Stefan Żeromski


Zamieć


Część pierwsza


Od godziny już ziewałem na dworcu kolejowym, oczekując nadejścia pociągu. Wytrzeszczałem z nudów oczy do kilku po kolei dam, również ziewających w rozmaitych kątach sali, doczekałem się nawet skutku "robienia oka", gdyż jakaś młodziutka blondynka z białym noskiem, usteczkami jak listki róży, z oczami jak listki błękitnej portulaki pokazała mi zwinięty w trąbkę język, czerwony jak listek polnego maku — i... nie wiedziałem, co dalej przedsięwziąć dla zabicia czasu.

Na szczęście weszło do sali dwu młodych studentów, zabłoconych aż do bród-mierzwinek, zmęczonych drogą i roztargnionych. Jeden z nich szczególnie, jasny blondyn o przecudownym profilu, był dziwnie rozmarzony czy zrozpaczony. Usiadł w kącie, zdjął czapkę i co chwila chował twarz w dłonie. Towarzysz kupił i wręczył mu bilet, usiadł obok i co chwila pociągał go za rękaw.

— Czegóż rozpaczasz? Jeszcze może być wszystko dobrze. Antoś, słyszysz...

— Nie... to darmo, umrze, ja wiem... ja wiem... może nawet już...

— Dajże pokój! Czy ojciec miał kiedy tego rodzaju ataki? — Miał... od trzynastu lat na serce chory; pił... czasami. Pomyśl, nas ośmioro, małe dziewczęta, matka słabowita. Do emerytury brakuje pół roku... To dola!

— Zobaczysz, że mu przejdzie, Antek!...

Dzwonek uderzył; w sali powstał zamęt, porywanie pakunków, deptanie się wzajem po odciskach, tłumne odpychanie od drzwi wchodowych szwajcara, gwar i zamieszanie. Wsiadłem do tego samego wagonu klasy trzeciej, w którym umieścił się blondynek student. Kolega odprowadził go, posadził jak chorego w kąciku ławki obok okna i usiłował pocieszać, choć mu to nie szło i słowa więzły w gardle. Twarz blondyna drgała od czasu do czasu kurczowo i powieki zsuwały się na jego zamglone oczy.

— Antoś, bracie — mówił tamten — zobaczysz no... jak Boga kocham! przekonasz się, do wszystkich diabłów!... Zadzwoniono po raz drugi i trzeci, pocieszyciel wybiegł

z wagonu i, gdy pociąg ruszył, przesyłał towarzyszowi dziwne ukłony, jakby mu groził pięściami.

W wagonie mnóstwo było ludzi prostych, Żydów, dam w salopach szerokich jak Zatoka Biskajska; gadano, zdobywano miejsca kułakami, palono papierosy.

Student stanął przy oknie i patrzał, patrzał...

Za spotniałą szybą przesuwały się pasy iskier jak rozpalone do czerwoności druty, kłęby pary i dymu jak wielkie kłaki waty, które wiatr darł na strzępy i ciskał o ziemię. Dymy te wlokły się po małych krzakach rosnących tam w dole na zmoczonej deszczem ziemi. Zmierzch dnia jesiennego zalewał krajobraz półświatłem, pełnym jakiejś nieopisanej, posępnej melancholii.

Biedny, biedny chłopiec...

Patrzał wzrokiem zagasłym, jakim patrzy pustka smutku bez granic, który zachodzi aż w dziedzinę mądrości. Wiedziałem, że w pustce tej jest jeden tylko rdzeń stały: — niepokój. Wiedziałem, że na ten rdzeń nawija się cieniutka niteczka nadziei, bardzo długa, wybiegająca z jakichś nieznanych krosien, ukrytych poza granicami świadomości. Nikogo nie widział, nic nie słyszał śledząc bezmyślnie kłęby dymu. Wiedziałem, jak mu jest źle, jak wolno posuwa się dlań pociąg, jaki on zmęczony, jak by chętnie teraz płakał, gdyby mógł. Niteczka nadziei łechce mu serce: kto wie? — może wyzdrowieje ojciec, może się wszystko ułoży...

I nagle — zgadłem ! — krew uciekła z te j twarzy, wargi zbielały i zatrzęsły się, szeroko rozwarte oczy z przerażeniem patrzały daleko, daleko. W przestrzeni martwej dotąd i pustej — coś ożyło, jakby ręka z grożącym palcem wyciągała się ku niemu, jakby wiatr zawołał: — Strzeż się!

Nitka nadziei pękła i naga, nadmiernie bolesna prawda, w którą nie wierzył do tej chwili, przeszyła mu serce jak miecz nagi.

Gdybym się był wówczas do niego zbliżył i powiedział mu, że jestem duchem, który wszystko wie, że wiem dobre dla niego wieści, że ojciec jego nie umarł w tej chwili — byłby mi upadł do nóg i uwierzył. Wyświadczyłbym mu łaskę niewysłowioną...

Lecz nie poszedłem do niego, nie uścisnąłem mu ręki. Wolałem przyglądać mu się z pilną i nienasyconą ciekawością brata-człowieka.




