Stefan Żeromski


Z odczytem


Do jakiej granicy rozpasania oświatowego doszły niektóre lubelskie żywioły, najlepiej zaświadczy fakt, że przestał im już wystarczać odczyt, który się poczciwym, starym obyczajem, po jednorazowym skompilowaniu, obwoziło z miejsca na miejsce. Ży— wioły poczęły żądać...

W dniu, którego data nie jest znowu tak dalece ważną, żeby ją aż drukiem ogłaszać, otrzymuje pan Ryzio kartkę, pisaną, mirabile dictu! poprawną i tak ortograficzną polszczyzną, że mogłaby, i poniekąd winna, nawet w sferze renciarsko-rolnej znaleźć zastosowanie, z żądaniem odczytu na takie a takie popołudnie niedzielne — oraz z podaniem tematu

„Potrzebny nam jest odczyt na temat «Dola chłopów polskich w końcu XVIII stulecia», w tym rodzaju, jak to już panna Władysława itd... Prosimy najuprzejmiej itd... Furmanka o godzinie itd”.

Pan Ryzio sposępniał.

Łatwo ci jest, drobna jednostko rolna z Zagaja, napisać ortograficznie list, podać tytuł, wyrazić uprzejmości, pod swym małorolnym nazwiskiem wywinąć zakrętas, który by mógł uczynić zadość poczuciu godności posła do Dumy, ale w parę dni zbudować odczyt, znaleźć odpowiednie klisze do latarni...

— Skądże wziąć klisze? — wykrzyknął pan Ryzio. — Gdzież ja mam Kalinkę, Smoleńskiego, Korzona, gdzież mam Gorzyckiego albo jakiegokol—
wiek innego? Nic nie mam! Siedzę na tym pustkowiu i wyję w otchłań jak wilk za górą...

Nic wszakże nie pomogły powyższe wilcze wrzaski. Na dzień oznaczony odczyt był gotowy (,,najpodlejsza w dziejach kompilacja!”). Co szczególniejsza, gotowe były klisze, co prawda pasujące do tego odczytu w takim właśnie stopniu, w jakim wszystko pasuje jedno do drugiego w tej naszej polskiej oświacie.

O naznaczonej godzinie koniska stały przed domem. Pan Ryzio zawinął w zakopiańską pelerynę swój kształt powiewny tudzież pudło z latarnią
czarnoksięską i zasiadł w wasągu. Siedzenie z grubej wiązki słomy pokrywał kilim o tak żywych barwach, że można było dostać drgawek chłopo—
mańskich. Z początku w bajorach gościńca jechało się niemal z burżuazyjnymi wygodami. Lecz po wyjeździe na płaskowzgórze, gdy zawiał jesienny, polny, nasz, tamtejszy wiatr...

Pan Ryzio musiał pieczołowicie w jednej rączce piastować soczewkę, owiniętą w jedwabną chustkę wątpliwie japońskiego pochodzenia (dar pożegnalny panny Izabeli), w drugiej rączce pudełko z Grottgerowskimi kliszami. Wiatr tedy, stosownie do swego upodobania, poddymał pelerynę, uderzał w bezbronny brzuch, co sprawiało efekt bajecznego przenikania, jak gdyby tenże wiatr przedostawał się aż poza otrzewnę, i z zastanawiającą bezwzględnością, absolutnie taką samą, jak na lubelskim polu, wzdłuż, w poprzek, tam i z powrotem, samopas jeździł po flakach.

Pomimo to wszystko pan Ryzio trwał w męstwie. Na coś się przydało zahartowanie, aczkolwiek niezupełnie własnowolne, wskutek chadzania „do figury” w sezonach arcyjesiennych oraz w urocze marcowe przedwiośnia. Niepodobna by było zresztą nie złożyć tak drobnych przykrości, jak endosmoza wiatru poza otrzewnę, na ołtarzyku dobra kultury polskiej.

Toteż pan Ryzio składał na ołtarzyku, co się dało — zacząwszy od całości języka, którą nadwerężały szczękające zęby, aż do spokoju wyż wzmiankowanych flaków, które znowu od skakania wozu po ojczystych dziurach zdawały się dyndać na jakimś jednym powrózku, jak wisielec na szubienicy.
Zarazem prawica i lewica zgrabiały do szczętu od piastowania narządów kultury.

— Daleko też jeszcze do Zagaja? — zagadnął pan Ryzio powożącego włościanina, w najniewinniejszej zresztą myśli.

