej znieść tej sytuacji —
była już nazbyt niezręczna. A więc zebrałem się na odwagę i
dotknąłem rękawa starszego urzędnika.
— Hę? — zapytał. — Pan jeszcze tutaj? Czego pan sobie
życzy?
Złożyłem ręce w trąbkę, przyłożyłem je do jego ucha i
powiedziałem półgłosem:
— Proszę mi wybaczyć i nie uważać mnie za natręta, ale
czy pan o czymś nie zapomniał?
Pomyślał chwilę.
— Czy czego nie zapomniałem? Nie, nie sądzę.
— Niech no pan pomyśli — poradziłem mu. 
Zamyślił się i po namyśle odrzekł:
— Nie, zdaje mi się, że o niczym nie zapomniałem. A co
takiego?...
— Niech pan popatrzy na mnie — poprosiłem. — Niech
mnie pan obejrzy od stóp do głów.
Spełnił moją prośbę.
— No i? — zapytał.
— No i — powtórzyłem — pan zupełnie nic nie
dostrzega? Gdybym się był w takim stanie pokazał wśród
wybranych, czy sądzi pan, że nie zwróciłbym na siebie
powszechnej uwagi? Czy nie wyglądałbym podejrzanie?
— Nie widzę podstawy do takich przypuszczeń —
odparł. — Czego panu brak?
— Czego mi brak?! Ależ ja przecież nie mam ani harfy,
ani aureoli wokół głowy, ani wieńca na niej, ani brewiarza, ani
gałązki palmowej, słowem niczego, co jest konieczne dla
grzesznego ciała.
Po raz pierwszy, Peters, widziałem go tak zakłopotanego.
Po chwili powiedział:
— Ależ pan chyba przybył tu z muzeum. Nigdy nie
słyszałem, żeby na świecie istniały wyliczone przez pana
przedmioty.
Przypatrywałem mu się jakiś czas całkiem osłupiały, a
potem przemówiłem do niego w te słowa:
— Proszę mi nie brać tego za złe, ale uczciwie mówiąc,
nie spodziewałem się, żeby pan był tak mało obznajmiony ze
zwyczajami królestwa niebieskiego.
— Z jego zwyczajami... — powtórzył. — Niebo to
rozległa miejscowość, przyjacielu. Wielkie państwa posiadają
mnóstwo obyczajów. Odznaczają się tym nawet małe
terytoria, o czym mógł się pan sam przekonać w czasie swego
pobytu na „Brodawce”. Skądże pan sobie ubrdał, że można w
ogóle nauczyć się całej masy zwyczajów przyjętych w 
różnych niezliczonych królestwach niebios? Głowa mnie
zaczyna boleć, kiedy pomyślę o ich liczbie. Znam
najważniejsze zwyczaje tych części nieba, które zamieszkałe
są przez ludzi, którzy dostali się tu przez moją bramę. Niech
pan będzie świadomy, że jednostka potrzebuje na zdobycie tej
wiedzy trzydzieści siedem milionów lat. Poświęcałem jej dni i
noce. Ale myśleć o opanowaniu zwyczajów całego bezkresu
niebios... co też pan za głupstwa plecie! Teraz nie mam
wątpliwości, że dziwaczny strój, opisany przez pana, jest
obrazem mody tego rejonu królestwa niebieskiego, do którego
przeznaczone są istoty z „Brodawki”. W naszej sekcji może
pan jednak śmiało zlekceważyć te zwyczaje.
Zdecydowałem, że jeśli tak, to tym lepiej, powiedziałem
mu dobranoc i poszedłem sobie. Cały dzień szedłem w
kierunku przeciwległego krańca ogromnego biura przyjęć, w
każdej sekundzie marszu żywiąc nadzieję, że zaraz znajdę się
we właściwym niebie, ale okazało się, że bardzo się myliłem.
To biuro przyjęć zbudowane było w zwykłej skali
niebiańskiej, dlatego też nie mogło być małe. W końcu tak się
zmęczyłem, że nie mogłem iść dalej; usiadłem, żeby odpocząć
i zacząłem zagadywać nieznajomych, prezentujących się jak
najdziwaczniej przechodniów, prosząc ich o udzielenie mi
jakichkolwiek informacji. Nie otrzymałem ich jednak. Nie
rozumieli mego języka, a i ja zupełnie ich nie rozumiałem.
Poczułem się strasznie samotny. Byłem tak przygnębiony,
ogarnęła mnie taka tęsknota za domem, że sto razy żałowałem
śmierci. Rozumie się samo przez się, że zawróciłem. Około
południa następnego dnia przyszedłem znowu do biura
rejestracyjnego. Tam zwróciłem się ponownie do starszego
urzędnika:
— Zaczynam rozumieć, że aby człowiek był szczęśliwy,
musi koniecznie dostać się do tego nieba, które jest dlań
przeznaczone.
— Zupełnie słusznie. Czy pan wyobrażał sobie, że jedno
i to samo niebo jest odpowiednie dla wszystkich
rodzajów ludzi?
— Tak, miałem takie wrażenie, ale rozumiem teraz całą
swoją lekkomyślność. Którędy mogę się dostać do mego
rejonu?
Starszy urzędnik zawołał młodszego — tego samego,
który szukał na mapie „Brodawki" — i ten ostatni udzielił mi
ogólnych wskazówek. Podziękowałem mu i już zdecydowanie
ruszyłem w drogę, lecz on zatrzymał mnie tymi słowami:
— Niech pan chwilę zaczeka, ten rejon jest odległy o
kilka milionów mil. Niech pan wyjdzie stąd i stanie na tym
czerwonym dywaniku. Niech pan przymknie oczy, wstrzyma
oddech i życzy sobie w duchu znaleźć się tam.
— Jestem panu mocno zobowiązany, ale dlaczego od
razu mnie pan o tym nie uprzedził?
— Mamy masę spraw bieżących, o które musimy się
troszczyć, do pana należało pomyśleć o tym i zapytać.
Żegnam pana, według wszelkiego prawdopodobieństwa nie
zobaczymy go w tym rejonie przed upływem tysiąca stuleci.
— W takim razie au revoir — zakończyłem.
Wskoczyłem na dywanik, zamknąłem oczy,
wstrzymałem oddech i wyraziłem w duchu życzenie
znalezienia się w biurze rejestracyjnym mojej sekcji. Nie
upłynęła sekunda, a usłyszałem znajomy głos, wołający tonem
urzędowym:
— Harfę, brewiarz, parę skrzydeł i aureolę rozmiar
trzynasty dla kapitana Eliasza Stormfielda z San Francisco!
Wydać mu świadectwo zdrowia i wpuścić.
Otworzyłem oczy. Rzeczywiście — był to pewien
inżynier, bardzo morowy chłopak; doskonale pamiętałem jego
pogrzeb, który polegał na tym, że trupa spalono, a Indianie
wysmarowali sobie twarz popiołem i wyli dobre dwie godziny
jak dzikie koty. Bardzo się ucieszył, że mnie spotkał, ja
naturalnie również rad go ujrzałem i poczułem dopiero, że
dostałem się wreszcie tam, gdzie należy.
Cała przestrzeń dokoła jak okiem sięgnąć była
wypełniona tłumem urzędników biegających i krzątających się
po biurze, przebierających tysiące Jankesów i Meksykanów,
Anglików i Arabów w nowe stroje. Gdy i mnie wręczono
moją paczkę i gdy przyczepiłem sobie aureolę, poczułem się
tak szczęśliwy, że gotów byłem wskoczyć na dach z radości.
„No, teraz już wszystko załatwione jak należy! —
triumfowałem. — Teraz wszystko doskonale, dajcie no tylko
obłok.” Nie minął kwadrans, a przeszedłem już dobra milę w
kierunku grupy obłoków w towarzystwie milionów ludzi.
Większość z nich próbowała latać, ale bezskutecznie, dlatego
też postanowiliśmy na razie iść piechotą, a później dopiero, po
nabraniu wprawy, spróbować fruwania.
Spotykaliśmy po drodze tłumy ludzi idących z powrotem.
Niektórzy z nich mieli z całego ekwipunku tylko harfy, inni —
tylko brewiarze, jeszcze inni — nic zgoła. Wszyscy wyglądali
na niezadowolonych; pewien młody chłopak zostawił sobie
tylko aureolę, którą niósł w ręku. Nagle wyciągnął ją do mnie
ze słowami :
— Może mi pan ją przez chwilkę potrzyma?
I natychmiast znikł w tłumie. Poszedłem dalej. Jakaś
kobieta poprosiła mnie, żebym jej potrzymał gałązkę
palmową, i zaraz zniknęła. Pewna dziewczyna oddała mi swą
harfę i — święty Jerzy mi świadkiem — także natychmiast
zniknęła. I tak dalej, i dalej, póki nie zostałem obwieszony od
stóp do głów utensyliami w rodzaju wyżej wymienionych.
Podszedł jeszcze do mnie jakiś uśmiechnięty starowina i poprosił,
żeby mu potrzymać jego rzeczy. Otarłem pot i
powiedziałem dosyć uprzejmym tonem:
— Niech mi pan łaskawie wybaczy, ale jak pan sądzi —
jestem człowiekiem czy wieszadłem?
W tym mniej więcej czasie zaczęły pojawiać się przy
drodze rowy. Niewiele myśląc, rzuciłem w nie mój dodatkowy
ładunek. Obejrzawszy się za siebie, ujrzałem, że cały tłum, z
którym szedłem, był obładowany tak samiuteńko jak ja.
Widocznie i moim towarzyszom wracający oddali swoje
rzeczy do „ potrzymania”. Teraz wszyscy natychmiast pozbyli
się swego ładunku, po czym poszliśmy dolej.
Kiedy wraz z innymi usiadłem na obłoku, poczułem się
tak szczęśliwym człowiekiem, za jakiego nigdy wcześniej się
nie uważałem|. „Teraz – mówiłem do siebie – teraz wszystko
się spełniło, tak jak to opisywano na Ziemi; miałem pewne
wątpliwości, ale teraz jestem już pewny, że dostałem się do
nieba”. Machnąłem ze dwa razy moją gałązką palmową,
naciągnąłem struny harfy i zacząłem grać. Oj, Peters, na
pewno nie zdołasz sobie wyobrazić tego koncertu. Wyglądało
to wspaniale i wstrząsająco – śmiem twierdzić. Ale i
kakofonia też była porządna, bo brzmiało tu naraz kilka
milionów strun, co rzecz prosta, psuło harmonię. Prócz tego
pośród zasiadających na obłokach była cała kupa Indian
wydających swe okrzyki wojenne tak gorliwie, że niekiedy
zagłuszało to całą wielomilionową orkiestrę. Od czasu do
czasu przestawałem grać, żeby trochę odpocząć. Obok mnie
siedział dość sympatyczny staruszek, który, jak zauważyłem,
ani razu nie dotknął strun; chciałem go zachęcić do tego, ale
powiedział, że z natury jest nieśmiały i dlatego boi się grać
wobec tak licznej publiczności. Dodał jeszcze, i powtórzył to
kilka razy, że nie wie dlaczego, ale jakoś nie bardzo lubi
muzykę. Szczerze mówiąc, i ja zaczynałem to odczuwać, ale
nic nie powiedziałem. Zapadło później między nami dość
milczenie, przez nikogo naturalnie niezauważone pośród
panującego zgiełku i hałasu. Po upływie jakichś szesnastu, 
siedemnastu godzin, w ciągu których od czasu do czasu
grałem i śpiewałem wciąż jedną i tę samą melodię (innych nie
znałem), odłożyłem harfę na bok i zacząłem wachlować się
gałązką palmową. Potem zaczęliśmy wraz z sąsiadem
regularnie ziewać. W końcu sąsiad zapytał mnie:
— Czy naprawdę nie zna pan innych motywów prócz
tego, który wygrywał pan przez cały dzień?
