WORONICZ
Znamienitsze pióro oddało już tę cześć Woroniczowi, jaką po nas ku sobie wyciągały, w odpłacie wdzięczności, jego dawne i przeważne usługi dla kraju, czy w urzędzie kościelnym, czy na senatorskim krześle. Ledwie ta smutna wieść doszła nas znad brzegów Dunaju, gdy oto mąż letni, co tyle już gałązek cypry-sowych powszczepiał w grobowce sławnych ziomków swoich, i tyle obrzędów pogrzebowych święcił żałobną wymową, czyniąc zadość i w obecnym rozżaleniu rodaków chrześcijańskiej, bratniej powinności, jakoby sobie jednemu tylko poruczonej: zalecił wielką cnotę zmarłego naszemu obmyślaniu, a jego nieskazitelną, niepożytą chwałę odkażał potomnej pamięci. Cóż przydać do wyrazów tego mówcy? Świadek tylu wzdarzeń różnymi kolejami, to przeciwnych, to znowu rozbłyśnionych pomyślniejszą nadzieją, dostojny obywatel niemniej dostojnemu obywatelowi, cny Polak i sędziwy równie cnemu i sędziwemu Polakowi, chrześcijanin chrześcijaninowi wyświadczył tę ostatnią posługę. Wszyscy dobrzy i poczciwi jego żałością się roztkliwili. Jego zasmucenie wszystkie serca cnotliwe i szlachetne rozdzieliły między siebie w uczestnictwie tej niepowrotnej straty.
Tak jest! — Odjęty nam został wielki kapłan, który wedle wyrazów Pisma Świętego „za dni swoich kościół zmocnił, lud i ojczyznę miał w swej pieczy i staraniu, który jako słońce jasne świecił w kościele Bożym”. Sacerdos magnus, qui in diebus suis corroboravit templum, curavit gentem, praevaluit amplificare civitatem (...) qui sicut sol fulgens, fulsit in tempo Dei (Eccl., c. ).
Niechaj historia z tych słów Pisma Świętego wyciągnie szczere, rzetelne rozumienie. Niechaj wyświeci w otwartym obliczu nieba i ziemi, stawiąc za przykład godny naśladowania późniejszemu wiekowi: jaką mądrością, jakim staraniem około rozszerzenia wiary, cnoty i nadziei słynął Woronicz w kościele, jakim był i w których czasach tej ziemi obywatelem, jakim synem ojczyzny. To wszystko tkwi jeszcze w waszej pamięci, rodacy i spółziemianie, tak właśnie, jakby się dopiero wczoraj działo. Jest znane, jest głośne w poprzek całego polskiego kraju, gdyż prawda wszędy i zawsze mocna jest i niepotłumiona! Daj tylko Boże, żeby wspomnienie takich ludzi w rzetelny się pożytek obracało; żeby było dla nas jako szata owych świętych w pierwiastkowych czasach, którą potem wierni pilnie prze-chowywali; albo jako cień ów cudotworny pierwszych rozsiewców boskiej nauki, który leczył wszystkie niemocy!
Lecz my teraz innej strony dotkniemy... Nie tylko odjęty nam został kapłan z powołania na ten urząd dostojny, ale także mówca z daru Bożego i poważny, znamienity pisarz, wieszcz z natchnienia. Przetoż mamy wolą okazać: jaką stratę poniosła literatura polska w zgonie Woronicza, wspomnieniem, że on za dni swoich jaśniał, jak nikt inny, wymową w kazaniu, dzielnością i mocą słowa tak w radzie, jako i w piśmie. Powiemy także o duchu jego poezji. — I to tylko ma być uwagą naszą.
