Włodzimierz Zagórski

Diable wiano


Nawet i diabłu może się zdarzyć przypadek...
Mądra to szelma, przezorna i — jak to mówią —
kuta na wszystkie cztery, chociaż wiadomo, że
jegomość ten dwoje ma rąk, a jedną tylko stopę i jedno
kopyto, tak, iż kto wie, czy w Pacanowie nawet, gdzie
przecie kozy kują, umiano by go podkuć na wszystkie
cztery, jak się patrzy.
Więc też powierza diabeł kucie swych kończyn
wyłącznie tylko majstrowi z piekła i dlatego to właśnie
zdarzają mu się niekiedy przypadki. Bywa albowiem, że
mu się jedna lub druga podkowa obluzuje na tej śliskiej
drodze, po której zwykle chadza ladaco; a że
piekielnych majstrów nie ma wtedy pod ręką, żaden zaś
kowal ziemski (niechaj to czytelnikom, uprawiającym
to sławetne rzemiosło, nie ubliża!) nie jest w stanie
naprawić mu obuwia, więc też kuleje diablisko —
sztykul! sztykul! — ślizga się i potyka co chwila, aż
wreszcie — brzdęk! — pada jak długi... Piekło się
wówczas trzęsie ze złości, zaś aniołkowie śmieją się do
rozpuku i trzepoczą skrzydełkami z uciechy!...
Bywa także czasami, że diabeł — aczkolwiek
sprytny i przezorny kanalia — coś przeoczy, o czymś
zapomni lub wreszcie coś zgubi w podróży. Zdarza mu
się to zwykle, gdy łyknie za wiele smoły gorącej na 
śniadanie lub gdy się zawieruszy w towarzystwie
młodej jakiejś czarownicy. Wszelako przypadki
diabelskie tego rodzaju mają to do siebie, że jemu
samemu (to jest diabłu) nie przynoszą szkody, a
ludziom z nich nie wyrasta nigdy pożytek... Wiadomo
przecież, że i „diabli kaftan” nie cieszy i nie grzeje tych,
którym się dostanie w udziale...
...Owóż, niedawno temu, bo w sam dzień wigilii
Nowego Roku, wybrał się imćpan diabeł do Warszawy,
z torbą pełną noworocznych podarunków dla swej
warszawskiej klienteli. Po drodze wstąpił do swej
kumy, młodej, a w kunszcie swym wytrawnej
czarownicy, która go przyjęła wspaniałym obiadem.
Było tam pieczone serce bezlitosnego skąpca, były
paszteciki z móżdżku bezdusznej zalotnicy, były
marynowane żądła zjadliwych plotkarek, była galantyna
ze starej ropuchy, był wreszcie olbrzymi gar smoły,
płonącej żółtym płomieniem — słowem uczta jakich
mało — rozumie się uczta dla diablego podniebienia!...
Diabeł, łakomy jak wszyscy diabli, nie dał się długo
prosić swej uprzejmej gospodyni. Jadł za czterech
diabłów, pił za ośmiu, aż wreszcie spił się tak, jak to
diabli spić się umieją. Po czym — i tutaj właśnie na jaw
wychodzi złośliwa diabelska natura — nie poszedł za
świątobliwym ojca Noego przykładem i nie udał się do
arki na spoczynek, lecz wziąwszy swą torbę podróżną,
podążył ku Warszawie, by tam czym prędzej zanieść
zgubne swe podarunki.
Późno już było, gdy wszedł do miasta. Drobny
śnieżek prószył, siekąc go jakby igiełkami po twarzy. 
Zdumionym okiem powiódł po ulicy, na której piętrzyły
się kupy pozmiatanego śniegu.
— Czy to Warszawa, czy nie Warszawa? —
mruknął, nie mogąc się zorientować.
Podszedł ku tablicy, która tam wisiała na rogu
wielkiego jakiegoś budynku, oświetlona blaskiem
gazowej latarni, i odczytał napis na niej widniejący.
— Tak, to Warszawka! — szepnął uspokojony. —
Ano, spiłem się, nie ma co mówić... A wszystkiemu
winna ta szelmutka!... Ciągle tylko dolewa, a prosi: „pij,
lubciu, pijże serce moje!...” Któżby nie pił, kiedy smoła
taka dobra, a ona tak prosi, by jej nie odmawiać?