Część druga

Mżył deszcz jesienny i zanosił widnokrąg. Role były rozmiękłe. Bruzdami ciekło szkliwo wilgoci sącząc się do rowów. Bezlistne i obmokłe drzewa przydrożne miały bardziej niż kiedykolwiek pozór zjawisk niepotrzebnych, zesłanych w te miejsca do pełnienia wyciągniętym sznurem jakowychś ciężkich robót. W mglistym zadeszczeniu widać było ledwo — ledwo w oddali łańcuch wzgórz podkrakowskich i kopiec Kościuszki.
Ryszard Nienaski szedł szosą do stacji kolejowej, gwiżdżąc na całą okolicę. Grube jego buty przemokły i kabat w okolicach kołnierza przepuszczał wilgoć. Mimo to architekt był coraz bardziej wesoły. Lubił chodzić w deszcz, a tu tym bardziej. Wracał do miasta z lustracji "swych" kopalni, a miał zobaczyć jeszcze jedną, największą i najważniejszą.
Od półtora roku grasował już tutaj jak huragan. Skupował na wsze strony tak zwane pola węglowe, od Oświęcimia po Kraków, w okolicach Chrzanowa i Krzeszowic, w okolicach Grójca, Bobrka i Brzeszcz. Były to wnętrza gruntów należące według kodeksu do rządu, a uznane przez geologów za mieszczące w sobie węgiel kamienny. Pola te były już porozchwytywane albo przez Polaków, którzy nie mieli pieniędzy na eksploatację, albo — w okolicach Libiąża nad Wisłą — przez Niemców, którzy właśnie takie pola wykupywali z rąk polskich chciwców. Prawo austriackie zmusza nabywcę węglowego terenu do tworzenia kopalni w oznaczonym terminie, a co najmniej do płacenia podatków, jak gdyby eksploatacja była w pełnym biegu.
Jeżeli tedy nabywca pola nie kopał węgla dla braku funduszów po temu, rujnował się na bezpłodne podatki. Teraz nowy przybysz z Francji skwapliwie nabywał owe pola węglowe przeważnie z rąk polskich, gdyż z rąk niemieckich za późno je było odbierać.
Niemcy nie eksploatując kopalni płacili podatki, byleby tylko tę martwą własność w swych rękach utrzymać. Z drugiej strony właściciele powierzchni ornego gruntu, od których prawo do prowadzenia kopami na ich ziemi należało osobno kupować, widząc łapczywość tego "milionera", o którym krążyć poczęły wieści jako o krezusie, zwariowanych na punkcie podkrakowskich pól węglowych, podnosili do niemożliwej granicy cenę swych działów gruntowych i wysokość procentu od produkcji węgla. Pomimo tych komplikacji ów krezus kupował na prawo i na lewo, z tej iż tamtej strony Wisły, w okolicach Zatora, "brał pod się", jak mówiono, sadowił się i zagospodarowywał.
Pieniędzy miał dosyć. Zlikwidowawszy wszystkie nieruchomości Ogrodyńca we Francji, trzymał w ręku około siedmiu milionów franków. Nadto tak przebiegle oplatał baronową Halfsword . nadziejami wielkich zysków, wkręceniem większości jej funduszów w interesy węglowe Uj — Kahul, gdzie ta dama grubo zyskała — że teraz uwierzyła w Ryszarda i zdecydowała się grać i tutaj w "Galicji" na tymże węglu. Nienaski skłonił również szczwanego machera Czarncę do przybycia na miejsce i wzięcia udziału w postawieniu interesu na zupełnie "niemarzycielskim" poziomie. Czarnca znał się na "niemarzycielstwie". Ten robigrosz francuski siedział jakiś czas w Krakowie i wpatrywał się w interes swymi dalekowidzącymi (guldeny) oczyma. Sam kupił zaledwie parę owych pól węglowych. Udzielał jednak macherskich rad, które były cenniejsze niż same pieniądze, na przyszłość, w ewentualnej walce z wielkimi związkami kapitalistów.
Nienaski otoczył się młodymi pracownikami, młodymi geologami, inżynierami i sztygarami. Jeden obszerny pokój jego mieszkania w Krakowie stał się giełdą nowej pracy i nowego polskiego ideału na tym pograniczu bojowym. Był to rodzaj rozmównicy doktora Brusa z Warszawy, tylko że z niej szepty było słychać daleko w polach pracy. Łoskot twórczego czynu był ich echem.
Pani Xenia Nienaska, czarująca gospodyni tego mieszkania, nieraz się już złościła na te nocne gadania i perory — na zacietrzewionych geologów z ich mapami i fajami (które ćmili, popiół rozmiatając na wsze strony). Sarkała i na inżynierów, choć byli zazwyczaj bardziej kulturalni. Wszystko na próżno. Daremne były utyskiwania, że w tym małym stosunkowo mieszkaniu najlepszy pokój "zagrabiony" jest na ową rozmównicę, a papuś Granowski (którego szczęśliwie przy adwokackiej pomocy wydłubano z paryskich opresji)zajmować musi niewielki salonik w sąsiedztwie kuchni. Co gorsza i co już panią Xenię poważnie martwiło, ten obłąkany Ryszard posiadając faktycznie tyle milionów — śmiech powiedzieć! — zarabiał na życie jako architekt. Wykonywał plany na wille żydom i katolikom, stawał do konkursów na kościoły, ubiegał się o budowę kamienic. Co było począć z takim, który twierdził, że to wszystko nie jest jego własnością, że to, co odziedziczył, włoży w kopalnie i fabryki, potroi, pomnoży i — odda chłopom a robotnikom.
Pani Xenia nieraz mu już zarzucała ręce na szyję tłumacząc jasno i porządnie, całując go w usta dla zupełnej zrozumiałości wykładu, że to przecież jest absurd nad absurdami. Nieraz mu już nacierała uszu białymi rękoma, udowadniając, że to jest jedynie pomnażanie złodziejów i bandytów, że tego nikt a nikt nie robi. Automobil "natomiast "kosztuje tylko piętnaście — no, nie! — w gruncie rzeczy dwadzieścia tysięcy franków. Ten zaś pierścionek, co go oglądali w zeszłym tygodniu przez szybę jubilera tak długo, aż jej nosek o mało do witryny nie przymarzł, kosztuje głupie cztery tysiące koron. . . Nic nie pomogło.
Jedną miała pociechę, to ze swej sypialni. Tu przyznawała mu rację. To jest szczera prawda, że raz w życiu spisał się gracko.
Byli na letnim mieszkaniu w głuchej wioszczynie nad Wisłokiem. Ona sama z ojcem tam została, a ten latał po tych swoich utrapionych "terenach". Pisał dzień w dzień, że nie może znaleźć dobrego mieszkania, uskarżał się, że tyle ma kłopotu z wyszukiwaniem i że tak trudno znaleźć w Krakowie coś lepszego za niewielkie pieniądze. Wierzyła nabieraczowi. Przyjeżdża tedy z ojcem w październiku — już zimno — w drodze martwi się, że wypadnie chyba tłuc się po pensjonatach, zanim się jakie lepsze mieszkanie trafi. Na dworcu czekał przecie.
Zapakował "famułę "do fiakra i kazał jechać na jakąś tam ulicę, Przyjeżdżają pod kamieniczysko — nawet nie zwróciła uwagi, na której ulicy. Wchodzą po schodach kamiennych, "krakowskich", na drugie piętro. No, drzwi jak drzwi... Zadzwonił. Jakaś nieznajoma kuchta drzwi otwiera i "całuje rączki". Korytarz wcale ładny... A ten się śmieje w swe wąsy! Czego znowu! Uchyla drzwi z ukłonem... Aż krzyknęła! Pokój obszerny, przecudny, o dwu oknach.
Śliczne łóżko metalowe, zasłonięte parawanikiem z białego drzewa, specjalnie obstalowanym. U góry tego parawanika sztychy, które tak lubiła: Tycjana hrabia Norfolk z Pittich i ten z Luwru młodzieniec z rękawiczką...
Reprodukcja panienki Leonarda, która przypomina Simonetę Botticellego, a przecież jest tak inna, tak najzupełniej inna... W głębi pokoju śliczne biurko na obstalunek robione. Na nim czarujące fotografie — chłopaka Rafaela, z uciętymi włosami — anioła grającego na skrzypcach według Rossiego... Grube sukno niebieskie zaścieła cały pokój. Śliczne obicie i lampa — istny cud! Cóż za abażur ze szkła! Jaki blask!
Pani Xenia była tego dnia wyjątkowo, po burżujsku szczęśliwa. Lecz na szczęśliwość w ogóle i innych dni nie mogła się uskarżać. Odkąd wyszła za mąż za tego cierpika i narwańca, zazdrośnika i krzykałę o morałach, wielbiciela co najbrudniejsz ych i najbardziej cuchnących robotników — dobrze się czuła. Stała się inną, tak inną, że nie mogła przypomnieć siebie samej w Paryżu lub Warszawie. Gdy jej jeszcze kiedy "dla konkokcji żołądeczka" poczynał urągać, gdy się o coś tam "nawalił" z całym brzmieniem zestawień i przypomnień, po prostu nie wierzyła w to, co on jej (z życia przecie)wypomina. Wszystko tamto wywietrzało jej z głowy i wyleciało z pamięci. Nastało inne życie, tak urozmaicone i bogate, że literalnie nie mogła przebrnąć, przebić się przez ogrom tego piękna. Istne zboże we żniwa!
Gdy była nad Wisłokiem w cichej polskiej wioszczynie wśród wieśniaków i wieśniaczek — w łagodnym rzecznym rozdole, który się niepokaźnie poczynał, otwierał jak gdyby sen letni, spokojny, a kończył kędyś na progu nieba — nie mogła literalnie wierzyć, że ona w ogóle była w tym jakimś Paryżu, w takim mieście, że tam znała jakichś tam ludzi... Bo po prawdzie, to lubiła nade wszystko wieś i prawdziwych chłopów, prawdziwe dziewczęta i kobiety, szczery "wieski" naród i ich tameczne a swoje własne życie.
Każda wiejska praca, prawda, piosenka wpadała do jej duszy i do ucha jak pszczoła do swego ula. Piosenki! Raz zasłyszana — już jest w pamięci jak w kufrze zamczystym, na zawsze. Umiała na pamięć wszystkie i każdą, ale tak, jak się mówi, tak, jak trzeba taką rzecz wydać, żeby było i prawdziwie, i ładnie. Jakże też to lubił, jak lubił ten architekt słuchać pieśni wiejskich z jej ust. Zamierał z rozkoszy, zanosił się ze śmiechu od tego dowcipu, prawdy i krasy, jaka jest w piosence wiejskiej. Znała się tam przez lato ze wszystkimi ludźmi, to znaczy ze wszystkimi babami i dziewuchami, i niemało się z nimi naurągała na chłopów. Pod sekretem chodziła często w chusteczce i spódnicy żąć i do siana, bo tak lubiła rozmawiać z dziewczynami i słuchać, jak się przegadują z chłopaczyskami.
Tylko że "milioner " nie lubił, skoro się tam gdzie "zawieruszała", więc mu już i tego ustąpiła, choć z głębokim żalem. Zaraz go pikało, że już coś będzie. Taki był zestrachany, jeszcze z tego Paryża. Śmieszny chłop! Bo ten cały Paryż — Boże drogi! — to było akurat to samo co nad Wisłokiem: popatrzeć, jak to tam jest, no, wszędzie — jak żyją, po jakiemu się co robi — i samej żyć tymże wszystkim, spełna, duszkiem, żeby było czuć, że się żyje, i tak, jak inny naród żyje. "Milioner" zaraz coś nastroszył, nastawił swoje "zasady" jak lunetę albo mikroskop i dawajże patrzeć! A jak się już napatrzył do syta, dopiero widzi, że śmieszne jest to jego całe badanie. Jedną miał wadę ten potentat finansowy, "podskarbi narodu": nie umiał patrzeć wesoło na ludzkie życie, garściami rwać wesołość, jak się rwie czerwone maliny z krzaka przy drodze. Zaraz — naprawiać, przebudowywać, leczyć, goić... Mędrek, socjał w mnisim kapturze czy mnich w socjalikowskim kabacie.
Ale kochała go za inne, inne, inne rzeczy! Wielbiła w nim aż do szału dzikiego swego kochanka — siłę miłości i zawsze jednaki ten szał, jego własny, a jednak echo budzący w jej duszy namiętnej — spojrzenia zawsze jednako wlepione w jej oczy, uczucie zawsze jednako rozpalające w niej uczucia. Gdy ją w Paryżu po ślubie nosił na ręku w swej izbie i tulił w barach, szepcząc jej bajdy o jakimś ta jeziorze w Tatrach, o sadzawce w skałach nad morzem, o włóczęgach dziennych i nocnych po mieście, o tęsknotach, męczarniach, błyskach nadziei i zawodach, które szatan jak potrzaski i wnyki na nich zastawiał — słuchała, jakby to ona sama mówiła mu o sobie. Milczała wtedy. Nie wiedział, oślisko, nic, że gdy on jej szukał, ona za nim szalała; że kędyś na Bulwarze Haussmanna w dżdżysty dzień szła płacząc, gdy jej Lenta o nim napisała te łgarstwa... Aż cylindrowce zatrzymały się i pytały w głos, czego też taka ładna panna może płakać? No, i cóż? Nie należało takiemu odpowiadać? Nie należało mówić ni słowa? Przecie lżej, gdy człowiek obgada z drugim swoje zmartwienie. Kochała go za wszystko. Z wolna i nie wiadomo jak, jego dusza przesączyła się w jej duszę i jego myśli stały się jej myślami. Była najlepszą, najtroskliwszą żoną, był a najwierniejszym przyjacielem, czujnym doradcą, który, gdy niebezpieczeństwo czyhało, stawał się sojusznikiem, była najweselszym kolegą. . .
Chaos myśli bezładnych o tym wszystkim, co tu równie bezładnie zostało uprzytomnione, przewijał się w umyśle Nienaskiego, gdy ten "milioner" zdążał drogą do stacji. Zdrowie radosne — jędrne, rześkie i żwawe uczucia pomagały mu do chyżego chodu wśród jesiennej szarugi.
Minął plant kolejowy, przeszedł przez dworzec podrzędnej stacyjki i wybiegł na gościniec swój własny, nowo zbudowany w tych polach a prowadzący do największej z nowych kopalni, noszącej nazwę "Xenia", której wieże drewniane, koła wind i duże budynki widać było w oddaleniu. Brzegiem gościńca, którego środek wysypany był tłuczonym kamieniem i miałem węglowym, biegły szyny kolejki kopalnianej, a na niej snuły się wciąż wywrotne wagoniki z urobkiem węglowym. W kierunku szybu "Xenia "szli robotnicy i rozmaity pracujący naród.
Nienaski szybko wymijał ich grupy.
Gdy w zamyśleniu przechodził obok jednej z takich gromadek, uderzyło jego ucho kilka zdań wyłuszczonych przez jakiś głos znajomy. "Milioner" obejrzał się, lecz nikogo takiego nie dostrzegł. Wszyscy ci ludzie byli niemal jednakowo ubrani w kaszkiety i spencery czarne od pyłu. Odszedł tedy parę kroków, lecz brzmienie tego głosu zmusiło go do obejrzenia się raz jeszcze. Wówczas dopiero wśród ludzi rozróżnił i przypomniał sobie tego, kto przemawiał tym głosem. Był to paryski znajomy z lat dawniejszych — Żłowski, Podstarzał się był i wrósł niejako w naród, przywdziawszy kabat, portki, buty i kaszkiet taki sam jak wszyscy inni. A jednak został sobą. Ta sama to była fanatyczna twarz, poorana, a raczej podeptana przez życie. Broda mu dobrze z boków podsiwiała. Jeszcze bardziej zapadły się oczy.
Gdy Nienaski wpatrzywszy się dobrze w tego człowieka poznał go doskonale i pozdrowił, tamten niechętnie uchylił kaszkietu, lecz zaraz odwrócił twarz, jakby na znak, że na owym ukłonie wszelka się znajomość urywa. Nienaski nie dał się tak ł atwo odepchnąć. Podszedł szybko do swego starego znajomego, z którym wieczerzał swego czasu i dysputował. Podał mu rękę i przywitał go życzliwie. Żłowski odnawiał z nim znajomość bardzo ozięble, najwidoczniej z musu. Ludzie, którzy szli z tym Żłowskim, z wolna oddalili się i dwaj dawni znajomi zostali sami na drodze.
— Cieszę się, że pana tutaj widzę? ... — szczerze mówił Nienaski.
— Dumny jestem z pańskiej łaskawej uciechy... — odpowiedział tamten.
— Myślałem, że pan wciąż przebywa w Paryżu.
— Bo też ja tu przejazdem.
— Tak? I na krótko?
— Jak to w życiu naszym, ludzi bez wczoraj i bez jutra. Ani się wie, czy człowiek tam, gdzie jest, będzie długo lub krótko.
— No, nie trzeba przesadzać... Tutaj?
— Czyż może bezdomny pies, który biegnie od wsi do wsi i którego od każdych drzwi wita głos: a pójdziesz! — wiedzieć, czy jest, czy będzie gdziekolwiek długo czy krótko?
— To jest smutne, co pan mówi, ale niezupełnie prawdziwe. Smutne, gdy się słyszy o takiej doli człowieka. Gdybym mógł być panu w czymkolwiek pomocnym, uważałbym się za szczęśliwego mogąc mu usłużyć.
— Dziękuję, pan w niczym nie może mi być pomocnym... — rzekł Żłowski z grzecznie szyderczym uśmiechem.
— Nie wiedziałem, że jestem tak bezwzględnie wyjęty spod wszelkiego pańskiego prawa.
Przepraszam za natręctwo.