— Ani jednego — odpowiedziałem otwarcie.
— A jak pan sądzi, czy mógłby pan nauczyć się czegoś
innego? — zapytał.
— Nie ma mowy. Próbowałem już nieraz, ale nie udało
mi się.
— To znaczy, że dość długo będzie pan musiał
mordować ten kawałek, całą wieczność, że tak powiem.
— Och, daj pan spokój! — westchnąłem. — Na samą
myśl o tym dusza mi w pięty ucieka.
Nowa pauza i nowe pytanie.
— Cieszy się pan z tego, że pan tu siedzi?
— Staruszku — brzmiała moja odpowiedź — będę z
panem szczery. Ten sposób spędzania czasu wcale nie jest
podobny do pojęcia szczęśliwości, które sobie wyrobiłem,
chodząc do kościoła.
— A co pan powie na to, żeby po prostu iść stąd?
— Oto moja dłoń. Nawet na wachcie i to w najbardziej
psią noc nie czułem nigdy takiej nudy jak teraz.
No i poszliśmy. Do obłoków tymczasem szły coraz to
nowe miliony ludzi, szczęśliwe i śpiewające „hosanna";
miliony innych w tym samym czasie odchodziły stamtąd; ci
mieli wygląd bardzo obojętny, łagodnie określając. Poszliśmy
na spotkanie nowo przybywających; wkrótce oddałem „do
potrzymania na chwilę" cały mój ekwipunek i nareszcie
znowu byłem swobodny i cieszyłem się z tego jak dziecko. 
Wtedy spotkałem starego Sama Bartlaita, który już dawno
umarł... Zatrzymałem się, żeby zamienić z nim parę
słów.
— Powiedzże mi, na Boga, czy to tak już będzie zawsze,
na wieki wieków? Czy nie można się spodziewać żadnej
zmiany?
— Uspokój się, stary — powiedział Sam. — W jednej
chwili wyjaśnię ci stan rzeczy. Ludzie tłumaczą sobie
dosłownie obrazowy język Biblii, dlatego też, gdy się tu
dostaną, proszą przede wszystkim o zaopatrzenie ich w
aureolę, harfę i inne rekwizyty raju. A tutaj ani jedna
nieszkodliwa i rozsądna prośba, wypowiedziana w
odpowiedni sposób, nie spotyka się z odmową. Dlatego
wszelkie rekwizyty są wydawane niezwłocznie i bez
sprzeciwu. I oto ludzie idą, by zasiąść w obłokach, i śpiewają,
i grają, ale nigdy dłużej niż dobę — to najdłuższy termin ich
uczestnictwa w chórze. Nie ma potrzeby mówić im, że zajęcie
tego rodzaju (i podobne) nie stworzy im raju — a jeżeli nawet
stworzy, to będzie to raj tak szczególny, że żaden rozsądny
człowiek nie wytrzyma w nim tygodnia nawet, żeby nie dostać
bzika. Ta ława obłoków jest położona tak, że dawane na niej
koncerty nie mogą przeszkadzać funkcjonariuszom raju, stąd
też nikt nie uważa za złe, że nowo przybyłym wolno leczyć się
ze swych błędów własnym doświadczeniem.
Teraz proszę, zapamiętaj sobie, że raj to miejsce w
najwyższym stopniu szczęśliwe i piękne, ale pracować tu
trzeba więcej niż gdziekolwiek indziej. Leniuchów tu nie
znajdziesz, z wyjątkiem nowicjuszów, a i ci przestają być nimi
po upływie dnia od chwili przybycia. Śpiewanie hymnów i
machanie gałązkami przez całą wieczność to rzecz
pociągająca, kiedy się siedzi na ławie szkolnej — w istocie ten
sposób zabijania czasu nie ma sobie równych pod względem
męczącej nudy. Hymny, aureola, dźwięki harf — to raj 
niedołęgów. „Wieczne odpoczywanie” — to nieźle brzmi w
kościele, ale poznajcie je w rzeczywistości, a przekonacie się,
jakie to słodkie. Jak Boga kocham, Stormfield, człowiek,
który tak jak ty nie miał przez całe życie ani chwili spokoju,
dostawszy się do raju, gdzie nikt nie ma nic do roboty, przed
upływem sześciu miesięcy zostałby kandydatem do domu
wariatów. W niebie w najmniejszym stopniu nie można
myśleć o odpoczynku, ale, na Boga, nie kłopocz się o to!
— Sam — odpowiedziałem mu — cieszę się z tego co
słyszę, tak bardzo, jak martwiłbym się, gdybym tego nie
słyszał. Teraz jestem zadowolony, że się tu dostałem.
— No i cóż, kapitanie, zmęczyłeś się dzisiaj, jak sądzę?
— Sam, nie znajduję słów na określenie mego znużenia!
Możesz uważać, że zmachałem się jak pies. Jeżeli jest w tym
przesada, to niewielka, słowo honoru!
— Całkiem słusznie, całkiem słusznie. Zasłużyłeś na
nagrodę i otrzymasz ją. Masz teraz dobry apetyt i będziesz
zadowolony z obiadu. Tu panuje taki sam porządek jak na
Ziemi: przed doznaniem przyjemności trzeba na nią zasłużyć.
Nie można najpierw mieć przyjemności, a potem na nią
zarobić. Zresztą jest pewna różnica w porównaniu z ziemią; tu
masz całkowitą swobodę wyboru zajęcia według upodobania i
wszystkie siły niebieskie będą ci pomagać w osiągnięciu celu.
W tym, rzecz prosta, wypadku, jeżeli i ty sam będziesz się
starać. Człowiek, który na ziemi był szewcem, ale który
posiada duszę poety, gdy trafi tutaj, nie będzie już zmuszony
robić butów.
— Wszystko to jest w zupełności rozumne i słuszne —
przerwałem. — Suma pracy i odpowiednia do niej nagroda:
ani bólu, ani cierpienia.
— O, nie, bólu jest tutaj, ile kto chce, ale ten ból nie
zabija. Cierpienia jest również dosyć, ale nie jest ono
długotrwałe. Szczęście, widzisz, nie jest czymś samoistnym. 
To tylko kontrast dla tego, co nie jest przyjemne. Oto i
wszystko. Wymień mi jakąkolwiek rzecz, którą uważasz za
szczęście samo w sobie. Chyba nie wymienisz! Naturalnie, że
nie, bo każde szczęście istnieje tylko jako kontrast
nieszczęścia. Dlatego też, gdy tylko znikać zaciekawienie
nowością i siła kontrastu się zmniejsza, znika też szczęście, a
człowiek pożąda czegoś nowego. W niebie jest wiele cierpień
i bólu, to znaczy, że jest w nim moc kontrastów, a co za tym
idzie — cała nieskończoność szczęścia.
— O, ten raj, Samie, jest czymś najlepszym, co tylko
można sobie wyobrazić, chociaż różni się od tego, który
spodziewałem się znaleźć, o tyle, o ile żywa księżniczka różni
się od swojej woskowej podobizny.
W ciągu pierwszych miesięcy mego pobytu w raju
wtoczyłem się po królestwie niebieskim, zwiedzając kraj i
nawiązując znajomości. Przybywszy do pewnej bardzo ładnej
miejscowości przerwałem swą podróż, by trochę odpocząć,
nim ruszę dalej. W dalszym ciągu nawiązywałem znajomości
z tubylcami i w rozmowach z nimi uzupełniałem swe
wiadomości o kraju. Prowadziłem kilka dłuższych rozmów z
pewnym starym, łysym aniołem, Sandym McWilliamsem,
pochodzącym z jakiegoś miasteczka w stanie New Jersey.
Często przechadzałem się z nim. W ciepłe dni leżeliśmy zwykle
na łące niedaleko od jego fermy, w cieniu skał; paliliśmy
fajki i rozmawialiśmy na najrozmaitsze tematy. Pewnego razu
zapytałem go:
— Ile w przybliżeniu masz lat, Sandy?
— Siedemdziesiąt dwa.
— Tak też myślałem. A dawno dostałeś się do raju?
— Na Boże Narodzenie stuknie akurat dwadzieścia
siedem lat.
— A więc ile miałeś lat w chwili przybycia tutaj?
— Oczywiście siedemdziesiąt dwa.
— Ależ to brednie!
— Dlaczego brednie?
— Dlatego, że jeżeli wtedy miałeś siedemdziesiąt dwa
lata, to teraz masz dziewięćdziesiąt dziewięć.
— Nic podobnego. Mam teraz tyle samo, ile miałem w
chwili wniebowstąpienia.
— Dobrze — powiedziałem. — Zastanówmy się nad
tym wspólnie. Tkwi w tym coś, o co chciałbym cię zapytać.
Tam w dole zawsze myślałem, że w niebie każdy okaże się
młody, piękny i świeży.
— No tak, no tak. To znaczy, że możesz stać się młody,
jeżeli zechcesz. Wystarczy tylko zapragnąć.
— Więc dlaczego nie zapragnąłeś?
— A kto ci tak powiedział? I ja tego spróbowałem. Na to
wszyscy dają się skusić. Ty także pewnego pięknego poranka
zechcesz spróbować, ale wkrótce sprzykrzy ci się ta
metamorfoza.
— Ale dlaczego?
— Zaraz ci wytłumaczę. Jesteś przecież marynarzem?
Czy próbowałeś kiedyś zmienić zawód?
— Tak, próbowałem ongiś zająć się drobnym handlem,
ale nie mogłem znieść tego zajęcia. Nazbyt już było nudne:
żadnego ruchu, walki, burz. Wszystko sprowadzało się do
tego, że człowiek czuł się ni to żywy, ni umarły. Wolę swój
pierwszy zawód i dlatego czym prędzej zamknąłem sklepik i
wypłynąłem na morze.