I pogwizdując walczyka z „Nietoperza”, podążył w
stronę miasta, gdzie miał złożyć swe dary.
Ale trunek piekielny mroczył mu głowę i plątał
chwiejące się nogi. Śniegowe góry wyrastały raz wraz
jakby spod ziemi i zastępowały mu drogę co chwila.
Wymijając je, a unikając spotkania nocnych stróżów, by
przypadkiem który nie dostrzegł końskiego kopyta,
zabłąkał się diablisko w tym śnieżnym labiryncie, tak iż
po całogodzinnej wędrówce znalazł się znowu na
miejscu, z którego pochód swój rozpoczął. Co gorsza,
spostrzegł, iż torbę zgubił w tej podróży.
— Do diabła! — zaklął bezbożnym diabelskim
obyczajem.— Nie będę mógł obdarzyć przyjaciół mych
przy Nowym Roku!... Gotowi jeszcze pomyśleć, żem o
nich zapomniał.
Zanadto dobrze jednak znał ludzką naturę, by się
długo martwić tą stratą, na której ostatecznie, jako
diabeł, mógł tylko zyskać jeszcze. Wiedział, iż 
przyjaciele jego potrafią
broić i bez jego pomocy, oraz że ten, co torbę znajdzie,
nie omieszka obrócić zawartych w niej upominków
piekłu na pożytek. Więc też nie tracąc czasu, rozpostarł
poły swego płaszcza i kazał się wiatrowi zanieść z
powrotem do swej młodej czarownicy.
Niechajże tam sobie siedzi!... Przyjemnej
zabawy!...
Podczas, gdy imćpan diabeł urządzał powyższą
„rozdobędę”, siedziało w pewnym szynku na placu
Grzybowskim kilku szewców, pijąc piwo z „harakiem” i
rozmawiając o dziurach i latach tego tandetnego świata.
— A ja wam padam, co ten świat jest jak but
podarty — mówił dobrze już cięty kum Onufer. —
Cholewa jeszcze niczego: może wytrzymać... Ale
reszta, to nic wart, to same
dziury!...
— Cha, cha, cha!... Same dziury! — zaśmiali się
jego towarzysze.
— Tu nie pomogą żadne przyszczypki — prawił
dalej wymowny Onufer. — Tu nawet i zelówka nie
pomoże... Trzeba dać całe podszycie: nowy wierzch i
nowy spód!
— Dobrze mówi Onufer — potwierdzili szewcy —
nowy wierzch i nowy spód!
— Nu, a kto będzie tym wierzchem? — spytał pan
Chaim Papiermacher, przysłuchujący się od dłuższej
chwili zza szynkwasu tej rozmowie.
Kum Onufer podparł się ręką pod bok, patrząc na
szynkarza zamglonymi oczyma.
— Juścić nie Żydzi — odparł z powagą.
— Cha, cha, cha!... Oto mu uciął — zabrzmiało
dokoła.
— Ja sze nie pytam, kto nie będże, tylko kto będże
? — rzekł, nie zrażając się, pan Chaim.
— A któż ma być wierzchem?... Wierzchem będą
szewcy — tłumaczył Onufer.
— A krawcy? — zapytał krawiec, siedzący przy
drugim stole.
— I krawcy także — zapewnił wspaniałomyślnie
zagadniony.
— A mosiężnicy? — ozwał się głos jakiś od lady.
— I mosiężnicy!... Wierzchem będą wszyscy
rzemieślnicy — objawił łatacz współczesnego
porządku. — A Żydzi pójdą pod spód.
— Sprawiedliwie mówi, cha, cha, cha!... Dalibóg
sprawiedliwie — przytwierdzono ze wszystkich stron.
— No, a jeżeli Żyd jest szewcem albo
mosiężnikiem? — zagadnął znowu pan Chaim — co z
nim będże wtedy?
— Co ma z nim być? — odparł pan Onufer. —
Pójdzie pod spód!
— Cha, cha, cha! — parsknęli śmiechem słuchacze.
— Wiecie co, panie Onufer? — rzekł na to
szynkarz. — To wielgie szczęście, co ten szwat nie jest
podartym butem i co wam go nie oddadzą do reperacji,
bo wy byście całkiem sfuszerowali te robotę... Na moje
sumienie, co by wtedy buło jeszcze gorzej, jak jest.
— O, widzicie go! — zaśmieli się znowu
szynkowni goście.
