„MELITELE”
Co jest almanach? Ma to być wieniec z najpiękniejszych kwiatów poezji i prozy. Bywa czasem, że w takich wieńcach jedna taśma wiąże razem lilię z pokrzywą, różę z ostem. Wszystko to dobre dla rozmaitości. Jak żadna uroczystość nie obejdzie się bez śpiewu, jak żadne zwycięstwo bez Te Deum się nie obejdzie, tak żadna literatura europejska nie chce się obejść bez almanachu, tej różnofarbnej tęczy poetyckiej, tego różno- dźwięcznego gwaru. Snadno czerpać z obfitego zdroju gdzie indziej. Ale u nas, u nas! Kto pierwszy do nas tę modę wprowadził, czyż pomyślał, że cała nasza literatura jest almanachem, podarkiem noworocznym młodej cywilizacji wykwitającej z zapadłego zmierzchu okrągłych, zaśniedziałych, na wpół rozjaśnionych pojęć — tak jest, ze zmierzchu pojęć wykrzywionych jak usta śmiejącego się karła!
Fragment. Znowu i błyskotnie zajaśniał talent autora Prób dramatycznych w tym fragmencie, który co do istoty swojej jest całością. Sceny tej kompozycji niełatwo się zatrą w pamięci czytelnika. Główna osoba Fragmentu, zakonnik, opowiada życie swoje. Treść taka: że przyjaciel, kolega szkolny i broni towarzysz pokochał młodą żonę swego przyjaciela, swego wybawcy, który mu życie ocalił na placu bitwy. Postrzegłszy to mąż, żeby doświadczyć obojga, oddala się z domu „myślą tajemną zajęty”. Złoto w ogniu się próbuje; a zachwiany statek młodej kobiety doświadcza się w nieprzytomności męża. Tak zapewne myślał bohatyr Fragmentu. W pół drogi wraca po kryjomu, zbrojny. Poeta, bo jest nim tu Korzeniowski par excellence, nie szczędzi farb ku wydaniu tego obrazu w przeraźliwym świetle. W nocy śród nawalnej burzy stawia zazdrosnego męża pod oknami żony. Dziwmy się imaginacji artysty! Błyskawica sprawdziła podejrzenie; przez szyby u okien wyświeciła niewiarę, zapaliła zemstę. Była to noc jednego pocałowania, noc zazdrości i żalu... Są przedmioty godniejsze litości albo wzgardy niżeli porywczego uniesienia. Są przypadki, w których zemsta nie tylko pod względem moralnym, ale także i pod względem estetycznym uwłacza mścicielowi. Słowem: jest zemsta, od której mściciel maleje. W takim przypadku znajdował się, zdaniem naszym, zakonnik. Czemuż nie wstrzymał wyciąg- nionej ręki? Dlaczego strzelił? Czemu nie postąpił sobie jak Emil, wychowaniec Russa, w podobnym zdarzeniu? Czyż tego nie wyciągały szlachetna duma zakonnika i podniosłość jego serca? Wreszcie jego charakter i temperament jego melancholii? Pamięć na kochaną, ale wiarołomną kobietę zawiodła Emila do Afryki; bardziej on nas zasmuca i jego nieszczęście moc-niej nas boli niżeli bohatyra Fragmentu, który wszedł do klasztoru, ale może tylko z niepokojów sumienia, z ciężkiej boleści na duszy. Cóżkolwiek bądź: ta kobieta wzruszona powieścią przygód i dziejów niewoli, tak jak Desdemona wzruszona była powieścią dzieł bohatyrskich i nieszczęść Otella; ta scena, kiedy „zapalone niebo” odkrywa jej niecnotę —jakże to wszystko jest zajmujące! Ale i poprzednie obrazy: powrót do domu z wojny, róża na skale, pierwsze poznanie się, kilka przelotnych chwil szczęścia, a dalej przyjęcie gościa wracającego z niewoli, okrytego bliznami, bez wsparcia i przytułku, podejrzenie, które roznieca jedna łza, które podburza jedno tkliwe wejrzenie, wszystkie te sceny domowego ustronia, te sytuacje, ta wielka prawda w układzie charakterów, ten koloryt połu-dniowej namiętności, noszą na sobie cechę dojrzałego talentu. Talentu! Lecz cóż jest talent? — pyta się Correggio w trajedii Oehlenschlägera. Jest jałmużną dla żebraka! Najdrobniejszą zdawkową monetą, którą pod nogi ledwo nie każdemu miotamy nędzarzowi, żeby się go pozbyć! Jest chlebem powszednim wtrętów i inwalidów sztuki na pociechę ich strapionego serca, jest balsamem dla maleńkiej ich miłości własnej. Nie, zaiste! Kto kreślił sceny tego fragmentu, temu z szczodrego użyczenia natury coś wyższego nad talent w podziale się dostało. Nad ten urywek nic jeszcze piękniejszego nie napisał Korzeniowski. Żałować tylko trzeba, że kładzie w usta zakonnika to, co by był mógł wystawić w akcji. We wszelkim niemal opowiadaniu ginie połowa życia.