— Otóż to. Handlowcom to zajęcie odpowiada, tobie zaś
nie. Otóż i ja odzwyczaiłem się od swej młodości i, że tak
powiem, nie mogłem zainteresować się nią na nowo. Stałem
się silny, przystojny, odrosły mi kędzierzawe włosy, u ramion
wyrosły mi skrzydła… Tak, skrzydła, delikatne, piękne, jak
skrzydła motyla. Chodziłem z kolegami na pikniki, tańce,
wieczorki, zajmowałem się flirtem z pannami, ale... wszystko 
to mi nie odpowiadało, nie mogło mnie zachwycić. Pragnąłem
czegoś innego: wieczorem położyć się wcześniej spać, rano
wcześniej wstać, potem popracować — oto do czego dusza
mi się rwała: po skończonej pracy spokojnie posiedzieć,
popalić, pomyśleć, a w żadnym razie nie włóczyć się już po
drogach z zawadiacką bandą młodych urwisów... Nie
wyobrażasz sobie nawet, ile wycierpiałem w czasie mojej
drugiej młodości.
— A jak długo ona trwała?
— Akurat dwa tygodnie. Dla mnie i tak było tego więcej
niż dosyć. I to straszne osamotnienie, które odczuwałem!
Zrozum, że posiadałem wiedzę i doświadczenie
siedemdziesięciodwuletniego człowieka! Najgłębsze myśli tej
młodzieży brzmiały w mych uszach jak początki abecadła. A
ich spory i rozważania… Słuchając ich, można było umrzeć ze
śmiechu, gdyby nie były takie żałosne! Takem się stęsknił za
poważnymi ludźmi i trzeźwą rozmową, do jakiej przywykłem,
aż w końcu spróbowałem poszukać towarzystwa starych ludzi,
ale ci przyjęli mnie jak młodego urwipołcia i wszyscy co do
jednego odwrócili się ode mnie. Te dwa tygodnie dały mi się
porządnie we znaki. Nie masz pojęcia, jak się ucieszyłem,
kiedy znów stałem się posiadaczem łysej głowy, fajki i
mogłem oddać się na nowo marzycielskim rozmyślaniom w
cieniu drzew i skał.
— Czyżbyś sądził, że już tak na wieki mieć będziesz
siedemdziesiąt dwa lata?
— Nie wiem i prawdę mówiąc, nie jestem ciekaw. Ale
wiem doskonale, że już nigdy nie zapragnę cofnąć się do
dwudziestego piątego roku życia. Teraz już wiem tysiąc razy
więcej niż wiedziałem dwadzieścia siedem lat temu i z
każdym dniem rozszerzam swoje wiadomości, ale jakoś nie
starzeję się pod względem fizycznym. Umysł mój starzeje się, 
wzmacnia się, staje się coraz dojrzalszy i bezustannie się
rozwija.
— Czyżby i dziewięćdziesięcioletni starzec też mógł
odmłodnieć?
— Naturalnie. Ten od razu spróbuje wrócić do lat
czternastu, przeżyje tak kilka godzin, dopóki nie poczuje się w
tej sytuacji wprost durniem; kiedy to zrozumie, przerzuca się
na dwadzieścia lat; to okazuje się trochę tylko lepsze; nie
minie dzień, a już porzuci liczbę dwadzieścia, przerzuca się na
trzydzieści, potem na pięćdziesiąt, osiemdziesiąt, wreszcie na
dziewięćdziesiąt , a w końcu przekonywa się, że czuje się o
wiele lepiej i swobodniej właśnie wtedy, kiedy zadowala się tą
ostatnią liczbą. Ale zdarza się i tak, że zatrzymuje się na
liczbie osiemdziesiąt. To w tym wypadku, kiedy rozum zaczął
szwankować po osiemdziesiątym roku życia. W ogóle
człowiek dostając się tutaj, wybiera sobie taki wiek, w którym
najlepiej rozwinęły się jego zdolności umysłowe, bo wtedy
właśnie odczuwa najpełniejsze zadowolenie życiowe.
— Z twoich słów wynika, że dwudziestopięcioletni
młodzieniec pozostaje zawsze w tym wieku i zawsze wygląda
na dwudziestopięcioletniego?
— Tak, jeżeli jest głupi. Jeżeli zaś jest rozumny, dumny
i ambitny, zdobywane przezeń wiadomości i doświadczenie
zmieniają jego myśli i upodobania i doprowadzają go do tego,
że najwyższe i najpełniejsze zadowolenie znajduje w
towarzystwie ludzi starszych, a w zależności od tego nadaje
swemu ciału wygląd o tyle lat starszy, ile potrzeba, żeby czuł
się zręcznie i swobodnie w tym towarzystwie. I nie
poprzestaje na pierwszym kroku: pragnie, żeby jego wygląd
zewnętrzny zmieniał się równolegle z postępem wewnętrznym
i oto stopniowo, wraz ze zdobywaną mądrością i doświadczeniem,
tworzą mu się zmarszczki i łysina.
— Czy to samo dzieje się z dziećmi?
— Dokładnie to samo. Mój Boże, jakimi osłami byliśmy
na ziemi, rozmyślając nad tym zagadnieniem! Mówiliśmy, że
w raju będziemy wiecznie młodzi. Ale nie mówiliśmy, jak
mianowicie będziemy młodzi i być może wcale o tym nie
myśleliśmy. .. to jest myśleliśmy, ale niejednakowo. Kiedy
miałem siedem lat, pamiętam, myślałem, że wszyscy w raju
będziemy mieli dwanaście lat. Kiedy skończyłem dwanaście,
myślałem, że wszyscy w raju będziemy mieli po osiemnaście
do dwudziestu lat. A kiedy stuknęła mi czterdziestka i
zacząłem już oglądać się w tył, pamiętam, miałem nadzieję, że
w raju wszyscy liczyć będziemy trzydzieści lat życia.
Zarówno mężczyzna, jak chłopiec nie uważają swego wieku
za najlepszy. Chłopiec uważa zawsze za ideał wiek o kilka lat
starszy od swojego, a mężczyzna przeciwnie — młodszy.
Rozumując tak, obaj obdarzają tym rzekomo najlepszym
wiekiem wszystkich mieszkańców raju: teraźniejszych, przeszłych
i przyszłych. Obaj wierzą w to, że wiek ten nie
podlega zmianie i sądzą, że wierni powinni być tym stanem
rzeczy zachwyceni. Rozważcie tylko tę perspektywę
niezmienności! Pomyślcie tylko o raju, którego mieszkańcami
byliby sami siedmioletni malcy, bawiący się cały dzień w
ciuciubabkę! Albo tłumy zniekształconych, ledwie
powłóczących nogami stuletnich dziadów! Albo zdrowe
chłopisko trzydziestoletnie, silne, rozumne, ale przywiązane
za ręce i nogi do tej liczby „30” jak czarny niewolnik do
wiosła rzymskiej galery! Pomyślcie tylko o nudzie, jaka musi
panować w towarzystwie ludzi, którzy są wszyscy co do
jednego w tym samym wieku, posiadają te same poglądy,
przyzwyczajenia, upodobania i uczucia! Obliczcie tylko, o ile
raj będzie ustępował grzesznej ziemi w jej różnorodności
typów, twarzy, wieku i ożywienia ruchem miliona interesów,
wynikających z zetknięcia się ludzi z ludźmi.
— Słuchaj no — powiedziałem — czy ty wiesz, co
robisz?
— Cóż takiego robię?
— Odmalowujesz raj z jednej strony w sposób bardzo
pochlebny, ale z drugiej — kiepsko mu się przysługujesz.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Widzisz, przypuśćmy, że matka zgubiła dziecko i...
— Psst! — przerwał mi. — Popatrz!
Pokazał mi kobietę. Była w średnim wieku i miała siwe
włosy. Szła wolno z opuszczoną głową, skrzydła zwisały jej
bezwładnie. Wyglądała na bardzo zmęczoną i płakała.
Przeszła z twarzą zalaną łzami i nie zauważyła nas. Sandy
powiedział głosem cichym i pełnym żalu:
— Ona szuka swego dziecka! Nie, zdaje się, że już je
znalazła. Boże, jakże się zmieniła! Ale od razu ją poznałem,
pomimo że widziałem ją dwadzieścia siedem łat temu. Była
zupełnie młodą matką — miała lat dwadzieścia dwa czy cztery
i odznaczała się wielką urodą. I całe swe serce, całą duszę
oddała dziecku, małej dwuletniej dziewczynce. Gdy
dziewczynka umarła, matka po prostu zwariowała z rozpaczy,
dosłownie zwariowała! Jedyną jej pociechą była nadzieja, że
spotka córeczkę w raju, „żeby się już nigdy nie rozłączyć”, jak
mówiła. Słowa te czyniły ją szczęśliwą. Kiedy umierałem,
dwadzieścia siedem lat temu, prosiła mnie, żebym zaraz
odszukał jej córkę i powiedział jej, że matka niedługo do niej
przyjdzie: „Niedługo, o, bardzo niedługo, jestem tego pewna!”
— Jakie to smutne, Sandy!
Milczał chwil kilka, patrząc w ziemię, i widocznie
rozmyślał. W końcu powiedział ze smutkiem:
— No i przyszła!
— I co? Mów dalej.
— Stormfield, możliwe, że ona nie znalazła dziecka, ale
możliwe również, że znalazła. Widziałem takie wypadki i
dawniej. Zauważ tylko: ona zachowała wspomnienie o córce 
jako o dziecku, które kołysała i nosiła na rękach. Ale tutaj
dziecko nie pozostaje dzieckiem. Ono rośnie. W ciągu tych
dwudziestu siedmiu lat córka jej zgłębiła wszystkie tajniki
wiedzy, jakie tylko można tu poznać i uczy się dalej, nie tracąc
ani sekundy na nic innego poza nauką. Nic dosłownie
prócz nauki, badań, rozmów z podobnymi jej istotami o
fundamentalnych, wiecznych zagadnieniach.
— No i co?
— Czy nie rozumiesz, do czego zmierzam? Jej matka
zna siedemdziesiąt sześć sposobów gotowania borówek, zna
ich ceny w różnych porach roku, sposób zbierania i
przechowywania, ale oprócz tych borówek o niczym
dosłownie nie ma pojęcia. Jak żuk gnojowy nie może być
towarzyszem rajskiego ptaka, tak ona nie może być
towarzyszką swej córki. Ta biedna kobieta szuka dziecka,
żeby je znowu, jak niegdyś, pokołysać. Myślę, że grozi jej
pewne rozczarowanie.
— Sandy, więc co z nimi będzie? Czy już tak na wieki
mają pozostać nieszczęśliwe ?
— Nie, stopniowo zdołają dojść do porozumienia. Ale
nie w tym roku i nie w następnym. Nie, stopniowo...