Różni są i różni bywali pisarze, mówcy, poeci. Jednych wabi do tego miłość sławy, drugich przynęta zysku albo jakiej takiej wziętości u ludzi. Drudzy czynią to jedynie, żeby nie próżnowali, dla zostawienia jakiegoś śladu po sobie; i wiele tam innych pobudek być może! Ci wszyscy stają się pisarzami, mówcami, poetami z ułożenia, w zamiarze naprzód ukołysanym. Myśl, słowo i pismo na zarobek puszczają; gdyż wszystko jest u nich tylko środkiem ku osiągnieniu pewnego celu. Z tej przyczyny myśli ich i ich słowa, i pisma nigdy długo w pamięci ludzkiej nie potrwają. Zaledwie wyrzeczone, a już nikną z brzmieniem i mijają, jako cień albo jako mgła w powietrzu się rozpraszając. Chwilowe twory silącego się dowcipu, które czasem zdobi błyskotne wysłowienie i powierzchowna ogłada! — Lecz są także inni mówcy, inni poeci, nad gmin daleko wywyższeni, których myśl i słowo nierozdzielnym złączeniem ożenione z duchem, z ducha się rodzą na chlubę czasów i plemion. Ci nigdy nie biorą pióra do ręki i nie mówią w zamiarze naprzód ukołysanym, z ułożenia, dla marnej chwały, albo żeby nie próżnowali; tym mniej dla korzyści pełzającej po ziemi, ale czynią to jedynie z wnętrznego wezwania. To wezwanie, ten głos wewnętrzny niewoli ich nieodpartym musem konieczności do mówienia, do uznawania i rozszerzania prawdy w piśmie i ku wywodzeniu na jaw niewidomego ducha, który im rozkazuje. Ani mają w mocy swojej, żeby się oprzeć mogli tej pobudce! Myśl takich mędrców trwa po wszystkie czasy. Słowo ich nie ginie z dźwiękiem, ale jako rzeka szeroko płynie od miasta do miasta, od wieku do wieku; z ust do ust przechodzi, z kraju do kraju, z pokoleń do pokoleń i wszystek krąg ziemi obiega. Jest świetne, jest jasne jak błyskanie, które wszędy widać i na wschód, i na zachód. Nie kryje się, jako Pismo mówi, w pustyniach i komorach, i nie tai w milczeniu; owszem, rozpromienia ćmę najgęstszą w nieprzebrodzonej nocy czasów, jako łuna na niebiosach... Takim mędrcem z wnętrznego wezwania był Woronicz. Takie było jego słowo, czy kiedy mówił wobec ludu i przed radnymi panami, czy kiedy pisał dla uczonych, czy kiedy lutnię swoją nastrajał ku chwale Bożej, a w rycerskiej pieśni przypominał stare sprawy ojców. — Skądże ta wzniosłość jego natchnienia, skąd ta myśl, którą się tak wysoko wzbijał, skąd to wysłowienie poważne, piękne, które się tak podoba, choć jest bez wszelakiej wyszukanej ozdoby? Miał wielką wiarę i prawdziwa pobożność! Otóż całą tajemnica jego wymowy. Syn światłości! — przypominał niebu obietnicę daną tym, których w potomstwie apostolskim, przez święcenie i udzielenie mocy i ręku przyłożenie, kościół powołuje do opowiadania Ewanielii: „Żeby nie myślili, co mają mówić do królów i panów, bo to Bóg wkłada w usta swoich posłanników.” Te słowa wyrzekł Woronicz do obecnych r. , mając kazanie w kościele ks. ks. Misjonarzy na dzień i uroczystość Orderu Św. Stanisława. — I ten jest duch jego kościelnej wymowy!
Ale odkaźmy raczej krytyce kościelnej umiejętne, dostatniejsze ocenienie kazań Woronicza; teraz zaś uważmy: w jakim on stosunku zostawał względem innych pisarzy polskich i całej literatury naszej, szczególniej w wieku XVIII... Po długiej przerwie publicznego oświecenia wskrześcy nauk za Stanisława Augusta niemałych rzeczy dokazali. Przywrócili mowie ojczystej dawny polor, umiejętnościom dawną wziętość, prawdę dziejom, wstręt ku uprzedzeniu i zabobonom. Śmiałą ręką stawiali gmach ówczesnej cywilizacji. Byli to wielcy reformatorowie z wielu miar, zaszczepcy nieznanych pojęć; ludzie gorliwi, zacni, okazale zdatni, dzielni w sprawie, biegli w nauce. Cześć i pokój ich cieniom! Ależ także każdy to z nami przyzna, bo tego nie