— Ja żadnych praw nie stanowię. Z żadnymi prawami nie jestem w kontakcie. To pan stanowisz tutaj prawa, spod których ja właśnie jestem wyjęty... — śmiał się Żłowski pokazując ręką zabudowania kopalni.
— To są budowle i maszyny nad martwymi pokładami węgla. Jeżeli zgrupowanie środków i zorganizowanie metod pracy jest prawem, to istotnie takie prawa usiłuję tutaj stanowić.
— Właśnie o tym mówię.
— Mówi pan to w sposób szyderczy. Rad bym wiedzieć, jak by brzmiała krytyka pańska metod i sposobów tej pracy. Dałbym wiele za to, żeby ją posłyszeć. Właśnie krytyka pańska.
Ja to szczerze mówię.
— Moja krytyka "brzmiałaby" tak nieprzychylnie, że lepiej schować na dno jej szczerość.
— Nie wiedziałem o tym. Jeżeli krytyka pańska moich i naszych tutaj usiłowań w jego mniemaniu uchodzi, jak przypuszczam, za prawdę, to czemuż kryć na dno prawdę?
— Bo to jedyna jeszcze moc prawdy takiej jak moja, kiedy się kr yje.
— Ja sądzę, że prawda, której nie można udowodnić — bez szkody dla niej — nie jest tym, za co się podaje.
— Po co panu, milionerowi, znać inną prawdę nad tę, że pan ma w ręku odziedziczone skarby i może je, według fantazji, kłaść tu, w te przemysły, albo je przegrać w karty czy tam darować znowu jakiemu innemu dobroczyńcy ludzkości?
Nienaski zaśmiał się w głos. Rzekł pogardliwie:
— Taka też to jest ta pańska krytyka i, doprawdy, zwietrzała prawda.
— Śmieje się pan jak król. Jak król tych miejsc! Co za władza! Zechce pan pchnąć tłumy głodne i nędzne tutaj — pójdą tutaj, w te podziemia.
Zechce je pan odepchnąć, i odepchnięte muszą odejść. Wszystko za tę prawdę nie zwietrzałą nigdy, za żywotwórcze, choć tak stare złoto.
— Panu to nie w smak, bo chciałbyś sam tylko być królem tych ludzi. Ja usiłuję dać im własność skarbów, które przez wieki deptali, nie wiedząc, że depcą swoją potęgę. Pan dać im usiłujesz swe wyrazy, których nie rozumieją. Ja z nimi kopię węgiel w ziemi. Pan kopiesz w ich nędzy kruszec dla swej władzy i pychy.
— Dobroczyńca z pana! Tą oto białą rączką dajesz tłumom własność.
— Pan równie białą jak moja "rączką" dajesz im znaki i sygnały swych wyobrażeń. Ta jest między nami różnica, że ja swe wierzenia mogę urzeczywistnić, a pan — nie. Dowiedź pan, że to co mówiłeś niegdyś, może się urzeczywistnić. Wtedy tylko będziesz mi równy w uczynku.
— Bodajbyś pan w złej godzinie nie zażądał, abym tutaj właśnie urzeczywistnił moje wierzenia!
— Strachy na Lachy!
— Już pana nie straszą dawne "mrzonki". To dobrze. Mocno pan stoisz na nogach.
— Nie. Nie stoję jeszcze mocno, skoro pan chodzisz tutaj między ludźmi.
— Między pańskimi ludźmi, między pańskimi "chłopcami"...
— Wówczas dopiero stałbym mocno, gdyby praca, która tu wrzeć poczyna, wessała pańskie szyderstwo z niej, rozpuściła je w swym dorobku i przerobiła na element nowej s w o j e j siły.
— Pan zawsze lubisz "organizować" pracę, oczywiście c u d z ą. Czynić z cudzej pracy element s w o j e j siły.
— A cóż mam na tej ziemi robić, jeśli nie organizować pracy?
— Byłoby jeszcze bliższe zadanie.
— Jakie? Zaraz je wykonam, jeżeli jest bliższe dobra.
— Odziedziczone miliony giełdziarza — wszystko mi jedno jakim sposobem. . .
— Radzę panu wierzyć, że godziwym!
— Dla mnie dziedziczenie jest niegodziwością. Doskonale czarnego koloru nie można w moich oczach poczernić drugim czernidłem. Otóż — odziedziczone miliony rozdać głodnym.
Dopóki są na tej ziemi głodni, pańskie zachcianki patriotyczno — industrialne są zbrodnią, tym gorszą, że na niej świeci się blichtr jakiejś idei. Pan wolisz organizować ciężkie roboty tych nędzarzy, musztrować armię z nich złożoną do walki z "wrogami narodu", to znaczy z nędzarzami zza rzeczki — wreszcie obdarowywać ich ideami.
— Nie będę dysputował. Przecie i pan obdarowujesz ich nie czymkolwiek innym, nie obwarzankami i kuflami piwa, tylko ideami.
— Tylko jedną jedyną ideą, która jest prosta i krótka jak drąg żelazny: bierzcie dobro zrabowane wam przez przywłaszczycieli, dziedziców, spadkobierców, panów, milionerów — chwytajcie dobro wyrobione rękoma waszych braci — choćby byli ludźmi innej mowy i innego kraju — bierzcie — bo to wasze! Nakarmcie wasze dzieci, wesprzyjcie konających z biedy, dajcie choć jeden skuteczny lek cierpiącym, choć jeden na całe życie, dajcie choć jedną pociechę upadającym ze smutku żyda w jarzmie.
— Przecież ja to właśnie robię — mówił Nienaski z uniesieniem — ja daję ludziom dobro, lek i pociechę!
— Pan? Cóż za bezczelne kłamstwo! Pan budujesz podwaliny swojej chimery, państwa, które będzie katownią ludu, taką samą jak inne. Usiłujesz pan budować je przebiegle, przy użyciu zrabowanej myśli przewodniej, jedynej myśli o ratunku, którą żyje nędza. Tym też jesteś niebezpieczniejszy. Jesteś najniebezpieczniejszy ze wszystkich panów.
— Dla kogo jestem niebezpieczny? — krzyknął Ryszard.
— Dla tych, co już ocknęli się i noszą w sercu zemstę za krzywdę. Powiem panu jedno słowo, prosto w oczy, jak człowiek mężny człowiekowi roztropnemu. Oddaj ludowi, coś podstępnymi sztukami wyłudził od zdziecinniałego starca, i uchodź stąd w kraje swego marzycielstwa. — Szkoda mi słów. Nie będzie zgody. Toteż stosuję do pana tę samą radę: idź stąd zdrowo w kraje swego marzycielstwa!
— Nie, ja zostanę. Dopóki jest na ziemi nędza, ja ! zostaję i jestem. Jeżeli nawet zginę jako człowiek — non omnis moriar. Lecz pan — idź! Dodam: pókiś cały! — Aż tak! — Aż tak. Powiem panu drugie ważkie słowo: wy najlepsi — jesteście dla mas, dla ludu — najgorszymi.
— "Dla nas, dla ludu". Powinieneś pan mówić jeszcze wyraźniej: My, z bożej łaski lud...
Ten właśnie lud oceni, czym ja dla niego najgorszy.
— Strzeż się pan! Nie pora będzie strzec się, gdy on cię oceni. Pajęczyną organizowania chciałbyś pan zasłonić rany syfilityczne. Was to, najlepszych chirurgów, biegających ze swą pajęczyną, należałoby przede wszystkim z placu usunąć, żebyście nie zamącali widoku.
— Nawet usunąć?
— Usunąć! Nie ja mówię. Jestem proch, jestem przechodzień, jestem krzyk przebiegający pustkowia niedoli. Nie moją rzeczą jest czyn tu lub tam. Słyszałeś pan coś niecoś o "Mścicielach".
Nienaski roześmiał się serdecznie.
— Słyszałem — mówił — słyszałem! O to chodzi... Myślałem, że o coś mądrzejszego. Żegnam asindzieja!
Śmiejąc się głośno, poszedł dalej. Gwizdał i podśpiewywał śpiesząc do kopalni "Xenia".
Tej jesieni od pewnego już czasu otrzymywał pod swym adresem kolejno nadchodzące listy, opatrzone pieczęcią partii "Mściciele ". Pisma te żądały, ażeby się stawił w jakichś punktach oznaczonych dla zdania rachunków z sum, które odziedziczył i posiada. Początkowo nie zwracał na te żądania żadnej uwagi i nie stawiał się przed niewiadomym trybunałem. Lecz po rozmowie ze Żłowskim na szosie prowadzącej do kopalni zrozumiał, że to nie jest sprawa ze zwyczajnymi szantażystami ani z bandytami, lecz z ideowością, do której się przyczepiło wszystko wyzute z praw, z określonej wiary i świadomej idei. Postanowił tedy pójść na miejsce wskazane, trzecie z rzędu, i rozmówić się oko w oko z tajemniczym areopagiem. Pragnął wykazać tym ludziom odpadłym od świata, podeptanym i zapędzonym w rozpaczliwą jaskinię myśli — co robi, jak robi i dla kogo. Pragnął zmusić ich do zrozumienia swej pracy, do uznania jej i ukochania. Wierzył mocno, iż wessie ich nowy organizm, da im chleb, spokój i uciszenie ducha. Kiedy sam na sam rozważał, co im ma okazać i jak — co ma powiedzieć, a o czym zamilczeć, gdyby nawet w istocie rzeczy było dobrem najwyższym, lecz na teraz dla nich niezrozumiałym — brał się na spytki ogniowe, ażeby się snadź nie pośliznąć w tyranię, w niesprawiedliwość względem tych ludzi, w brudne burżujstwo, tak łatwo czepiające się duszy obarczonej świadomością posiadania wielkiej kiesy złota. Na trzeci pozew "Mścicieli", leżący na stole, Nienaski patrzał uparcie i z zawziętością. Nie chciał iść do wrogów, lecz do braci.
Nie chciał taniego zwycięstwa, lecz podźwignięcia ich w duchu i pociągnięcia ku idei.
Nie mówiąc swej żonie, dokąd się udaje, bez żadnej broni ani papierów poszedł na miejsce wymienione w wezwaniu. Przemierzał brudne, cuchnące, błotniste przedmieście Krakowa w kierunku Wisły. Patrząc na prawo i lewo po ohydnych "kamienicach" i po starych chałupach, które w błocie tonęły, klął głośno. Ohydą przejmowało go to wsz ystko pobudowanie na odwiecznych niedolach, krzywdach, na odwiecznych bezprawiach i biedach. Jakże pragnął przerżnięcia tych bajor kanałami, burzenia ruder, wytrzebiania zarazę gnieżdżących w sobie siedlisk "całuję rączek" krakowskich! -
"Mściciele "... — śmiał się. — Istny opar nad tymi gnojami, nad tym fetorem, w którym tonęły pokolenia. Tyle sobie wyhodowała nieszczęśliwa Polska. Kędyś w długim podwórzu, które rzeczywiście było jednym śmietnikiem, w domostwie, którego przyciesi stały się dawno błotem, a ściany na błoto topniały, dopytał się o mieszkanie szewca Dąbrowskiego. Wszedł do wnętrza. Izba była jak się patrz y, tamtejsza, dość powiedzieć, szewska na przedmieściu. Majster, człowiek kudłaty, nalany i brudny, podskoczył ze swego stołka, zapewne w przewidywaniu, że nadciąga klient z obstalunkiem. W rogu izby pod piecem skrobała kartofle kobieta tak chuda, że od pierwszego na nią spojrzenia nastręczała się myśl, jak ten szkielet może ruszać rękami, widzieć, chodzić, mówić. Było to bolesne zjawisko — ta szewcowa. Oczy wywalone z orbit, zapewne wskutek jakiejś choroby, wlepiła w przychodnia i wciąż ruszając wargami, jakby pokrzykiwała bez wydania głosu, przypatrywała się każdemu gestowi i poruszeniu. Nienaski doznał bardzo przykrego wrażenia na widok tej kobiety. Zwrócił się do gospodarza ze słowami:
— Pan majster Dąbrowski?
— Tak jest, do usług...
— Mam naznaczone pańskie mieszkanie w papierze, który mi nadesłano, jako miejsce, dokąd mam przyjść. Nazywam się Nienaski. Przyszedłem.
— A! — mruknął szewc rzucając na żonę spojrzenie.
— Przyszedł pan. . . — zaczęła mówić, ale szeptem, bo jej widać gruźlica głos wyjadła.
— Jak pani widzi.
— To dobrze, że pan przecie przyszedł.
— Dobrze? Dla kogo?
— Dla sprawy.
— Tak? Czekam.
— Teraz? My tu sami, ja, żona — zaambarasował się szewc. Stał drapiąc się w głowę.
— Więc cóż? — spytał Nienaski.
— Towarzyszów t e r a nie ma, bo to nie pora.
— Może ich państwo zwołacie. Ja mogę poczekać.
— O, teraz nie ta pora! — podjęła swym skrzeczącym szeptem niewiasta.
— Cóż mam robić?
— A to pan się nie bał przyjść?
— Nie boję się chodzić do ludzi. Może byście mi państwo wytłumaczyli, o co to sprawa?
Małżonkowie spojrzeli po sobie. Nie mogli zdobyć się na wyjaśnienie. Wreszcie szewc zaczął mówić mozolnie i bez ładu:
— Nam tu jeden człowiek mówił, żeś pan zagarnął od jednego bogacza wielkie pieniądze...
— Znam ci ja tego człowieka! . — śmiał się Ryszard.
Obydwoje podskoczyli ku niemu pytając, kogo ma na myśli.
Pokazał im gestem ręki długą brodę, łyse czoło. Zrozumieli. Teraz przypatrywali mu się ze zdwojoną ciekawością. Oczy im się świeciły.
— I czegóż was to, moi państwo, ponauczał ów prorok? Cóż wam o mnie powiedział?
— Pan się śmieje, jak mówi o tym człowieku... — syczała wyschnięta kobieta. — A to jest święty człowiek!
— Nawet święty!
— Święty! — wykrztusiła z gardzieli, która już strun głosowych nie posiadała. Żyły na jej szyi nabrzmiały jak strąki — wydobyły się na skronie. Poskoczyła do drzwi w głębi i otworzyła je szeroko. Nienaski zobaczył izdebkę czyściej utrzymaną, z łóżkiem w kącie i stolikiem pod oknem.
— Tu mieszkał... — mówiła szewcowa Dąbrowska. — Bez trzy miesiące tu był. Jego to jest pomieszkanie! Takiego mędrca!
— Gdzie się zaś teraz wyniósł?
— W świat poszedł, mój wielki panie — we świat szeroki! Głosić słowo prawdziwe, dobrą nowinę między tutejsze i obce ludzie. Bo wszędzie jest ta sama rzecz. Gdzie tylko jest na świecie krzywda i bieda a psie życie i gdzie jest panowanie diabelskie — to tam poszedł! Bo ten człowiek z diabłem samym wojuje. Diabeł posiadł ziemię i dobro wszelakie, złoto i śrybło, brylanty i rubiny, a ten jeden człowiek pokazuje ludziom, jako że diabeł to wszystko posiada. I wszędzie, gdzie tylko są ludzie zatchnięte w tym ostatku, słuchają, co mówi. Prawda jest w uściech jego! A to się niech jaśnie pan obejrzy po świecie! Prawda jest w uściech jego!
A tu, gdzie spał, już się nikt nie położy w tej pościeli, na tej poduszce i pod tą kołdrą! — mówiła z niewysłowionym uśmiechem zachwytu, przysłaniając swe wyłupiaste oczy czerwonymi powiekami.
— Czemu? — zapytał Nienaski.
— Na tym tapczanie a w tej pościeli, gdzie spoczywał, już nikt nie spocznie. Nie! Bo może jeszcze wrócić! Może jeszcze jego ścieżka tędy się wyprostuje. A jeżeliby zaś wrócił, przecie mu się należy choć taki spoczynek, mój wielki panie...
Nienaski patrzał na nią, gdy wyrzucała z gardła te wyrazy — i mówił samemu sobie, że jeszcze nigdy w życiu nie widział twarzy równie fanatycznej. Była głęboka zgroza w tych oczach na wierzch wysadzonych, w uśmiechu, co raz w raz połyskiem szaleństwa i mściwości oświetlał zmarszczki przecinające wargi i policzki. Koślawe, spracowane, żylaste ręce kurczowo drgały. Ciało suche, któremu, zaiste, lepiej by już było między czterema sosnowymi deskami, miotało się i trzęsło. Nie mógł patrzeć i słuchać. Coś jakby mgłości chwytało go w tej izbie.
— Tyle to aż czasu mieszkał tu Żłowski u państwa? — zapytał.
— Sza! — krzyknęli obydwoje jak na komendę.
— No?
— Sza! Niech Bóg zachowa! Nazwiska nie wolno z gęby wypuścić! Sza! Bo źle będzie!
— Ze mną będzie źle czy z wami, moi państwo?
— Sza! — krzyczeli na niego tupiąc nogami jak dwoje wariatów.
— No, dobrze już, dobrze! Czego ode mnie chcecie? — spytał zaczynając nudzić się tym wszystkim.
— Policz się pan ze swoim sumieniem! To tego trza! — wypaliła mu w oczy, plując na wsze strony przez zielone zęby, które sterczały w jej ustach.
Nienaski odsunął się i pośpiesznie zapytał:
— Czegóż chcecie?
— Czego? A to tego. . .
Naradzali się oczami. Po tej naradzie szewc rzekł z pompą:
— Masz pan złożyć na partię choć część tego majątku.
— I to wam?
— Nie nam, tylko na partię!
— A gdzież ta partia?
Znowu się zaambarasowali. Pobiegli do kąta i zaczęli tam przyskakiwać do siebie, szeptać i ciskać jakieś wyrazy. Wrócili gadając jedno przez drugie. — We czwartek wieczorem, tu, na tej samej ulicy, ale nad samą rzeką. Podwórze tam będzie tak jakby tutaj. Dom murowany, ino stary. Na piętrze. Jedne tam tylko będą drzwi, jak się wejdzie po schodach. Na dole szynk, a to będzie na piętrze.
— Przyjemne jakieś miejsce: na dole szynk, a ono na piętrze... — śmiał się Ryszard.
— Pałaców nie mamy. My nie h r a b i e.
— Ja także nie jestem hrabią i nie mieszkam w pałacu.
— Przyjdziesz pan?
— Dobrze. Przyjdę. Tylko żeby mi tam byli już wszyscy wraz, bo trzeci raz nie myślę na próżno czasu tracić.