II
Sporo kłopotu miałem ze skrzydłami. Nazajutrz po moim.
występie w chórze zrobiłem kilka prób posługiwania się nimi.
Rezultat był nieszczególny. Za pierwszym razem przeleciałem
ze trzydzieści jardów, wpadłem na jakiegoś Irlandczyka i
zwaliłem go z nóg, przy czym sam też upadłem. Następnym 
razem miał miejsce karambol z pewnym biskupem; w
rezultacie osoba duchowna wyrżnęła o ziemię brzuchem. Wymieniliśmy
parę ostrych słów, ale wstyd mi było, że tak
niegrzecznie się obszedłem z czcigodną osobistością i to
wobec milionów widzów, którzy uśmiechali się i szeptali do
siebie, patrząc na nasz zatarg.
Przekonałem się, że nie posiadam dostatecznej
umiejętności władania skrzydłami, dlatego też nie mogłem z
góry przewidzieć, dokąd mnie zaniosą. Resztę dnia spędziłem
już poruszając się pieszo i pozwalając skrzydłom zwisać
nieruchomo. Wczesnym rankiem następnego dnia wybrałem
sobie odosobnione miejsce do ćwiczeń. Wdrapawszy się na
niezbyt wysoką skałę, skoczyłem, celując na niewielki krzew
w odległości jakichś trzystu jardów, ale widocznie nie
wziąłem pod uwagę wiatru, wiejącego z ukosa na dwa rumby
od rufy. Widziałem, że dzięki niemu odchyliłem się od kursu i
dlatego zmniejszyłem działanie prawego kotła... chciałem
powiedzieć skrzydła, za to silniej poruszyłem lewym. Ale
niewiele mi to pomogło. Widząc, że wiatr zaraz mnie zniesie,
zwinąłem oba skrzydła, opuściłem się na ziemię i wróciłem na
skałę, żeby dokonać nowej próby. Tym razem celowałem o
dwa do trzech rumbów na prawo od krzewu, nawet więcej —
tak że wiatr dął mi prawie prosto w twarz. Pracowałem z
całych sił, ale ze słabym skutkiem. Zaczynałem rozumieć, że
przy niesprzyjającym wietrze skrzydła nie wytrzymają próby.
Wynikało stąd, że gdybym chciał się znaleźć w jakimś
miejscu odległym od domu tylko o dwa węzły, a wiatr wiałby
w przeciwnym kierunku, musiałbym czekać na zmianę wiatru
całe doby, a nawet tygodnie. W razie burzy zaś nie można
było nawet marzyć o przyczepieniu skrzydeł; przy kursie z
wiatrem wpędziłyby cię do grobu, bo nie może być nawet
mowy o zmniejszeniu ożaglowania i trzeba poddać wiatrowi
całą powierzchnię skrzydeł. Podczas burzy, przy takim kursie 
na pewno żałujesz, że ziemia nie jest wyłożona materacem.
Nie, nie, jedyny ratunek w takim wypadku to trzymać się pod
wiatr. Każdy inny sposób latania doprowadzić musi do
niechybnej katastrofy.
W kilka dni po tych eksperymentach — a o ile pamiętam,
było to we wtorek — wysłałem kartkę do Sandy’ego
McWilliamsa z prośbą, żeby przyszedł do mnie nazajutrz na
kaszę i smażoną przepiórkę. Ledwie wszedł do mego
mieszkania, zapytał z nutą ironii w głosie:
— No, kapitanie, co zrobiłeś ze swymi skrzydłami?
Natychmiast wyczułem sarkazm w jego głosie, ale nie
dałem mu tego poznać i odpowiedziałem krótko:
— Oddałem je do prania.
— Tak — zauważył sucho — w tym czasie najczęściej
oddają je do prania, nieraz to zauważyłem. Świeżo upieczeni
aniołowie niezwykle lubią czystość. A kiedy spodziewasz się
odebrać je z powrotem?
— Pojutrze.
Mrugnął na mnie i uśmiechnął się. Wtedy zacząłem:
— Sandy, dajmy temu spokój. Gadaj wszystko, co masz
do powiedzenia. Co to za sekrety między przyjaciółmi?
Widzę, że nie nosisz skrzydeł i wielu innych bierze z ciebie
przykład. Pewnie znowu postąpiłem jak głupiec, prawda?
— Tak, ale to niewielki kłopot. W afekcie wszyscy tak
postępujemy. To całkiem naturalne. W tym sęk, że stwarzamy
sobie na ziemi takie głupie pojęcie o niebie i niebiańskich
porządkach. Na obrazkach widzieliśmy anioły zawsze ze
skrzydłami. Jest to zupełnie uzasadniony sposób wyobrażania
ich sobie. Ale my wywnioskowaliśmy z tego zaraz, że
skrzydła służą im jako środek lokomocji. A to wniosek
zupełnie mylny. Skrzydła są mundurem anielskim, to
wszystko. Na służbie, jeśli można się tak wyrazić, mają je
zawsze na sobie. Nigdy nie zobaczysz, że anioł, wysłany 
gdzieś z poleceniem, zapomniał przyczepić skrzydła, tak samo
jak nie zobaczysz ani jednego oficera, ani jednego listonosza
czy policjanta na służbie bez munduru. Ale to wcale nie
znaczy, że skrzydła anielskie służą do latania! Służą one od
parady, a nie do celów użytkowych. Starzy, doświadczeni
aniołowie, tak samo jak oficerowie armii po zakończeniu zajęć
służbowych, przebierają się w strój cywilny. Anielscy
nowicjusze zaś przypominają mi strażaków ochotników,
nierozstających się nigdy z mundurem galowym. Bez ustanku
trzepocą skrzydłami, przelatują z miejsca na miejsce,
przewracają ludzi po drodze i wierzą głęboko, iż stanowią
centralny punkt powszechnego zainteresowania. Co więcej,
uważają siebie za pierwszorzędne osobistości w niebie. Gdy
zobaczycie na zakręcie któregoś z tych frantów z jednym
skrzydłem w ruchu, a drugim opuszczonym, bądźcie
przekonani, że w takiej chwili mówi sam do siebie: „Ach,
żeby Mary Ann z Arkansas mogła mnie teraz zobaczyć!
Jestem pewien, że pożałowałaby swego lekceważącego tonu”.
Nie, nie, przyjacielu! Skrzydła dane nam są tylko do ozdoby,
ot i wszystko.
— Zdaje mi się, że masz absolutną rację, Sandy —
wtrąciłem.
— Rusz no sam głową. Budowa twego ciała nie
przewiduje skrzydeł, zresztą nikt nie jest zbudowany tak, żeby
mógł posługiwać się skrzydłami. Sam przecież wiesz, ile lat
było potrzeba, żebyś dostał się tutaj z ziemi, a przecież
szybowałeś prędzej niż pocisk artyleryjski. Wyobraź sobie, że
musiałbyś lecieć tu jedynie przy pomocy skrzydeł — toć nie
przybyłbyś tutaj nawet na dzień sądu ostatecznego. No a
aniołowie codziennie muszą odbywać podróże na ziemię,
miliony aniołów latają tam codziennie, żeby ukazywać się w
widzeniach umierającym dzieciom i ludziom wierzącym. To
zajęcie jest, że tak powiem, ich specjalnością. Zjawiają się tam
ze skrzydłami po pierwsze dlatego, że są wówczas osobami
oficjalnymi, po drugie dlatego, że umierający nie wzięliby ich
za anioły, nie widząc skrzydeł. Ale skąd przypuszczenie, że
latają tam przy pomocy skrzydeł? Rozumie się samo przez się,
że nie. Przede wszystkim skrzydła zniszczyłyby się w połowie
drogi i nie zostałoby z nich ani piórko. Ich nasada stałaby się
naga jak szkielet latawca przed oklejeniem go papierem.
Odległości w niebie są miliardy razy większe niż odległość
między niebem a Ziemią, toteż aniołowie muszą całymi
dniami uganiać się po niebie. Czy daliby sobie radę,
posługując się tylko skrzydłami? Naturalnie, że nie. Skrzydła
noszą tylko dla zachowania stylu, a dowolne odległości
pokonują jedynie przy pomocy życzenia. Czarodziejski dywan
z arabskich „Bajek z tysiąca i jednej nocy" to dowcipny
pomysł, ale nasze ziemskie pojęcie o aniołach, przelatujących
te straszliwe odległości na jakichś niezdarnych skrzydłach,
sprawia naprawdę głupie wrażenie. Nasi młodzi święci i
święte stale noszą skrzydła płomiennoczerwone, niebieskie,
zielone, żółte, złociste, różnokolorowe, ze szlaczkiem, pstre, w
pasy — i nikomu to nie przeszkadza. To akurat pasuje do ich
wieku. Ładna rzecz, więc się młodym podoba. To
najładniejsza część ich stroju, że o aureoli ni wspomnę.
— Włożyłem moje do szafy i będę je tam trzymał, aż się
zakurzą.
— Albo do najbliższego przyjęcia.
— A cóż to?
— Sam zobacz dziś wieczorem, jeżeli masz ochotę.
Będą dziś przyjmować jednego karczmarza, nowo
nawróconego z Jersey City.
— Opowiedz mi o nim.
— Przyjął chrześcijaństwo na jednym z mityngów w
Nowym Jorku. Potem wracał do domu promem, zdarzyła się
katastrofa i utonął. Należy on do tego typu ludzi, którzy 
myślą, że całe niebo oszaleje z radości na wieść o zbawieniu
duszy szczególnie opornego osobnika. Tacy jak on są
przekonani, że całe niebo wyjdzie na ich spotkanie z
okrzykami ,,hosanna” i że w całym bezmiarze niebios w dniu
ich przybycia o niczym innym nie będzie się mówić. Ten
nowo nawrócony sądzi, że tu u nas od dobrych stu lat nie było
tak doniosłego zdarzenia, jak jego przybycie. Sam
zaobserwowałem pewien rys charakterystyczny dla nowo
nawróconych nieboszczyków: nie wystarcza im pewność, że
całe niebo wyjdzie na ich spotkanie, ale czekają jeszcze na
uroczystą procesję z pochodniami.
— To znaczy, że spotka go rozczarowanie?
— Bynajmniej. Tutaj nikt się nie rozczarowuje. Tu
można mieć wszystko, czego się pragnie, to znaczy wszystko,
co jest osiągalne... Tu zawsze znajdą się miliardy milionów
młodzieży, dla której najlepszą rozrywką jest wołać „hosanna”
i machać pochodniami ku uciesze karczmarza. Nowo
przybyłemu mile to pochlebia, a młodzież jest zachwycona,
cała ceremonia nie robi nikomu krzywdy, nie kosztuje ani
grosza i oprócz tego podtrzymuje reputację nieba jako
miejsca, które każdego przybysza czyni radosnym i
zadowolonym.
— Świetnie. Przyjdę popatrzeć na powitanie karczmarza.