J. B. Zaleski . — Pisać urywkowo o czym? O poezji! Niewdzięczna praca. Pisać do „Kuriera” dla wielkiego ogółu czytelników o sztuce i poezji Zaleskiego, daremna praca. Jak białość wzrok ludzki rozbija, tak się na drobne atomy rozbijają wrażenia, kiedy je ujmiemy w zimny opis albo podciągniemy pod naukowe pojęcie. Dzielić, co jest jednym tchnieniem, rozrywać, co tylko w duchu żyje, możeż być coś niepoetyczniej- szego, a nawet i mniej filozoficznego? Nareszcie, wyobrażenie, jakie z teoretycznych rozumowań wyciągamy, jest stateczne, nieruchome i nieodmienne, a zatem martwe; a sztuka jest ustawnie w ruchu, w życiu, w odmianach! Tylko umarłego poetę dobrze, sprawiedliwie ocenić można; albo wtenczas, kiedy moc jego za życia zemdleje w zlodowaciałej starości. Ale każdy żywy sztukmistrz w sile swego wieku i pełności lat męskich ma prawo zawołać na krytyka: „Nie zakreślaj mi sfery, nie opisuj mnie w pewnej mierze, nie mów, że ja jestem taki a nie inny, bo się omylisz!” Chcieć uczynić charakterystykę takiego poety, a chcieć pisać na bieżącej wodzie, to prawie wszystko jedno. Jak litery na piasku rozsuwają się, jak się rozpływają w wodzie, jako się dźwięk na powietrzu rozprasza, tak są marne i znikome pojęcia krytyki chcącej rządzić dyktatorskim zdaniem w udzielnej krainie sztuki. Par pań gaudet/ Każdemu poecie służy toż samo prawo, jakie mają wolnych rzeczpospoli- tych obywatele: że tylko przez równych sobie sądzeni być mogą. Z tej przyczyny wyroki krytyki tak rzadko bywają prawomocne. Dlatego tak często odwołują się do nich artyści, czasem do spółczesnych, a jeśli im ci zadość nie uczynią, to do potomności. Po tych postrzeżeniach, bardzo potrzebnych ku ukróceniu pewnej porywczości zarozumiałego krytycyzmu, cóż powiemy o autorze Rusałek? Każdy ułamek tego poety trzeba uważać nie tylko w systemie jego własnej cudo- twomej fantazji, w systemie jego imaginacji, ale także w systemie ogólnym teraźniejszej poetyckiej literatury naszej; niejako w architektonice idealnej jej efektów. Różna jest właściwość i niejednakie pierworodne znamię poezji Zaleskiego. Nazwano go, i nie bez słusznej przyczyny, poetą zgasłych plemion, których postacie i głosy wywołuje z zapadłego czasu. W rzeczy samej jest on historyczny; szczery jak prawda dziejów, realny, rozeznawający swoją własną światłością to, co minęło. Lecz z innej także strony nastręcza się uwadze: z punktu optycznego fantazji. Wszelki realizm, szczególnie historyczny, zmierza do postaci, do form statecznych, określonych, widomych. Wszelka fantazja zmierza do tonu, do muzykalności. Muzyka służy fantazji; figury służą poetyckiemu realizmowi. Z tych dwóch pier-wiastków, że tak powiemy, składa się poezja Zaleskiego. Tym rozumieniem pojmujemy jego Rusałki i jego dumy historyczne. Dwa ostateczne końce poetyckiego świata! — Jaśniej rozwikłane są te wyobrażenia w piśmie O literaturze polskiej, które ma być podane do druku. Zresztą pod względem zewnętrznego kolorytu przyrównać by można poezje J. B. Zaleskiego do ochotnych ogniów w mroku; są one na kształt zasłony rusałek „z rubinowych iskr jutrzenki” ‘. Sztuka pisania jemu tylko właściwą, którą on sam dla siebie wynalazł! — Taki jest styl Zaleskiego. W systemie efektów dzisiejszej poetyckiej literatury polskiej sztuka jego zdaje się być elementem ruchu, biegu; wietrzna, prędka, powiewna, roznośna, działa mocą sprężyny i wszystko porywa z sobą siłą lotu. — Ale raz jeszcze powtarzamy, że te pojęcia krytyczne, opisowe, dostateczniejszego wywodu potrzebują.