możem zataić przed samymi sobą: że ci mężowie cale nową rzecz stworzyli. Jako ogrodnicy w pień spróchniały starego drzewa nową z bujnej krzewiny latorośl wszczepiają, tak samo i oni: stosując ku naglącej potrzebie czasu obywatelskie, poczciwe chęci i starania swoje, z obcej ziemi, spod obcego nieba rozrzucali w Polsce pełną garścią wyobrażenia i pojęcia na kształt postronnej monety, nieznanym stemplem cechowanej. Ta moneta chyżym krążyła obiegiem. Z obcymi wyobrażeniami, z obcym rozumieniem wcisnęły się do nas obce uczucia i zwyczaje. Nic prawie dawnego nie ostało się... Zmieniono stroje, szaty. Po większej części wzmogliśmy się w cudzą iściznę. Wszystko było postronne: kształt, postawa i ułożenie. Ale najbardziej w literaturze poetyckiej przecięty został związek z dawnymi czasy. Ta literatura wyrażała ducha, który nie był duchem narodu. Zamykała na jaśnią wy ciągnioną myśl, która nie była myślą przeszłości. W pieśniach, jako w czystym krysztale odbijała się czyjaś postać, ale omylna, nie nasza. Polak myślący przyszedł do uznania samego siebie, lecz nie w swoim jestestwie. Krótko mówiąc: gmach tej wznowionej na widok kultury nie wspierał się w przeszłym wieku i nie był umocowany na historycznej posadzie. — Któż uczuł najpierwej tę prawdę? Któż pierwszy w tym nowym porządku rzeczy usiłował stargać zasłonę zakrywającą minione poetyckie czasy przed oczami naszych belletrystów? Któż pierwszy zasięgnął starych dziejów i spraw naddziadów, którzy byli tak mądrzy, tak dzielni i dobrzy? Ten sam mówca bogobojny, ten poeta Syjonu, którego zgon dzisiaj opłakujemy. On ocucał pamięć na przeszłość, wspominał cnoty, sławił męstwo, wiarę i pobożność dawnych Polaków. To zawsze miał w sercu swoim, to w chęciach i w staraniu: „Kiedyż — tak zwykł mawiać — bardziej cenicie i łzami skrapiacie obrazy rodziców waszych lub osób ulubionych, jeżeli nie wtedy, kiedy ich między żyjącymi nie widzicie? Narody ubiegają się dłutem, pędzlem i piórem z potęgą pożerczego czasu wojować, a my jedni obojętnymi będziemy, aby to, co w ręku trzymamy, w przepaści wieków zaginęło?” — Rzecz godna uważania: że kiedy inni szukając próżnej chluby z postronnego dowcipu i smak swój na obcych wykształcając wzorach, coraz widoczniej zbaczali z toru prostoty i piękności, on sam jeden prawie, w tamtym wieku omylnych wyobrażeń we względzie estetycznym, we względzie wartości poetyckich i kunsztownych tworów — z właściwego, następnie wyraźniej rozjaśnionego i gruntowniej umocowanego stanowiska pojmował godność i wysokie przeznaczenie ojczystej, oryginalnej literatury i we własnym sercu wynalazł istotę prawdziwej poezji. Kiedy innych mamiły bóstwa umarłego politeizmu, kiedy ledwie nie wszyscy rozumieli, jakoby w ich mocy było wznowić naśladowaniem z szczątków pogańskich kolos klasyczny, on wtenczas przestrajał ozdobnym rymem lutnią Dawida i powtarzał z Kochanowskim:
Siedząc po niskich brzegach babilońskiej wody,
A na piękne syjońskie wspominając grody,
Co nam innego czynić? Jedno płakać smutnie, Powieszawszy na wierzbach zapomniane lutnie.
Jakoż w rzeczy samej, rozmyślając o narodowym, jak go na-zywał, „pieśnioksięgu”, wziął do swej ręki ów dźwięczny zapomniany bardon, którym niegdyś chwalono Boga w świą-tyniach i walecznych w boju, wzniósł ducha wysoko, nad sam wierzchołek Libanu, i stamtąd pocieszał nieukojonych w żalu, żeby nie rozpaczali przed czasem o boskiej nad sobą opatrzności. Natura pochlebiła mu w udziale wieszczego zapału... Jego pieśni brzmiały słodkim dźwiękiem. Jego uniesienie niosło ochłodę stroskanym publiczną niedolą: był pokrzepieniem w ich niemocy, podniesieniem w ich upadku. Jego słowa poraziły samą trwogę i niestatek.