— Niedaleko. Zaraz za lasem.

— A gdzież ten las?

— E, las się mówi, ale lasu już dwa lata jak nie ma.

— Gdzież się podział?

— A wyciął go dziedzic ze Żydami.

— Prawda! Pamiętam, że tu był las ogromny. W lesie tym osty rosły przedziwnej piękności...

— Osty? A może były i osty. O, las stał, jednym słowem! Bo to tu w Gruszczynie był dziedzic taki, stary pan Łukomski się nazywał, że nikomu za nic na świecie drzewa nie sprzedał. Przyszedł do niego młynarz, pokłonił się i prosi o buka na wał do młyna. Opowiedział, jakiego chce buka, że tego, co tam a tam stoi. No, dobrze, zgodzili się na dwadzieścia pięć rubli za tego buka. Młynarz wyjął, zapłacił, poszedł.

Uszedł s e kawałek drogi, dopieroż pędzi za nim konny posłaniec, zawraca go nazad do dziedzica. Przychodzi młynarz, pyta się, o co. „A, mój bracie — mówi do niego ten stary dziedzic — widzisz, rozmyśliłem się. Nie sprzedam ja ci tego buka! Masz tu swoje dwadzieścia pięć rubli i idź z Bogiem!” Młynarz się za czuprynę: gdzież on tu teraz buka kupi. No, to ten ślachcic wyjmuje jeszcze pięć rubli, dokłada mu: „Naści — powiada — idźże do mosto— wickich lasów. Jest tam buk stary, kupże go, zetnij, zwieź, obrób, będziesz miał, bracie, wał, a ja będę trzymał swego buka. Niechże ta stoi na miejscu”.

Pomarł ten stary dziedzic, a kat był, dziesiątą skórę zdarł z człowieka, jak mu się popadł w lesie z furą. Przyszedł drugi. A jeno przyszedł, wnet Żydów wołać. Nie obejrzeliśmy się — lasu nie ma. Jeno pniaczyska stoją.

W istocie pan Ryzio, dobrze wytarłszy binokle, miał możność obserwowania zdębiałymi oczyma pniaków, z których przy każdym czterech godnych inteligentów w najwygodniejszych pozach mogłoby dyskutować o przyszłym ustroju i w miarę wzmagania się wymyślań zażywać swobody gestów.

— Role te między pniakami dzierżawią chłopy z Pakuł. Prosa tu mieli!... Jezusie — Maryjo!

— A jakże też czytelnia w Zagaju, rozwija się? — zagadnął pan Ryzio.

— A jest ta czytelnia. Tylko to tak... z tą czytelnią...

— No, ksiądz proboszcz?

— A ksiądz proboszcz...

— Bardzo się gniewa?

— E, żeby to tylko nasz. Ale i morzydłowski.

— I cóż takiego? Powiedzcie no...

— Kiedy to a że brzydko powtórzyć...

— Nie będzie dawał rozgrzeszenia?

— Nie będzie.

— No i jakże ludzie? Nie chodzą?

— Z ludźmi to tak... W kościele, jak z ambony poniewiera, to się wszyscy okropnie boją, aże ich fybra ze strachu trzęsie, a jak na polu, to już ocipkę mniej. Baby — te to zakazują chłopakom...

— A bywa też kto w czytelni?

— Co młode, to szelma zaraz nieposłuszne, plebana swego nie chce słuchać i prosto z kościoła jak w dym do czytelni!

— Patrzajcie! No, a ten wasz teatr? Słyszałem
coś...

— A i teatr zawzięły się robić. Ksiądz proboszcz na teatr bij-zabij — to ony właśnie. Okropnie im się chce tych Dziadów, tylko że Konrada nie
mają. Żeby Konrada mieli, toby samych kaszkieciarzy z Dziędzielic zakasowały, bo wszystko na pamięć umieją.

— A gdzieżby też grali?

— U Staśka Walczaka w stodole, u prezesa.

— No, a Wesele wyście sami, braciszku, widzieli?

— Widziałem.

— No, jakże?

— Trudno było wszystko wyrozumieć, co ta te maszkary znaczą. Dopiero jak ten młody, co był w czerwonym z dzwoneczkami, wyłożył, to lżej. Bez
niego trudno by ludziom było wyrozumieć...