— Cha, cha, cha! Ja wiem, co by gorzej było, ale
tylko dla was — szydził Onufer.
— I dla nas, i dla was, i dla wszystkich — odparł
pan Chaim.
— Dlaczego? — zawołało kilka głosów.
— Widzicie panowie, to jest taki interes — jął
mówić szynkarz. — Dekarz albo kominiarz, to woni
chodzą po dachu jak sprawiedliwy kot. Woni nie spadną
stamtąd i w głowie im sze nie kręczy, choć wysoko, a
czasami ślisko, co aż strach... A wiecie panowie,
dlaczego?... Dlatego, co dekarz albo kominiarz, won do
tego od małoszczy nauczony; won już do togo
przywyknął... A wy, czy byście to potrafili?
— Oj, oj!... Czemu nie!
— Ja myszlę, co nie; ja myszlę, co by wam sze w
głowie zakręciło.
— No, ale cóż to ma do tego, o czym się gadało? —
zapytał pan Onufer.
— To ma do tego, co pan jest panem — odparł pan
Chaim. — Jemu sze w głowie nie kręczy być panem, bo
won do tego nauczony od dżecko; won już do tego
przywyknął... Won da na szpital, won da na biednych,
won da na tanie kuchnie, dlatego, bo mu sze w głowie
nie kręczy i won widzi, co jest i co potrzeba... A wy,
panie Onufer, jakbyście panem byli, to by wam sze tak
w głowie zakręczyło, co byście tego wszystkiego wcale
nie widzieli.
Popijając i gwarząc wesoło o koniecznym
podszyciu tego dziurawego świata, zabawiała się
kompania jeszcze dłuższy czas. Wreszcie oznajmił 
stójkowy, pukając do drzwi szynku, że czas już położyć
koniec tej zabawie. Wtedy, wypiwszy jeszcze po
kieliszku gorzkiej na drogę, rozeszli się wszyscy, każdy
w swoją stronę.
Dziwne rzeczy działy się na ulicy, gdy pan Onufer
pożegnał swych towarzyszów. Gazowe latarnie
wywijały raźnego oberka, kamienice i parkany krzesały
hołubca, potrącając co chwila zmierzającego ku
domowi łatacza społecznego porządku.
Zrazu bawiła go ta heca; kroczył więc chodnikiem
uśmiechnięty, wołając od czasu do czasu dobrodusznie:
„No, uważaj przecież!” — w nadziei, że tym
napomnieniem oprzytomni rozszalałych taneczników.
W końcu jednak, gdy go jakiś zwariowany parkan
bolesnym poczęstował szturchańcem, zakipiał gniewem.
— Czego chcesz, psia krew? — wrzasnął
rozjuszony.
I podniósłszy w górę zaciśniętą pięść, chciał
potężnym razem ugodzie napastnika. Parkan jednakże
uniknął ciosu, odskoczywszy piorunem na przeciwną
stronę ulicy.
Wtedy, pokiwawszy głową, powiedział sobie, że
nie warto po nocy wszczynać awantur z grubianami i
poszedł dalej środkiem drogi, trzymając się teraz już z
dala od pląsających parkanów i kamienic. Wprawdzie
potrącały go tutaj śnieżne kupy, wpadając na niego co
chwila, uniesione piekielną jakąś galopadą, ale bądź co
bądź zetknięcie się z nimi mniej już było bolesnym.
Nagle potknął się, nastąpiwszy na coś czarnego.
Wydało mu się, że to człowiek leżący na ziemi i 
przyszło mu na myśl, że dorożka może łatwo przejechać
tego biedaka, który sobie ulicę obrał za posłanie.
Współczuciem tknięty zawrócił się i potrącił go nogą.
— Wstawaj, pijaku, wstawaj! — rzekł, usiłując
rozbudzić śpiącego.
Ale to, co leżało na ziemi, nie dawało znaku życia.
— Może to nieboszczyk? — pomyślał pan Onufer,
usiłując się przybliżyć.
Wszelako niezbadana jakaś siła odtrącała go to w
prawo, to w lewo, to naprzód, to w tył, tak iż nie mógł
wykonać swego zamiaru. Wtedy, wziąwszy się na
sposób, legł na ziemi i podpełzał na czworakach ku
mniemanemu nieboszczykowi, który, jak się przekonał,
był dużą podróżną torbą z lakierowanego juchtu,
przyozdobioną monogramem ze złoconego brązu.