— Godzina dziewiąta wieczór, to ludzie z roboty zejdą i dopiero wtedy mają czas. To tam partia będzie.
Podniósł się, podał im rękę. Gdy miał wychodzić, zwrócił się do żony szewca:
— A może by tak pani bez wszelkich ceregielów przyjęła ode mnie, powiedzmy, pożyczkę na leczenie, na wyjazd na wieś, choćby, ot, do jednej wsi nad Wisłokiem? Tobym tu przysłał pieniądze i list z adresem, gdzie jechać...
— Nie, nie! Nic do ręki! Jeszcze czego! Partia da — dobrze. Partia nie da — ha, trudno.
— Jeśli tak...
Wyszedł z tego mieszkania i z rozkoszą odetchnął powietrzem.
W ciągu paru następnych dni namyślał się — iść czy nie iść. Najłatwiej byłoby nie pójść zlekceważywszy ową "partię", zwłaszcza po obejrzeniu z bliska przedstawiciela i przedstawicielki tych "Mścicieli". Lecz właśnie widok owych biedaków pociągał, żeby zobaczyć i szerszą reprezentację. Żal mu było nade wszystko tamtej szewcowej. Niechże jej — do licha! — "partia" da na wyjazd...
Nadto przyczyniła się do decyzji pewna jeszcze okoliczność. W ciągu owych paru dni odbyło się jedno z zebrań obywateli zamożnych, które od jakiegoś czasu urządzano w Krakowie. Na te narady spraszani byli ludzie co najzamożniejsi, włącznie aż do magnaterii. Perorowano tam o konieczności wszczęcia w Galicji przemysłu i mędrkowano nad sposobami znalezienia kapitałów.
Właśnie na ostatnim z tych zebrań Nienaski wygłosił płomienną orację o konieczności czynu, którego społeczność oczekuje od wielkiej szlachty i arys tokracji. Słuchało go w skupieniu kilkunastu gentlemanów, którzy, razem wzięci, wyobrażali prawnych przedstawicieli kilkudziesięciu milionów koron. Gadanina Ryszarda trafiła na twardą opokę serc i rozumów.
Nikt nie poparł jego wywodów. Chwalono jego usiłowania kadząc mu ile wlezie za to, co zrobił i co robić zamierza, przytakiwano grzecznie i obłudnie w dyskusji ożywionej, "która się wywiązała", ale o wzięciu udziału finansowego w tych tam zamierzeniach nikt ani pisnął.
Zabrawszy jeszcze raz głos Ryszard Nienaski począł mówić ostrzej. Wskazywał na grzechy szlachty poznańskiej, litewskiej i ukrainnej i domagał się poparcia przynajmniej tej sprawy narodowej. Odpowiadano mu również ostrzej, dowodząc, że obfitość taniego robotnika jest dobrodziejstwem dla obywatelstwa danego kraju. Tamując ruch proletariatu na roboty tudzież niwecząc zarobki robotników rolnych w "krajach ościennych", psuje się ceny, a, co gorsza, przez szerzenie bardzo ładnych z wierzchu, lecz złudnych ideałów, stawia na porządku dziennym kwestię socjalną tam, gdzie jej — "dzięki Bogu "— dotąd nie było. Wtedy odezwał się raz jeszcze, że takie pojmowanie i traktowanie tej sprawy zemści się srogo na szlachcie. Gdy ona nie chce rozpatrywać, badać i rozwiązywać kwestii . socjalnej po ludzku, to ta kwestia sama dopomni się tutaj o rozwiązanie. Pocznie walić pięściami — a oby! nie żelaznym drągiem — we drzwi pałaców i dworów.
Wtedy jeden z obecnych, człowiek bardzo poważany dla wieku, mądrości i majątku, odezwał się ze skromnym ostrzeżeniem Nienaskiego, by uważał na siebie również. Kwestia socjalna może i jego, który jej szuka i który ją wywołuje jak wilka z lasu, pierwszego kłami swymi poszarpać i zmieść z galicyjskiej widowni.
Te słowa, które w pierwszej chwili zlekceważył, przypomniały mu rozmowę ze Żłowskim.
Postanowił zadać kłam twierdzeniom owego magnata, wchłaniać w miarę sił pierwiastki biedy polskiej i przeistaczać je w miarę możności na żywioł nowej pracy. To zdecydowało o wizycie. Wieczorem w naznaczony czwartek pojechał fiakrem aż do wskazanego miejsca.
Spod bramy odprawił woźnicę i szedł po omacku. Na dole brudnej kamieniczki znalazł szynk zapowiedziany. Obok tego szynku ciemną sionką szło się na schody. Drogę wskazywała naftowa lampa, której kopeć wymalował na ścianie czarną infułę. Z dołu dochodziły tony harmonijki, wrzask pijaków i chargot dziewek. Nienaski wszedł na schody i szukał w ciemności drzwi. Poczuł, że w zmroku stoi człowiek. Instynktownie zatrzymał się i czekał przez chwilę.
Tamten z cicha zapytał:
— Kto idzie?
— Swój... — rzekł Nienaski wesoło.
Zapewne ręka owego człowieka uchyliła drzwi. Światło padło na schody. Przybysz zobaczył młodego człowieka, który przed nim usunął się i znikł w głębi. Pchnął tedy drzwi i zajrzał do wnętrza. Było to czyjeś mieszkanie. Stało łóżko z pierzynami. Zza drzwi prowadzących do drugiej izby słychać było rozmowę. Otwarły się i uchyliły do połowy, lecz nikt się w nich nie ukazał. Nienaski minął pierwszą izbę i stanął na progu drugiej. Było tam siedmiu czy ośmiu mężczyzn. Jedni z nich stali, drudzy siedzieli na drewnianych krzesełkach. Wszyscy ginęli w gęstym dymie z papierosów. Pod oknem mieściła się wygnieciona kanapa, przed mą stary, okrągły stół, zasypany popiołem i pełen niedopałków. Żaden z mężczyzn obecnych w tym pokoju nie powitał Nienaskiego ani się do niego nie zwrócił. Zdawać by się było mogło, że go wcale nie spostrzegli. On zdjął czapkę i mierzył ich oczyma, przechodząc spojrzeniem z jednego na drugiego. Mieli pozór rzemieślników. Jeden, bardziej wyelegantowany, siedział w kącie, nie zdjąwszy kapelusza, którego rondo było zawadiacko spuszczone na dół. Ten palił papierosa gryząc jego ustnik i systematycznie wypluwając na odległość kawałki papieru.
Dwaj niepozorni stali obok stołu i od niechcenia przypatrywali się gościowi. Pod oknem w pozycji skurczonej tkwił od niedawna znajomy, szewczyna Dąbrowski. Temu Ryszard skinął głową i, ponieważ nikogo tu nie znał prócz niego, rzekł ze swobodą:
— Dobry wieczór, panie Dąbrowski. Otóż przyszedłem. Może mię pan zaznajomi z kolegami.
— A, dobry wieczór; — rzekł tamten z nieszczerą uciechą.
W trakcie tej rozmowy młody człowiek, którego Nienaski przelotnie dostrzegł na schodach, cichcem zamknął za nim drzwi. Potem zbliżył się do stołu i wykręcił płomień lampy.
Nienaski zobaczył jego twarz. Twarz blada, ziemista, z zapadłymi oczami. Gdzież ją był widział? W Paryżu? Przez moment przypominał sobie. . .
"Ależ to jest lokaj Ogrodyńca! Witold."
Ów młody człowiek spojrzał na niego również bez cienia życzliwości i rzekł:
— Starzy znajomi. Od łoża zacnego dobrodzieja... To pan się nie bał przyjść na zebranie "Mścicieli"?
— Jak pan widzi. Co tu robisz?
— Świadczę przed trybunałami, jak mi nieboszczyk nakazał, o tych pieniądzach zapisanych. A pan co? Zawsze tak jak w Paryżu, żeby tylko coś dobrego zrobić tym ubogim, ukochanym rodakom "z nizin"? ...
— Żeby tylko otrzeć łzy niedoli... — dodał ten z kąta w kapeluszu, zwracając się nie do Ryszarda, lecz do byłego lokaja Witolda.
— Nie widzę, żebyście panowie mieli łzy w oczach, toteż nie wiem, po co te dowcipy — mówił "milioner".
— E, bo my są już takie z rodu zatwardziałe... — szyderczo wyseplenił jeden mały z blond wąsami zrudziałymi od dymu papierosów.
— Tak tam jest czy owak — do rzeczy! — rozkazał Nienaski. — O co chodzi? Dostaję tu papierki. Podpis "Mściciele". Pieczęć jak koło od armaty. Żądanie, żebym przyszedł to tu, to tam. No, więc przyszedłem. Co jest? — zapytał z krakowska. Wydobył z kieszeni owe inwitacje i rzucił je na stół.
— Co jest? My się to samo spytamy — rzekł ów z kąta, w kapeluszu. — Z czym pan tu przyszedł?
— Z zapytaniem: czy to wy jesteście "Mściciele"?
— No, niby... — mruknęli w kilku.
— A mścić się chcecie na kim i za co?
Starszy nieco człowiek, siedzący wygodnie w rogu kanapy, tęgi, z grubym karkiem i wołowymi oczyma, odpowiedział:
— To tam już nie pańska rzecz, tylko nasza!
— Właśnie że i moja. Tak samo odczuwam krzywdę nędzy jak i wy!
— A ten automobil, co go pan targowałeś u Walfisza, będzie dwa tygodnie temu — to i on dla tej nędzarskiej krzywdy? Jaśnie pan nie pamięta, bo i skądże? A ja ta stał wtedy i pokazywał zalety tego auto. Szyk maszyna! Tylko że gdzież to można spamiętać? Robociarska morda — spamięta to taką fizys?
Nienaski uczuł się niemile pobitym. W istocie na prośby Xeni dopytywał się o cenę automobilu wraz z nią w sklepie Walfisza. Targował się o cenę. Stanęło na kilkunastu tysiącach koron. Teraz, pokonany tym argumentem, zamilkł.
— A te meble stylowe do pokoju jaśnie pani dziedziczki? — mruknął jeden z dwu najbliższych młokosów mrugając porozumiewawczo na młodego suchotnika.
— To samo przede i ze mną szła rozmowa o styl tych cacek. Ale spamięta to jaśnie pan wszystkie gęby? — dorzucił tamten.
— E, to drobiazgi! — wtrącił ironicznie ktoś z tyłu, ode drzwi. — Nie trzeba panu dziedzicowi robić przykrości, gdy raczył przyjść z wizytą.
— W jakiż to sposób chcecie się na mnie mścić za te moje zbrodnie? — pytał Ryszard już uspokojony.
Z kąta podniósł się rudy jegomość w kapeluszu i, przeciągając się swobodnie, z ziewaniem podszedł do stołu.
— Myśmy chcieli małej rzeczy... — mówił niedbale. — Pan dostałeś we Francji wielki spadek. Tak czy nie?
— Dostałem.
— Od obcego człowieka. Tak czy nie?
— No, niby tak.
— My nie wchodzimy w szczegóły, jak to tam było. . .
— Bo to i lepiej dla was w każdym razie.
— Ale się było w t e d y k w Paryżu i różne się tam rzeczy sł yszało.
— Mówię jak do ludzi uczciwych, nie jak do sądu, bo do sądzenia mnie nie macie żadnego prawa. Jest tu świadek, lokaj zapisodawcy, ten oto Witold. Niech zaświadczy.
— On tu już świadczył. My go już przesłuchali.
— No, to dosyć już o tej sprawie i w takim tonie! Gadać o tym w mojej obecności nie wolno! A który się odezwie, temu łeb rozwalę!
— Co to za mowa! Jaki ton! Wszystko z tego odczuwania nędzarskiej krzywdy...
— Nie odpowiadam na to. Co dalej?
— Dalej tyle: my tu oto zebrani, komitet partii, chcieli my grzecznie prosić o jakąś — ci przecie część tego spadku.
— Aż jakiej racji?
— Z tej samej, co i pan. Paneś dostał ten spadek bez racji — cały. My chcemy dostać z tego część — dla wszystkich.
— Na jaki cel?
— Na tę naszą mówię, partię, na ludzie głodne, bez kawałka chleba.
— Co macie zamiar robić z pieniędzmi, których chcecie ode mnie?
— Na partię, mówię!
— "Na partię" — to znaczy, na co?
— Partia będzie wiedziała, na co. Prywatnie mogę wyjaśnić: żeby ludzie w naszych oczach głodową śmiercią nie marli — na . to, żeby temu lub owemu dać na buty, jeśli w zimie bosy — na portki, jeśli ich — czego Boże broń! — nie ma — na obiad, jeśli tydzień nie jadł — na to, psia jego mać, cygaro za centa, jeśli ogarki zbiera po r y ś t o k a c h — na a p t y k ę, jeśli ta już charczę i kipi, a drugim spać w norze nie daje. No! Skąd partia ma brać? No, skąd? Jak nie od pana, coś darmo zgarnął tyli majątek. Ja skończyłem... — dodał z gestem krasomówczym.
— To chcecie być towarzystwem dobroczynności?
— A pan chciałbyś sam obstać za wszystkie towarzystwa?
Ów tęgi z kanapy przerwał dialog ważkim oświadczeniem:
— Spory do c i o r t a! Tak — albo nie?
Nienaski zwrócił się twarzą do tego i rzekł twardo:
— Nie!
Towarzystwo rozejrzało się pilnie po sobie. Pokiwali głowami. Ten i ów zakaszlał. Lokaj Witold głośno ziewnął. Młody człowiek stojący obok Nienaskiego zajrzał mu głęboko w oczy omdlałymi źrenicami. Drugi, jego towarzysz, poświstywał przez zęby. Ryszard rzekł do ostatniego:
— Nie świszcz pan teraz, bo tu rozmowa poważna, nie szynk! Ten dziwnie przegiął się cały jak piskorz czy miętus w kierunku owego w kapeluszu mówcy. Mruknął:
— Słyszysz ty, Rudolf? ...
— No, no... — uspokoił go tamten, poważnie kiwając ręką.
— Mówię do was tak... — zaczął Nienaski. — Pieniędzy na rzeczy nieokreślone, wam, ludziom zgoła mi nieznajomym, nie dam, bo to są pieniądze nie moje, lecz publiczne.
— A ten automobil od Walfisza, to prywatny czy publiczny? — wykrzyknął ktoś z istnych kłębów dymu.
— Ten automobil będzie mój, jeśli go kupię. I z niego zdam rachunek, ale nie przed wami!
— Przed sobą... — roześmiał się Rudolf.
— Przed całym "ludem"... — poprawił tego Rudolfa lokaj Witold.
— No, juści nie przed tobą, rzetelny świadku! — ciął go Nienaski bezlitośnie ostrym słowem.
— Przed jaśnie panią! — odparował tamten. Nienaski przez chwilę dusił w sobie odruch, później gwałtowną odpowiedź. Ciągnął spokojnie:
— Tworzę za odziedziczone pieniądze kopalnie, kupuję maszyny, zakładam kolejki, buduję domy, składy, prowadzę szosy. Kto nie ma pracy i żyje w nędzy, niechże przychodzi. Dostanie pracę, zarobek większy niż gdziekolwiek, największy, na jaki starczy tych odziedziczonych pieniędzy. Zarobi sam i wejdzie w koło właścicieli tych kopalni. Zakładam roboty publiczne. Tego przecie żądał wasz nauczyciel i mistrz, sam Żłowski. — Głodny jesteś i biedny — chodź i pracuj, odziej się i jedz!
— To ja rzucę kopyta i pójdę węgiel w ziemi kopać? — wrzasnął z dziką furią szewc Dąbrowski. — Ci, co teraz boso chodzą, zarobiwszy na buty obstalują je u pana po dwie pary. W kopalni zarobią, a pan nie nastarczysz z robotą!
— Socjolog z pana i dobrodziej! Buty ludziom wdziewa na bose nogi... — śmiał się ów Rudolf.
— Pewnie, że większy niż z pana, który nic nie wiesz, a nikogo nie umiesz uszanować, nawet własnego sztabu, i siedzisz w czasie narady w kapeluszu, jakbyś był w szynkowni.
— Ja nie zdejmuję mego kapelusza przed nikim na świecie. Kein Herr weder Gott.
Nienaski machnął wzgardliwie ręką. Mówił:
— Są tu w zagłębiu krakowskim niezmierne pokłady węgla. Słyszycie! Pokolenia może wyżywić ten dar Boga dla nas! Ale trzeba go wykopać! Cały lud polski, który teraz płynie na służbę do Niemców, do Francuzów, do Duńczyków, sto tysięcy z Galicji, trzysta tysięcy z Królestwa rok w rok — a który tutaj, jak mówicie, i co jest prawda, głodem przymiera — te kopalnie i fabryki, co przy kopalniach niechybnie powstaną — mogą wyżywić, przyodziać, zabezpieczyć na starość. Musi być podjęta praca około tworzenia kopalni! Ale pomyślcie, ile potrzeba pieniędzy na takie dzieło! Na bicie szybów, budowle i maszyny. — Wesprzyjcie mnie swą pomocą, wy dzielni ludzie, którzy czujecie krzywdę żywiej niż inni, którzy zapragnęliście być "Mścicielami" tej krzywdy!
— Pan masz talent — drwił Rudolf — panu się patrzy posada pierwszego rezonera w teatrze albo wodza liberałów w sejmie.
— Nie tylko tyle — ciągnął Nienaski, bez zwrócenia na te słowa uwagi — bo pomyślcie, że my szyb za szybem złączymy, że się zejdziemy z Dąbrową Górniczą i ze Śląskiem. Stworzymy tu ośrodek nieprzemożonej potęgi. Całe to zagłębie, poprzewiercane szybami kopalni, oddam na własność pracownikom. Tu pod murami starego Krakowa...
— Ja się pytam — wtrącił tęgi mężczyzna z kanapy — to nic z naszej propozycji?
— Z tego, żebym wam, ludziom niewiadomym, na łapę po prostu, a może na pohulankę, dawał pieniądze — nic! Na leczenie chorych — dam, ale do ich kasy lub honoraria lekarzom...
— A za automobil! Za ten stargowany na osiemnaście tysięcy? Z j akich pieniędzy pójdzie to kupno?
Nienaski umilkł zmiażdżony. Ktoś spod okna zawołał:
— No, jazda dalej o tych "publicznych pieniądzach"!
— Ze wszystkim taka prawda, jak z tym. Kopalnie robotnikom daruje, a nie może darować części skarbu, co go nie zarobił, ino dostał...