— Bo nie tak, nie tak! — palił pan Ryzio — nie tak to Wesele trzeba grać. Trzeba tak grać, żeby było prawdziwie lubelskie wesele chłopskie, z muzyką, z tańcami, ze śpiewkami, z oczepinami, ze wszystkim, jak się patrzy. A dopiero jak się ludzie oswoją opatrzą, żeby na to chłopskie wesele zaczęły przychodzić one zaproszone maszkary, a Chochoł, a Hetman, jak to mistrz Wyspiański wyśnił i wyprowadził. Sam on kazał tak ludowi swoje Wesele pokazywać, sam na to dał radę i zezwolenie... A ciężką jest złożony niemocą ten najdroższy polski człowiek...

— E, jak im ta ten Gospodarz wtedy wypalił, to my wszyscy zrozumieli. Na żadnej masówce tak nie palili, jak ten Gospodarz palił!...

— No, a szkoła?

— Ze szkołą strasznie ciężką mamy biedę. Ksiądz proboszcz precz burzy starych chłopów, żeby nam koniecznie tę izbę odebrały, gdzie teraz szkoła.

— Jakże to można odebrać?

— A takim to jest sposobem, że ta chałupa należy do jednego człowieka, który w kryminale siedział i teraz jest w Sybirze. Jego kobieta poszła w służbę do miasta, a grunt i izbę wydzierżawiła. Ten dzierżawca to samo, nie jest w naszej wsi, tylko grunt obsiewa, a sam służy za fornala we dworze. To on tę izbę na szkołę wydzierżawił. Ksiądz proboszcz tego parobka wyszukał i tak go przecie zastraszył, jako w jego izbie diabelskie „Światło” siedzi, że teraz tamten od chłopa do chłopa co niedziela lata i molestuje, aby mu pomogły „Światło” diabelskie wyrzucić. A chłopów znowu ksiądz swoim porządkiem... Zaczął tak-rok gadać, że kto do „Światła” przystąpi i podpisze się na członka, to już tym samym na to swój podpis kładzie, że będzie płacił wszystkie długi, jakie ta gdzie który światłowiec zrobi, a nie będzie miał z czego oddać. Takie, prawił, są w tym „Świetle” ustawy, że za jednego, co długów narobi, wszystkie członki muszą płacić. Straszył ludzi, żeby se zważyli, na jaką to okropną sprawę swoje podpisy kładą. Sfantują was, sprzedadzą, gadał, skoro tylko tam gdzieś który obieżyświat długów narobi, a mało to Żydów w tym ich „Świetle”!
Ale się ludzie opatrzyli bez ten rok, że to było troszeczkę zełgane, więc i tę szkołę naszą jak nie bądź cierpią. A i teraz takie różności potrafi zmyślać, co drugiemu człowiekowi aniby we śnie nie postały...

— Ten wasz proboszcz pewnie musi być kanonikiem albo i zgoła dziekanem?

— Nie wiem ja tego, ale zdaje mi się, że mu chyba nie dadzą takiego urzędu...

— A patrzy mu się! Nie byle jaka to głowa. Światły duszpasterz!

Poświstywał pan Ryzio nieudolnie z tej racji, że mu wargi na nic zmroziło. Rozglądał się. A niewesoły i niepiękny miał pejzaż przed oczyma. Pustka. Pniaki po lesie wyciętym, rude role. Daleko, daleko pas nieużytków. Posępek ziemi polskiej dookoła. Oto rozdół, w nim wioska — parcelówka. Chałupięta ze starych stodół, białawą gliną pomaźgane, strze— chy ze słomy. Obóreczki, chlewki, studzienka. Nuda życia przyziemnego czai się za zmurszałymi węgłami, kuca na stosach nawozu, okienkami wygląda. Z dala, postrzegłszy furmankę, chłopię ku drodze wybiegło. Pies-burek za nim. Czapa na tym smyku ojcowska, jako też i buciory. Nie widzi nic w polach, tylko obłoki i role, obłoki i role...

— Nie daj, księżulu, „Światła” zakładać, dołóż wysiłku, a nie daj! — świszcze pan Ryzio, śmiejąc się diabelsko do swoich przewrotnych myśli.

Już wreszcie i Zagaje widać. Pora, bo podróżnikowi jęzor kołem stanął a kapka u nosa w stalaktyt się zmieniać zaczęła. Wbiegły szkapki między obcięte kudłacze wierzbisk. Już też na drodze i sam Staś Walczak czeka.