Doznane wrażenia wytrzeźwiły go nieco. Puścił się
ku cyrkułowi, by tam złożyć przedmiot znaleziony, ale
niebawem obsiadły go myśli, które go odwiodły od tego
zamiaru. Może to skarb, może majątek wielki? Po torbie
można było wnosić, że właściciel jej musi być
bogaczem. Rozciekawiony, pośpieszył do domu, zapalił
świecę, otworzył torbę i począł ze wzrastającym
zajęciem przeglądać jej zawartość.
Skarbu tam wprawdzie nie było, ale cóż za dziwne
dziwy! Paczuszki w ozdobnych zawinięciach,
poprzewiązywane różowymi i błękitnymi
wstążeczkami, każda opatrzona napisem,
oznajmiającym istotę zawartego w niej przedmiotu,
tudzież osobę, dla której przedmiot ten był
przeznaczony. Widocznie były to noworoczne 
upominki, ale cóż za osobliwsze upominki!
Przeglądając je, wytrzeźwiał do reszty pan Onufer, a
jednak „rozum mu stawał capka”, tak niepojętym było
mu to, na co patrzył.
Było tam mydło do mydlenia oczu „dla żony, która
kocha męża”
, dwie talie bisotowanych kart „dla
szczęśliwego gracza”
, szczypczyki do ściągania siódmej
skóry „dla sumiennego finansisty”
, trąbka do
reklamowania miernot „dla wzajemnej admiracji”
,
flaszeczka skoncentrowanej piany wściekłego psa „dla
uczciwej konkurencji”
, pantofle kalifa Omara, który
spalił bibliotekę aleksandryjską „dla wiadomej kliki”; i
ząb jadowitej żmii, która sobie zęby na pilniku połamała
„dla Zoila”
, i szydło szewca Herostratesa, i
balsamowane ucho Midasa, i wiele, wiele innych
przedmiotów, których tu wyliczać nie sposób.
Kum Onufer nie był żoną, kochającą męża, ani
graczem, ani finansistą, ani księgarzem nakładca, ani
Zoilem, więc też doznał zawodu, nie znalazłszy wśród
tego stosu osobliwych rupieci nic takiego, z czego by
mógł jakikolwiek dla siebie wyciągnąć pożytek.
Przeznaczenia większej części tych przedmiotów nie
rozumiał wcale, niektóre z nich jednakże obudziły w
jego umyśle słuszne podejrzenie.
Rozmyślając, przyszedł do przeświadczenia, iżby
źle było, gdyby mydło do mydlenia oczu dostało się do
rak żony, kochającej swego męża, a szczypczyki do
ściągania siódmej skóry stały się własnością jakiegoś
tam finansisty. Mało to już i tak zgorszenia na tym 
świecie? Ojej! Wszakże to i bez tego but podarty,
domagający się gwałtem podszycia!
Więc też oburzony na tego łotra, który za pomocą
tych osobliwych podarunków zamierzał bardziej jeszcze
krzewić zło wpośród ludzi, postanowił nie zwrócić
zguby jej właścicielowi, lecz zabrawszy się przy
świętym poniedziałku lub raczej wtorku do roboty,
pokrajać torbę i uszyć ze skóry uzyskanej parę
lakierowanych bucików. W ten sposób nie dopuści do
zgorszenia, a w dodatku wyciągnie dla siebie korzyść z
przedmiotu, którym go obdarzył przypadek.
Nazajutrz, jako w dzień świąteczny, odwiedził po
obiedzie swa narzeczoną, pannę Apolonię, która
piastowała urząd kucharki u pewnych państwa przy
ulicy Marszałkowskiej i zabrał ją z sobą do „Rozkoszy”
,
gdzie w wesołej kompanii spędzili wieczór na zabawie.
Była to osoba już poważna i niegrzesząca wcale
nadmiarem urody; mimo to trzymał jej się pan Onufer,
mając z niej wygodę wedle opierunku. Przy tym
dostarczała mu cukru i herbaty, tak iż artykułów tych
nigdy nie potrzebował kupować; częstokroć przybiegała
do niego i przynosiła mu kotlet, kawał pieczeni albo też
leguminę jaką w papier owiniętą. Wszystko to były
rzeczy, którymi nie wypadało pogardzać.