— Wyszachrował...
— Burżuj zawsze ci twierdzi, że te pieniądze, co je z nas zdarł, to , są jakieś narodowe albo publiczne.
— Niemiec czy Francuz, Żyd czy Polak — zawsze to samo łgarstwo!
— Czyje to były te pieniądze za automobil? Nienaski krzyknął:
— Oddam te pieniądze z moich zarobków! Zarabiam jako budowniczy! W sumieniu jestem czysty.
— Zarabia, mójże pracownik!
— Ręce masz zwalane krzywdą!
— Na partię te osiemnaście tysięcy!
— Oddawać, bo to skradzione!
— Na partię! — ryczeli wszyscy.
— Dawać je na stół!
— Żywo!
— No!
— Dawać!
— Pod karą! Psiakrew! — Pod srogą karą!
— Pod karą!
Nienaski włożył kapelusz na głowę i zawołał:
— Sądzicie, że mię tu wrzaskiem i zniewagami weźmiecie? Myślałem, że idę na zgromadzenie ludzi pracy i idei, a trafiłem w pułapkę. Toteż wychodzę! Tęgi mężczyzna z kanapy porwał się ze swego wygodnego miejsca i poprzez stół nachylił się do niego z krzykiem:
— Nie potrzebujemy pańskich pięknych idei ani obietnic, ani deklamacji, tylko pieniędzy!
My demokratów takich i owakich, socjałów i anarchów mamy dość. Szesnaście tysięcy koron na stół!
— Już tylko szesnaście?
— Słyszałeś pan?
— Słyszałem. Nie dostaniecie ani jednego centa! Skoro nie potrzebujecie idei, tylko pieniędzy, wiem, kto jesteście!
Nastała znowu cisza. Nienaski spojrzał po twarzach i zobaczył we wszystkich oczach wyraz niedobry. Pożałował wypowiedzianych ostrych słów. Uczuł, że zachodzą mu z tyłu. Odwrócił się i rzekł:
— Przyszedłem tu bez pieniędzy. Nie ma co!
— Zobaczymy! — krzyknął lokaj Witold chwytając go za klapy surduta. Tego pchnął od siebie tak potężnie, że tamten aż jęknął na najbliższej ścianie. Zarazem dopadł drzwi i szarpnął klamkę. Drzwi były zamknięte. Pchnął je z całej mocy, lecz nie ustąpiły.
— Po dobroci... — szepnął do niego życzliwie blady młokos z podkrążonymi oczyma. — Powiedzże pan, że przyślesz albo przyniesiesz.
— Nic nie dam! Ani jednego centa! — krzyczał w furii.
Ów szewc Dąbrowski skakał od jednego z konspiratorów do drugiego, coś szepcząc, gadając, wykrzykując. Wreszcie przybiegł w skok do drzwi i otworzył je. Nienaski wypadł do pierwszej izby. Za nim krok w krok szedł ten w kapeluszu, zwany Rudolfem, i chudy ze smętnymi oczyma. Rudolf w ciemnej izbie chwycił Nienaskiego za rękę i piersi. Napastowany trzasnął go między oczy. W tejże samej chwili Dąbrowski, miotając się w istnym szale między nimi, otworzył drugie drzwi, prowadzące na schody, i wypchnął Ryszarda w ciemność, szepcąc doń w napadzie strachu:
— Człowieku! Umykaj!
Nienaski stracił orientację co do miejsca. Potknął się na schodach i zleciał z pierwszej kondygnacji aż na platformę. Na górze rozlegał . się wściekły wrzask, szarpanie się ludzi. Słychać było przeraźliwy płacz szewca Dąbrowskiego, który wył:
— Nie puszczę, towarzyszu! Nie puszczę! Dały się słyszeć razy bezlitosnego bicia w pysk, kopanie nogami, i Dąbrowski spadł ze schodów jęcząc i stękając. Potrąciwszy Ryszarda w ciemności, nalazł nań całym ciałem, poznał i w szlochach, w trwodze znowu wy jęczał:
— Ady umykaj, człowieku! Umykaj! Umykaj! W tym głosie było ostrzeżenie ostateczne i . nieomylne. Toteż Nienaski zbiegł z drugiej pochyłości schodów, minął smrodliwą sień i poczuł płucami powietrze. Puścił się w długie podwórze, oświetlone daleko, w połowie odległości od bramy, latarnią naftową umieszczoną na słupie. Gdy był w kręgu światła tej latarni, drgnął od nagłego huku — i od czegoś niepojętego, co się z nim stało. Przywidziało mu się, że to ten szewc Dąbrowski teraz go w plecy drągiem czy kamieniem potrącił. Ale wokół była pustka. Nikogo! Dał się słyszeć drugi huk — ale już jakby w oddaleniu. W tejże chwili — przeraźliwe uczucie braku tchu... Nie mógł zrozumieć, co to? Łapał rękami powietrze i z ciężkim trudem szedł do bramy. Była równa droga, a wlókł się ni to pod górę, na pionową ścianę. Widział już wrota, a nie był w stanie dojść! Zachwiała się, poczęła wahać i kołysać się ziemia pod nogami. Naraz z ust — woda jakaś — czy co? Zatknął sobie usta i wtedy domyślił się gorzko:
"A... krew..."
Spłoszona przeleciała myśl:
"Xenia się przestraszy..."
Po chwili zdziwiło go, że już nie idzie, lecz leży na boku i że ta ciepła krew wciąż tak łagodnie odchodzi ustami. Obtarł się chustką — i jakoś ustała.
"Nic ważnego..." — pomyślał.
Postanowił odpocząć tak chwilę i formalnie bal się, że w powalanym ubraniu wróci do domu. Tak nie lubiła, gdy był zabrudzony pyłem węglowym — a cóż dopiero cuchnącym błotem tego podwórza. Wtem szepty, gwar, chlupanie nóg w błocie. Kilku ludzi obskoczyło go.
Dźwignęli mu głowę, posadzili w tym błocie. Jeden z nich rozerwał rękami jego surdut i szukał w kieszeniach. Łapy drugiego powyrywały zewsząd różne papiery. Odór wódki z gęby tego człowieka... Śmiech, że się tak zawiodą, bo tam nic nie ma.
Szkoda tylko najładniejszej z fotografii Xeni... Znowu go zaczęli szarpać szukając w kieszeniach spodni, w kamizelce, nawet za gorsem koszuli.
Wtem — porwali go w kilku za nogi, w pasie i za głowę. Nieśli szybko, dysząc z trudem, swarząc się o coś w gwałcie, gadając jeden przez drugiego. Nic nie rozumiał, co oni robią, dokąd go — u licha! niosą a niosą. Minęli rozwaloną bramę i biegli, biegli coraz prędzej.
Wreszcie poczęli go huśtać w powietrzu, raz, dwa, trzy... Przerażenie, przerażenie, które się w żadnym nie zmieści słowie! Ciemność w oczach i ścinające krew zimno! Ból. Woda wokoło.
Przez mózg przewinęła się okropna myśl: "Wisła..." — Zanurzył się. Woda pogarnęła go i leniwie poniosła. Czuł, że się nogami wlecze, a kadłubem ciała czołga po błotnistym dnie, że zapada coraz głębiej i tonie, a nie miał siły podźwignąć się z tego upadku. Lecz zimno i chlustanie fali nurtu po twarzy cuciło go z bezsiły.
Dotarł do jakiejś grząskiej ławicy błotnej i piaszczystej. Usiadł tam po pachy w wodzie.
Dźwignął się z trudem i, popędzany od zimna, zaczął brnąć na czworakach popod brzeg pochyły, pełen śmieci, które się pod ciężarem obrywały i w dół waliły. Instynktownie, dla ulżenia sobie trudu, pełzał w ukos wybrzeża po coraz bardziej kostropatych i cuchnących brudach. Zimno go trzęsło. Brak tchu obalał na ziemię, nosem w te kały. Toteż nieopisanie długo trwało to czołganie się, ta zawzięta i śmiertelna walka z brzegiem rzeki. Były to wysiłki ślepe, nie dyktowane przez rozmyśl. Czemu wykonał ruchy takie, a nie inne, jakim sposobem zdołał wybrnąć? Jedyne, co w nim jeszcze było wolą świadomą, to pragnienie ujrzenia Xeni. Poza tym ślepa trwoga przed zimną, cicho szemrzącą wodą... Pot ciepły, wciąż płynący nie tylko po plecach, lecz i po nogach, nasuwał uboczną myśl: "czyżby to nie pot? czyżby krew?"
Był już wtedy na miejscu równym. Wstał na nogi i powlókł się przed siebie. Daleko świeciła się latarnia. Od niej padała smuga blasku na ruchomą wodę Wisły. Bał się iść do tej latami, ale rozumiał, że tam jest ulica i że tam właśnie zdążać trzeba. Macając rękami w przestrzeni, trafiał wciąż na deski parkanu. To oparcie pomagało mu w pochodzie. Lecz parkan urwał się tworząc ciemną wyrwę ulicy. Nienaski rzucił się w tę czarną czeluść. Zaczął sunąć szybko, coraz szybciej, biec. Było pusto. Nikogo! Od szybkiego ruchu znowu z ust ta krew!
Nie zwracał na to uwagi. Szeptał wciąż w obłąkaniu swoim:
— Ratuj! Xeniu! Ratuj!
Straszliwa, bezdenna, nieprzemierzona była nieskończoność ulicy, wygrodzonej ślepymi parkanami! Paniczny popłoch w sercu, że go znowu spostrzegą, chwycą na ręce i rzucą w pędzącą wodę Wisły, dodawał sił. Biegł charkając krwią raz za razem, coraz częściej. Z nosa kapały ogromne, niepowstrzymane krople. Stawał tylko wtedy, gdy poczynało lać się ciurkiem i chłeptać w gardzieli. Znowu latarnia. Róg innej ulicy. Bruk. Z dala kroki... Człowiek!
Żyd w długim chałacie. Nienaski zawołał:
— Na pomoc! Na pomoc!
Człowiek ów przysunął się ostrożnie pod latarnię. Zeszli się tam. Lecz ujrzawszy Ryszarda całego we krwi, Żyd uciekł. Znikł jak ciemne widmo. Znowu tedy droga w samotności brukowaną już ulicą. Znowu nikogo! Nikogo! Bał się wołać, że tamci usłyszą — mściciele. Więc tylko podwajał kroku. Straszliwymi zmazami pot spływał po jego plecach, oblepiał pas i wężem gorącym sunął po nogach. W dali widać było szeroką ulicę -światła... Trafiały się już murowane domy. Dzwonił do bram tych domów, z całej siły szarpiąc dzwonki. Kołatał w zamknięte okiennice. Wołał o pomoc. Lecz ani jedna brama nie ot warła się, nie uchyliło żadne okno. Brocząc krwią coraz obficiej dowlókł się do wylotu owej szerokiej ulicy. Jakiś wóz z nagła wyjechał z zaułka. Nienaski poskoczył na jego spotkanie, wołając:
— Ratuj! Człowieku! Ratuj!
Był to wóz prosty, z obalonymi gnojnicami, na których siedział człowiek zgarbiony. Konie przystanęły. Woźnica zlazł na ziemię i spytał z trwogą:
— Cóż to ta?
— Na Boga! Ratuj! Zbóje mię poranili. Odwieź! Ratuj!
Powtarzał raz w raz nazwę ulicy i numer domu, swe nazwisko i nazwę ulicy, wielokroć i natarczywie -już czując, że go tamten wziął na ręce i złożył między gnojowe deski, które szybkim ruchem ustawił między kłonicami. Zbawca ów pognał konie, zrazu wolno, a potem w cwał. Głowa Ryszarda latała jak kamień, tłukąc się o deski. Tracił i odzyskiwał przytomność. Widział to nieskończoność gwiazd w czarnym niebie, to . wielobarwne kręgi w głębi swej głowy, to wreszcie błyski zdziwienia nad tą szczególniejszą zmową wydarzeń. Krew z wozu bryzgała na prawo i lewo. Wóz pędził długo, nieskończenie długo. Wreszcie stanął.
Wielki ów czarny parobek wziął Nienaskiego na ręce i zaniósł pod bramę domu. Tam go postawił przy dzwonku, coś mówiąc niezrozumiale z wielkiego strachu. Obadwaj dzwonili do tej bramy, ze wszech sił przyciskając krążek dzwonka.
Wreszcie strwożony ów człowiek obalił swe gnojnice, wsiadł na przodek wozu, zaciął konie i uciekł w noc galopem, co siły w szkapach.
Teraz Ryszard dzwonił sam do swego mieszkania, które miało połączenie elektryczne z bramą wejściową. Czekał jęcząc i drżąc na całym ciele. Upadał i powstawał. Rozległo się nareszcie kołatanie i drzwi się otwarły. Wszedł do swej sieni i począł wstępować na schody, które rozświetliła lampka elektryczna. Szedł ze stopnia na stopień, nie mogąc udźwignąć ciała, długo, bez końca. Nareszcie drzwi. Słychać było głos Xeni w korytarzu:
— To ładnie o takiej porze wracać do domu? Budzić wszystkich? A ślicznie, mój panie, a ślicznie!
Chciał zawołać, lecz nie miał głosu. Bezwładnie siadł na własnych nogach. Za chwilę uderzył czołem w te półotwarte drzwi swego szczęścia. Ocucił go krzyk. Krzyk! Przeraźliwy płacz! Dźwignęła go. Jak kloc ściętego drzewa niemocnymi rękami ciągnęła na siłę poprzez korytarz, niosła w ramionach. Rozwarła nogami drzwi do uroczej swej sypialni i dotaszczyła go na łóżko. Na jej straszliwy krzyk przybiegła służąca i wnet leciała na miasto szukać pomocy.
Ryszard niewiele już wiedział. Krew jego zalewała ziemię i całe łóżko. Nic go to nie obchodziło, tylko prosił, żeby się nie gniewała. Nieopisane czuł szczęście na widok Xeni. Chciał jej wszystko powiedzieć... Ta krew z ust jakoś — ci nacichła, gdy na wznak leżał. W nosie zasychało. Ciężar tylko bezmierny, istne kowadło na piersiach. Xenia upadła przy łóżku. Jej włosy taplały się w mokrych zalewiskach i kałużach krwi na atłasie kołdry. Całe jej ręce były czerwone. Biła głową o metalową poręcz łoża szczęścia.
W korytarzu zduszony męski głos. Wtargnął do pokoju wysoki mężczyzna. W drodze zrzucał z ramion paltot, surdut, kamizelkę i ciskał służącej. Na gwałt odwijał rękawy koszuli.
Obydwoje z Xenią poczęli ściągać z Ryszarda mokre do nitki ubranie. Lekarz rozkazywał.
Ona biegała, w skok podając, co kazał. Miednicę z wodą, nożyczki. Darła bieliznę na pasy płócienne. Ściągnęli wreszcie, pociąwszy na szmaty, odzienie i bieliznę z Ryszarda. Leżał nagi. Znaleźli dziurę od kuli powyżej i z boku łopatki, drugą nisko, między żebrami. Zawiązywali te rany bandażami. Krew z ust przestała płynąć. Lekarz coś szepnął. Xenia przypadła ustami do zwieszonej ręki męża... Przyszedł drugi lekarz, wiekowy. Później jeszcze trzeci. W korytarzu wszczął się gwar. Ludzie. Pełno ludzi. Twarze we drzwiach, głowy znajome, przyjaciele, inżynierowie, technicy... Jęk wśród nich. Szept żalu. Radość w sercu chorego: tylu dobrych ludzi na świecie! Tylu przyjaciół! Już nie jest sam. Już nie w tej wodzie. Nie na tym brzegu. Nie wśród tamtych, lecz wśród tych. W ramionach Xeni. Dziękował Bogu z głębi swego serca. Szczęśliwy go ogarniał sen. Cichy sen. Wleli mu coś w usta. Pozwolili spać.
Wszyscy wyszli oprócz niej, która klęczała obok łóżka. Och, jakaż cisza i radość w sercu głośno bijącym!
Sen był niedługi. Przeistoczył się w ocknienie, pełne przeraźliwej boleści ducha i niewysłowionej jasności pojmowania. Ryszard namacał ręką włosy Xeni i przyciągnął ją ku sobie.
Przychyliła usta do jego ust i słuchała, gdy jej mówił w straszliwym swoim natchnieniu:
— Ja umieram...
Usłyszał pisk jej boleści, ale go to nie wzruszyło. Mówił do niej spokojnie, rozkazująco:
— Słuchaj! Jeżelibyś chciała po mojej śmierci w życie lekkomyślne popaść, w brud, w rozpustę duszy — przyjdę po ciebie i zabiorę cię. Słyszysz to?
— Słyszę!
— Chcesz, żeby tak?
— Chcę!
— Sama chcesz?
— Sama! Jeśli się stanę podła, tak chcę! Przyjdź po mnie i zabierz!
— Pamiętaj!
Przez chwilę milczał. Po czym znowu rzekł z trudem:
— Teraz daj papier i ołówek! Prędko!
Nie było na czym pisać, a chciał co tchu. Kazał ruchem, żeby podała jakąś tekę i podstawiła dłonie. Na jej rękach położył tekę, papier. Zaczął pisać na arkuszu testament. Spieszył się strasznie, przekreślał, poprawiał. Zapisywał cały ów majątek krajowi — kapitały, tereny, maszyny, kopalnie — wszystko. Wymieniał egzekutorów testamentu, którzy mają być przez kraj wybrani do rady zarządzającej, więc Brus i jakiś drugi z Warszawy, ludzie z Galicji, których nazwiska dla szybkości początkowymi oznaczał literami — jej mówiąc, co która znaczy — przekreślał, mazał, mylił się, przypominał...
Wtem ołówek wyleciał z jego ręki. Kazał ruchem oczu wołać świadków do tego testamentu. Ale głowa odwaliła się na bok. Cienka, żwawa struga krwi potoczyła się z nosa. Usta dowlokły się do ręki Xeni, wyszeptując z trudem, w ostatnim szlochu:
— Kocham cię...
Powieki nagle się rozchyliły, i oczy z nieopisaną boleścią napawały się widokiem ukochanej twarzy. Jeszcze raz drgnęły wargi od szeptu pełnego straszliwej rozpaczy, który tylko ona rozumiała:
— Pamiętaj!
A później jakaś głęboka zaduma przyćmiła twarz.
Lekarze otwarli drzwi i zbliżyli się cicho, już po to tylko, żeby stwierdzić skon. Przyjaciele podźwignęli z ziemi małżonkę zmarłego. Spojrzała na martwe oczy kochanka i krzyk straszliwy wypadł z jej piersi, krzyk, który, zdawało się, rozdarł ten dom na dwoje — świat i niebiosa.