— Powitać prezesa! — wykrzykuje pan Ryzio skołowaciałym językiem. — A czy też prezes wypadkiem szklanki herbaty?...

Prezes Walczak, młody pszczeliniak, pół chłop, pół jakiś inteligent, w kurcie z grubego sukna, ale już w przypinanym kołnierzyku (sic!) i w butach z wyglancowanymi cholewkami. Językiem mówi popraw— nym, a takie nim myśli wyraża, że nic, tylko z dziesięciu ambon piętnować.

— Herbaty?... — zatroskał się niepomału. — A wysiadajcież! Zaraz się to zrobi!

Chaty zachodzą jedna drugiej drogę. Między nimi bajora jak się patrzy, rodzimy trakt. Wykonawszy kilkanaście szalonych skoków nad gnojówkami wkroczył prelegent przez wysoki próg do czytelni, umieścił ze czcią swe instrumenty i z rozkoszą zasiadł w naszym sarmackim zaduchu. Ciepło go rozprażyło i rozradowało.

Czytelnia! Portret starego wieszcza! Krzywa szala, nabyta od Judki, niegdyś serwantka na kieliszki i flaszki, obecnie spadła z etatu, dźwiga na półkach stosy książek.

Ściskając w zgrabiałych dłoniach szklanicę bardzo „tęgiej arbaty” przepowiadał sobie pan Ryzio mądrości, które za chwilę miał ze siebie wydębiać. Do
izby poczęła ściągać publiczność: młodzież, dziewczęta. Rozpinano na dworze prześcieradło do rzucania obrazów, Walczak się przysiadł:

— Strasznie mamy książek do czytania mało!

— Gdzie! Biblioteczka, jak widzę, wcale spora.

— Ale same książki przestarzałe, gawędy z morałami. Przeróbki i przeróbki. Jak dla głuptaków albo dla dzieci. Żebyście to nam wskazali tytuły książek takich, żeby to można było duszkiem czytać. Różne, żeby niby zachwycające — żeby się połykało. Przecież są takie książki?

— A ba! Oczywiście! Rozumie się! Ja wam tytuły wymienię, tylko odtaję.

A odtajawszy odwalił pan Ryzio odczyt ku ogólnemu aplauzowi chłopstwa zgromadzonego. Obrazy ukazujące się na ekranie wzbudziły taki zachwyt,
że podobna cisza panowała w Zagaju chyba przed gradobiciem.

Nawet stare chłopiska, obrosłe brudem, kudłate, podejrzliwe i gotowe do kłonicy, gapiły się gapieniem niezmiernym na owe cuda.

Ułagodziło ich dzikie, podszczute umiejętnie, zatrute podszeptami dusze — ciche a wiekuiste, Grottgerowskie prześnienie mogilnej doli.

Po skończeniu odczytu długo pan Ryzio rajcował w czytelni z młodymi przyjaciółmi, jakie by to zaprenumerować pismo, żeby było bez inteligenckich
wymyślań, i żeby było pismo ostre jak kosa, prawe, miłujące, wyraźne dla młodych inteligentnych chłopów.

— Bo — wykrzykiwali jeden przez drugiego — nie rozumiemy tych wymysłów! I nie chcemy czytać wymyślań. Jak tylko z wymyślaniem, to już na
nic! Nie chcemy! Ci na tych, tamci na innych psy wieszają, szczują na się, od ostatnich sięzwołują jak kłótliwe baby, a nam to każą czytać i jeszcze za to płacić. I jak my to mamy wyrozumieć, o co się swarzą? My chcemy takiego pisma, żeby się nie żarło z nikim. Niech plunie na tych, co na nie szczekają, i niech nam mówi wprost samą najrzetelniejszą prawdę, choćby ta ostra była prawda jak brzytwa. Krótko, jasno, tak i tak, bo my na te, psia ich, sobaczenia się czasu nie mamy!

Pan Ryzio przyrzekł solennie, że namyśli się głęboko nad wyborem tytułu takiego pisma, że on im na pewno, na pewno takie pismo...

O późnej nocy siadł na wasąg, niosąc na łonie latarnię (w prawicy soczewkę, w lewicy pudełko z kliszami). Przysiadł się z boku na drabince „prezes” Walczak i podprowadził go sztuczek drogi.
Głównie mu jeszcze chodziło o teatr.