„Dwie rozmowy” o krytykach przez S. Witwickiego. Rozmowy te są ozdobą „Meliteli”. Nikt dowcipniej, nikt jaśniej nie przełożył przed oczy warszawskiej publiczności, o co rzecz idzie w sporach literackich tutejszych. Witwicki wprowadza na scenę pana Jędrzeja, człowieka rozsądnego i jedynie tylko podług swego rozsądku rozprawiającego o poezji, o sztuce i o wielu innych rzeczach, do których czegoś więcej trzeba niż rozsądku. Wieluż mamy takich panów Jędrzejów w stolicy naszej! Pan Jędrzej twierdzi, że w Manfredzie Byrona nie ma sensu. Ojciec młodego literata, który się sprzeczał do upadłego z Panem Jędrzejem, odpowiada mu na to w taki sposób:
Ojciec: Gdzie nie ma sensu dla ciebie, tam jeszcze może on być dla innych. Gdybyś się nie gniewał, zrobiłbym ci takie porównanie. Weź jaką bajkę Krasickiego, którego tak sprawiedliwie chwalisz, np. tę krótką:
Potok szybko bieżący po pięknej dolinie,
Wymawiał wielkiej rzece, że pomału płynie.
Rzekła rzeka: „Nim zejdą porankowe zorza ,
Ty prędko, ja pomału wpadniemy do morza”.
Wszak prawda, że jest piękna?
P. Jędrzej: Oczywiście; i każdy się na to zgodzi.
Ojciec: Przeczytaj ją twemu służącemu. A gdy go zapytasz o szczere zdanie, odpowie pewno, że bajki, jakie słyszy w kuchni, są nierównie piękniejsze. Jeśli nawet jest człowiekiem zupełnie rozsądnym, zrobi ci uwagę, iż potoki i rzeki nie mają mowy, że więc to, coś mu przeczytał, jest nie wiedzieć co i nie ma sensu. Podobnież postaw mu przed oczy które z arcydzieł malarstwa obok powleczonej jaskrawymi farbami figury chłopa pijanego lub Żyda śmiesznie siedzącego na wychudłym koniu, a zobaczysz, iż mniej mu się podobają płody Rafaela lub Correggia, jak chłop pijany albo Żyd na koniu — gdyż do osądzenia dzieł wspomnionych mistrzów brak mu jest potrzebnego usposobienia.
P. Jędrzej: Dziękuję ci za komplement.
Ojciec: Nie gniewaj się...
P. Jędrzej: Przecież, Bogu dzięki, nie jestem prostym lokajem, a dzieła Krasickiego itd.
W istnej prawdzie: iluż mamy panów Jędrzejów, których re-prezentanta tak doskonale, z takim pożytkiem krytyki naszej wystawił Stefan Witwicki! Już to nie pierwszy raz ten poeta krytycznym wojuje piórem, a zawsze szczęśliwie, z pewnym skutkiem, z widocznym zamiarem stłumienia coraz rzednących odgłosów w pismach publicznych, które to wszystko za nonsens obwołują, co dla zdrowego rozsądku jest niezrozumiałe. — Czyż niedawno ktoś znowu nie wystąpił z rozumem pana Jędrzeja przeciwko rozprawie Kamińskiego o filozoficzności języka polskiego, w „Haliczaninie” umieszczonej? Ile razy zdarzy się nam czytać podobne diatryby tak zwanych dowcip- nickich, którzy wszystko pod swój rozsądek chcieliby podciągnąć, którzy czasem nie rozumieją wielu rzeczy przez brak usposobienia, a czasem nie chcą rozumieć dla złej wiary, po tylekroć odwoływać się będziemy do wybornych rozmów Wit- wickiego w tegorocznej „Meliteli”. Będziemy im przypominali chłopa pijanego albo Żyda na koniu i jaskrawe farby. Tak jest! Pan Jędrzej będzie dla nich kamieniem obrażenia; będzie Herkulesem broniącym cywilizacją i nauki od najazdu nihilistów. — Rozterek naszych i swarów piśmiennych niechaj nikt na omylne uczonej dysputy nie naciąga rozumienie! Nie idzie tu o utrzymanie tego lub owego systematu bądź filozoficznego, bądź estetycznego; nie idzie o umocowanie pewnych stanowisk w umiejętnościach lub w sztuce. Ale spór trwa jedynie co do szczerej istoty swojej między dwoma stronnictwami, z których jedno powiada, że się trzeba uczyć i sposobić, a drugie: że bez nauki i usposobień można o wszystkim rozprawiać podług zdrowego rozsądku, z dowcipu wrodzonego. My bardzo dalecy jeszcze jesteśmy od prawdziwej polemiki, która upład- nia pojęcia, rozwija, pomnaża! Nie przyjdziemy do tej polemiki, póki się jednomyślnie nie zgodzimy na to, że bez wielkiej