— Zwróć uwagę, że wymagany jest pełny strój galowy.
No wiesz, skrzydła i reszta.
— Mianowicie?
— Aureola, harfa, gałązka palmowa i tak dalej.
— Wstyd mi bardzo, ale fakt pozostaje faktem.
Pozbyłem się tego wszystko w chwili, gdy wypisałem się z
chóru. Zatrzymałem tylko to, co mam na sobie i skrzydła.
— Nie szkodzi. Przekonasz się, że zabrano wszystko i
przechowano. Sprowadź to.
— Tak zrobię, Sandy. Ale wspomniałeś coś o rzeczach,
co do których jeżeli ktoś ich zapragnie, będzie musiał się
rozczarować?
— O, tutaj jest mnóstwo takich rzeczy, które niejeden
rad by posiadać, ale nigdy nie dostanie. Oto przykład: na
Ziemi, w Brooklynie, jest pewien kaznodzieja nazwiskiem
Talmadge, który gotuje sobie poważne rozczarowanie. W
swoich kazaniach bezustannie powtarza, że dostawszy się do
raju, pójdzie przede wszystkim uściskać Abrahama, Izaaka i
Jakuba, że będzie całować ich i płakać wraz z nimi. Na ziemi
są miliony ludzi, którzy przysięgają sobie postąpić kubek w
kubek tak samo. Każdego bożego dnia zjawia się tutaj dobre
sześćdziesiąt tysięcy ludzi, którzy chcą biec prosto do
Abrahama, Izaaka i Jakuba, żeby ich uściskać i ucałować i
zalać się łzami. Wyobraź sobie: sześćdziesiąt tysięcy! To
trochę za duża porcja dla staruszków. Gdyby się na to
zgodzili, musieliby nie robić nic innego, tylko całymi latami
stać w miejscu i dać się ściskać oraz oblewać łzami trzydzieści
dwie godziny na dobę. Byliby wciąż zmęczeni i mokrzy jak
myszy. W cóż by się wtedy raj dla nich zamienił? W miejsce,
z którego chciałoby się jak najprędzej uciec. To poczciwi i
łagodni starzy Żydzi, ale na całowanie się ze zwariowanymi
fanatykami z Brooklynu mają tyle samo ochoty co ty.
Zapamiętaj moje słowa: egzaltacje pan T. zostaną grzecznie
zgaszone. Granice uprzejmości dla nowo powołanych istnieją
nawet w raju. Gdyby Adam pokazywał się każdemu
przybyszowi, który zapragnie do niego wpaść po autograf, nie
miałby już czasu na nic innego. Talmadge mówił, że chce
złożyć hołd Adamowi, podobnie jak podobnie jak patriarchom
A., I. i J,. ale będzie musiał zmienić plany.
— Czy sądzisz, że Talmadge naprawdę tu przybędzie?
— O, naturalnie, ale niech cię to nie przeraża. Przyłączy
się do podobnych sobie, a tych jest tutaj mnóstwo. Urok nieba 
polega głównie na tym, że są tu ludzie różnego gatunku; ale
nie brzmiałoby to atrakcyjnie, gdyby mówili o tym
kaznodzieje. Każdy znajdzie tu odpowiednie dla siebie
towarzystwo, a innych pozostawi w spokoju, oni zaś się
odwzajemnią. Jeżeli bóstwo buduje niebo, robi to sensownie i
w duchu liberalnym.
Sandy posłał do domu po swoje rzeczy, ja też posłałem
po swoje i około dziewiątej zaczęliśmy się ubierać.
— Będzie to dla ciebie wielki dzień, Stormfield.
Wygląda na to. że dziś pokaże się tłumowi niejeden
patriarcha.
— Doprawdy?
— Na to wygląda. Oni zazwyczaj trzymają się na
uboczu, prawie nigdy nie pokazują się zwykłej publiczności.
Wydaje mi się, że robią wyjątek tylko dla konwertyty
nawróconego od jedenastu godzin. A i nawet wtedy nie
pokazaliby się, gdyby nie ziemska tradycja, która każe
urządzić z tej okazji wielkie widowisko.
— A czy pokazują się razem, Sandy?
— Kto? Wszyscy patriarchowie? Rzadko kiedy w
większej liczbie niż dwóch na raz. Żeby zobaczyć wszystkich
proroków i patriarchów, będziesz musiał spędzić tu z
pięćdziesiąt tysiącleci albo i więcej. W czasie mego pobytu
tutaj raz tylko pokazał się Hiob i raz Cham z Jeremiaszem.
Ale najciekawszy przypadek, którego byłem świadkiem, miał
miejsce przed rokiem. Zdarzyło się to akurat podczas
przyjęcia Anglika, Charlesa Peace'a, zwanego Mordercą z
Bannercross. Tego dnia na Wielkiej Równinie było obecnych
czterech patriarchów i dwóch proroków, podobnego przyjęcia
nie widziano od czasów przybycia kapitana Kidda. Był tu
Abel, po raz pierwszy od tysiąca dwustu lat... Krążyła
pogłoska, że ma zamiar pojawić się sam Adam. Rzecz prosta,
wystarczyłby Abel, żeby zgromadzić niezliczone tłumy, ale 
nikt tak nie przyciąga ludzi, jak Adam. Pogłoska była
fałszywa, ale już się rozeszła. Daję słowo, nieprędko znów
coś takiego zobaczę. Przyjęcie odbywało się w departamencie
angielskim, położonym osiemset jedenaście milionów mil od
od rejonu New Jersey. Poszedłem i ja w licznym towarzystwie
sąsiadów, no i powiadam ci, było na co patrzeć. Zenrały się
tłumy ludzi ze wszystkich departamentów. Widziałem tam
Eskimosów, Tatarów, Murzynów, Chińczyków, słowem, ludzi
ze wszystkich stron. Musiałeś widzieć taką mieszaninę
narodowości w Wielkim Chórze , było to w dzień twego
wylądowania tutaj, ale wątpliwe, czy zobaczysz to kiedyś
jeszcze. Miliardy ludzi. Kiedy śpiewali i wołali „hosanna",
powstawał nieopisany hałas, a nawet w momentach, kiedy ich
języki milczały, trzeszczało w głowie od bezustannego
szelestu skrzydeł. Niebo było ciemne, jakby spadł śnieg —
takie chmury unosiły się w powietrzu. Mimo że Adam się nie
pokazał, był to wielki dzień, gdyż nad Wielką Równiną
unosiło się aż trzech archaniołów, a musisz wiedzieć, że nawet
jeden pokazuje się bardzo rzadko.
— Jak oni wyglądają, Sandy?
— Twarze ich promienieją, szaty mają połyskujące;
skrzydła o niezwykle pięknym rysunku. Każdy z nich liczy
osiemnaście stóp wzrostu, nosi miecz i głowę dumnie
zadziera do góry. Podobni są do wojskowych.
— A czy mają aureole?
— Nie, nie mają, to jest, nie mają zwykłych aureoli.
Archaniołowie i patriarchowie wyższej klasy noszą coś
ładniejszego, a mianowicie ciężki krążek ze szczerego złota o
oślepiającym blasku. Zapewne nieraz oglądałeś na ziemi
podobizny patriarchów, pamiętasz? Są na nich wyobrażeni z
głową otoczoną jakby miedzianym krążkiem. Ale to tylko
słaby obraz tego, co istnieje w rzeczywistości, naprawdę są
one o wiele piękniejsze i bardziej błyszczące.
— Rozmawiałeś kiedy z tymi patriarchami i
archaniołami, Sandy?
— Kto? Ja? Co też ci przychodzi do głowy, Stormfield?
Rozumie się samo przez się, że nie jestem godzien nawet do
nich przemówić.
— A Talmadge?
— Oczywiście, że nie. Masz w głowie chaos pojęć, jak
wszyscy tam na dole. Sam kiedyś tak miałem, ale wybrnąłem
z tego. Na Ziemi mówią o Królu Niebios, całkiem słusznie, ale
uważają przy tym królestwo niebieskie za coś w rodzaju
republiki, gdzie wszyscy są równi i każdy ma prawo ściskać
się i całować, i spoufalać ze wszystkimi bez różnicy, od
maluczkich do wielkich. Co za pocieszna naiwność! Bo cóż to
za republika, jeśli istnieję król? I jakże można proklamować
republikę, skoro głowa państwa jest monarchą absolutnym,
dzierży swój tron na wieki, nie ma ani parlamentu, ani rady,
która by miała prawo mieszać się w jego sprawy? Tu nikt nie
wybiera ani nie jest wybierany, nikt nie ma głosu w sprawach
rządzenia, nikogo nie proszą o udział w nim, co więcej,
nikomu w najmniejszym stopniu nie pozwalają nim się
interesować. Ładna republika, prawda?
— Tak, okazuje się, że jest trochę inaczej, niż
oczekiwałem. Sądziłem jednak, że będzie mi dozwolone
zawrzeć znajomość ze znakomitościami. Naturalnie, bez
spoufalania się, ale ot, po prostu uścisnąć dłoń i porozmawiać
chwilkę.
— A jak ci się zdaje: czy każdy szarak może z takim
życzeniem udać się na przykład do gabinetu ministrów cara?
Na przykład do księcia Gorczakowa?
— Nie sądzę, Sandy.
— Tym bardziej, że w Rosji nawet nie zanosi się na
republikę. Tutaj też istnieje hierarchia. Są wicekrólowie,
książęta, gubernatorzy, wicegubernatorzy, 
wicewicegubernatorzy i setki tytułów arystokratycznych,
począwszy od archaniołów wice księcia, stopień za stopniem
w dół, aż do poziomu, gdzie nia ma już żądnych tytułów. Czy
wiesz, kto to jest książę krwi?
— Nie.
— Widzisz, książę krwi nie należy ani do rodziny
królewskiej, ani do zwykłej szlachty. Zajmuje pozycję niższą
niż ci pierwsi i wyższą niż ci drudzy. Podobnie jak Profeci i
prorocy tutaj. W niebie istnieje potężna arystokracja, której
ani ja, ani ty nie jesteśmy godni butów czyścić. Natomiast ta
arystokracja nie jest godna czyścić buty patriarchom i
prorokom. Teraz masz pojęcie o ich randze? Jeżeli zwykłemu
śmiertelnikowi uda się popatrzeć na któregoś z nich choćby
przez dwie minuty, to i tak tysiąc lat będzie wspominać i
opowiadać o tym wypadku. Wyobraź sobie tylko, kapitanie,
gdyby Abraham stąpnął nogą koło tych drzwi, jego ślad
natychmiast ogrodzono by i umieszczono pod szkłem, a tłumy
ludzi schodziłyby się tu ze wszystkich krańców nieba, ażeby
nań popatrzeć. Nawiasem mówiąc, Abraham należy do tych
osób, które Mr. Talmadge z Brooklynu ma zamiar uściskać,
ucałować i oblać łzami. Będzie musiał przygotować sobie
wielki zapas tej wilgoci, inaczej stawiam pięć przeciw
jednemu, że jego łzy wyschną, zanim się doczeka okazji
spełnienia swego zamiaru.
