Iwan Wazow

Dwoje drzwi

SZKIC SOFIJSKI

 Na posiedzeniu sądu apelacyjnego rozpatrywano bardzo zadawnioną, uporczywie i namiętnie bronioną sprawę pomiędzy Diko Jordanowem a Nikolą Zargowem. Sprawa była cywilna i już od półczwarta roku podróżowała, zanim doszła do sądu apelacyjnego, a to dzięki sztuczkom i wykrętom adwokackim.
 Przeciąganie takie, zamiast uspokajać przeciwników, rozjątrzało ich jeszcze więcej, tak, że spór ich stawał się coraz więcej zaciętym i nieprzejednanym.
 Adwokaci, niemniej przejęci interesami swych klijentów, nie szczędzili sobie w rozprawach sądowych zjadliwych wycieczek, zarzutów nieświadomości, niesumienności i fałszywości.
 Ta zaciętość podobała się interesowanym. Tak jedna, jak i druga strona winszowały sobie wewnętrznie dobrego wyboru obrońców. Wiadomo bowiem, że tylko tam, gdzie jest uczucie i przekonanie, tam jest i siła; przejęcie się sprawą jest koniecznym pierwiastkiem wymowy, szczególniej adwokackiej, gdzie często razem z napuszystemi słowami zastępuje ono brak dowodów... Adwokaci rzucali na siebie tak gniewne spojrzenia, iż zdawało się, że tylko wzgląd na miejsce wstrzymuje ich od rzucenia się na siebie z pięściami. Przeciwnicy byli zadowoleni, bo, jak mówi przysłowie: „zły pies strzeże stada”.
 Ogniste rozprawy zakończyły się, a sąd udał się do sali narad.
 Nieliczna publiczność, przysłuchująca się rozprawom, wyszła na korytarz dla zapalenia papierosa, zanim sąd poweźmie postanowienie.
 Zargow był w usposobieniu bardzo rozdrażnionem. Spodziewał się, że tu już stanowczo wygra sprawę, a myśl, że całe lata włóczyć się będzie po sądach, zapalała gniew jego przeciw Jordanowowi i podniecała w nim chęć zemsty.
 Poczekaj, myślał sobie, podniosę ja sprawę kryminalną przeciw tobie, o czem mówiłem już z adwokatem. Jestem w posiadaniu wszelkich środków, ażeby cię zamknąć w więzieniu i zrujnować do gruntu!
 Miał on na myśli jakieś zarzuty oszczercze, z któremi wystąpił przeciw niemu Jordanow, wobec świadków, w chwili gniewu i uniesienia.
 To postanowienie uspokoiło częściowo Zargowa; zapalił papierosa i zaczął się przechadzać po korytarzu.