Ceniąc te przymioty swej narzeczonej, chodził więc
do niej trzeci już rok, ale się wcale nie kwapił do
żeniaczki. Panna Apolonia, srodze w swym chłopie
rozkochana, przynaglała go, ażeby przecież raz już
pomyślał o weselu, ale jej się zawsze umiał wykręcić,
odkładając krok stanowczy od jesieni do wiosny, od 
wiosny znowu do jesieni. Widocznie go nie korciło
pozbyć się wolności kawalerskiego stanu. Zawszeć to
kłopot z babą, a tym lepiej, im później się człowiek
obarczy takim ciężarem.
Dopiero we wtorek rano pomyślał Onufer o
robocie, a pomyślał o niej z niechęcią i obrzydzeniem.
Po Nowym Roku przyszła sobota: nie warto zatem było
zabierać się do pracy na jeden dzień. Po sobocie
nastąpiła święta niedziela — dzień Pański, dzień
wypoczynku! A po niedzieli poniedziałek, którego także
święcie nie zaniechał sławetnym szewskim obyczajem.
Wypoczynki te zmęczyły go były niezmiernie, więc też
z ciężkim westchnieniem wziął do ręki torbę, z której
miał wykroić materiał do roboty potrzebny.
Nie ma co mówić, jucht był doskonały, a lakier
nigdzie nienadpsuty. Można więc było z uzyskanej
skóry wysztyftować parę galantnych bucików, ale to nie
ucieszyło pana Onufra tak wielce, jakby się tego można
było spodziewać. Po prostu robić mu się nie chciało;
byłby wolał spać albo tez pójść do szynku, by tam
klinem wybić dolegającego klina. Wszelako trudna
rada, nie było pieniędzy i — trzeba było koniecznie
zabrać się do roboty!
Jakoż, wyostrzywszy nóż, chciał się wziąć do
prucia torby, gdy wtem z jej wnętrza ozwał się brzęk
podobny do brzęku pieniędzy. Rozciekawiony, otworzył
ją skwapliwie, i — o dziwo! — znalazł w niej siedem
sztuk nowiutkich półimperiałów, błyszczących jak
gdyby dopiero co wyszły z poci stempla. A to co
takiego? Nie mógł pojąć, skąd się tam wzięły te 
pieniądze! Wszak przeszukał był torbę dokładnie owego
dnia, czyli raczej owej nocy, gdy ją znalazł na ulicy. No,
no, widocznie musiał być pijanym jeszcze!
Wytłumaczywszy sobie w ten sposób dziwną tę
zagadkę, schwycił pieniądze w garść, wcisnął czapkę na
głowę i pobiegł do miasta.
Tydzień cały grasował, nie myśląc oczywiście o
robocie. Pieniądze były w kieszeni, więc też go nie
kusiło zabrać się do szydła i dratwy. Na co? Po co?
Hulaj dusza, dopóki nie pęknie ostatni rubelek! Sypiał
do południa, o południu wychodził do restauracji lub
szynku, skąd powracał dopiero późną nocą, znajdując
zawsze chętnych towarzyszów do hulanki.
Wyszeptawszy się po upływie tygodnia z
pieniędzy, wziął znów do ręki torbę z ciężkim
westchnieniem. I znowu powtórzyła się ta sama scena,
która się rozegrała przed tygodniem — siedem
półimperiałów, błyszczących jak słońce, wpadło mu
znowu do ręki. Kum Onufer zrozumiał, iż posiada
worek zaczarowany.
Zakręciło mu się teraz w głowie, jak to ongi
przepowiedział pan Chaim Papiermacher, szynkarz z
Grzybowskiego placu. Pieniądze sypały mu się istotnie
jak gdyby z worka; potrzebował tylko powziąć jakieś
życzenie, a natychmiast znajdował w torbie środki do
zaspokojenia pragnień swych potrzebne. Nie żałował
też sobie niczego, coraz to nowe objawiając zachcianki.
Zapragnął złotego zegarka z grubą jak palec dewizką,
zaczarowana torba dostarczyła mu potrzebnych na
zakup ten pieniędzy. Zachciało mu się futra — było 
futro; sprawił sobie kilka garniturów, nakupił bielizny,
ponakładał na wszystkie palce tyle pierścionków, iż
ledwo mógł nimi poruszać. Jednym słowem dogadzał
wszystkim fantazjom, które w nim nieustannie
wzbudzał pieniądz, a o których mu się przedtem wcale
nie śniło.