— Sandy, ja też wyobrażałem sobie, że tutaj będę
wszystkim równy, ale teraz muszę tę myśl porzucić. Ale to
nieważne, jestem dostatecznie szczęśliwy i bez tej równości.
— Kapitanie, jesteś szczęśliwszy niż mógłbyś być, tak to
ujmij. Ci starożytni patriarchowie i prorocy dystansują cię o
całe tysiąclecia. W jakieś dwie minuty poznają więcej niż ty w
ciągu roku. Czy próbowałeś kiedyś miło pogawędzić sobie z
przedsiębiorcą pogrzebowym o wiatrach, prądach i
odchyleniach kompasu?
— Rozumiem, co chcesz powiedzieć, Sandy. Taki
rozmówca nie mógłby mnie zainteresować. Okazałby się
ignorantem w takich sprawach i zanudzilibyśmy się
nawzajem.
— Dobrze zrozumiałeś. Zanudziłbyś patriarchę tym co
mówisz, a oni swoją błyskotliwością roznieśliby cię na
strzępy. Na koniec powiedziałbyś: ,.Do widzenia, wasza
eminencjo, zajdę tu jeszcze”, ale oczywiście tak byś nie zrobił.
Przecież nigdy nie zaprosiłbyś na obiad do swojej kajuty
okrętowego pomywacza?
— I znów rozumiem, do czego zmierzasz, Sandy. Jako
osoba nieprzyzwyczajona do towarzystwa tak wielkich ludzi,
czułbym się onieśmielony i nie byłbym w stanie wydusić
słowa, a koniec wizyty powitałbym z olbrzymią ulgą.
Powiedz, Sandy, kto ma wyższą rangę: prorok czy patriarcha?
— O, prorocy stoją wyżej niż patriarchowie. Najmłodszy
prorok znaczy więcej niż najstarszy patriarcha. Tak jest, nawet
Adam stoi w rzędzie za Szekspirem.
— To Szekspir był prorokiem?
— Oczywiście, tak jak Homer i masa innych. Ale
Szekspir i cała reszta muszą oddać pierwszeństwo zwykłemu
krawcowi nazwiskiem Billings z Tennessee i weterynarzowi
nazwiskiem Sakka z Afganistanu. Jeremiasz, Billings i Budda
idą ramię w ramię zaraz za tłumem profetów z innych planet
nie naszego systemu. Po nich idą ze dwa tuziny z Jowisza i
innych światów, następnie Daniel, Sacca i Konfucjusz, dalej
całe mnóstwo osobników z innych systemów astralnych,
potem Mahomet, Ezechiel i Zoroaster oraz pewien szlifierz ze
starożytnego Egiptu, potem długi sznur innych postaci, a po
nich, prawie na samym końcu, Szekspir, Homer i pewien
szewc nazwiskiem Marais, z głębokiej francuskiej prowincji.
— Czy naprawdę do profetów zaliczono Mahometa i
innych pogan?
— Tak, oni wszyscy mieli swe posłannictwo i wszyscy
otrzymują nagrody. Człowiek, który nie otrzymał nagrody na
ziemi, na pewno otrzyma ją w niebie. Nie ma powodu do
niepokoju.
— Ale dlaczego to Szekspir znalazł się na szarym końcu,
w towarzystwie jakichś szewców, konowałów i szlifierzy, o
których nikt nigdy nawet nie słyszał?
— W tym się przejawia sprawiedliwość niebieska — na
ziemi nie dano im nagrody wedle zasług, tu oddają im to, co
im się należy. Ten krawiec z Tennessee, Billings, pisał
wiersze, na jakie nie stać ani Homera, ani Szekspira, ale nikt
ich nie chciał drukować nikt, ich nie czytał prócz jego
nieokrzesanych sąsiadów, którzy te poezje wyśmiewali. W
każde święto, podczas zwykłych w takim dniu tańców,
wciągali go wkoło, na głowę wieniec z liści kapusty i kłaniali
mu się do ziemi. Raz w nocy, kiedy był chory, prawie
umierający, wyciągnęli go z domu, uwieńczyli kapustą i
powieźli dokoła wsi na taczkach, wrzeszcząc, krzycząc i bijąc
pięściami w miedziane rondle. Rano umarł. Nigdy nie marzył,
że dostanie się do nieba, nie mówiąc już o tym, że nie
spodziewał się narobić w niebie, takiego zamętu. Sądzę, że był
bardzo zdziwiony uroczystym przyjęciem, które mu
urządzono.
— A ty byłeś na tym przyjęciu, Sandy?
— Mój Boże, naturalnie, że nie.
— Jak to? Czyżbyś nie wiedział, że się ma odbyć?
— Jakżebym mógł nie wiedzieć? Mówiono o nim już na
dwanaście lat przed śmiercią poety, nie tak, jak z tym nowo
nawróconym.
— Więc dlaczego nie poszedłeś tam?
— Co też ty wygadujesz? Żeby ktoś taki jak ja, szedł
przyjmować prorok? Żeby takie nędzne stworzenie próbowało 
pchać się tam i pomagać w przyjmowaniu największego z
dostojników, Edwarda D. Billingsa największego dostojnika w
w promieniu miliardów mil. Nigdy nie przestałbym być
pośmiewiskiem.
— Któż więc uczestniczył w przyjęciu?
— Bardzo niewielu, kapitanie, i to tacy, co do których
wątpię, czy mnie albo tobie uda się kiedykolwiek ich
zobaczyć. Żaden z plebejuszów nigdy jeszcze nie miał
szczęścia oglądać przyjęcia do nieba proroka. Uczestniczy w
tym cała arystokracja, wszyscy patriarchowie i prorocy,
wszyscy archaniołowie, książęta, gubernatorowie i
wicekrólowie i ani jednego, rozumiesz, ani jednego zwykłego
śmiertelnika. Ale zwróćcie uwagę, że mówię o arystokracji i
możnych nie tylko naszego świata, ale o książętach,
patriarchach i tym podobnych ze wszystkich światów;
jaśniejących na naszym niebie i z miliardów innych,
należących do systemów, z którymi nasz nie ma nic
wspólnego. Na tym przyjęciu było obecnych kilku takich
proroków i patriarchów, w porównaniu z którymi nasi to
zupełna nędza, jeśli idzie o rangę i sławę. Niektórzy z nich
pochodzili z Jowisza i z innych światów naszego systemu, ale
trzej najsławniejsi spośród nich — poeci Saaj, Bo i Suf —
pochodzili z ogromnych planet z trzech różnych systemów,
znacznie oddalonych od naszego słońca. Te trzy nazwiska są
znane w każdym najnędzniejszym zakątku nieba. Rozsławione
są równie szeroko jak imiona osiemdziesięciu Najwyższych
Archaniołów. A tymczasem, nasz Mojżesz, Adam i inni
nikomu nie są znani poza granicami niewielkiego zakątka
nieba, przeznaczonego dla ludzi naszego świata. Nikt ich nie
zna z wyjątkiem kilku rozproszonych tu i ówdzie uczonych,
którzy stale przekręcają ich imiona i plączą czyny jednego z
czynami drugiego. Wymieniają tylko system słoneczny,
uważając, że to wystarczy i nie wdają się w takie szczegóły, 
jak oznaczanie poszczególnej planety. To przypomina
pewnego uczonego Hindusa, który, chcąc dowieść, jak
szerokie posiada wiadomości, mówił, że Longfellow mieszka
w Stanach Zjednoczonych — jak gdyby Longfellow sam
jeden zajmował całe Stany Zjednoczone i jak gdyby kraj ten
był tak mały, że jeżeliby ktoś rzucił kamieniem, nie mógłby
nie trafić Longfellowa. Mówiąc między nami, drażni mnie to
lekceważenie i chłód, z jakim ludzie z tych dziwacznych
światów poza naszym systemem traktują nasz mały światek, a
nawet nasz system. My wprawdzie jesteśmy dobrego zdania
o Jowiszu, bo nasza Ziemia w porównaniu z nim to kartofel.
Za to w innych systemach istnieją światy, wobec których i
Jowisz wyda się ziarnkiem gorczycy — taka jest na przykład
planeta Goobra, której w żaden sposób nie można by
pomieścić w orbicie komety Halleya, nie psując całego
układu. Turyści z Goobry (mówię o ludziach, którzy na niej
żyli i umarli — o ludności miejscowej, że tak powiem), otóż ci
turyści przyjeżdżają czasem tutaj i rozpytują o nasz świat.
Dowiadując się, że jest tak mały, że fala elektryczna może
obiec go wzdłuż równika w jedną ósmą sekundy, natychmiast
łapią się za coś, na czym się można oprzeć, i zaczynają pękać
ze śmiechu. Potem wkładają w oko lupę i zaczynają nas
oglądać jak jakiego maleńkiego owada. Jeden z nich zapytał
mnie, jak długo trwa nasz dzień. Kiedy mu odpowiedziałem,
że przeciętnie dwanaście godzin, był zaciekawiony, czy moi
współmieszkańcy, zważywszy „śmieszną” długość tego dnia,
uważają za potrzebne myć się co rano. Ci ludzie z Goobry
nigdy nie ominą sposobności rzucenia nam w twarz przy
spotkaniu, że ich dzień trwa trzysta dwadzieścia dwa nasze
lata. Ten, który wypytywał mnie o nasz dzień, był dopiero
wyrostkiem, miał sześć razy siedem tysięcy dni, czyli po
naszemu: około dwóch milionów lat. Wyglądał bardzo głupio,
jak się wygląda w tym wieku, kiedy człowiek przestaje już 
być dzieckiem, ale nie jest jeszcze mężczyzną. Gdyby to miało
miejsce gdziekolwiek poza niebem, pokazałbym mu, gdzie
raki zimują. Tak wiec temu Billingsowi urządzono uroczyste
przyjęcie, jakiego niebo nie oglądało dobre sto tysiącleci i
sądzę, że będzie to miało doniosłe konsekwencje. Nazwisko
Billingsa zdobędzie szeroki rozgłos, wszyscy zaczną mówić o
naszym systemie, a kto wie, może i o naszym świecie, co
naturalnie podniesie naszą reputację pośród szerokiej
publiczności niebiańskiej. Osądź sam: Szekspir szedł tyłem do
przodu, sypiąc kwiaty na drogę, pod nogi krawca z Tennessee,
zaś Homer podczas bankietu stał za jego fotelem i służył mu
za lokaja. Naturalnie, że to nie miało znaczenia tutaj, wśród
tych wszystkich wielkich przybyszów z innych systemów, bo
nikt z nich nigdy nie słyszał ani o Szekspirze, ani o Homerze.