Część trzecia

Dopiero po upływie roku od śmierci Ryszarda Nienaskiego wdowa po nim wracać zaczęła do świata. Przez cały ten czas żyła w jakowymś zaćmieniu duszy, w głębokim smutku, który zapewne byłby strawił mniej oporny i silny organizm. Mówi się: "zaćmienie duszy" albo "smutek" — wyrazy, które wcale nie tłumaczą procesów, zajść i zjawisk. Nadaremnie by również za pomocą innych wyrazów i określeń usiłować odtworzyć ten kobiecy żal po stracie.
Prawdziwie, Xeni Nienaskiej nic nie mogło pocieszyć.
Wyjechała z Krakowa zaraz po pogrzebie na wieś, do zapadłej wioski nad Wisłokiem i tam, we dworze, u krewnych ojca, spędziła zimę. Co tam robiła? Czym żyła?" Tęskniła za Ryszardem" — oto wszystko, co można powiedzieć. Zimową porą częstokroć wymykała się w pola i biegnąc po zagonach ledwie przydętych wołała go po imieniu, coś mu przyobiecując w nagrodę za przybycie, jakby jeszcze był na świecie. Czasami znowu prosiła, żeby zaprząc konie i jechać saniami po drożynach, których nie znała, ale tylko po takich, których nie znała...
Zazwyczaj o zmroku chwytał ją smutek najzacieklejszy. Wtedy uchodziła do kuchni, siadała między dziewczynami wiejskimi, które się tam schodziły — wśród pokojówek i dwórek, żeby chciwie słuchać bajek, klechd, bzdur, powieści o strachach, zmorach, strzygach, widzeniach, snach — podań o zatopionych miastach, o królewnach i zamkach na szklanej górze, o napadach zbójców po nocy, o wielkich wojskach i strasznych bitwach — gawęd o diabłach i czarownicach, o widziadłach i przeczuciach. Słuchając tych baśni przepatrywała obrazy, figury i wizerunki męczarń, boleści, tęsknot, cierpień miłosnych i ślepych przedsionków śmierci, które przeżywał w ciągu wieków lud bezimienny. Za dnia, u siebie w pokoiku, zamknięta na klucz, najczęściej chodziła z kąta w kąt, nucąc samej sobie jakąś pieśń bez początku i końca...
Dużo tam szyła, cerowała, prasowała, robiła w domu z innymi. Ale wiedzieli wszyscy, którzy ją tak lubili, prości i z państwa, że cała owa robotność jest z wierzchu, że wewnątrz toczy ją skir niezgojony. I mówili wiejscy ludzie, co ją dawniejszym czasem tak radzi widzieli między sobą, z prostacką prawdomównością jej samej prosto w oczy szczere życzenie:
— żeby już tego chłopa zapomniała, żeby jej już raz wyciekł z serca ów żal zgniły... Ale dodawali wraz życzenie drugie, podspodnie: żeby go zaś całkiem nie przepominała, bo, widać, było w nim coś samo dobre, samo trwałe — skoro go tak nie może wytchnąć.
W tym czasie jej wdowieństwa kopalnie działały dalej swoim porządkiem, a nawet otwierano nowe, gdyż na pokrycie kosztów inwestycji i produkcji były jeszcze nietknięte w bankach fundusze, na imię Ryszarda Nienaskiego złożone. Inżynierowie i technicy poszczególnych działów pracowali dalej. Prowadzenia ogółu sprawy w imieniu i zastępstwie wdowy podjąć się skwapliwie jej ojciec, pan Granowski. Brał walory z banków i przekazywał je zarządom kopalnianym, jeździł do córki i zdawał jej o wszystkim sprawę, był tedy niejako łącznikiem i nieodzownym ogniwem tego wielkiego dzieła.
Córka powtarzała mu wciąż jedno — o testamencie. Wydobywała ów testament ze srebrnego woreczka i pokazywała — arkusz zakrwawionego papieru, gdzie ołówkiem, niezrozumiałymi kulfonami, coś było nabazgrane, gdzie wyrazy zalane został y przez strugi łez i wielkie krople krwi. Odczytywała tekst głosem surowym, niezłomnym, nakazującym, dodając, że wszystko tak ma być, jak napisał — ani jedna jota, ani jedna kreska nie może być zmieniona!
Groziła, że jeśli tak zaraz wdrożone nie będzie, jak rozkazał, to ona sama idzie do urzędów, władz, biur, do sejmu, wszędzie gdzie należy, i sama w głos oświadczy, co w testamencie powiedziano. Majątek cały należy do kraju. Egzekutorami są ci a ci i mają prawo być wybrani do rady zarządzającej. Wymieniała nazwiska, tłumacząc te, które były oznaczone tylko literami, żeby ojciec wiedział, zapamiętał i podał, gdyby umarła albo oszalała. Nie bolało jej nawet to, że też o niej Ryszard tak zupełnie w tym testamencie zapomniał. Ani centa! Ale dodawała wraz, że taki był, jej rycerz, więc ma być uszanowana jego wola. Gdy o tych sprawach mówiła, zjawiał się na jej twarzy uśmiech obłąkany, niewymowny, jak gdyby patrzała w oczy konającego małżonka i głos jego słyszała, który w jej usta upływa, zacichając na wieki.
Stary pan Granowski nie przeczył ani protestował. Ani jednym słóweczkiem, ani najlżejszym gestem. On tylko przezornie odwlekał chwilę zgłoszenia do władz testamentu aż do czasu zupełnego uspokojenia się Xeni. Wielokrotnie oglądał już i badał ów "testament" i stwierdził, że to jest mazanina bez wartości i znaczenia. Toteż pozostawiając w ręku Xeni ową szmatę, gromadził w swym portfelu dokumenty wyraźniejsze, jak testament Ogrodyńca, akt ślubu i prawnego złączenia Nienaskiego z Xenią, akty prawne nabycia terenów węglowych na imię swego zięcia, koncesje i dzierżawy powierzchni gruntów zajętych przez kopalnie, a nade wszystko książki czekowe. Oprócz tego starszy pan pilnie doglądał gromadzenia się i samych walorów, czystych zysków, o ile były — na wszelki wypadek. Rozumował w ten sposób, że skoro ten poczciwy fiksat, który bez broni chodził do szantażystów, ażeby ich "przekonywać" — nieboszczyk Ryszard — nic nie zapisał żonie w wyrażonym akcie, to obowiązkiem jego, ojca, i to najgłówniejszym, jest troska o zabezpieczenie losu tego rozżalonego dziś dziecka. Cokolwiek by tam miało być skutkiem owego zapisu przedśmiertnego, pan Granowski zaokrąglał sumy, i to nie byle jakie. Nosił je przy sobie i pilnował jak oka w głowie. Któż mógł wiedzieć, co wyniknie? ... Znał przecie życie...
Gdy przyjeżdżał w odwiedziny do Xeni, był łagodny i na wszystko, co tam gwarzyła, zgadzał się bez protestu. Razem sobie popłakiwali. Ona szczerze, on fałszywie. Ta jego łagodność i prawdziwa dobrotliwość obudziła w sercu Xeni płomień dawnej, czynnej i żywej dla ojca miłości. Stary pan spostrzegł i poczytywał za dobry ten objaw, za znak przebudzenia się duszy w biednej a tak ślicznej wdówce. Tymczasem było przeciwnie. W niej właśnie wrzała szalona walka dwu miłości: do ojca i do zmarłego. Te dwa czucia mocowały się w obrębie jej jestestwa jak gdyby w templum zamkniętym. Doskonale rozumiała, czego chce i dokąd zdąża ojciec. Patrzyło to z jego oczu. Wiedziała również, czego się od niej domaga Ryszard.
Drżało jej serce od wspomnień na ostatnie jego zaklęcia. Była j ak gdyby widzem — gdy w niej samej, w jej wnętrzu szła miłość na miłość, gdy się ciskał y na się, zwierały i biły w jej sercu. Chyliła się to tu, to tam. Ojca kochała starą, wrodzoną, niepojętą czcią.
On — to była przecie ona sama. Wsączył w nią wszystkie swe czucia, chcenia, pasje, pojęcia rzeczy, ludzi, piękna, ponęt świata. Lecz ten drugi, zdobywca, wdarł się w nią z miłością drugą, z jej niewysłowionym pięknem, które tak polubiła — z dumą swoich uczynków, której widok ją zachwycał aż do szału, choć mu tego nigdy, zgodnie ze swą naturą, nie wyznała. Teraz broniła go w sercu swym przed ojcem, to znaczy — przed sobą. Bo już go nie było na ziemi, a ona stała się teraz na ziemi jego instancją, wyobrazicielką, zastępczynią, jak gdyby samym nim. Tak to się w niej umarły zataił wszystek. Walczył ze wszystkim, co było z ojca. Pan Granowski, mimo przebłysków polepszenia, nie mógł dostrzec rekonwalescencji na dobre w usposobieniach Xeni, nie widział końca tej nudzącej go melancholii beztreściwej, tej — "nienasczyzny"...
Postanowił tedy jakoś radzić. Wydało mu się, że najlepiej będzie dążyć do ocknienia w niej kobiety, zmysłów, żądzy życia. Widział, że sam takiej kuracji nie potrafi przeprowadzić, tym bardziej że się zaangażował w owo opłakiwanie zmarłego dla pozyskania władzy nad sercem córki. Trudno było teraz wystąpić w innej roli. Któż wie, czyby wszystkiego nie zepsuł? Wezwał tedy do pomocy dawne przyjaciółki Xeni, jej protektorki i mistrzynie — panie Topolewską i Żwirską. Przybyły najchętniej, tym skwapliwiej, że przecie teraz Granowscy de Granno — to pachniało milionami. Pole się otwierało olbrzymie przy tak wielkim majątku, a "draba" nadzianego morałami i komunałami wcale już na świecie nie było.
Gdy Xenia po raz pierwszy zobaczyła panią Lentę w cichym dworze nadwisłockim, skinęła jej tylko głową, zamknęła drzwi do swego pokoiku i nie wyszła do stołu. Lecz te panie umiały rzecz prowadzić. Nie przeciwiły się "chorej ". Czekały kołując z dala. Chodziło im przecie tylko o rozweselenie żałośnicy. Pani Sabina puściła się na wszelkie sposoby, żeby ją rozerwać. Więc przede wszystkim anegdotki, opowiadania przy stole, niby nie jej, tylko wszystkim, szczególniej o Żydach, z bajecznym naśladowaniem żargonu, najnowsze "kawały" niewinne i wesołe, wprost niezwalczone. Gdy cały stół i służba za drzwiami, domownicy i goście pokładali się od śmiechu, i Xenia roześmiała się kilkakrotnie. Wprawdzie potem było jej jeszcze gorzej, ale wyłom był już zrobiony. Potem poszły różne wieści ze świata mody, literatury, teatru, z polityki i publicystyki, których przecie niepodobna było nie słuchać.
Pani Lenta przywiozła swe biżuterie, rzeczy cudne. Kładła je na się od niechcenia, idąc do wspólnego obiadu albo na czas poobiedniej rozmowy w salonie przy gościach. Miała chyba po temu prawo, skoro te rzeczy posiadała. Czyniła to dla swej satysfakcji, bo w Posusze — któż je mógł widzieć i ocenić? Kilkakroć oczy Xeni spoczywały z lubością na tych ślicznych precjozach, które wszyscy admirowali. Jednak rezultatem tego zainteresowania się była prośba o sprzedanie w mieście jedynego jej pierścionka pamiątkowego, który miała od Ryszarda.
Powiedziała, że za te pieniądze będzie teraz żyła, dopóki nie ozdrowieje na dobre i nie dostanie płatnej posady, kędyś tam w biurze przy kopalni "Xenia".
Z nadejściem lata, podmówiony przez panie Lentę i Sabinę, lekarz z miasta doradził Xeni, żeby wyjechała z tego miejsca w jakieś zupełnie nieznane, na przykład do miejscowości położonych z tamtej, południowej, węgierskiej strony Tatr, do Tatra — Łomnicy, nad Szczyrbskie Jezioro, do Szmeksu albo Seplaka. Radził także, ażeby się starała chodzić w tameczne góry, bawić się choć trochę, choć czasem. Pani Sabina i pani Lenta znały te miejsca na Spiszu. Postarały się, żeby tam ściągnąć różnych turystów, młodzież wesołego typu, przystojnych i dowcipnych wisusów z "polskiej strony ", artystów cygańskiego pokroju, literatów i dziennikarzy. Czarujące miejsca tameczne odrodziły Xenię fizycznie. Lubiła chodzić do Popradzkiego Jeziora i zapatrywać się godzinami na Gerlach, Łomnicę albo Rysy. Lubiła błąkać się z kimkolwiek po niezmiernych lasach spływających w Wielką Dolinę. Odbywała dalekie spacery z Łomnicy aż do Szczyrby, często nocami — w towarzystwie byle kogo, bo zawsze w milczeniu. Kochała kwiaty i nigdy nie koszone łąki leśne tameczne, które słońce południowe hoduje od wieków. Często na ławeczce w lesie spędzała długie godziny, patrząc się w czarujący pejzaż wielkiego rozdołu.
Opiekunki liczyły na to, że na jesień tego roku uda się wywieźć Xenię do Paryża. Ale kiedy raz w rozmowie wspomniały przelotnie o Paryżu, zlękły się obiedwie. Stała się blada, dzika i zła. Ponuro zajaśniały jej cudne oczy, gdy je wlepiła w panią Lentę. Rzekła do niej właśnie, że już nigdy, przenigdy do Paryża nie pojedzie. Coś niejasnego dodawała o tym, że Ryszard musiał się błąkać w ulicach tego miasta, szaleć z męczarni i aż do śmierci dochodzić — dzięki pewnemu listowi. Coś jeszcze dziecinnego gaworzyła o tym, iż ona teraz pokutuje na tych samych ulicach, chodzi za nim krok w krok, gdzie tylko był, gdzie tylko był... Tam gdzie ją podpatrywał, gdzie ją ścigał, gdy jechała w automobilu z jednym... Znowu spojrzała na panią Lentę i uśmiech niewiarygodnej w tym dziecku mściwości zajaśniał w jej twarzy.
Trzeba tedy było z tym projektem Paryża — zaczekać.
W karnawale dopiero następnego roku Xenia zdecydowała się zdjąć żałobną, czarną suknię i włożyć jasną... Stało się to w dniu koncertu znakomitego skrzypka, który w "przejeździe" Kraków odwiedził. Po koncercie pewna grupa osób ze świata sztuki, literatury i dziennikarstwa, zbliżona do pań Lenty i Sabiny, otoczyła Xenię i niemal przemocą zabrała na tak zwaną bomblerkę. Xenia w tym czasie była już nieco mniej przygnębiona. Towarzystwo dwu starszych pań, zawsze wesołych a tyle jej przyjaznych, starania ojca i żywy świat młodości, którym ją wciąż otaczano — zrobiły swoje. Zaczęła na nowo spostrzegać piękno życia. Nie znaczy to wcale, żeby zapomniała o Ryszardzie. W tajemnicy przed wszystkimi gotowała się do porzucenia Krakowa i osiedlenia w pobliżu kopalni "Xenia", gdzie już wynalazła pracę dla siebie w biurze. Tam miała żyć tak, jak tego pragnął jej zmarły. Nawet przeciwko temu dziwactwu nie protestowano przewidując, że wkrótce minie. Muzyka dawała teraz Xeni przedziwne ukojenie. Dlatego wybrała się na ów koncert. Nie umiała się oprzeć, gdy ją namawiano na jazdę do modnej restauracji — dała się zagarnąć.
Nie zdawała sobie z tego sprawy, że młodzież, która ją teraz wciąż jak rój pszczół otaczała, krąży tak pracowicie około milionów, których cyfrę fama wałęsająca się próżniaczo po obszarach galicyjskich co najmniej w dwójnasób powiększała. Nadto Kenia była piękna, teraz szczególnie, w swym zasłuchaniu się w echo zaświata, w głębokiej zadumie o sprawie nie dającej się nigdy przemyśleć. Tak dawniej dbała o efekt swej powierzchowności, teraz nie wiele na to zwracała uwagi. Stroiły ją opiekunki, panie Lenta i Sabina. W gronie młodzieży, która napełniała lożę podczas koncertu, widziała znajomych z Łomnicy i wprowadzonych po raz pierwszy. Nie czuła teraz wcale dawnych tajemnych dreszczów na widok wchodzących lowelasów. Rozmawiała uprzejmie, śmiała się i bawiła, ale zewnętrznie. W głębi niej był ów skurcz, który się mścił za każdą chwilę zapomnienia o "nim". W ustach słowa, sądy, opinie, nawet żarty — a w sercu inny bieg uczuć, inne logiczne przesłanki i wnioski. Nikt nie widział i nie był w stanie dostrzec częstych dreszczyków, które ją wskroś śmiechu przebiegały, ani pewnych szczególnych przymrużeń oczu, gdy na pozór obojętnie w przestwór patrzała. Spojrzenie jej widziało wówczas jakiś szczegół z kraju wspomnień — który właśnie ukazał się i żałośnie znikał w swym grobie... Oto muzyka. Cudowny brzmi ton skrzypcowy. Sama go słyszy i wszyscy go słyszą. Skądże poza nim ów cichy szept z daleka nadlatujący, lament bezlitosny? ...
Jednej rzeczy nienawidziła — to powłóczystych i ad hoc sfabrykowanych spojrzeń namiętnych, które ją ze wszystkich stron napastowały i goniły. Oczy jej cofały się teraz, unikając zbrodni miłosnego spojrzenia. Nie czuła przecie sympatii do nikogo i raczej wstręt żywiła do mężczyzn niż sympatię. Tymczasem "młodzież " z tym właśnie się nastręczała. Każdy z wchodzących od tego rozpoczynał rozmowę, że rzucił w ofiarę ów harpun spojrzenia.
Byli to wszystko ludzie wypróbowani w sztuce "zdobywania kobiet", przeważnie malarze, rzeźbiarze, poeci — kwiat i chluba Krakowa.
Wśród nich rej wodził młody malarz Leszek Snica, który, jak wszyscy niemal polscy malarze, a jest ich wiele tysięcy, był "artystą z bożej łaski" — "dużo umiał i widział", ocierał się o wszelkie tajniki sztuki "na Zachodzie", a nadto miał swoją własną metodę wyrażania absolutu za pomocą cynobru, kobaltu i kremserwajsu. Był to prześliczny jegomość, ciemny brunet z niebieskimi oczyma. Wspaniałe włosy, odczesane z jednego boku i białości czoła, czarną kaskadą spadały aż na wyświechtany kołnierz surduta. Artysta ten drwił z życia i śmierci, z praw i obyczajów, z cnót i występków. Był najzupełniej "z tamtej strony". Znał tylko S z t u k ę. Mówiono, że z kobietami postępował nieco za surowo, z niektórymi — nawet okrutnie.
Jeżeli brak mu było pieniędzy, co się niezbyt rzadko zdarzało, a spostrzegł w ręku znajomej portmonetkę obarczoną nadmiarem banknotów, brał "to" do ręki z żartów, dla obejrzenia powierzchni — z żartów przerzucał zawartość, szydził dowcipnie z burżujstwa. wreszcie chował wyż wzmiankowaną portmonetkę do swej kieszeni, mówiąc: — Pani ma tego męża (ewentualnie: brata albo matkę) — a ja co mam? Długi! Teraz mi akurat diabelnie potrzeba na zapłacenie jednego burżuja... Da Bóg doczekać, to się to pani zwróci z podziękowaniem... Oczywiście uchodziło to wielokroć pięknemu figlarzowi. Życiorys jego pełen był przygód tego rodzaju.
Najcharakterystyczniejszym jednakże w życiorysie tego zawadiaki był pewien zakład wygrany w Paryżu Pito w knajpie. Mieszkała w tejże dzielnicy sama jedna młoda panna, Polka, studiująca coś tam w Sorbonie. Była ładna, ale głupio skromna i nad potrzebę — zastrachana.