Oczywista rzecz, iż zostawszy panem, puścił
kantem pannę Apolonię. Nie chodziło mu teraz o
opierunek, a smakołyki kucharki utraciły były dla niego
wszelką ponętę. Stosunek z kuchtą nie odpowiadał już
teraz jego pojęciu i zajętemu w hierarchii społecznej
stanowisku. Natomiast zrobił znajomość z żona
pewnego konduktora, młodą i przystojną blondynką,
która chodziła w pluszowej rotundzie i w kapeluszu ze
strusimi piórami, a nosiła brylantowe kolczyki w
uszach, pierścionki na palcach i na rękach bransoletki.
Pani konduktorowa była niegdyś kelnerką w jakiejś
piwiarni. Gdzie, gdzie parzygnatowi do takiej osoby!
Osoba ta była kobietką wesołą i lubiącą się bawić, a
umiejącą mydlić oczy mężowi, nawet i bez onego
mydła, które niegdyś pan Onufry — jak go przezwała
pani konduktorowa — wydobył z zaczarowanej torby, a
którego widok tak go onego czasu zgorszył i oburzył.
Co prawda, przychodziło jej to z łatwością, mąż
bowiem nie grzeszył zbytkiem sprytu, a na domiar, z
powodu służby swej, rzadko kiedy przebywał w domu.
Korzystała też z tej swobody pani konduktorowa,
wyciągając pana Onufrego do teatru, na maskarady, na
kolacyjki w gabinecie i wtajemniczając go w rozkosze
hulaszczego życia, o których przedtem nie miał 
wyobrażenia. Miała, co prawda, zachcianki kosztowne;
przepadała za ostrygami, a szampana doiła jak smok,
znając się na tych „używaniach” jeszcze z czasu, gdy
była kelnerką. Przy tym darła w sposób bezwstydny
łyko ze swego szarmanta. Ten jednakże nie zrażał się
wcale, bo i dlaczegóż by się miał zrażać? Torba płaciła
za wszystko.
Życie to podobało mu się wielce. Przyszedł do
przeświadczenia, że Monopole Heidsiecka i Triple sec
Curaçao lub Benedyktynka nierównie lepsze są od piwa
z „harakiem”. Szczupak po parysku i saluti z kuropatw
smakowały mu daleko lepiej niż schab z kapustą, który
niegdyś poczytywał za specjał niezrównany. Jedynie
tylko do ostryg i główki cielęcej á la tortue nie mogła
go przekonać jego mistrzyni. Zdaniem jego był
nierównie smaczniejszym sardelek, nie mówiąc już o
golonce.
Rozumie się, iż żyjąc w ten sposób, nie marzył już
o podszyciu świata, który, jeżeli mu się jeszcze
wydawał podobnym do buta, to chyba do
lakierowanego, miękkiego, wygodnego i błyszczącego,
a zrobionego na urząd przez najlepszego majstra. Zdaje
się jednak, iż porównanie to nie nasuwało się jego
umysłowi, i porwany wirem uciechy, nie zastanawiał się
nad istotą świata. Zawróciło mu się było w głowie, jak
to przepowiedział Chaim Papiermacher — tak, iż nie
widział tego, co jest i czego potrzeba.
Raz jednakże zdarzyło mu się zetknąć z tą nędzą,
której niedola tak go niegdyś roztkliwiała, a którą stracił
był z oczu, nie spotykając jej nigdy na swych drogach. 
Wróciwszy późną nocą z hulanki do domu, usłyszał,
wstępując w bramę, płac żałosny, którego lament
rozlegał się wśród nocnej ciszy.
— Co to jest?... Kto tam płacze? — zapytał stróża,
który mu otwierał.
— .Nie wiedzieć, proszę pana — odparł zaspany
odźwierny. — To u tej wdowy, co mieszka w
suterynie... Podobno dziecko tam bardzo chore... Może
umarło?
Litością zdjęty pobiegł pan Onufry do suteryny.
Na ubogim barłogu leżała w gorączce siedmioletnia
może dziewczynka, z zamkniętymi oczkami, z główką
owiniętą mokrym ręcznikiem. Przy niej klęczała
zrozpaczona matka, wpatrując się przerażonym
wzrokiem w te oczka przysłonięte ociężałą powieką, w
to liczko płonące zarzewiem, w te wątłe piersi
podnoszące się z gwałtownym wysiłkiem dla
pochwycenia oddechu, w te spieczone usta, z których
się od czasu do czasu przez sen jęk bolesny wydobywał.