— Strach — mówił — jak ludzie pożądają takiego teatru! Ale co im tu grać? Dziady — dobrze, ale żeby to coś z teraźniejszych czasów, żeby o tej męce — niedoli, o tym, co jest na świecie, i żeby bez tej rozpaczy. Bo teraz między nami, młodym włościaństwem, żadnej przecie rozpaczy nie ma. Zachowaj Boże! Między nami — gadał — jest siła, chęć, śmiałość, męstwo, a tu het — precz, co jeno czytać, wszystko z rozpaczą. Czy nie ma takiego teatru, żeby był w sobie wielki, a żeby to lud od jednego razu pojął, że w tym jest prawda, istotna sprawa, sama rzecz?

— Jest jeszcze, widzicie... Lilia Weneda, Kordian, Bolesław Śmiały...

— Ady wiem! Kordian! Ady przecie wiem. Ale kiedy to jeszcze i jeszcze nie to. Toć przecie człek sam by to napisał, żeby tak, jak nie umie, pisać
umiał! Przecie radosne życie dookoła! Jak my se tu na własną rękę urządzamy chłopski wykład z pokazem, rolniczy, to dookoła nas tłum chłopców ze wszystkich wiosek okolicznych. To się wszystko pali do światła, do nauki. Z nami, z młodymi chłopami, co już nie chcemy tego, psiakrew, chłopstwa, co się siepiemy z chamstwem, co chcemy być obywatelami polskimi, świat może stanąć. W naszych rękach będzie ten świat, żeby tam kije z nieba leciały! Bo my se z wolna, z wolna wszystko rozważymy, a spamiętamy. Nie zapomnimy nic! Ale musimy mieć od waju, od inteligenckiego proletariatu narzędzie i sposób. Musicie nam dać teatr o tych kałużach krwi, o woli świętej i ponocnym wzdychaniu ziemi.

— Czekajcie, czekajcie! — wszystko to będzie... Tylko przecie nie od razu Kraków zbudowano... Czekajcie...

— No, czekamy!

Zeskoczył z wozu i ze słowem pożegnania znikł w nocy.
Jechał pan Ryzio przez czas pewien uroczyście, postękując na wybojach. Aż nagle wściekłość go poczęła rozdymać. Pięścią uzbrojoną w soczewkę począł wygrażać nie wiadomo komu i wykrzykiwać w duchu:

„I cóż ty na to, bando gryzipiórów literackich, kawiarnianych wielkoludów? Gdzież są twoje książki, gdzież gazety, gdzież jest twoja sztuka? Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki — otóż i cała literatura, której nota bene dotychczasowa szlagoneria narodowa nie była warta i w setnej części nie zrozumiała. Teraz kolej na zrozumienie, gdy lud olbrzymi we drzwi pięściami wali. Ale i ta sztuka jest dziełem czasu rozpaczy. A gdzie jest nasz Plato, gdzie Arystofanes, gdzie Ajschylos, gdzie Boska komedia, gdzie Don Kichot, Raj utracony, gdzie Schelley? Gdzie jest nowa sztuka polska, sztuka siły, sztuka męstwa, sztuka dźwigania ojczyzny od fundamentu i przyciesi, sztuka wiary mocniejszej nad śmierć, a miłująca swój sen do ostatniego tchu?

Podpatrujesz, gryzipiórze, przez dziurę od klucza, co w Europie filister dla rozrywki filistra z nicości wydłubał, i przywozisz na te bajora, piachy i wydmy, żeby tutejszych filistrów i najgłupszych w Europie snobów ekscytować i bawić. Gdzież jest twój teatr? Zdajże egzamin przed swoim ludem, dramatopisarzu!

Znowu — Dziady, Lilia Weneda, Kordian, Wesele, Bolesław Śmiały... A dalej co? A dalej jeszcze...
Guzik.

Książki twoje gdzie, literacie? Gdzie jest, jaki ma tytuł ta książka, którą bym ja jutro posiał Walczakowi? Wymień ten tytuł, darmozjadzie! Co dasz zbudzonemu ludowi swemu, literaturo polska? Jego marzenie ocknęło twój romantyzm, bezcenną twoją wiosnę, jego dola tchnęła w złoty róg Wyspiańskiego...

Nie masz do wręczenia ludowi ani jednego tomu, ty «jedna z najbogatszych» w Europie!”

Tako wył w duchu pośród ciemności lubelskich pan Ryzio, gdy wracał z odczytu w domowe, proletariackie pielesze.