Nie znała się z nikim z kolonii polskiej, zajęta wyłącznie swymi studiami. W gronie genialnych artystów knajpujących mówiono o niej. Stanął gruby zakład. Leszek Snica podjął się pójść o tejże nadrannej godzinie do mieszkania owej panny w wiadomym celu. Istotnie zaraz poszedł. Zadzwonił do drzwi kamienicy. Gdy odźwierni pytali go, do kogo idzie, wymienił nazwisko owej panny i jakieś podał legitymacje przekonywające, bo go wpuszczono! Przyszedł do jej drzwi i zakołatał. Gdy przybiegła wystraszona, pytając, kto się dobija, Snica wymienił jakieś tam nazwisko i żądał, ażeby go do siebie wpuściła. Oczywiście skromnisia z przerażeniem odpowiedziała mu przez drzwi, że go nie zna, i żądała, żeby natychmiast precz się wynosił. Wówczas Leszek począł walić w jej drzwi, kopać w nie nogami, łomotać. Owa panna w strachu uciekła do swego łóżka i nic już nie odpowiadała. Wówczas artysta zemścił się za jej upór w sposób wyrafinowany. Mianowicie — zostawił pode drzwiami owej polskiej wiochny dowód tak niezbity swojego tam pobytu w nocy, że nikt nie miał wątpliwości o hańbie panny. Zeszedł spokojnie i wrócił do kompanii. Nazajutrz pannicę wyrzucono z domu z betami i długo zapewne musiała szukać w Paryżu lokalu osoba, mająca tak nocnych (nie) znajomych.
Ów Leszek Śnica zagiął obecnie parol na smutną wdówkę, Xenię. Postanowił przygarnąć i ogarnąć damulę wraz z jej walorami i całym smętkiem. Lecz że nie on jeden powziął w tym czasie takie postanowienie, więc sprawa była dosyć zagmatwana.
Drugim z najbardziej zdążających do tego celu był poeta Wacław Jaktor. Był to człowiek nieco schorzały, przesiąknięty "kulturą łacińską" tak dalece, iż literalnie cuchnął cytatami. W każdej rozmowie wychodził stamtąd albo tam wracał. Wciąż miał na ustach Tete d' 0r albo La Ville Claudela, przytaczał Jammesa, Peguy, Rette... Już na koncercie egzaminował Xenię z tych autorów. Miała nieszczęście wspomnieć o innych pisarzach, których lubiła. Wtedy z dzikim ferworem począł walczyć z krytykiem Andrzejem Suarezem, szczególniej za jego rozprawy o Stendhalu i Dostojewskim. Xenia w nieuctwie swym sądziła, że ów Suarez jest może obecny na tymże koncercie, skoro tak rozjusza poetę. Jak gdyby dla uśmierzenia swego gniewu Jaktor wydobył małe tekturowe pudełeczko, otworzył je i ukazał wewnątrz szarosrebrzyste pigułki. Podsunął to Xeni.
— Co to jest? — spytała uprzejmie.
— Haszysz... — odpowiedział poeta z niewymowną naturalnością.
Ona uśmiechnęła się i przecząco potrząsnęła głową. Po chwili przyszło jej na myśl dziwaczne zachcenie... Nachyliła się, niby to oglądając pigułki, i prztyknęła od spodu w to pudełeczko, aż cała jego zawartość rozsypała się po loży. Przeprosiła za ten swój wyskok bardzo grzecznie poetę mówiąc z nieśmiałym uśmiechem, że jej taki uczynek podszepnięto...
Poeta się obraził — z lekka zresztą. Ale wtedy spytała go z uprzedzającą, niską pokorą:
— Proszę pana, chciałam o jedną rzecz pana zapytać...
— Słucham, pani.
— Dlaczego pan nic nie robi?
— Ja nic nie robię? Ależ, pani! Któż pracuje, jeżeli nie ja?
— A co pan robi?
— Jestem... lirykiem... — rzekł z bolesną samokrytyką.
— Ja się dziwię. . .
— Czemu się pani dziwi?
— Że pan jest taki, z tymi pigułkami... pan na mnie sprawia wrażenie człowieka, który nic nie robi. Pan musi być bardzo lękliwego usposobienia. Ale może się mylę...
Poeta patrzył w nią oczyma, w których malowała się bezdenna nienawiść. Wnet jednakże schował ten nastrój. Przybrał zwykły wyraz, wyraz zawrotnej melancholii. Xenia patrzyła na niego spod oka i rzekła bardzo cicho:
— Prawda, panie, że ten pan Leszek Snica to jest demon korytarzowy?
— Nie wiem nic o panu Śnicy.
— Ja także.
— A dlaczego pani tak go nazywa?
— Ja go się o jedną rzecz zapytam... — szepnęła — Panie! — rzekła do Śnicy.
— Słucham!
— Czy pan znał jedną panią, nazwiskiem Wanda Orlińska?
— Bagatela! Pani Wandulka! Cudo mężatka!
— Pan pamięta, jak to ona chorowała na zapalenie płuc w hotelu, w Warszawie? Przyjechała wtedy pierwszy raz do Warszawy i zachorowała. Sama mi to mówiła. Pan ją jeden jedyny, poczciwy znajomy, odwiedzał w tej chorobie. Pana jednego tam znała, do pana się zgłosiła listownie w tej swojej biedzie.
— Pani! Rumienię się... Pragnę być cnotliwym w ukryciu. To moja zasada.
— Prosiła wtedy ta biedna Wanda, żeby pan jej przyniósł z apteki lekarstwo. Dała panu w rękę do zmiany sto rubli z tym, żeby pan zapłacił za lekarstwo i zmienił te pieniądze — prawda?
Śnica patrzał w Xenię jastrzębimi oczyma, bez zmrużenia ich na chwilę.
— Chce pani powiedzieć, żem ja wtedy tej poczciwej pani Wandulce owe sto rubli... I że mię ani oko, ani ucho... o to chodzi?
— Ależ nie! Właśnie, że nie o to chodzi. Tamto oczywiście... ona i tak wyzdrowiała. Prawda? Pan jest demon nie tylko korytarzowy...
Śnica odgarnął z czoła lwią grzywę i patrzał w oczy Xeni z bolesnym wyrzutem. Po chwili uśmiechał się już do niej z bestialską pokusą.
Jednakże z chwili jego, bądź co bądź konsternacji skorzystał poeta, żeby wszcząć rozmowę na temat swej pracowitości. Zabolała go, widać, uwaga Xeni, że nic nie robi. Począł szeroko i długo mówić o tym, czym jest w ogóle praca, zatapiać się w ten problemat nicując go ze strony filozoficznej i społecznej. Skończyło się, oczywiście, na cytatach z Benedetta Croce. Poeta nie mógł sobie odmówić przytoczenia jednego aforyzmu z Cultura e vite morale.
Mówił tedy dosłownie wyrazami Crocego: "Il socialismo? Credo che sia mor — to..." Stąd wychodząc, Jaktor chciał swej pięknej słuchaczce wyjaśnić rolę poety w nowoczesnym społeczeństwie, rolę pracy poety w dorobku ludzkim, i udowodnić, jak dalece myliła się mówiąc, iż nic nie robi.
Był to wszakże szczegół źle do tej rozmowy wybrany. Xenia pobladła i stawała się coraz bardziej ponurą. To nazwisko pisarza przypomniało jej chwilę jedną, tak, zda się, niedawną.
Czytał jej coś z włoskiej książki. Tak się właśnie nazywał ten pisarz: Benedetto Croce. Po swojemu zapalał się, dowodził chodząc po pokoju. Nie chciało się jej wtedy słuchać. Była innymi, lekkimi myślami zajęta. Powiedziała mu to w przykry sposób, iż ją wcale nie obchodzi, co on czyta i mówi w owej chwili — aż zamilkł. Czemuż wtedy nie słuchała? Któż wiedział? A teraz do niej coś taki oto wałkoń mówi o tym samym, a ona nic nie wie, bo go wtedy nie posłuchała. A może teraz ma do niej o to samo żal? Jakżeby go za tamte chwilę przeprosić? Poczuła w sobie jego ówczesny żal i swój dzisiejszy, niezwyciężony, nieprzemożony...
Zębami zagryzała na ustach; jęk. Siedziała naprzeciwko poety Jaktora, który bawił się jej rękawiczką, grzecznie uśmiechnięta. Słuchała, co mówił. W pewnej chwili wtrąciła:
— Nie rozumiem tego, co pan mówi.
— Czy tak? Może powtórzyć?
— Dziękuję panu. Ja tego nie zrozumiem już nigdy. Mogłam i nie zrozumiałam — dodała kiwając głową.
— Jak to?
— Bo jestem bardzo głupia... — szepnęła patrząc w przestrzeń z niezgłębioną rozpaczą.
Gdy przyjechano do knajpy, było tam już niewiele osób. Artyści — bywalcy, "panowie" (a raczej kandydaci na panów) — zamówili gabinet na kilkanaście osób. Ruch powstał wśród lokajów. Otwarto natychmiast drzwi do owego gabinetu i zapalono tam światło elektryczne.
Stół długi, wysiedziane kanapy, sztuczne palmy, ogromne lustra, porysowane brylantami dziewek...
Krzesła tam były złożone nogami do góry na owym stole, ale je w mig ustawiono. Nakryto stół obrusem. Xenia weszła za innymi do tego pokoju i poczuła w sobie nagły przypływ wesołości. Atmosfera tej ubikacji (być może) wytworzyła w niej właśnie przypływ, nawet nadmiar wesela. Wzięła się na siłę z samą sobą i pomyślała:
"A gdyby tak dzisiaj upić się jak bela? Jak kłoda? Nie myśleć?"
Zasiadła w pobliżu pani Lenty, która ogarnęła kanapę — zapadła się w tym sprzęcie jak w łóżku. Pani Sabina poprawiając włosy przed lustrem nuciła:
Więc powiem wam w sekrecie
Bo po cóż taić mam?
Że byłam w gabinecie
Z lalusiem sam na sam...
Wnoszono z pośpiechem i rozstawiano talerze. Starszy garson spisywał na karcie zamówienia. Xenia, gdy na nią kolej przyszła, zamówiła jakieś mięso, a po chwili dodała:
— I flaszkę Roederera...
Pani Żwirska rzuciła w stronę pani Saby porozumiewawcze spojrzenie. Pani Topolewska powtórzyła strofkę swej piosenki i końcem języka oblizała górną wargę. "Panowie", których było ze siedmiu, naradzali się między sobą bardzo intensywnie. Xenia nachyliła się do pani Sabiny i szepnęła:
— Niech ciocia da niesmacznie znać temu dryblasowi Śnicy, że ja za niego zapłacę. Jeżeli jeszcze który nie ma pieniędzy, to także...
— Ależ, Xeniu, to są ludzie z towarzystwa! ...
— Ja wiem, z jakiego oni są towarzystwa. Niech ciocia się przypatrzy, jak usiłują jedni drugich naciągnąć. A żaden nie ma gotówki... Po co to?
— To nie nasza rzecz płacić rachunki!
— Ja chcę płacić za siebie i za tych, którzy są ubodzy. Przecie Snica jest ubogi, pochodzi z jakichś łyków. Dziś się upiję, bo jestem bardzo smutna.
— A kiedyż ty jesteś wesoła, moje dziecko?
Pani Sabina wzruszyła ramionami, lecz ostatecznie porozumiała się ze Śnicą. On słuchał tego ze zmarszczoną powieką, z wyrazem dumy na twarzy. Koniec końców wzniósł oczy w górę i westchnął. Rzecz była umówiona. W trakcie tego Xenia myślała:
"Żebym to mogła poznać jakiego człowieka. Człowieka starego i dobrego, który by znał świat nie po naszemu, nie po babsku. Z nikim mię nie zapoznał... A teraz co? Takie wycieruchy..."
Śmiejąc się do wszystkich, wesoło dowcipkując myślała jeszcze:
"Gdy już na dobre pojadę do kopalni, zapoznam się bliżej z ludźmi i gdzieś znajdę takiego, co by mi poradził. Ci «porządni», co ich Ryszard tak wychwalał, inżynierowie, technicy, to — po pierwsze — nudziary i prostactwo, a — po drugie — takie same karierowicze i aferzyści jak i ci wszarze ze świata «sztuki». Tylko spojrzeć uważniej, wszędzi e to samo ". W głębokiej zadumie stwierdziła przed samą sobą:
"On to był jakoś inny. Ale też zrobił — pociągnął mię ku sobie, a teraz zostawił samiuteńką.
Ponauczał mię swoich sekretów, a kazał żyć wpośród tych. Jestem jak chłopka, co to wyszła za pana. Chłopami się brzydzi, a państwo się nią brzydzą. Żyj, jak chcesz".
Przyniesiono na wielkiej tacy hors d 'oeuvre 'y, kanapki, rozstawiono kieliszki do wódek i koniaków. Xenia wypiła dwa kieliszki. Obok niej zajął miejsce Leszek Snica, naprzeciwko był poeta Jaktor, dalej siedziała królowa snobinetek, żona dziennikarza Horna, która do szału, do ostatnich granic ekstazy uwielbiała wszystko będące niejako na kadencji mody w muzyce, malarstwie, na scenie. Dalej siedział w milczenie i zajadanie pogrążony znakomity publicysta Horn, dalej, już w sferze wpływów pani Lenty, pewien obiecujący kompozytor muzyczny, Wannicki — pod okiem zaś i pod ręką pani Sabiny łysawy powieśdopisarz Strawski, wreszcie kilku młodych ludzi dobijających się sławy w dziedzinie już to malarstwa, już literatury. Nazwiska tych były poplątane i, w ustach znakomitego poety Jaktora, przeskakiwały z osoby na osobę — o co się tamci nie gniewali. Początkujący wielcy ludzie. Gdy podano potrawy, Xenia piła kieliszek za kieliszkiem, które jej Śnica napełniał. Rozmawiała z nim o wszelkich rzeczach, zdając sobie wciąż sprawę, że oto pod wpływem wina wewnętrzne jej zmory przycichły. Oddaliły się od serca uciski. W pewnej chwili z dzikością pomyślała:
"Już to trzeba przyznać, że on mię oduczył wesołości! Literalnie wypruł ze mnie wesołość! ..."
Pierwszy raz od śmierci Ryszarda myślała o nim w formie o n, nie w formie t y... Przypomniało jej się, że dopóki była sama i zanim się w nim tak zakochała, świat dla niej był istnym cyrkiem. On ją chwycił na tę swoją wędę jak wolną rybę z wartkiej rzeki. Zaczęły się smutki miłości. A teraz co? Świat — to cmentarz. A teraz co? — Umarł!
Podniosła do ust płaski kieliszek i chciwie ciągnęła złoty płyn. Zobaczyła w wielkim lustrze odbicie swojej postaci i pierwszy raz od tylu czasów z rozkoszą i uwielbieniem dawnym przypatrzyła się sobie. Przegięła niepostrzeżenie głowę, dostrzegła nieposzlakowany zarys profilu swej twarzy... I oto żywiej niż od płynu zagrała w niej dawna radość na widok piękności wizerunku oblicza.
"Brakuje mi to czego?" — pomyślała.
Rzuciła brylantowy błysk spojrzenia po tych mężczyznach i uczuła w sercu kobiecą chciwość rozkoszy. Wtedy właśnie nica pokazywał jej jakiś rysunek w l 'Art Décoratif, które miał ze sobą. Nachylił się, zasłonił zeszytem pisma róg stołu. W tej samej chwili jego ręka prawa spoczęła na kolanie Xeni. Palce tej ręki poczęły zbierać w fałdy suknię i unosić ją coraz wyżej. Odsunęła się od niego, lecz ociężale i z wolna. Och, jakże to dawno nie doświadczała przejmującej śmiertelną rozkoszą męskiej pieszczoty! Myśli jej były teraz rozigrane i jakieś świętokradzkie:
"Zdaje się — myślała — że to Ryszard tak wyprawiał z Lentą czy z Sabą w powozie. Ciekawam, czy z obiedwiema na raz..."
Gwar rozmowy stawał się coraz żywszy, coraz głośniejszy. Strzelały korki butelek i wino spływało w przezroczyste kielichy. Poeta deklamował pani Hornowej jakiś wiersz francuski.
Xenia zwróciła się do Śnicy i patrzyła mu w oczy tak bezczelnie, że aż w tych zimnych źrenicach istnego jastrzębia coś zamigotało. Patrząc tak ciągle, rozmyślała:
"Gdyby też za pomocą takiego środka można było usunąć go, zepchnąć ze siebie, wytrącić z piersi... Przecie umarł! Czyż na zawsze mam być jego niewolnicą?"
Głośno rzekła:
— Czy to pan i portrety maluje tymi kubami?
— Panią? Ależ! ...
— O, broń mię, Boże, od pozowania!
— Namalowałbym panią najstarszym mydlarskim sposobem, zupełnie jak dziadzio Ingres.
Nawet mógłbym tak jak on to "ÂŹródło"... U spodu wystawiłbym dobrze "trafionego "kotka z jednej strony, a z drugiej strony myszkę. To byłoby coś "tak ślicznego", że pani Hornowa dostałaby drgawek z zachwytu. Drgałaby przez cały czas jesiennej wystawy.
— Ileż to mógłby kosztować taki konterfekt?
— Nie pójdziemy o to do wójta! Jak na jedyną w tym kraju milionerkę — powiedzmy...
— Milionerkę! Czasy mamy ciężkie! Czy pan tego nawet nie odczuwa, że mamy finansowe przesilenie?
— Ja nie odczuwam finansowego przesilenia? To jest jedyna rzecz, którą odczuwam do gruntu, do ostatniej kurtki, którą odczuwam jak nikt w tym kraju. Pito coraz bezładniej. Młody muzyk począł odwalać na pianinie swe kompozycje — któryś z literatów chciał uczynić zadość życzeniu pani Lenty i przesiąść się na kanapę. Ale że trudno było dostać się tam drogą naturalną, więc przemycał się pod stołem. Trwało to bajecznie długo, gdyż przejście obfitowało w przeszkody. Gdy się wynurzył między damami na kanapie, był rozczochrany, jakby wracał z wycieczki na Orlą Perć. Xenia śmiała się do rozpuku, pokładała się od chichotu — na pozór z tego, że ów literat przekradał się pod stołem — lecz w gruncie rzeczy z czego innego. Oto Snica stawał się bezczelnie odważnym. Literalnie nie mogła obok niego siedzieć. Znajdowała, że to jest ordynarne i chamskie, lecz czuła, że ją wino zupełnie rozkleiło.
Wtedy to, wśród śmiechu, tarzając się na poręczy kanapy, uczuła, że ją przeszywa straszliwe zimno, jak gdyby cienki sopel lodu, drżący a przenikliwy niby szpada, wbijał się coraz wyżej w jej stos pacierzowy. Chwyciło ją omglenie i niewytłumaczony niepokój. Zerwała się z miejsca i powiedziała, że się czuje niedobrze. Śnica zrobił jej zaraz miejsce. Szła ociężałymi kroki do drzwi gabinetu, czując, że ów sopel lodu znowu, lecz teraz ze zdwojoną siłą, przebija ją na wskroś. Gdy doszła do drzwi, Śnica ją podtrzymał, gdyż byłaby upadła. Objął ją troskliwie i wyprowadził do sąsiedniego gabinetu, gdzie było ciemno. Tam usiadła na jakiejś sofie. On obok. Podtrzymywał ją i uspokajał czule, łagodnie. Była pijana i doznała rozkoszy złudzenia, że to Ryszard jest obok niej. Chciała coś powiedzieć jak do męża, wytłumaczyć mu, co jej jest — gdy wtem po raz trzeci zimno ją zatrzęsło, osiadło w ramionach na długą chwilę i osaczyło czaszkę, niby korona z lodu. Otrzeźwiała zupełnie.
Świadomość tego, co ona tam robi, gdzie jest i z kim, ścisnęła ją za gardło. Rozpacz sroga, dzika, ślepa, bezdenna!
Śnica przechylił jej głowę i do ust zbliżył swe usta. Policzek odtrącił go daleko. Całe towarzystwo było już w tym punkcie zabawy, że odgłos policzka wywołał szaloną uciechę. Rozległy się oklaski, okrzyki radosne, rubaszne dowcipy. Porwano się od stołu i ze śmiechem śpieszono na ratunek.
Tyfus, który nazajutrz lekarze stwierdzili w organizmie Xeni, musiał ją od dawna nurtować. Pan Granowski sprosił specjalistów, a ci na konsylium orzekli o niewątpliwości tej właśnie choroby. Przeniesiono wdowę do zakładu, do cichego pokoju, którego okno wychodziło na cichy ogród. Białe miała łóżko i biały koc na nogach. W oknach ciężkie firanki, zapuszczone nocami aż do dolnej ramy...
Było jej tu jak gdyby lepiej niż tam, gdzie stale mieszkała. Nie chodziła już ciemnymi jaskiniami swego podziemia. Nie tęskniła. Wielkie bóle głowy zamykały jej oczy, odwracały wzrok w jakoweś inne dziedziny i postronnymi, przymusowymi obrazy napełniały widnokrąg.