nauki i obszernych wiadomości, bez wielkiego, że tak powiemy, mechanizmu myślenia, najzdrowszy rozsądek nic nie zdziała. Dobry to jest sługa w potocznym życiu, ale w umiejętności teorycznej niechaj się hardo nie wywyższa nad inne władze daleko dzielniejsze umysłu naszego, jaką jest rozum, a raczej ta moc rodzenia idei, która w Sławiańszczyźnie pierwotnej zowie się umem; jaką jest dalej twórcza fantazja, bez której sztuka nic spaniałego i nieśmiertelnego nie zdziała, której rozsądek nigdy zbadać i wyrozumieć nie może; jaką jest imaginacja, przybierająca w właściwe szaty i stroje wszelkie kształty na jaśnią wywołane z pamięci, tej bogatej skarbnicy człowieczego umysłu. Nad ten um cudotworny, nad tę fantazją niepodzielną, gwiaździstą, nad tę zwierciadlaną ima- ginacją, nad te wszystkie władze wywyższony jest duch, czyli to, czego w sobie nazwać nie umiemy, który jest prawdziwą istoty naszej przepaścią, nigdy nie zgłębioną, nie wybadaną. Gdzie tylko zdrowy rozsądek ugodził fundamenta cywilizacji, gdzie wszystko jak na kotwicy, tak na zdrowym polega rozsądku, tam życie ludzkie obrane jest z wdzięku i ponęt; tam nie masz statku w wierze ojców, entuzjazmu i uniesień w poezji, wielkości i prawdziwej chwały w nauce. — Zdrowy rozsądek! Niechaj kto pojmie tym zdrowym rozsądkiem jednę trajedię Szekspira, np. Hamleta, niechaj wyrozumie choć jedno arcydzieło budownictwa pośrednich wieków, np. kościół west- minsterski albo wieżę św. Stefana; niechaj wyrozumie którykolwiek fenomen historyczny owych wieków, np. wojnę krzyżową albo władzę duchowną Rzymu, która tysiąc lat trwała, albo pustelnika, albo takiego poetę, trubadura, jakim był Franciszek z Asyżu; niechaj to wszystko pojmie za pomocą zdrowego rozsądku! Cóż powie? Rozśmieje się na głos i zawoła, że w tym wszystkim sensu nie było, tak jak pan Jędrzej, tak jak niezliczona moc panów Jędrzejów w żadnej wielkiej myśli, w żadnym twórczym natchnieniu, w żadnej przeszłości, w żadnej tradycji sensu znaleźć nie może. Zdrowy rozsądek! Kiedyż ten zdrowy rozsądek pojął tajemnicę świata, duszę natury i zagadkę życia? Kiedyż wyrozumiał jestestwo człowieka? Kiedyż ocenił jego stanowisko w hierarchii innych jestestw? Jeżeli po-wiemy zdrowemu rozsądkowi, że człowiek nie jest tym, czym był niegdyś, że pozostał tylko jako ruina, jako szczątek! Że mu tylko w pewnych momentach na pamięć i na rozmysł przychodzi, jakim był, jakim być powinien! Jeśli powiemy temu zdrowemu rozsądkowi, uzbrojonemu wszystkimi zmysłów świadectwami, że człowiek nie jest aniołem; bo anioł jednym wszystko wejrzeniem rozumie, w jednym okamgnieniu wszystek świat przebiega i naukę ma zaraz od stworzenia swego, a człowiek nic teraz nie pojmuje bez sylogizmu, mędrkowania i wniosków, tych szczudeł roztargnionej natury swego geniuszu, w którym przed wiekami była i zgoda, i harmonia, i jedność nierozdzielna. Cóż odpowie? Znowu się rozśmieje i wyszydzi to mniemanie, na którym cała historia rodu ludzkiego polega, z którego się kłąb dziejów wywija. Dalej, jeżeli powiemy zdrowemu rozsądkowi, to tylko wiedzącemu, co z wielką pracą przez zmysły uzbierał, że człowiek nie jest szatanem! Ale może czymś gorszym jeszcze od szatana. Bo ten przynajmniej złota nie lubi, a jako twierdzi jeden z wielkich pisarzy: że „gdy obaczy sprawiedliwego, nie śmie do niego przystąpić, a człowiek nie tylko się nie boi sprawiedliwego, ale nim pogardza”. Super omnia mala maliZ Słowem, największe zagadnienia okażą się nierozsądnymi w oczach zdrowego rozsądku, który względu na to, co minęło, nie ma; tego, czego nie widzi, nie pojmuje; o tym, co może nastąpić, powątpiewa. Maż być ta władza zasadą cywilizacji? Zasadą filozofii, historii, poezji i sztuki? Nareszcie: dla zdrowego rozsądku to, co nie jest, być nie może. My inną mamy wiarę. 