Miał Woronicz, jak każdy wielki-pisarz, jak każdy wielki sztukmistrz, jednę myśl głęboką i niedościgłą, której farbę różnie cieniowaną postrzegamy we wszystkich jego utworach poetyckich, która się nawet w niewiązanej jego mowie przebija. Czytał w starym zakonie, że „Bóg zastępów obrał jedno drobne i niepoczesne u świata plemię, które widomą i obecną dziwów swoich wszechmocnością przez wiele wieków za rękę prowadził; morza dla przechodu jego w kamienny pomost przetwarzał, góry rozdzierał; pokarmem i odzieżą cudownie opatrywał i całą zalęknioną naturę w biegu swoim dla niego wstrzymywał.” Tę myśl przymierza Twórcy z miłym sobie ludem odniósł do naszych dziejów. To święte podanie w coraz innych barwach ukazując, za każdą prawie sposobnością przypomina, że ani jednego kroku w dziejach naszych uczynić nie można, aby się z tą niewidomą ręką nie zetknąć, która ojców naszych przez dziesięć wieków piastując, plemię ich do ciągłego zasługiwania na tak dostojną opiekę pociągnąć chciała. I to jest osnową najspanialszego, najświetniejszego tworu Woronicza, nie mającego nic równego sobie w całej literaturze polskiej, owego Hymnu do Boga, w którym przechodząc koleją dzieje nasze od początku do końca, wylicza dobrodziejstwa Opatrzności dla narodu polskiego wyświadczone.
Duch poezji biblijnej jest ognistszy i jaśniejszą wielkością opromieniony niżeli wszystkie uniesienia greckiego Pindara. Jego tchnienie wznioślejsze nad pojęcia Platonowe!... W rozumieniu Greków i Rzymian najstarsze pierwotne ludy z ziemi się porodziły; ledwo nie tym samym sposobem, jak rozgrzane ziarno słonecznym skwarem wypuszcza robaczka, który potem wije z siebie jedwab na różdżce, a uczyniwszy kłąb w nim się zamyka i motylim wzlatuje owadem; albo jak owo inne ziarnko gorczyczne, o którym powiedział Pan, że tak wielką łozę puszcza, iż i ptacy się na niej chowają. Mniemali ich mędrcy, że sama natura przyrodzoną mocą swoją wszędy rozsiewa pierwiastki życia, daje bieg i zaszczepia siłę wszystkiemu stworzeniu. Ale w tym rozumieniu wzgląd swój ściągali na znikomą tylko część istoty człowieczej, na ziemię, z której jest udziałana, sądząc, że iskra niewidomego ducha śmiałym podstępem porwana z nieba, stała się przygodnie własnością człowieka w nagrodę misternie dokonanej zdrożności. Inną naukę przekazał Mojżesz: że człowiek nie wszędzie i nie przygodnym losem powstał z ziemi, ale go wyższa ręka postawiła na obranym miejscu. A stąd cale różne wypływają stosunki między Twórcą i stworzeniem! Wszystko też w świętych księgach Hebrajczyków odnosi się do tego początku. Wszystko jest w tę jedną wielką myśl jak w godową szatę ustrojone. Innym oni okiem niżeli Grecy i Rzymianie patrzali na przeszłość; innym na przyszłe czasy. Z tej przyczyny: co u tamtych było igraszką dowcipu bądź zmyśleniem, bądź mędrkowaniem, to pośród narodu starego zakonu było proroctwem, niepochybną mądrością, słowem tylu następnych wieków i tylu rozproszonych po ziemi plemion! Z tego czystego źródła wyczerpnął Woronicz swoje natchnienie, śmiały polot myśli i bujność wyrażenia. Ogólne zmiany narodów biblijnym pojmując rozumieniem, tą światłością obtoczył poetycki widok całej historii polskiej bądź we wzmiankowanym Hymnie do Boga, bądź w owej wyroczni hesperyjskich krajów, która nad Wisłą znalazła świątynię. A jako przy wielkim ogniu, szczególnie w nocnej pomroce, kiedy płoną ogromne stosy drzew i świetne gmachy, wszystko dokoła odmienne, szkarłatne przybiera wejrzenie od roziskrzonej i szerokim blaskiem na sklepieniu niebios rozpostartej łuny — tak i w tym pojęciu Woronicza, w tym duchu Pisma Świętego panorama wieków, zdarzeń i rycerzów dawnej Polski przywdziało daleko świetniejszą, ozdobniejszą barwę.
W takim stosunku zostawał Woronicz względem innych spółczesnych pisarzy i poetyckiej literatury naszej! Jakiejże czci nie wyciąga po nas ku sobie ten wyniosły mąż XVIII wieku, nad którym górował wyższością i mocą jeniuszu? Jeśli godzi się przyłożyć rozumienie naszej dzisiejszej krytyki do pozostałych pism Woronicza, rzec by można, że w wymowie swojej był poetą, a w poezji krasomówcą. Lecz nie kładźmy pod miarę drobnych wyobrażeń pisanej teorii tego, co jest wyższe nad wszelkie szkoły i teoryczne wyobrażenia, tego, co jest tak święte, co z ducha poszło i z duchem jest nierozdzielnie spowinowacone.