Inaczej byłoby na ziemi, gdyby się o tym dowiedziano.
Cieszyłbym się, gdyby w tym żałosnym spirytyzmie było choć
za grosz prawdy: moglibyśmy wtedy wysłać tam wiadomość.
Wioska w Tennessee natychmiast postawiłaby Billingsowi
pomnik, a jego autograf zyskałby większą wartość niż
autograf samego Szatana. Tak, to było huczne przyjęcie.
Wiele mi o nim opowiadał ten plotkarz arystokrata z
Hoboken, baronet Sir Ryszard Deffer.
— Jak to, Sandy, baronet z Hoboken? W jaki sposób?...
— Bardzo prosty. Deffer miał małą wędliniarnię i
przez całe swoje życie nie odłożył ani grosza, bo wszystkie
swe oszczędności na mięsie oddawał biednym. Nie żebrakom,
o nie, lecz ludziom innego pokroju, takim, którzy raczej umrą
z głodu niż pójdą żebrać, uczciwym ludziom, którzy znaleźli
się bez pracy. Dick wziął sobie za zasadę wynajdywać
mężczyzn, kobiety i dzieci z piętnem głodu na twarzy i
chodzić za nimi do ich domów. Tam rozpytywał się o nich u
sąsiadów, a potem karmił ich i wynajdywał im pracę.
Ponieważ nikt nie widział, żeby Deffer dawał coś komu, 
wyrobiono mu reputację skąpca. Umarł z nią i wszyscy
uważali, że dobrze się stało. Ale ledwie tu wylądował,
natychmiast nadano mu tytuł baroneta. Pierwsze słowa, które
Dick, wędliniarz z Hoboken usłyszał w niebie brzmiały:
„Witaj, baronecie Ryszardzie Deffer”. Bardzo go to zdziwiło,
bo miał pewne podstawy przypuszczać, że będzie mu
przeznaczona miejscowość o cieplejszym klimacie.
Zanim Sandy wypowiedział dwa ostatnie słowa, cała
ziemia drgnęła i zahuczała od tysiąca grzmotów i potężnych
wybuchów. Sandy rzekł:
— Ach, to na cześć nowo nawróconego.
Zerwałem się z miejsca i zawołałem:
— No to ruszajmy się, Sandy, jeśli nie chcemy, aby
ominęło nas coś z tych atrakcji.
— Siedź spokojnie, teraz tylko telegrafują o nim.
— To znaczy?...
— Te strzały oznaczają jedynie, że dostrzeżono go na
stacji sygnałowej. Wysiądzie w Sandy-Hook. Na jego
spotkanie wyjdzie komitet, który go wprowadzi do nieba.
Będą tak różne ceremonie i opóźnienia w programie, więc
długo jeszcze nie powrócą do przystani. Sandy-Hook leży stąd
o dobre dziesięć miliardów mil.
— I ja mogłem być takim karczmarzem i przeżyć swoje
pięć minut — rzekłem melancholijnie, przypominając sobie
moje samotne przybycie tutaj, bez żadnych komitetów i
hałasu.
— Słyszę nutę żalu w twoim głosie — zauważył Sandy.
— To rzecz naturalna, ale nie oglądaj się w przeszłość.
Przybyłeś zgodnie ze swymi światłami sygnałowymi i teraz
już za późno żałować.
— Ach, było, minęło, Sandy. Ale macie tu też swoje
Sandy-Hook, prawda?
— Mamy tu wszystko, dokładnie jak na Ziemi.
Wszystkie stany i terytoria USA, wszystkie królestwa Ziemi,
wyspy i morza są tu położone tak jak na kuli ziemskiej, mają
taki sam kształt i zajmują proporcjonalną powierzchnię, tyle
że każdy stan, królestwo i wyspa są tu miliardy razy większe
niż tam w dole. Ale oto nowy sygnał.
— A ten co oznacza?
— To tylko odpowiedź drugiego fortu. Każdy z nich
daje salwę z tysiąca stu jeden piorunów na raz. To zwykła
tutaj salwa honorowa dla gościa przybywającego w jedenastej
godzinie: po sto dla każdej godziny i jeden ekstra jako znak
płci gościa; gdyby to była kobieta, pominięto by dodatkowy
strzał.
— A skąd wiemy, Sandy, że salwę oddało tysiąc sto
jeden dział? Bo przecież wiemy to na pewno.
— Nasz umysł bardzo się tu wyostrza pod wieloma
względami, również pod tym. Wszystkie liczby, wielkości i
odległości są tutaj tak ogromne, że musimy się uczyć
wyczuwać je. Stare metody pojmowania ich, pomiary i
wyliczenia nie mogą dać nam o nich pojęcia, przeciwnie —
zmylą nas tylko i przytłoczą ogromem cyfr.
W toku dalszej rozmowy stwierdziłem:
— Sandy, zauważyłem, że tu bardzo rzadko spotyka się
białe anioły. Na jednego białego przypada sto milionów
czerwonoskórych, nierozumiejących po angielsku. Dlaczego
tak się dzieje?
— Cóż, można to zauważyć w każdym ze stanów i na
każdym terytorium amerykańskiego zakątka nieba, na którym
się znajdujemy. Próbowałem tu kiedyś iść przed siebie cały
tydzień, przebyłem miliony milionów mil, minąłem całe
chmury aniołów, ale nie widziałem pośród nich ani jednego
białego i nie słyszałem ani jednego słowa, które mógłbym
zrozumieć. Bo Ameryka, widzisz, była przez milion lat albo i 
więcej zajęta przez Indian, Azteków i tym podobne ludy,
zanim stanęła na niej stopa białego człowieka. W ciągu
pierwszych trzystu lat od chwili odkrycia Ameryki przez
Kolumba, białych było tu bardzo niewielu, licząc nawet z
posiadłościami brytyjskimi włącznie. Na początku ubiegłego
wieku było ich tylko jakieś sześć do siedmiu milionów,
powiedzmy siedem; w 1825 roku — dwanaście do czternastu
milionów, powiedzmy dwadzieścia trzy miliony w roku 1850 i
czterdzieści milionów w roku 1875. Roczny procent śmiertelności
nie przekraczał u nas nigdy dwóch. To znaczy, że w
pierwszym roku ubiegłego stulecia umarło 140 000, w
1825 roku — 280 000, 500 000 w roku 1850 i około miliona
w 1875 roku. Będę brał okrągłe liczby, mogę więc przyjąć, że
w Ameryce wymarło dotąd pięćdziesiąt milionów białych —
niech będzie sześćdziesiąt, nawet sto. Trzydzieści czy
czterdzieści milionów nie ma tu znaczenia. Teraz sam
rozumiesz, co będzie, jeśli rozsiać tę gromadkę ludzi na
terytorium niebiańskiej Ameryki, liczącym sto miliardów mil.
Będzie to wyglądało, jakby ktoś rozsypał po Saharze
dziesięciocentowe pudełeczko pigułek homeopatycznych.
Odnajdź je potem! My, biali, jesteśmy w niebie niczym — to
fakt. Uczeni, z innych planet i innych systemów, podróżujący
po królestwie niebieskim, trafiają i do naszego zakątka. Po
powrocie do swego rejonu nieba piszą i wydają notatki z
podróży, w których Ameryce poświęcają akurat pięć wierszy.
Wiecie, co tam o nas piszą? Piszą, że te pustynie są zaludnione
zaledwie kilkoma setkami trylionów czerwonych aniołów,
pośród których z rzadka trafia się jakiś wypłowiały. Widzisz,
oni nas i Murzynów uważają również za czerwonoskórych, ale
takich, którzy zbieleli lub sczernieli na skutek jakiejś choroby
zesłanej nam za jakieś okropne, niesłychane grzechy. No i czy
nie jest to dla nas upokarzające, mój przyjacielu? Nawet dla
najskromniejszych pośród nas, nie mówiąc już o tych, którzy 
myślą, że będą ich tu przyjmować jak jakich królów i że pójdą
na piwo z Abrahamem. Nie pytałem cię o szczegóły,
kapitanie, ale przypuszczam, o ile moje doświadczenie jest
cokolwiek warte, że w dniu swego przybycia tutaj nie
słyszałeś okrzyków „hura!"?
— Dajmy temu spokój, Sandy — odparłem wymijająco
czerwieniąc się trochę. — Z radością dałbym dowolną sumę
dolarów, byle tylko mego przybycia tutaj nie widział nikt z
moich znajomych. Zmieńmy temat, Sandy.
— Dobrze. Masz prawdopodobnie zamiar osiedlić się na
stałe w departamencie kalifornijskim?
— Nie wiem, doprawdy. Miałem zamiar nie decydować
nic w tej mierze przed przybyciem tu mojej rodziny.
Pragnąłem na razie rozejrzeć się i nie śpiesząc się, z wolna
powziąć decyzję. Prócz tego mam tu sporo znajomych
nieboszczyków. Liczyłem na to, że ich odnajdę i że będę mógł
pogadać o przyjaciołach, o starych dobrych czasach, w ogóle o
tym i o owym, aby przekonać się, jak im się tutaj podoba.
Sądzę, że moja żona będzie chciała osiedlić się w rejonie
kalifornijskim, bo wszyscy jej umarli na pewno tam się
znajdą, a ona lubi mieszkać wśród znajomych.
— Ach, nie pozwalaj jej na to. Widziałeś już, jaka jest
sytuacja białych w rejonie Jersey? W kalifornijskim jest tysiąc
razy gorsza. Tam aż się roi od brudnoszarych aniołów. Od
najbliższego sąsiada będziesz oddalony z milion mil drogi. W
niebie człowiekowi najbardziej brak towarzystwa znajomych
tej samej rasy, koloru skóry i języka. Z tego też powodu raz
czy dwa przenosiłem się do rejonu europejskiego.
— Dlaczego więc nie pozostałeś tam, Sandy?
— O, z wielu powodów. Przede wszystkim, chociaż
ujrzysz tam masę białych, nie zrozumiesz ani jednego z nich i
z tego powodu w żaden sposób nie zaspokoisz swej chęci
rozmowy. Bardzo mi się podobają twarze Rosjan, Niemców 
albo Włochów — nawet na Francuza lubię popatrzeć, zresztą
tylko w tym wypadku, gdy uda mi się zastać go niezajętego
czymś nieprzyzwoitym. Jednak nie wystarczy patrzenie,
człowiek potrzebuje rozmowy.
— Ale przecież jest i Anglia, Sandy, angielski rejon
nieba.
— Tak, ale ten nie jest o wiele lepszy od naszego.