Popłoch się uczynił wśród młodzieży. Szerzyły go dwie przyjaciółki, które tyle sobie obiecywały po nawróceniu się smętnicy. Co dzień przychodziły w odwiedziny, lecz nie zawsze je wpuszczano. Jeżeli której z nich wolno było wejść do pokoju, to tylko do jego środka, mało gawędzić i bez podawania ręki. Siedziały tedy w rozmównicy domu zdrowia, biorąc sobie do asysty we współczuciu to tego, to owego z młodych ludzi. Panowie nie byli dopuszczani przez lekarzy do pokoju chorej. Stan jej był bardzo ciężki. Gorączka stała i wielka. Towarzystwo, wyczekujące na wiadomości w poczekalni, badało w sposób bezowocny przyczyny i miejsca możliwości inkubacji tej choroby. Przychodzono do wniosku, że pacjentka musiała napić się wody, gdy sama jeździła do kopalni, co przedsiębrała ostatnimi czasy dosyć często.
Na ten temat wygłaszano różne roztropne zdania i czyniono słuszne uwagi.
Z rzeczy swych Xenia nie miała w tej separatce prawie nic. W szafie trochę bielizny — na wieszadle futro — rotundę, w którym ją tutaj przywieziono — miękkie pantofle przy łóżku.
Tylko w szufladzie stolika przechowywała jedną jedyną pamiątkę po zmarłym mężu — srebrny worek podręczny, a w nim schowany testament.
Jednej nocy gorączka podniosła się do najwyższego gradusa. Xenia leżała na wznak. Rozwartymi oczyma patrzyła w sufit. Sufit był ciemny, obcy. Tylko jeden biały promyczek lampy elektrycznej jarzącej się na korytarzu przedzierał się wskroś górnej we drzwiach szczeliny.
Na tym promyczku, jakby na haku, zawisł wzrok. Teraz dopiero wszystko jaśniej ujrzała. Ten to jej maleńki w ciemności promyczek wszystko rozświetlił. Rozum w ogniu wewnętrznym jak gdyby przepalił się, spopielał i przygasł. Nastało zwolnienie i odprawa biegu myśli. Ich miejsce zajęła głęboka i wszechwidząca zaduma. Jakoweś przymusowe, natrętne, niezwalczone obrazy dane zostały pamięci do wszechstronnego rozpatrzenia. Wyobraźnia stała się widzącą wszystko na świecie i w głębiach. Tuman widzeń płynął, jak chciał i dokąd chciał.
Niepojętą była szybkość oglądania zjawisk, stanów i niepowstrzymaną była przenikliwość dostrzeżeń. Wszystko się otwarło i wszystko było dostępne. Xenia pojmowała światło księżyca, które stało tej nocy w przestworze, i miała przed sobą życie ziemi, jakiekolwiek i gdziekolwiek było. Czuła za drzewa nieruchome i wiedziała, czego doświadczają. Obejmowała pamięcią wszystkie rzeczy minione, o które tylko w locie swym potknęło się jej wspomnienie. Miała w sobie nieprzebraną pełnię uczuć, wszystek ich początek, wzrost, życie, szaleństwo i upadek. Nie tylko swoje wzruszenia ogarnęła niezwalczoną władzą pamięci, lecz także wszystko, co za żywota swego przeżył on, przechodzień...
Mówi się, iż był to symptom choroby, znak tej tajemniczej sprawy, która się w zdrowym organizmie dokonywała. Mówi się, iż choroba nie jest nigdy jakowymś izolowanym, samoistnym procesem natury, lecz tylko szeregiem częściowych zmian w zajściach fizjologicznych organizmu. Lecz z jakichże źródeł niewiadomych i dotychczas nie istniejących w tym organizmie wytrysły fale przedziwnej, pozarozumowej pojętności? Co nadało duszy ten czarodziejski przywilej, iż mogła widzieć zajścia tak niesłychane, scenę wstrząsającą aż do najgłębszej istoty uczucia — boskiego dramatu . swojego na ziemi bytowania? Z podziwem i srogim wzruszeniem zaciekawienia Xenia patrzyła na te przygody, które były tak bezwzględnie obce i nowe, nigdy się i nigdzie nie wydarzyły, a przecież kędyś, stokroć pewniej niż jakakolwiek rzeczywistość, zostały dokonane — w nieprzemierzonym ogromie ducha czy we wszechmądrym miłosierdziu Boga...
Była to widna, księżycowa noc wczesną jesienią — we Francji. Jeszcze drzewa nie utraciły liści, ale już je zatruł jad skonu. Zamglone światło księżyca nieruchomo leżało na gałęziach wysokich sokor i topoli. Stary był ów otoczony murem ogród willi z osiemnastego wieku — w Chaville pod Paryżem. Mur niezbyt wysoki, gruby, z poczerniałej cegły, na szczycie swym okryty rzęsiście wmurowaną w cement ostrą szczeciną z tłuczonego szkła. Ten najeżony, zębaty wierzchołek ogrodzenia połyskiwał w świetle księżyca tysiącem igieł, nożyc, pił, haków...
Toż to ona sama — nazwiskiem niegdyś Granowska, imieniem Xenia — mieszka w tej starej i bogatej willi w Chaville z mężem swym czy kochankiem, malarzem Leszkiem Śnicą. Taki porządek przyszłości ukazało widzenie. Czemu taki a nie inny? Któż to zrozumie logikę snu?
Tam na rogu, w prawym skrzydle jest pracownia nowego "pana" — szeroka galeria z górnym światłem, zawieszona gobelinami i dywanami, tak ciekawa dla zgromadzonych przez znawcę brązów, zbroi, makat, sztychów, rzeźb, zabytków, japońskich i etruskich waz...
W drugim skrzydle mieści się mieszkanie "pani". W te to okna pada światło księżyca.
Ciemne żaluzje, spuszczone aż do samej dolnej ramy, nie przepuszczają blasku, toteż on trwa obity i uwięziony w szybach niby w lustrze. Ciemno w pokoju. Tylko jeden mały na suficie promyczek o wszystkim powiada...
Skąd Ryszard wyszedł i jakimi dąży drogami, tego rozumem nie wiedziała, gdyż nie mogła się zdobyć na żadne przypuszczenie. Spostrzegła go dopiero wtedy, gdy się przedzierał w dali poprzez rowy zarośnięte trawą, rzęsą i skrzekiem, pełne rudej wilgoci i niskiego tataraku — gdy przesadzał kolczaste płoty cudzych warzywnych ogrodów — gdy się darł przez żywopłoty berberysu i dzikiego agrestu. Słyszała wciąż jego kroki, chlupanie błota i szelest, szastanie się, szurganie butów. Miał na bieliźnie tylko płaszcz, więzienny, zakonny czy żołnierski, i długie polskie buty, wdziane na bose nogi. Tak długo dążył do tego domu, wędrowiec samotny, błędny tułacz, odszczepieniec od wszystkiego. Ludzie go nie zrozumieli, ukamieniowali swą głupotą. Noc go smutna zaskoczyła w pielgrzymstwie...
Ale oto wreszcie trafił na mur okalający willę i ogród, na mur, którego dachówką jest nieszczędnie rozsypane tłuczone szkło. Przyszedł od tyłu posesji i — nic dziwnego — nie znalazł tam bramy ni furtki. Czuła wszystkimi jego czuciami i łoskot jego strudzonego serca miała w swej piersi, ponieważ wszystko tej nocy i za wszystko wiedzieć mogła. Wsparł się na zimnym, cudzym murze. Widziała jego oczyma, gdy patrzał w okna jej sypialni, gdzie mieszka jako Śnicy kochanka. Och, światło, światło księżyca, padające w okna Xeni, cudzej kochanki!
Och, światło, światło! Leżało na szybach nieruchome, niezmienne, lśniło nieporuszone — obraz przemocy, której nic złamać nie może. Podniosła się w jego piersiach waleczna moc przeciwko temu zwierciadłu potęgi szatana na ziemi, boleść zbyt wielka, ponad możność objęcia i zniesienia przez serce człowiecze. Nieprzebłagany anioł złego ukazał jego źrenicom w tych białych szybach szkła, w tym lustrze zapomnienia dowód swojego tryumfu. Xenia słyszała ciszę tamtego ogrodu i patrzyła na dzieje uczuć idące wpośród niezmąconego milczenia.
Ręce jego przerzuciły się poprzez ten mur i piersi podały naprzód, ażeby go przesadzić, ale ciężar świadomości o dokonaniu przeważył wszystkie siły ciała. I tak oto zwisły tu i tam, z głową nisko upadłą na stronę ogrodu, samotny potępieniec, został przewieszony na murze w swojej bezdennej niedoli. Być może, iż tam wylewał nędzne łzy, być może, iż zaklinał ludzkie czucie, ażeby już na zawsze znikło i odeszło z jego duszy. Być może, iż wzywał Boga.
Dopiero późno — późno w nocy, — gdy cisza stała się tak głęboką i zupełną jak jego ostatnie potępienie, podźwignął ciężkie kowadło głowy, podparł je rękami i patrzył w białe szyby sypialni.
Czekała na to, co jeszcze uczyni ten nocny gość. Jak złodziej wciągnął się na mur, odchylił swój zbrudzony płaszcz, zakonny czy żołnierski, i na wznak położył się na tłuczonym szkle.
Zrozumiała, że, zaiste, tylko to jedyne... Uczula, jak się wrzynała w niego ta podobizna włosiennicy. Patrzyła z rozkoszą na jego usta i oczy zwrócone w wysokie niebo. Tarcza księżyca zaniesiona była wiotką, nieruchomą mgłą o kolorze miedzi. Wszystkie wichry myśli z czterech stron świata były teraz w tej jednej głowie. Gdy krew spływać poczęła po chropawości muru, czuła za niego wszystko, od krańca do krańca, od podmuchów szaleństwa aż do obłudnej cichości pociechy, co gąbką z octem zwilża wargi. Słyszała, jak te wargi szepcą:
— Już nie ma mnie w jej sercu. Przyszło już zapomnienie i podłość zdrady. Serce moje jest w niej na wieki, a miłość moja — wiernością w pustce. Bądź błogosławiony za wszystko, com zobaczył i przecierpiał!
I zobaczyła sprawę najprzedziwniejszą — zarazem przebaczenie i zarazem samotną miłość wiekuistą.
Wtedy poderwała się w sypialni swej, jakby ptak przez świtanie ockniony. Cichy, radosny śmiech zaniósł się w jej sercu jak za dawnych, pradawnych godzin dzieciństwa. Szeptała:
— Jestem niewinna, Panie! Ty widzisz sam duszę moją. Ani na jedną najkrótszą chwilę nie przestałam miłować tego człowieka. Ale otaczały mię pokusy wewnątrz mnie samej i tyle zdrad, tak wielka ponętność grzechów. Nie wiedziałam, co jest grzech, a co cnota.
Wstała. Na palcach zbliżyła się do okna i uchyliła ciężką, czarną żaluzję. Gdy w szybach poruszyło się odbite światło księżyca, coś stało się w ogrodzie. Nie mogła zrozumieć... Zeszła po ciemnych schodach, minęła czarne pokoje. Bez szelestu poruszyły się szklane drzwi na dole. Blask łamiący się w nich znowu coś straszliwego wywołał w ogrodzie.
Zeszła tam w towarzystwie Teresy Neville, która czekała na dole.
Szły obiedwie poprzez ten sad bezszelestnie, z palcami na ustach, żeby się najlżejszym ruchem nie zdradzić. Poruszały się między martwymi drzewami tak cicho i niepostrzeżenie, jakby były dwoma pasmami mgły. Zobaczył je przecież białe i na poły wyraźne, istne upiory, gdy mknęły uliczką ogrodu.
Dostrzegł, że u wylotu ciemnego szpaleru całują się, jak wówczas w mroku ulicy Notre — Dame — des — Champs i jak kiedy indziej na tle kościoła Madeleine. Nie poruszył głową ani ręką nie skinął. Leżał w cieniu olbrzymiego drzewa topoli niewidzialny, mroczny, martwy.
Było teraz tak, jakby o jego bytności nic nie wiedziała — było tak, jak zawsze, gdy się znalazła w towarzystwie Teresy. Weszły obiedwie do altany ocienionej czerwonymi liśćmi dzikiego wina, skryły się doskonale i poczęły rozmawiać. Zawsze z nią było tak rozkosznie, tak dobrze i wesoło rozmawiać! Teresa wiedziała tyle rzeczy niedostępnych, spraw i sprawek tajnych dla młodej kobiety — wiedziała doprawdy wszystko o kobiecie i wszystko o mężczyźnie — znała się na zachodach, podstępach, przeszpiegach, pułapkach, na oszustwach i zdradach mężczyzn — umiała w każdej okoliczności rozpoznać manewr każdego z nich i w tej chwili oceniała bez błędu, "jaki to jest nowy rodzaj zwierzęcia". Od błysku oka zdolna była przeniknąć rodzaj ponęty, jakość zamysłu, siłę napaści i miarę łotrostwa mężczyzny przeciw kobiecie — a nadto władała olbrzymim zasobem wiadomości o mamidłach i oszustwach miłosnych, o rozkosznych i powolnych truciznach, jakimi kobieta ma się bronić przeciwko niemu. Zresztą posiadła przez swe życie wiedzę o rozkoszy we wszelkich jej postaciach i gatunkach, sekretną znajomość tajemnic. Na każde pytanie miała odpowiedź zdumiewająco ni eomylną. Była jak wyrocznia.
Ryszard zawołał z cicha:
— Xenia!
Poprzez tyle dni i tyle nocy, poprzez takie morze żalu, zza siedmiu gór i siedmiu rzek tęsknoty odezwał się ten głos żywy, zabrzmiał w uchu. Tak znowu było, jakby się dopiero w tej chwili dowiedziała o jego tam obecności. Westchnęła... Podeszła cicho, ze ściskaniem w sercu i rozkosznym spazmem w łonie. Ujrzała oczyma jego oczy żywe i patrzyła twarzą w twarz — o senne rozkoszy! — w zaginione swoje szczęście. Oparła łokcie nagie na szkłach tego muru i dłońmi objęła jego głowę, ażeby ją lepiej zobaczyć. Samą oto miłość swoją w rękach swych trzymała. Kołysała ją łagodnie w dłoniach. Syciła oczy widokiem włosów, czoła, oczu, ust, zarysu twarzy — aż do omdlenia, aż do szału, do zatchnięcia się, aż do śmierci. Z cicha, w tajemnicy przed śmiercią przywarła ustami do ust i zapamiętała się w pocałunku jednym i nierozdzielnym na wieki wieków. Ten pocałunek sam jeden był oczywistym świadectwem prawdy, pieczęcią niezłomną, herbem wierności.
Lecz oto nagle on oderwał usta i twardo zapytał o Leszka Śnicę. Nie odjęła palców od jego włosów i nawzajem zapytała:
— A ty skąd idziesz?
— Ja? Stamtąd... — odrzekł niedbale, wskazując ręką na dom w oddali, gdzie świeciły się okna przesłonięte firankami.
— Stamtąd? ... — jęknęła, czując, że nogi uginają się pod nią i że piersi nie mogą już złapać ani jednego tchu.
Oparła się plecami o mały pień octowego drzewa, ażeby nie upaść na wznak. Zadrżało pod jej ciężarem to małe drzewo, zatrzęsło się gałęźmi i wszystkimi liśćmi. Uczuło boleść jej ciała to niedorosłe drzewko długo dygotało zwisłymi liśćmi. A nie zlitował się — on. Dowiedziało się nareszcie w chwili tej serce przeszyte, czym jest miłość i czym jest dla miłości — zdrada.
Dowiedziało się serce jej, jakie było cierpienie tego Ryszarda, gdy ją podglądał w ulicach miasta Paryża. I tak oto wyrównała się miara — stanęły kędyś tajemnicze szale przedziwnej wagi. Miała w piersiach straszliwy krzyk, a nie mogła go wydać. Taki sam oto krzyk, jak ów jego, co się roztrącił o martwą ziemię. Podniosła ręce, ażeby go chwycić za włosy, ale się zsunął na tamtą stronę muru i chyłkiem uchodził. W zamglonym świetle księżyca poprzez rowy i żywopłoty, szurgając i szeleszcząc stopami po wodach i zaroślach, w ciszy tej nocy uchodził, uchodził...
Jakimże to sposobem wróciła się do tej izby straszliwej? I cóżeś to rozświetlił, blady na suficie promyku? Cóżeś pokazał?
Zerwała się z łóżka. Usiadła. Sama jest w tym pokoju. Nie ma go! Poszedł! Chciała krzyczeć... Nie może! Ciężar na piersiach głos dusi. Ach, więc to t amten plugawy grzech tak się zemścił straszliwie. I zemstę rzucił jej na piersi. Odszedł. Pozwoliła nygusowi, pierwszemu z brzegu, podgiąć swą suknię i głaskać rękami kolana... Tak! To jest prawda! Pozwoliła mu bezczelnie patrzeć w swe oczy i sama długo w jego oczy patrzała. Tak! To jest prawda! Gdy ją w drugim pokoju przygarnął rękoma, gotowa była na wszystko. Czy na wszystko?
Alboż wie? ...
— Pójdź! Wszystko ci powiem! — szeptała w mrok, w jakimś kierunku, w kierunku to drzwi, to okna. — Nie masz potrzeby podpatrywać! Już tamte podstępy skończone. Sama ci powiem wszystko. Bo przecie nie żyje już Teresa Neville... Czy ja zrobiłam co złego? ...
Zapuściła i uwikłała palce we włosy. Kajała się;
— Czy ja zrobiłam co złego? ... Czy ja. zdradziłam?
Czuła, że popełniła to wszystko, co być mogło, w sercu swym, we krwi, w żyłach, w żądzy. Broniła się:
— Alboż nie miałam wtedy serca i żył pełnych krwi i żądzy? Odbiegł mię rozum... On mówił, iż to są "święte pieniądze ludu polskiego" ... Na to wszyscy odpowiadali, że to jest śmieszny sankiulotyzm i doktrynerstwo. Ciskałam w tamtym szynku "święte pieniądze ludu polskiego". Tak! To jest prawda!
Serce jej rozdarło się na dwie połowy. Głębokie jakoweś zapomnienie niweczyło myśli.
Zostawał w ciele tylko żal... Żal pięknej młodości, blasku słońca, dolin tatrzańskich i ich kwiatów fiołkowych...
Wtem zadrżała od strasznego zimna, jak tamto małe drzewko w ogrodzie. Zimno! Trwoga!
Szał!
Posłyszała, że Ryszard wszedł na schody. Dzwoni!
— To Ryszard! — wyszeptała nasłuchując w śmiertelnym wzruszeniu.
Rozwartymi oczyma patrzała w mrok. Widziała poprzez drzwi zamknięte. Skrwawiony taszczy się po schodach, ciągnie za sobą rzekę krwi. Upadł pod progiem. Tłucze we drzwi czołem i prosi się upływem krwi, żeby otworzyła i wyszła. Przycisnęła serce rękami i słuchała. Czuła szczęście, szczęście miłości, jak wówczas w Paryżu, gdy go w Luksemburskim Ogrodzie ujrzała, i jak tej nocy, gdy ją po imieniu z altany wywołał. Zgodziła się w szaleństwie radosnym iść wszędzie, dokąd tylko będzie chciał, jak tam, gdy szli bawić się w wielkim mieście. Wyciągnęła ręce. Nie mogła dostać go, podźwignąć z ziemi. Cóż tu czynić?
Zwlokła z posłania ciężkie nogi i jęła po omacku szukać w szufladce stolika. Znalazła srebrny woreczek. Otwarła go drżącymi palcami. Zaprzeczenie! Dowód! Dokument! Pokazała mu, że ma testament i że go nie uroniła. Wszystko wie i wszystko pamięta! Wie, co znaczy każda litera i każda kreska! Sama jedna to wie. I nie przeminie, nie zginie ani jeden z tych znaków!
Na chwiejnych ze szczęścia nogach poszła do drzwi. Otuliła się futrem od zimna. Szła ku niemu, ku niemu, ku niemu...
Po jakowychś ruchomych schodach, wciąż w dół pełen lodowatej ciemności...
Szukała go w mroku ciemności...
Nazajutrz rano znaleziono ją martwą pod progiem tego pokoju. W zamkniętej dłoni ściskała kurczowo arkusz papieru przytulony do serca. Wieczny sen, gdy ją tam pochwycił, nie zdołał zniweczyć z jej oblicza uśmiechu, który do innego już należał świata. Ludzie, słudzy śmierci, żywiący się pracą zamykania powiek, którzy przyszli zwłoki te ziemi oddać, musieli przystanąć w zadumie, nim te zasunęli powieki, by westchnąć na widok czarodziejskich źrenic, pełnych radości do innego wysłanej świata.
Wyżnie Hagi, w lipcu 1914 roku.