 Czas przechodził, a sąd nie powracał. Zargow, zmęczony chodzeniem, wsparł się o drzwi z wyrazem silnego zniecierpliwienia.
 Stojąc pod drzwiami, usłyszał rozmowę i machinalnie zajrzał przez dziurkę od klucza. W sali dwóch ludzi, trzymając się po przyjacielsku pod ramię, przechadzało się, prowadząc rozmowę, przeplataną śmiechem. Zargow wielce się zadziwił, poznawszy w nich obu adwokatów.
 — Co to znaczy? — pomyślał sobie. — Przed chwilą znieważali się wzajemnie, a teraz taka czułość!
 Zaczął więc podsłuchiwać.
 Rozmowa toczyła się około wycieczki, którą obie rodziny zamierzały urządzić w najbliższą niedzielę do Górnej-Bani; potem zaczęto mówić o wyniku sprawy.
 — Sąd długo się zastanawia — mówi obrońca Zargowa, spoglądając na zegarek — tak, jakby miał wydać wyrok salomonowy. Cokolwiek bądź, ja wygrywam. Wy idziecie do kasacyi, prawda?
 — Naturalnie — odpowiada mu obrońca strony przeciwnej.
 — Że ten proces był do przegrania we wszystkich instancyach, wiedziałem o tem z góry, przyjmując go. Ale ja nie zrażam Jordanowa... Bo i na co? Jeżeli jabym go nie wziął, to kto inny przyjąłby go... Teraz jest nas tak wielu w stolicy, że gdy rzucisz na psa kamieniem, to trafisz w adwokata. Podziękuj-że mi za dostarczenie ci pewnej wygranej, no i dobrze zapłaconej, czyż nie tak? — mówił obrońca Jordanowa.
 — Tak mówi z chytrym uśmiechem drugi — to dla mnie; potem przyjdzie kolej na ciebie, że i ty oskubiesz tłustą gąskę, bo i twoja i moja mają dosyć pierza, nie mamy się co żalić.
 — Ten nikczemnik ma słuszność — przynajmniej co do mnie — wyszeptał z goryczą Zargow.
 — Ale, ale, słuchaj-no, mój klijent żąda — podjął obrońca Zargowa — ażeby wytoczyć proces kryminalny przeciw twojemu?
 — O oszczerstwo? wiem, wiem, on niema dostatecznych dowodów, on przegra...
 — I ja o tem nie wątpię... Ale on się wścieka z gniewu...
 W takim razie poradź mu, niech wytoczy ten proces. Doskonała sposobność do poskubania jeszcze mojej gąski.
 — Dobrze, wytoczymy go. Wywzajemniam ci się, dostarczając ci łatwego i korzystnego zwycięztwa. Uważasz. To tak po naszemu: „Jak się mnichy zmówią, to i w post mięso jedzą”.
 — Dziękuję ci... Ale państwo będziecie w Górnej-Bani. Spodziewam się was tam widzieć.
 — Punkt o godzinie 10-ej tam będziemy. Tylko tyś się dziś bardzo rozgadał i pozwoliłeś sobie na takie uprzejmości...
 — Ja tylko odpowiadałem na twoje.. To już tak z naszej profesyi: kto płaci, temu służymy.
 I obaj wybuchnęli śmiechem.
 — My płaczemy na cudzym grobie, to się rozumie — podjął obrońca Zargowa; — na co ja sobie mam psuć krew głupstwami? My jesteśmy, jak lekarze, których nie boli serce, gdy uśmiercają pacyentów, tak samo i nas nie obchodzi zatruwanie życia naszym klijentom. W ich oczach, choćbyśmy się pokłócili... „Ale o tyle serce bolało, ile się łez przelało”... A ci pieniacze biorą seryo naszą wrzawę!... A ile myślisz wziąć od swojego za obronę w swoim procesie? Powiedz mu, że go wybawisz od sześciu lat więzienia... Do dyabła! Ja chcę od ciebie procentu od sumy, którą weźmiesz... Bez tego nie będę doradzał procesu.
 — Nie obawiaj się; dostaniesz, co ci się należy..
 Zargow odsunął się od drzwi. Skierował się ku wyjściu z korytarza, szukając wzrokiem kogoś. W tej chwili z zakrętu korytarza pokazał się przeciwnik jego, Jordanow. Twarz miał bladą z gniewu. Od trzech lat, jak się włóczyli po sądach, zaledwie kilkakrotnie spotkały się ich oczy, pełne nienawiści. I w tej chwili byli bladzi z gniewu, a wargi ich drżały.
 Zargow z postanowieniem zbliżył się do Jordanowa.
 — Jordanow! — proponuję ci zgodę, na jakich chcesz warunkach! — rzekł, podając przeciwnikowi rękę.
 — Panie Zargow, dziękuję, pan mi wyjąłeś z ust moje słowa... Miałem pana prosić o to samo... — powiedział Jordanow, ściskając silnie podaną prawicę.
 Patrzyli na siebie, zdziwieni wzajemnie wspólną chęcią zgody.
 — Ażeby panu wytłómaczyć, dlaczego, choć tak późno, pierwszy wyciągnąłem rękę do zgody — powiedział Zargow — muszę panu opowiedzieć, iż przypadkowo znalazłem się przy tych drzwiach i słyszałem...
 — I ja słyszałem, przy drugich drzwiach — przerwał mu Jordanow. — A więc pójdźmy do domu.
 I pręciutko zeszli ze schodów.
 Wyroku sądowego wysłuchali tylko ich adwokaci.