Dopóki znajdujesz się pośród Anglików zmarłych w ciągu
ostatnich trzystu lat, czujesz się doskonale. Ale gdy tylko
przeprowadzisz się do tej części rejonu, w której mieszkają
poddani poprzedników Elżbiety, język ich zaraz zaczyna
stawać się niezrozumiały. Rozmawiałem z niejakim
Langlandem i Chaucerem — to dwaj starożytni poeci — ale
nasza rozmowa na nic się nie przydała, bo ja ich kiepsko
rozumiałem, oni mnie tak samo. Otrzymywałem później listy
od nich, lecz były one pisane tak łamaną angielszczyzną, że
nic nie mogłem pojąć. Angielscy przodkowie tych dwóch
poetów to po prostu cudzoziemcy. Mówią po duńsku, po
niemiecku, po normandzku, po francusku, a niekiedy zlepkiem
tych czterech języków. Przodkowie zaś tych przodków mówią
po łacinie, po staroangielsku, po irlandzku, po gaelicku.
Ludzie jeszcze dawniejszego pochodzenia, prawdziwe
dzikusy, tak łamią swój język, że sam diabeł ich nie zrozumie.
W tym sęk, że zanim znajdziesz w regionie angielskim
człowieka, którego będziesz rozumiał, natkniesz się na całe
masy takich, których szwargot trudno uznać za ludzką mowę.
To skundlenie języków musiało nastąpić dlatego, że każdy
kraj na ziemi w ciągu miliardów lat nazbyt często był
zamieszkiwany przez coraz to inne ludy.
— Sandy — zapytałem — a czy wielu widziałeś
wielkich ludzi, o których mówi historia?
— Tak, sporo. Widziałem królów i wszelkiego rodzaju
wybitne osobistości.
— I królowie zachowują tutaj swoją ziemską rangę?
— Nie, ciało śmiertelnika traci tu swą rangę. Ich boskie
pochodzenie wystarczy na ziemi, tutaj jednak na nic się nie
przyda. Królowie po przybyciu na niebiańskie równiny
natychmiast są wliczani pomiędzy zwykłe anioły. Znałem
bardzo dobrze Karolą II. To jeden z najlepszych komików
rejonu angielskiego, pierwszorzędny aktor. Są tam i lepsi
komicy, których nazwisk na ziemi nigdy nie słyszano, ale
Karol zdobył sobie świetną opinię. Jest uważany za
wschodzącą gwiazdę. Ryszard Lwie Serce został zawodowym
bokserem i rokuje wielkie nadzieje. Henryk VIII jest
tragikiem, doskonale wypada w scenach zabójstwa. Henryk VI
wybija się jako kaznodzieja.
— A widziałeś Napoleona?
— O, często, to w korsykańskiej, to we francuskiej
sekcji. Zawsze wybiera sobie odosobnione miejsce i chodzi
tam ze ściągniętymi brwiami, skrzyżowanymi na piersiach
rękoma, z lunetą pod pachą. Wygląda tak samo
majestatycznie, ponuro i genialnie, jak go zwykle opisują.
Bardzo go gniewa, że jako żołnierz nie jest tu postawiony tak
wysoko, jak się spodziewał.
— Jak to? A któż jest wyżej od niego postawiony?
— O, mnóstwo ludzi, o których nigdy nie słyszeliśmy.
Ludzie tacy jak na przykład szewcy, weterynarze, szlifierze,
którzy być może nie trzymali nigdy szabli w ręku i nie oddali
ani jednego strzału w życiu, ale którzy mieli ducha
żołnierskiego, mimo że nie nadarzyła im się okazja okazania
go, tutaj zajmują należne im miejsce, a Aleksander, Cezar i
Napoleon muszą zadowolić się miejscami w drugim rzędzie.
Największym geniuszem wojennym naszego świata okazał
się kamieniarz z pewnej wioski w pobliżu Bostonu (umarł w
czasie rewolucji). Nazywał się Absalom Jones. Ludzie tłumnie
chodzą za nim. Teraz, widzisz, każdy rozumie, że gdyby 
Jonesowi nadarzyła się okazja, byłby wielkim generałem, przy
którym inni okazaliby się ołowianymi żołnierzykami. Ale
taka sposobność mu się nie trafiła. Kilka razy próbował
zaciągnąć się do wojska, ale sierżant werbunkowy nie chciał
go przyjąć — nie miał wielkich palców u rąk i brak mu było
przednich zębów. Tak czy owak, każdy widzi teraz, czym
Jones by został, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej. I
dlatego milionowe tłumy przychodzą wszędzie tam, gdzie on
ma się pojawić, aby chociaż na niego popatrzeć. W jego
sztabie znajdują się Cezar, Hannibal, Aleksander i Napoleon,
jak również wielu świetnych generałów, ale w jego obecności
mało kto zwraca na nich uwagę. Bum! Oto nowa salwa
honorowa. Karczmarz zakończył kwarantannę.
Ubraliśmy się. Potem wyraziliśmy życzenie i natychmiast
znaleźliśmy się na miejscu przyjęcia. Staliśmy na brzegu
niezmierzonego oceanu przestworzy i, kierując wzrok warstwę
szarej mgły, ujrzeliśmy amfiteatr: szeregi tronów
wznoszących się ku zenitowi. Po obu ich stronach mieściły się
trybuny dla zwykłej publiczności. Trybuny te ciągnęły się na
miliony mil, nie było widać ich końca. Były puste i wyglądały
ponuro, jak pusty teatr przed zapaleniem świateł. Sandy
powiedział:
— Usiądziemy tutaj i poczekamy. Wkrótce zobaczymy
czoło pochodu.
— Jak tu pusto, Sandy. Nikogo oprócz nas dwóch, żeby
tylko nowo nawrócony nie czuł się tym dotknięty.
— Bądź spokojny, wszystko będzie w porządku. Jeszcze
jedna salwa, a potem wszystko zobaczysz.
Niebawem spostrzegliśmy daleko na horyzoncie jakieś
przyćmione światełka.
— To czoło procesji z pochodniami — zauważył
Sandy.
Światło zaczęło się rozszerzać, wzmacniać i wkrótce
zamieniło się jasny snop, podobny do światła lokomotywy.
Było coraz mocniejsze i jaskrawsze, niczym słońce nad linią
morskiego horyzontu, wysyłające czerwone promienie w
niebo.
— Spójrz na Wielki Amfiteatr i na miliony miejsc na
trybunach. Wytęż wzrok! — polecił Sandy. — I posłuchaj
salwy.
W tej samej chwili straszny huk wstrząsnął niebem. Było
to coś jak grzmot miliona piorunów. Potem zalało nas
oślepiające światło i natychmiast wszystkie miejsca co do
jednego zostały zajęte przez widzów. Wrażenie było
wstrząsające. Sandy pierwszy na nowo podjął rozmowę:
— Tak się to u nas robi! Bez straty czasu, bez spóźniania
się na początek seansu. Życzenie zawsze jest szybsze od
podróży. Ćwierć sekundy temu każdy z tych widzów
znajdował się o miliony mil stąd. Gdy rozległ się ostatni
sygnał, wystarczyło im wyrazić w myśli życzenie, by
natychmiast znaleźć się tutaj.
W tejże chwili rozległ się śpiew olbrzymiego chóru:
Pragniemy usłyszeć twój głos
I ujrzeć cię twarzą w twarz.
Szlachetną muzykę psuły ją niektóre niewyuczone glosy, jak
to się zdarza i na ziemi podczas śpiewów w kościele.
Czoło pochodu zaczęło przeciągać koło nas. Było to
podziwu godne widowisko. Mijał nas zwarty tłum pół miliona
śpiewających aniołów, idących miarowym krokiem z
zapalonymi pochodniami w rękach. Szelest ich skrzydeł
przyprawiał o ból głowy. Procesja ta ciągnęła się daleko po
niebie i koniec jej rozpływał się we mgle. Szeregi aniołów
ciągnęły nieprzerwanie; całe chmary ich przedefilowały 
przed Amfiteatrem. Wreszcie ukazał się i nowo nawrócony.
Wszyscy widzowie powstali z miejsc, witając go miliardami
głosów. Niesamowite! Cały w uśmiechach, z zawadiacko
przekrzywioną aureolą, był najbardziej zadowolonym z siebie
świętym, jakiego widziałem. Kiedy chodził po stopniach
Amfiteatru, chór gromko śpiewał:
Całe niebo opiewa twą chwałę
I czeka, by usłyszeć twój glos.
W centrum Amfiteatru na honorowym miejscu, ogrodzonym
barierami, stały cztery ogromne namioty, otoczone wartą
honorową w połyskujących szatach. Namioty były na razie
zamknięte. Gdy karczmarz zaczął wchodzić po stopniach,
kłaniając się i uśmiechając na wszystkie strony, namioty te
nagłe się otwarły i zobaczyliśmy w nich cztery wspaniałe złote
trony. Na dwóch środkowych siedzieli dwaj siwi starcy, a na
dwóch bocznych — dwaj piękni archaniołowie w
błyszczących zbrojach i ze złotymi aureolami na głowach.
Widzowie uklękli i przez ich szeregi popłynęła fala radosnego
szmeru.
— Dwaj archaniołowie! To wspaniałe! Ale kim są tamci
dwaj? — dało się słyszeć w szeregach.
Archaniołowie oddali nowo przybyłemu krótki ukłon
wojskowy, a obaj starcy powstali i jeden z nich rzekł: „Witają
cię Mojżesz i Izajasz!” Po czym wszyscy czterej zniknęli, a
trony pozostały puste.
Karczmarz wyglądał na lekko rozczarowanego Nowo
przybyły miał minę trochę rozczarowaną; widocznie liczył na
to, ale tłum był niepomiernie uradowany, jako że zobaczył
Mojżesza i Izajasza. Wszyscy powtarzali bez ustanku :
„Widzieliście? Ja doskonale widziałem – Izajasza z profilu,
ale Mojżesza twarzą w twarz, tak jak was teraz widzę!”
Procesja ruszyła dalej, pociągając za sobą nowo
przybyłego. Tłum rozpadł się na grupy i rozpierzchł. się
rozszedł. Po drodze do domu Sandy mówił, że przyjęcie było
wielkim sukcesem, a karczmarz ma prawo do dumy po wsze
czasy. Dodał, że i my mieliśmy szczęście, bowiem mogliśmy
przeżyć czterdzieści tysięcy lat i nie trafić okazję ujrzenia tak
wielkich postaci jak Mojżesz i Izajasz. Dowiedzieliśmy się
potem, że omal nie zobaczyliśmy wtedy jeszcze jednego
patriarchy i jednego proroka, lecz ci niestety w ostatnim
momencie zawiadomili, że ni omega przybyć. Sandy
powiedział, że w miejscu, gdzie stali Mojżesz i Izajasz
powstanie pomnik z datą i opisem wydarzenia, a podróżnicy
przez tysiące lat będą go podziwiać, wspinać się na postument
i wyskrobywać swoje imiona. 