— Czemu pani tak rozpacza? — spytał pan Onufry
z współczuciem.
— Ach, panie! — zawołała matka— dziecko mi
kona, a ja go nie mogę ratować!
— Może pójść po doktora? — rzekł pan Onufry.
— Był doktór, był! — jęknęła wdowa.
— No i cóż?
— Zapisał receptę... Może by to pomogło
biedactwu, może by się tak nie męczyło!... A ja nie
mam pieniędzy na aptekę, ach!... I nie mogę odejść
dzieciny, aby się postarać... Och, ta noc, ta noc!... O, ja 
nieszczęśliwa!... Dziecko mi skona bez pomocy, ach,
ach, skona z pewnością!
Pan Onufry sięgnął do portmonetki, zapomniawszy,
że się nią tego wieczora bawiła pani konduktorowa.
— Daj mi pani receptę — rzekł, widząc, że go
towarzyszka jego zabaw doszczętnie ogołociła.
— Pobiegnę do apteki i przyniosę lekarstwo.
— Ach, panie, to Bóg chyba zesłał pana —
zawołała wdowa, składając ręce jak do modlitwy.—
Niechże panu Bóg nagrodzi za tyle dobroci.
— Uspokój się pani, uspokój!... Będzie dobrze —
odparł wzruszony. — Ja skokiem wrócę... Zobaczysz
pani, że będzie dobrze.
I wziąwszy receptę, pobiegł do swego pokoju, nie
wątpiąc, iż mu torba dostarczy potrzebnych pieniędzy.
Ale zaczarowany worek, który zawsze tak
skwapliwie czynił zadość jego żądaniom, gdy mu się
nie chciało pracować, gdy na hulankę pragnął
wyciągnąć swych towarzyszów, gdy chciał dogodzić
fantazjom pani konduktorowej, gdy podarunkami
okupował jej pieszczoty, odmówił mu teraz
posłuszeństwa. Próżno zagłębiał w nim rękę,
przeszukując wszystkie jego zakątki: wyschło źródło, z
którego dotychczas czerpał tak obficie.
Więc zdjął go lęk, iż czar służył mu tylko wtedy,
gdy mu ku złemu drogę torował i rozwścieczony własna
niemocą, potrząsł workiem gwałtownie, wołając:
— Pieniędzy!... Pieniędzy!...
Ale zamiast pieniędzy, wypadł z torby kamień
ciężki z łoskotem na podłogę.
...Ranek zastał pana Onufrego, pogrążonego w
ciężkiej zadumie. Okiem pełnym wstrętu i nienawiści
wpatrywał się w leżącą na ziemi torbę, która szeroko
rozwarta, czerwonym swym wnętrzem ziejąca, zdawała
się urągać mu swym brązowym okuciem. Wspomnienie
doznanego zawodu gniotło go nieznośnym
brzemieniem. Poza nim leżało życie, które prowadził od
czasu znalezienia zaklętej torby. Myśląc o nim,
doznawał takiego wrażenia, jak gdyby się zbudził z
dzikiego jakiegoś, ciężkiego snu, którego zmora mroziła
mu jeszcze serce lękiem bez miary.
Spojrzawszy w okno, przez które zaglądały
pierwsze brzaski świtu, ocknął się wreszcie z
odrętwienia. Porwał czapki i pobiegł do Żyda, do
którego się niegdyś udawał w potrzebie, i pożyczył od
niego dwa ruble, przyrzekając, iż dług ten zapłaci za
tydzień, skoro otrzyma zapłatę za najbliższą robotę.
Uzyskane pieniądze obrócił na wykupienie lekarstwa
dla chorego dziecięcia i zaniósł go stroskanej wdowie,
truchlejąc, azali pomoc ta nie przybędzie za późno.
Uspokojony w tej mierze, powrócił do swej izdebki
pełen otuchy. Przeżegnawszy się, wziął nóż do ręki i
począł pruć torbę, z której wykroił parę galantnych
bucików. Jeżeli się przypadkiem diabeł wówczas
znajdował w podróży, a odczuł to, co się z jego
workiem dzieje, to musiał potężnego kozła wywrócić.
Kto wie, może nawet i kark skręcił w tej
przygodzie?

